Artykuły

Ryszard Zalski: Czy Chiny sinizują świat?

W poprzednim artykule pisałem o rosnącej pewności siebie chińskich władz popartej modelem gospodarczym funkcjonującym także w trakcie światowego kryzysu. Ponadto o zakrojonych na szeroką skalę zbrojeniach wraz z prowokacyjnym zachowaniem wobec sąsiadów. Należy do tego dodać inflację roszczeń terytorialnych. Stwierdziłem m.in., że przyczyną takiego stanu rzeczy jest nie tylko coraz bardziej zdecydowana polityka zagraniczna rządu w Pekinie, lecz także spolegliwość państw UE i USA. Jak wytłumaczyć tak dalece uległą postawę zachodnich rządów wobec Państwa Środka? I gdzie nas ona zaprowadzi?

500px-Zhongwen.svg

Igrzyska

Często można się spotkać z poglądem, że przełom wielu decydentów Zachodu w ocenie Chin stanowiły Igrzyska Olimpijskie. Zapowiadane i oczekiwane zmiany wewnętrzne Chin nie tylko nie nastąpiły, ale nadzór i aresztowania wzmogły się. Przywódcy Niemiec, Wielkiej Brytanii, Belgii, Grecji, Włoch, Polski i Hiszpanii postanowili w ramach protestu nie brać udziału w otwarciu igrzysk (prezydentowi Francji do wylotu do Pekinu pomogła się przemóc wizja sprzedaży Airbusów, szybkich pociągów i budowy elektrowni atomowych). Wraz z nominacją w 2001r. do organizowania igrzysk, chińskie władze zobowiązały się poprawić sytuację praw człowieka, mniejszości narodowych, zapewniły o nieograniczonym i swobodnym dostępie do informacji i internetu w trakcie imprezy.  Jednak zarówno Amnesty International, jak i niezależne organizacje pozarządowe dokumentowały, iż położenie dysydentów i opozycjonistów się wręcz pogorszyło, chińscy dziennikarze zaś nie mogli korzystać z uzgodnionej wcześniej swobody. Czarę goryczy zachodnich mediów przepełniło cenzurowanie internetu i transmisji telewizyjnej. Nie pomógł sprzeciw koncernów medialnych płacących znaczne pieniądze za prawa przekazu. W lipcu 2008r. anonimowy członek władz MKOL skomentował w New York Timesie ówczesną sytuację, iż „gdyby MKOL i osoby związane z podjęciem decyzji wiedziały 7 lat temu o poważnych ograniczeniach związanych z wjechaniem do Chin osób chcących obejrzeć igrzyska, praktycznie wykluczeniem transmisji na żywo z Tiananmen, lub o traktowaniu dziennikarzy zależnie od woli aparatu bezpieczeństwa, mam poważne wątpliwości, czy przyznano by Chinom organizację igrzysk.” Zachowanie przewodniczącego MKOLu Jacques Roggea było żenujące. Nagabywany przez media był w stanie jedynie odpowiadać, iż nic nie może, jak tu się mieszać w wewnętrze sprawy chińskie, a obiekty zostały oddane przed czasem.

Żadnej próby reakcji z jego strony i jak sam twierdził „niczego nie żałuje”. Tak samo w sprawie osób wysiedlonych bez kompensacji w trakcie budowy obiektów olimpijskich oraz przygotowań do samej imprezy. A jeszcze dwa tygodnie przed rozpoczęciem mówił agencji France Press, iż” pierwszy raz w historii Chin zagraniczne media nie będą miały żadnych ograniczeń w pracy, internet nie będzie cenzurowany.”

Igrzyska miały pokazać światu nowe Chiny, to miał być ich coming-out. Prawdziwą tragedią dla wizerunku Państwa Środka okazały się jednak zamieszania dotyczące biegu z ogniem olimpijskim. Zaraz po walkach w Tybecie i Xinjiangu protesty wokół ognia olimpijskiego stały się jednym z głównych tematów zbliżających się igrzysk. Co gorsze, kraje goszczące sztafetę zgodziły się współpracować z chińskimi siłami bezpieczeństwa. Grupka chińskich biegaczy w biało-niebieskich dresach chroniła płomień. Tak więc rozgrzewkę do Olimpiady zdominowały zamieszki Tybetańczyków i Ujgurów w Chinach, a cudzoziemców wokół pochodni.

Kolejne przykłady ulegania żądaniom chińskich władz to m.in. usuwanie za granicą przez gospodarzy niewygodnych gości. Chociażby podczas sympozjum poprzedzającego tegoroczne targi książki we Frankfurcie. W związku z protestem chińskiej delegacji, wyproszono opozycyjnych twórców. Celem sympozjum miało być usunięcie uprzedzeń wobec Chin. Z mniej nagłośnionych przykładów można wymienić wpłynięcie ambasady ChRL w Ottawie na rząd premiera Harpera ws. nieorganizowania konferencji prasowej na zakończenie wizyty prezydenta Hu ze względu na możliwą obecność nieakceptowanych i niewygodnych dla chińskich władz redakcji, które sprawiały kłopoty w trakcie wcześniejszej wizyty w USA. Kanadyjski wywiad cywilny CSIS zwracał przy tym uwagę na wpływanie przedstawicieli Chin na kanadyjskich federalnych i prowincjonalnych urzędników państwowych, prawników i naukowców korumpowanie ich uczestnictwem w interesach i przedsięwzięciach z chińskimi firmami.

Zależność zachodnich władz od rozwiniętych krajów azjatyckich to częściowo pochodna  wyśmienitego stanu finansów np. Singapuru, Korei, Chin. Jeszcze nie tak dawno, przed kryzysem 2008r. przedstawiciele zachodniej finansjery martwili się o płynność chińskich banków, przewidywali potrzebę ich ratowania. Wraz z nastaniem kryzysu, okazało się, iż to właśnie azjatyckie i bliskowschodnie sovereign wealth funds pomagały wybranym zachodnim firmom. Dlaczego tak się stało? Lepszą kondycję azjatyckich gospodarek można wyjaśnić odwołując się m.in. do doświadczeń kryzysu azjatyckiego z końca lat 90. poprzedniego wieku. Były doradca prezydenta Clintona i współautor sukcesu gospodarczego za jego kadencji, noblista w dziedzinie ekonomii i autor bestsellerów, Joseph Stiglitz, wyjaśnił to w audycji democracynow.org następująco: „Doświadczenie wyniesione przez państwa azjatyckie z poprzedniego kryzysu było takie, iż nie można się kolejny raz dać złapać bez zapasów. W wyniku czego tamtejsze rządy zaczęły po prostu oszczędzać walutę. W przeciwieństwie np. do naszego, amerykańskiego sytemu. Wynik czego widzimy właśnie teraz, kiedy to oni nas ratują.”

Jak Chiny naprawdę kupują USA

Przyjrzyjmy się więc najważniejszemu gospodarczemu i politycznemu partnerowi wschodzącej potęgi – Stanom Zjednoczonym. To właśnie przywódcy tego kraju przyczynili się cztery dekady temu do otwarcia Chin na świat zachodni. Jednak zimna wojna się skończyła. Chiny już nie są administracji potrzebne jako przeciwwaga dla ZSRR. Obecnie wyżsi rangą urzędnicy dobrze żyją z rozwoju gospodarczego Państwa Środka.

Mam tu na myśli znaczne grono byłych urzędników Departamentu Stanu oraz Białego Domu, którzy publikują m.in. na temat Chin oraz Tajwanu, będąc równocześnie zaangażowanymi w konsultacje lub bezpośrednio w biznes firm amerykańskich z władzami chińskimi. Są to np. Jeffrey Bader, David Lampton, Sandy Berger, Alexander Haig, Charles W. Freeman, admirał Bill Owens oraz wielu innych. Tendencja ta jest szczególnie widoczna od drugiej połowy lat 90. Pisząc na temat amerykańskiej polityki wobec Chin, zazwyczaj wymieniają swoją byłą funkcję rządową lub też obecnie zajmowaną pozycję naukową, omieszkują natomiast wspomnieć o zaangażowaniu biznesowym. Co gorsze, media drukują oraz emitują owe komentarze nie dążąc do przedstawienia odbiorcom całego kontekstu, w jakim występują autorzy. Zagadnienie stronniczości komentatorów przedstawiane i krytykowane jest w mediach jedynie marginalnie. Miałem jednak sposobność omówienia go z byłym doradcą ds. Azji wiceprezydenta Cheneya, który potwierdził istnienie tego zjawiska w Waszyngtonie i jego tendencyjny wpływ na publiczną debatę o Chinach, Tajwanie, Japonii. Ów doradca po odejściu z funkcji rządowej, także założył własną firmę konsultującą amerykańskie przedsiębiorstwa wchodzące na rynek chiński. Często komentuje wydarzenia w Azji w programie Fox News Ruperta Murdocha.

Przykładem tego rodzaju niezdrowej zależności jest także wykładowca akademicki, były starszy dyrektor ds. Azji w Białym Domu za administracji Clintona, autor i współautor książek o Chinach, doradca prezydenta Obamy ds. Chin i starszy dyrektor w firmie doradczej Stonebridge International – dr Kenneth Lieberthal. Zakres usług firmy obejmuje m.in. rynek chiński i odpowiedzialny za ten właśnie fragment jest doktor. Przepytywany w 2008r. w Kongresie na temat swoich powiązań biznesowych z Chinami a pracą urzedniczą i naukową, uparcie twierdził, że nie mają na nią żadnego wpływu.

Jedną z najbardziej znanych osób, sumitującą się z licznych rodzinnych powiązań biznesowych z Chinami, jest była burmistrz San Francisco, obecnie senator i m.in. przewodnicząca senackiego komitetu ds. wywiadu, demokratka Dianne Feinstein. Jej mąż Richard Blum, prowadzi rozległe interesy w Chinach. Obydwoje często musieli się tłumaczyć z okoliczności, w jakich otrzymywał on różne kontrakty. Prawie 80-letnia pani odwiedza Chiny od ponad 30 lat. Nawiązała w tym czasie znajomości m.in. z byłym prezydentem Jiang Zeminem, byłym premierem Zhu Rongji i wschodzącą gwiazdą chińskiej polityki sekretarzem partii w Czongqingu – Bo Xilai. Była także pierwszą Amerykanką, która widziała sypialnię i basen Mao Zedonga. Pani senator zasłynęła ostatnio z krytyki tegorocznej sprzedaży amerykańskiej broni Tajwanowi – „to był nasz błąd” (USA – przypis R.Z) oraz sugerowała zmianę Taiwan Relations Act. Ten jedyny w swoim rodzaju dokument jest m.in. gwarantem bezpieczeństwa Tajwanu i obiektem zaciekłych ataków kolejnych chińskich rządów. Oba skrajnie propekińskie i antytajwańskie stwierdzenia Feinstein są w amerykańskiej polityce praktycznie bez precedensu. Jedną z niewielu podobnych aberracji odnośnie braku potrzeby zaopatrywania Tajwanu w broń wydał pod koniec 2009r. na łamach Financial Times admirał Bill Owens. Oczywiście ma do tego prawo, jednak powinien zaznaczyć, że wyraża się nie tylko jako były zastępca szefa Joint Chiefs of Staff. Po opuszczeniu wojskowych szeregów zarabiał  jako CEO firmy SAIC dostarczającej do Chin boje ostrzegające przed tsunami, zaś w połowie 2004r., po dwóch latach pracy, został CEO kanadyjskiego Nortela. Firma ta ma rozległe interesy telekomunikacyjne w Chinach, Hong Kongu i Makao. Amnesty International zarzucało Nortelowi dostarczanie oprzyrządowania do cenzurowania internetu. Dwa lata później były admirał został CEO AEA Holdings Asia, firmy zarządzającej nieruchomościami w Azji. To jednak nie wszystko. Jest właścicielem oferującej usługi na rynku chińskim firmy Intelius. Pamiętajmy, że sprzedaż przez USA broni Tajwanowi jest najpoważniejszym punktem spornym między USA a ChRL, która obraża ponad miliard ludzi.

Zależność polityki i biznesu obrazuje toczona trzy lata temu na łamach Foreign Policy dyskusja między rówieśnikami Davidem Lamptonem a Jamesem Mannem. Pierwszy to znany wykładowca uniwersytecki, autor wielu książek, m.in. Same bed, different dreams. Drugi to według mnie najciekawszy i najpłodniejszy publicysta piszący o stosunkach chińsko-amerykańskich. Autor m.in. Beijing jeep, About Face: a history of America’s curious relationship with China from Nixon to Clinton i kontrowersyjnej The China Fantasy. Dyskusja toczyła się m.in wokół opisywanej przeze mnie w poprzednim artykule sytuacji – a co będzie, jeśli wbrew lansowanej przez waszyngtoński establiszment tezie, władze w Pekinie nie okażą się ani pokojowe, ani demokratyczne. Mimo, iż Clinton zarzekał się w trakcie prezdentury, iż ewolucja KPCh  „jest  równie nieunikniona jak upadek muru berlińskiego”. Mann zwraca uwagę m.in. na prochiński punkt widzenia oponenta i zawoalowane i nieprecyzyjne sformułowania, takie, które nie urażą nikogo wśród chińskich władz, z którymi interesy prowadzi pozauczelniany pracodawca Lamptona – ogromna firma lobbyingowa Akin Group.

Z kolei przykład ze świata dziennikarskiego dostarczył redaktor Ken Silverstein. Na swoim blogu w Harper’s Magazine, opisał w trakcie igrzysk w Pekinie relacje pełnego zachwytu dla osiągnięć Chin komentatora telewizji NBC Joshuę Cooper Ramo. Podejmował jedynie lekkie tematy, żadnych kontrowersji. Ramo nie dodał jednak, iż jest dyrektorem zarządzającym jednej z najstarszych i najbardziej wpływowych firm konsultujących amerykańskie biznesy w Chinach, należącej do architekta otwarcia USA na Chiny – skrajnie prochińskiego dr. Kissingera. Nie kusząc się o wyczerpanie tematu, należy stwierdzić iż Henry Kissinger, Alexander Haig i Brent Scowcroft to absolutna pierwsza liga, nazwijmy ich MVP – most favorite politicians wśród chińskich elit. O prochińskim przechyle każdego z nich, także zaraz po masakrze na Tiananmen, możnaby wiele napisać. Każdy z nich prowadzi firmę konsultingową wprowadzającą na rynek chiński. I są w stanie, jak np. Scowcroft, zaaranżować szefom firm z Fortune 500 kolację z premierem Chin.

Doradcy ci nie tylko wpływają na opinię publiczną, ale co ważniejsze, kształtują politykę zagraniczną państwa. Prezydent Clinton objął urząd z zamiarem naciskania na Chiny odnośnie praw człowieka i powiązania ich przestrzegania z przedłużeniem im statusu najbardziej uprzywilejowanego kraju. W trakcie kadencji dokonał jednak zwrotu, zrezygnował z twardych warunków i był postrzegany jako prochiński. Z pewnością nie bez znaczenia było doradztwo uznawanego za jego kadencji za głównego architekta otwarcia na Chiny Sandy Bergera (który pracował na rzecz Chin przed zatrudnieniem i po odejściu z administracji) oraz wspomnianego Kena Lieberthala. Kończąc kwestię łączenia polityki z biznesem należy wymienić przedstawiciela jeszcze wyższej ligi – Georga Busha seniora. Trochę stronniczo, ale ciekawie i obrazowo zaangażowanie jego rodziny w biznes z Chinami opisuje w artykule z maja 2004r. The Bush family: Middle Kingdom rainmakers Zach Coleman.

Profesor Perry Link pracuje na uniwersytecie Princeton. Kilka lat temu stworzył w Chinach  program letnich kursów wiedzy o tym kraju. Jego kontakt z Chinami przerwała publikacja krytycznych wobec gospodarzy artykułów. Głównym przewinieniem było jednak przetłumaczenie razem z Andrew Nathanem Tiananmen Papers. Jak i wiele innych osób nie trzymających się wytyczonej przez propagandę chińską linii, przestał otrzymywać wizę do Chin. Krytykował  też publicznie powstałe między amerykańską biurokracją i biznesem a chińskimi władzami zależności. Spytałem go czy wie o jakichkolwiek działaniach podjętych przez amerykańskie władze mających zapobiec opisywanym układom? Odpowiedział, że nic o takowych nie wie. Dodał także, iż problemem nie jest to, iż urzędnicy kontakty te wykorzystują dla korzyści, lecz że pracując dla rządu wiedzą, iż mogą je użyć w przyszłości. To z kolei może wpłynąć na ich pracę urzędniczą. Jak twierdzi, spotyka także studentów unikających drażliwych dla chińskich władz tematów, ponieważ może się to negatywnie odbić na ich przyszłej karierze.

Na koniec przykład sinizacji, tym razem z podwórka azjatyckiego. Jeszcze kilka lat temu wiele pisano na temat zmian, które w polityce wewnętrznej Chin wywoła obcowanie Chińczków z Tajwańczykami – miała nastąpić tajwanizacja Chin. Niestety, obecne rządy KMT wywołują nie tylko sprzeciw samych mieszkańców Tajwanu, lecz i niektórych zagranicznych ekspertów oraz dotychczasowych proponentów zbliżenia z Chinami. Wyraźnie widoczny jest degradujący wpływ, wywodzącego się z kontynentalnych Chin KMT i dążącego do zjednoczenia z ChRL za wszelką cenę, na unikalną w świecie chińskim demokrację Tajwańczyków, upadającą praworządność i zanikającą transparentność decyzji władz. Jeśli chińskie władze są w stanie w tak dalekim stopniu wpłynąć na ustabilizowane i odleglejsze kulturowo demokracje jak amerykańska, kanadyjska, czy niemiecka, można sobie jedynie wyobrazić w jakim stanie skończy mający młodszą demokrację i coraz bardziej uzależniony gospodarczo Tajwan. Kraj z cieszącą się największą wolnością w Azji prasą, akceptacją mniejszości seksualnych, opieką zdrowotną znacznie przewyższającą światowe standardy i w miarę aktywnym społeczeństwem obywatelskim. Sytuacji nie poprawia zakulisowa współpraca emerytowanych urzędników państwowych z Tajwanu, w tym wielu wojskowych. Nieraz wracają do ziemi utraconej rodziców, w celach rodzinnych, lub biznesowych. Niejednokrotnie nieakceptowani jako klasa kolonialna na Tajwanie, odkrywają, iż w swojej macierzy mają i wyższy standard życia (dzięki większej zamożności) i są tam chętnie przyjmowani przez władze. Tym bardziej iż mogą wiele przekazać, chociażby ze względu na bliską współpracę wojskową Tajwanu z USA, lub zaangażować się w biznesy, czasami na preferencyjnych warunkach. Kilka lat temu przeprowadzałem wywiad z wysokim rangą urzędnikiem tajwańskiego MSZ, któremu zabroniono wyjazdu na teren ChRL, ponieważ stanowiłoby to zagrożenie bezpieczeństwa państwa.

Odźwierni

W kontekście powyższych wywodów można też inaczej spojrzeć na podnoszone m.in. przez amerykańskiego ustawodawcę oraz władzę wykonawczą publicznie skargi wobec Chin dotyczące ucieczki miejsc pracy z USA do Chin, nalegania na dowartościowanie yuana, oraz wiele innych zjawisk przedstawianych jako problemy amerykańskiej gospodarki. To znacznie bardziej skomplikowane zagadnienie. Z moich dociekań wynika raczej, że problemy te, to wynik zamierzonych działań amerykańskiego wielkiego biznesu. Natomiast rząd ChRL dba po prostu o interesy swoich firm i przedsiębiorców, taki jest jego obowiązek. Jeśli uzależnieni od niego pracodawcy i przedstawiciele ludu pracującego USA nie potrafią sobie z tym poradzić, ponieważ są zależni od rywala finansowo, świadczy to m.in. o przebiegłości chińskich władz.

Do czego jednak prowadzi owa agresywna polityka ChRL? Otóż w artykule z 26 sierpnia w The Republican James Mann zastanawia się, czy chińskie władze mają jeszcze jakichkolwiek sojuszników w administracji Obamy. Analizuje różne możliwości i dochodzi do wniosku, że raczej nie mają. Uważam jednak, że może już nie na szczeblu rządowym, jednak sztaby odźwiernych, będących od lat na garnku pekińskich władz zbyt dobrze żyją na styku państwa i biznesu, by z tego powiązania rezygnować.

Lobbying jest w USA zjawiskiem normalnym i ma długą tradycję. Po II Wojnie Światowej to środowiska kuomintangowskie na czele z madame Czang dominowały waszyngtońskie salony. Ostatnim poważnym akcentem tajwańskiego lobbyingu była inicjatywa prezydenta Lee Teng-huia w drugiej połowie lat 90, która skończyła się konfrontacją ChAL i VII Floty USA. Tym razem Chińczycy jeszcze się wycofali. Od wielu lat to jednak interesy ChRL dominują Biały Dom, w coraz większej mierze protajwański dotychczas Kongres. Problem dla Amerykanów związany z amerykańskimi odźwiernymi polega jednak na tym, że nie są lobbystami, a pozorują neutralnych ekspertów, są jednak silnie powiązani z chińskimi władzami i biznesem. To właśnie od przychylności gospodarzy zależy, którym amerykańskim firmom uda im się pomóc w otwarciu drzwi na rynek chiński.

Ryszard Zalski z Tajpei

Ryszard Zalski na Tajwan przyjechał 6 lat temu na stypendium, a po jego zakończeniu zdecydował się ożenić z mieszkanką “pięknej wyspy” i osiąść na stałe. Pracuje w branży IT w dziale sprzedaży. Podróżował po Tajlandii, KRLD, ChRL. Pisze doktorat z zakresu stosunków między Tajwanem a USA. Przeprowadził wywiady z kilkudziesięcioma politykami, dziennikarzami, pisarzami i naukowcami, w tym z byłym prezydentem, członkami rządu (KMT i DPP) i parlamentu. Bierze czynny udział w miejscowych spotkaniach i seminariach cudzoziemców (naukowców, byłych dyplomatów, dziennikarzy) i Tajwańczyków zainteresowanych polityką.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Ryszard Zalski: Czy Chiny sinizują świat? Reviewed by on 30 września 2010 .

W poprzednim artykule pisałem o rosnącej pewności siebie chińskich władz popartej modelem gospodarczym funkcjonującym także w trakcie światowego kryzysu. Ponadto o zakrojonych na szeroką skalę zbrojeniach wraz z prowokacyjnym zachowaniem wobec sąsiadów. Należy do tego dodać inflację roszczeń terytorialnych. Stwierdziłem m.in., że przyczyną takiego stanu rzeczy jest nie tylko coraz bardziej zdecydowana polityka zagraniczna rządu

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

komentarzy 12

  • Fantastyczny artykul Richarda Zalskiego. Ten czlowiek ukryl sie na pieknej wyspie i obnaza knowania rzadu pekinskiego Powinnismy uwaznie sledzic jego wypowiedzi. Duzo wiecej wie niz my w Polsce.

    • Na pieknej wyspie i z piekna i madra zona.

  • Przypomina mi to sytuacje z lat 90, kiedy to pracownicy roznych miedzynarodowych organizacji charytatywnych dzialajacych w Korei Polnocnej mowili mi, ze rzad KRLD chce autoryzowac ich raporty przed publikacja i czesc organizacji zgadzala sie zeby publikowac raporty dopiero po zmianach wprowadzonch przez miejscowych urzednikow. Takie i podobne sytuacje powinny byc bardziej naglasniane. Brawo za poruszenie temaru. Pozdrawiam.

  • Avatar Wiesław Pilch

    Gdy czytam art. p. Zalskiego odnoszę wrażenie że „nihil novi sub sole”. Przecież powiązania polityczno- ekonomiczne i mechanizmy na szczytach władzy i biznesu między Niemcami a Rosją są identycznie takie same. Czyli na początku XXI wieku ten sposób powiązywania urzędniczo – biznesowego w stosunkach międzynarodowych staje się obowiązującą normą światową. Oczywiście ze szkodą dla wszystkich stron, ponieważ przejście do obozu „przeciwnika” zarówno wysokich dygnitarzy niemieckich czy amerykańskich- po zakończeniu kariery urzędniczej- porównałbym do agenta wywiadu pracującego na dwie strony. Żałosne to ale prawdziwe.
    Natomiast sposób myślenia p. Zaleskiego o relacjach Chiny- Tajwan jest b. jednostronny (co sam zresztą w innym miejscu przyznaje), ale to chyba dobrze, ponieważ na tym forum możemy się spierać, przy okazji poznając szczegóły spraw których nie znaliśmy. Trochę mnie „zagrzał” tytuł tego artykułu, niestety zawartość nieco rozczarowała, dlatego że dla mnie świat ani nie kończy ani nie zaczyna na USA. Miałem nadzieję przeczytać coś na temat sinizaci świata, ale skończyło się na amerykańskich klientach wiszących u klamki władzy w Pekinie.
    Pozdrawiam

    • dziekuje za krytyczny komentarz, zawsze wole je od pozytywnych.
      porownanie do agenta jest wlasciwe, wlasnie o to chodzi. urzednik panstwowy ma sluzyc swojemu krajowi, nie za konkurencyjnym biznesom obcokrajowym.

      jedna uwaga. kiedy kanclerz Schroder zostal w pewnym sensie pracownikiem Putina i przedal sie rosyjskiemu przemyslowi naftowemu, niemieckie media i to te najwieksze i najwazniejsze, tzw. mainstream, bardzo sie oburzaly i go za to krytykowano. podobnie z Blairem. w Wielkiej Brytanii jest ogromny sprzeciw wobec jego postawy jako premiera, jest wiele prob pociagniecia go za to do odpowidzialnosci karnej za wojne z Irakiem i dalsze zaangazowanie dla koreanskiej firmy naftowej.

      moim zamiarem bylo przedstawienie sytuacji, w ktorej z amerykanskim swiecie polityki temat ten nie istnieje a nieraz nasi rodzimi politycy zapatrzeni sa w tamtejsze think-tanki i opinie, cytuje sie tych roznych fachowcow, ktorzy tak naprawde wlasnie propaguja poglady chinskie. kiedys sie tym zaczytywalem, obecnie mam do nich dystans i to chcialem przekazac.

      chcialem wiec poruszyc ten rzadko omawian temat. nie mam namniejszych zludzen, ze artykul ten cokolwiek zmieni, lub ze jest to jakakolwiek nowosc. jak Pan napisal – to obecnie standard.
      wczoraj ogladalem Wall Street Money Never Sleeps i Gordon Gekko mial fantastyczna jak to on przemowe na temat obecnego stanu finansow i kryzysu finansowego w USA. odniosl sie do sytuacji z piewrszej czesci filmu i obecnej i powiedzial – the difference is, now it all (all the evil) is legal.

      klaniam sie

      • Avatar Wiesław Pilch

        I tutaj się z Panem zgadzam-chcialem wiec poruszyc ten rzadko omawian temat- że temat ten jest unikalny w tym sensie, iż nigdy się z nim nie zetknąłem i tylko dzięki Panu trafił on do mojej świadomości. Dziękuję i pozdrawiam

  • przyjezdzam do polski srednio co pol roku, ostatni ponad rok spedzilem w europie, z czego wiekszosc czasu po sasiedzku w niemczech. sytuacje w niemczech uwazam za tragiczna. wprawdzie maja wydajna i bardzo ograniczona biurokracje, szczegolnie jesli chodzi o prowadzenie firmy. jednak spolecznie – czysty komunizm. leniwi i rozbestwieni obywatele, same roszczenia, emigranci stworza tam kiedys jakis kalifat niemiecki panstwo teokratyczne na wzor tybetu lub iranu. ludzi jak thilo sarazzin sie wykancza, zamiast podjac dyskusje na zasadnicze dla rozwoju panstwa tematy.

    bylem w tym okresie tez regularnie w polsce. moje obserwacje dotyczace rozwoju naszego kraju sa dosyc pozytywne. napewno bardziej, niz kiedy zylem w polsce. wielu ludzi sie uczciwie dorabia, jest bezpieczniej, mniejsza korupcja.
    uwazam, ze bardzo przysluzylo nam sie wstapienie do unii, choc bylem jego ogromnym przeciwnikiem. na szczescie jednak nie mialem racji.

    • Avatar Wojciech Tomaszewski

      Z Niemcami nie jest tak źle jak Pan pisze, a na pewno nie jest tragicznie.
      Generalnie zgadzam się z Panem, że w całej Europie zostały zachwiane
      proporcje pomiędzy prawami a obowiązkami na korzyść tych pierwszych
      i w związku z tym prognozy dla Europy rządzonej w znacznej mierze przez politycznych iluzjonistów są nieciekawe.

      • Avatar rysiek

        prowadzilem tam firme i nadal prowadze ja z tajwanu, wspolpracowalem z niemcami i moja opinia pozostanie negatywna. sama merkel ostatnio przyznala niesprawdzenie sie koncepcji multi-kulti.

        rozmawialem z osobami zajmujacymi sie zawodowo tematyka imigrantow. muzulmanie daza do stworzenia w europie swoich panstw – kalifatow lub jakichs innych tworow bazujacych na religii.
        kto wie, moze to byc jedynie kwestia kilku dekad.

  • Polska to prędzej da się zamerykanizować (choć będzie to amerykanizacja kategorii G, podszyta kościołem, moherami i dresami oraz ksenofobią), aniżeli zsinizować.

    • Avatar Wiesław Pilch

      Czy możemy na tym forum odpocząć od tego polskiego piekła, które Pan za wszelką cenę chce tu przywlec w postaci słów w nawiasie?

  • Chciałbym zatrzymać się przy kwestii ambicji terytorialnych Chin. Otóż każde wschodzące mocarstwo rozpycha się terytorialnie. Oto przykłady:
    – Rosja od czasów Iwana Groźnego, poprzez Romanowów po bolszewików zajęła ogromne obszary północnej i centralnej Azji oraz Kaukazu, przy okazji rusyfikując, chrystianizując i rozpijając te ludy, które stały na niższym od Rosjan poziomie rozwoju cywilizacyjnego. Wątpliwe szczęście znaleźć się w ramach imperium rosyjskiego miały też niektóre narody Europy, w tym ponad połowa Polaków, Finowie, narody bałtyckie.
    – USA w XIX wieku rozrosły się kosztem eksterminowanych i wypędzanych do rezerwatów Indian, wykupu Luizjany i Alaski oraz zaboru około 1/2 obszaru Meksyku.
    – Brazylia zajęła w XIX wieku znaczne obszary zachodniej Amazonii, należące wcześniej do Boliwii. Brazylijczycy wykorzystali tu słabość sąsiada, z racji ubóstwa i politycznej niestabilności zwanego „południowoamerykańskim chłopcem do bicia”.
    Co do ekspansji Chin, pierwszym, który jej doświadczył w czasach nowożytnych był Tybet. Chiny zgłaszały doń pretensje od XVIII wieku. W 1720 r. do Tybetu wkroczyła przysłana przez cesarza Kangxi armia, a wraz z nią urodzony we wschodnim Tybecie kandydat na dalajlamę Kelsang Gjaco, przywitany z entuzjazmem przez ludność. Tybet stał się protektoratem mandżurskiej dynastii Qing. W latach 1788 – 1792 słabo uzbrojony Tybet padł ofiarą agresji Gurkhów z Nepalu, którzy zostali odparci jedynie dzięki pomocy chińskiej. Wykorzystując to, w 1793 r. cesarz Qianlong nadał chińskim namiestnikom prawo do kontrolowania lokalnego rządu tybetańskiego. Od tej pory Dalajlama i panczenlama mieli się trzymać ich zarządzeń, a wszelkie sprawy Tybetu podlegały cesarskiemu Urzędowi ds. Terytoriów Zależnych. Jednocześnie Chiny zaczęły prowadzić politykę izolacji Tybetu, w czym popierała je część tybetańskiego rządu i kleru. W efekcie w XIX wieku Tybet stał się „ziemią zakazaną” dla cudzoziemców. Jednak po śmierci Qianlonga Chiny pogrążyły się w kryzysie i wewnętrzne problemy, z którymi borykała się dynastia mandżurska w XIX wieku, a także rosnąca presja mocarstw kolonialnych na Chiny, oznaczały dla Tybetu de facto polityczną niezależność.
    Po rewolucji Sun Yat-Sena i proklamowaniu republiki przeszkodą dla aneksji Tybetu była obecność tam wojsk W. Brytanii, która nie zamierzała dopuścić, by ten buforowy kraj dostał się przypadkiem w ręce Chin ani Rosji. Chińskie ambicje „stały się ciałem” w 1950 r. w okolicznościach ogólnie znanych.
    A propos Mongolii – niegdyś części Chin. Po rosyjsko-chińskich negocjacjach Mongolia Zewnętrzna (ta, która dziś stanowi niepodległe państwo – w odróżnieniu od Mongolii Wewnętrznej będącej do dziś regionem autonomicznym ChRL) została w 1915 uznana za część Chin, jednak rząd chiński zgodził się na jej autonomię. Gdy w Rosji wybuchła rewolucja komunistyczna do Mongolii Zewnętrznej wkroczyły wojska chińskie i obaliły w 1919 duchowego lidera buddyjskiego Bogdo Gegena.
    W 1921 roku armia antybolszewickich Rosjan pod wodzą inflanckiego barona von Ungern-Sternberga wraz z oddziałami książąt mongolskich zdobyła stolicę kraju Urgę (obecnie Ułan Bator) i opanowała większość kraju, zapoczątkowując ogólnonarodowe powstanie przeciw Chinom. Na tronie ponownie osadzony został Bogdo Gegen. W lipcu 1921 Armia Czerwona pod pretekstem pomocy grupce rewolucjonistów Suche Batora zajęła siłą Mongolię Zewnętrzną rozbijając wojska Ungerna i mongolskie. Ustanowiony został rząd komunistyczny, jednak zachowano ustrój teokratyczny i władzę Bogda Gegena.
    Jeśli chodzi o spór terytorialny o wyspy Senkaku (Diaoyu): Pekin i Taipei zgodnie twierdzą, że wyspy te od dawna należały do państwa chińskiego, natomiast wg Tokio, stanowiły ziemię niczyją, co teoretycznie dawałoby Japonii prawo do ich aneksji.
    Odnośnie Wysp Paracelskich: W 1932 r. Francuzi przyłączyli je do Indochin Francuskich i na jednej z wysp (Pattle Island) utworzyli stację meteorologiczną. Po klęsce Francji w 1954 r. wyspy zostały zajęte przez komunistyczny Wietnam Północny. Od 1974 r. archipelag należy do ChRL. Do tego obszaru roszczą sobie prawo także Wietnam i Republika Chińska (Tajwan). Podobnie jak Wyspy Spratly (sporne między ChRL a Tajwanem), Wyspy Paracelskie są administrowane przez chińską prowincję Hajnan.
    Zarówno jeśli chodzi o W-y Senkaku jak i Paracelskiego, może nikt nie przywiązywałby zbytniej wagi do tych maleńskich archipelagów, gdyby nie fakt, że w ich rejonie znajdują się znaczące złoża ropy naftowej i gazu – surowców, których każda z zainteresowanych łaknie jak kania dżdżu. To różni te spory od sporów Chin i Indii w Himalajach (Aksai Chin, Arunachal Pradesh), które mają charakter głównie ambicjonalny, bowiem tereny te mają umiarkowane znaczenie strategiczne, a ich znaczenie gospodarcze jest mniej niż znikome.
    Pozostaje kwestia rosyjskiego Kraju Nadmorskiego, którego głównym miastem jest Władywostok, będący wraz z Nachodką oknem Rosji na Morze Japońskie. Obszar ten w XIX wieku należał do Chin, więc mimo że obecnie w tej sprawie Pekin milczy by nie drażnić sąsiada, to jednak nie wykluczam, że kiedyś to się zmieni. Zwłaszcza, że przewaga gospodarcza i demograficzna Chin nad Rosją będzie się nadal zwiększać i zapewne niebawem dojdzie do niej przewaga militarna i technologiczna. Ale wojna raczej nie byłaby tu potrzebna. Warto bowiem pamiętać, że w sytuacji chińskiego osadnictwa i podboju ekonomicznego na rosyjskim Dalekim Wschodzie, wszystko może odbyć się w sposób pokojowy. Wystarczy, że mieszkający w Kraju Nadmorskim i nad Amurem Chińczycy zaczną domagać się autonomii, a potem przyjdzie im do głowy referendum niepodległościowe.

Pozostaw odpowiedź