BLOGOSFERA

„Poznaj Świat”: Błoto dla zuchwałych – Malezja

Off_roadW Malezji nie ma zimy. W grudniu zaczyna się za to pora deszczowa, która zamienia kraj w kałużę. Czasem – w bajoro, albo nawet w gigantyczne bagno. I na ten właśnie moment czekają miłośnicy przedzierania się samochodami przez błoto: uczestnicy Rainforest Challenge.

Malezyjski rajd uznawany jest za najtrudniejszą imprezę przeprawową na świecie. I słusznie! To, co dzieje się w dżungli podczas pory deszczowej przypomina biblijny potop. Woda jest wszędzie: a to pod postacią mgły, a to deszczu, błota o kolorze kawy z mlekiem, chmur. Jest nawet w hermetycznie zapakowanym jedzeniu. A jednak wszyscy się pocą, bo temperatura w tropikalnej dżungli to średnio 30 stopni.

Oczywiście – w nowoczesnych miastach, takich jak choćby pnąca się do nieba stolica – Kuala Lumpur, ulewy nikomu nie przeszkadzają. Asfaltowe ulice mają studzienki ściekowe, a w domach, eleganckich hotelach, sklepach i fantastycznych biurowcach cichutko działa klimatyzacja. Tam czujesz się świetnie! Ba! Chętnie wybrałbyś się na plażę, by wskoczyć do ciepłej wody oceanu i podziwiać kolorowe okazy fauny i flory.

Ale uczestnicy Rainforest Challenge nie po to zjeżdżają tu z całego świata, by wylegiwać się na leżakach nad brzegiem morza. Wyruszając w mokry las, chętnie zrezygnowaliby na kilka dni z wody.

Tęsknota za błotem
Skąd pomysł, by przedzierać się przez deszczową dżunglę? No, miłośników off-roadu zawsze nosiło po świecie za sprawą słynnych rajdów Camel Trophy. Kiedy więc zabawy pod znakiem wielbłąda się skończyły, zapanowała w terenowym świecie pustka. Nie na długo.

Niejaki Luis Wee, Chińczyk z Malezji, fan off-roadu, skrzyknął do Malezji organizatorów Camel Trophy z całego świata i w 1996 roku zorganizował pierwszy rajd przeprawowy przez zalane deszczem lasy, które dały nazwę całej imprezie. Ta wzbudziła zachwyt wśród amatorów topienia samochodów w błocie. Zachwyt tak wielki, że nikt nie wyobraża sobie, by Challenge zniknął z kalendarza off-roadowego.

Zresztą – rajd kwitnie: ma oficjalną opiekę resortu sportu i turystyki Malezji, zainteresowanie miejscowych mediów i poparcie biznesu. Bo taka impreza to świetny interes. Do Malezji zjeżdżają „szaleńcy” z całego świata, taszcząc ze sobą kontenery z autami, sprzętem, obsługą techniczną i Bóg wie, czym jeszcze. Trzeba ich ugościć, przygotować trasę, zorganizować transport, obsługę medyczną, serwis prasowy. No, i oczywiście rozrywkę.

Dwie różne Malezje
Rajd zaczyna się w mieście-wizytówce kraju, Kuala Lumpur. To metropolia na miarę XXI wieku ze słynnymi Petronas Towers i dziesiątkami supernowoczesnych gmachów. Tu widać, że choć Malezji nie zalicza się do azjatyckich tygrysów, kraj rozwija się bardzo dynamicznie. Ale w stolicy odbywa się tylko start rajdu. Prawdziwa jazda zaczyna się z chwilą opuszczenia ostatniego odcinka asfaltu.

Trasa biegnie przez dziewicze fragmenty dżungli, gdzie przejechanie kilometra trwa czasem kilka godzin i wymaga od zawodników potwornego wysiłku. Mało tego – wzdłuż całej trasy wytyczone są odcinki specjalne, na których załogi rywalizują o punkty i walczą o jak najwyższe miejsce w końcowej klasyfikacji. Mówiąc lapidarnie, rajd to nieustanna walka o dojechanie do mety.

Tu nie ma punktu na horyzoncie, na który można się kierować, wyznaczać azymut. W dżungli jedzie się „na punkt na mapie”, iluzoryczne miejsce, które może zniknąć w wyniku ulewy, obsunięcia się ton błocka, lub zalania przez rzekę powstałą z maleńkiej niedawno strugi. A zawodnicy pokonują trasę niezależnie od pogody. Jeśli nie mogą pokonać jakiegoś odcinka, nadkładają drogi, jadąc dookoła, czasem nawet wiele kilometrów.

Zdarzało się podczas Rainforest Challenge, że na przebycie kilkustemetrowego odcinka trzeba było poświęcić kilkadziesiąt godzin. Bywa, że trzeba wykopać rów, by „osuszyć” kawałek terenu, bywa, że trzeba zbudować most przez szczelinę w ziemi, bywa, że nie da się ruszyć z miejsca bez pomocy kibiców. Po takiej dniówce uczestnicy rajdu padają jak muchy: zasypiają na siedzeniach samochodu, na ich dachach, lub wprost na ziemi. I nie przeszkadza im wtedy fakt, że są cali mokrzy.

Można się przyzwyczaić, że woda jest wszędzie: płynie, leje się z nieba i unosi w powietrzu. To zupełnie inny świat, który różni się od cywilizowanych wygód miasta. Świat nigdy nie zasypiającej dżungli, która drwi z osiągnięć cywilizacji.

Przykładem może być zeszłoroczny Rainforest Challenge – imprezę przerwano z powodu gigantycznych opadów. Dżungla stała się nie do przebycia, wiele samochodów po prostu wchłonęła żółta, gęsta, błotna maź. Można było zacząć je wydobywać dopiero po kilku miesiącach, kiedy w tropikanych upałach błoto zamieniło się w… naturalny beton. No, ale na nim można przynajmniej bezpiecznie stanąć.

Wielki biznes i satysfakcja
Malezyjczycy zabrali się do organizowania Rainforest Challenge z zaangażowaniem, pomysłem i… kalkulatorem. Wielki rajd jest wielkim biznesem. Pomijając wpływy z samego rajdu (wpisowe, prawa do transmisji TV, akredytacje, transport), nawiększe znaczenie ma dla władz promocja kraju. Rainforest jest dla Malezji doskonałą wizytówką i atrakcją turystyczną. Ba! Wiele międzynarodowych imprez, np. festiwal folkowy – również ma w nazwie „deszczowy las” – znany jest jako Rainforest World Music Festival. Z dzikiej dżungli Malezyjczycy zrobili po prostu turystyczną atrakcję.

Kto może wziąć udział w rajdzie? Teoretycznie każdy. Tyle, że trzeba mieć sporo pieniędzy. Do startu dopuszcza się auta terenowe wyposażone w klatki bezpieczeństwa, wyciągarki z przodu i z tyłu, wzmocnione zawieszenie, silniki zabezpieczone – przynajmniej na ile się da – przed błotem i wodą. Do tego kubełkowe fotele, specjalne pasy, zabezpieczenie systemów elektrycznych, GPS, sprzęt saperski i biwakowy, pasy, liny, haki itp, itd…

W sumie, razem z transportem do Malezji, trzeba mieć około… 150 tys. zł. Opiekę medyczną i wyżywienie oraz ubezpieczenie zapewnia organizator. W końcu za wpisowe rzędu 10 tys. zł można czegoś wymagać.

Absolutnie bezpłatne są atrakcje w rodzaju spotkań z tygrysem lub kobrą, jadanie z jednej miski z jadowitymi wijami i skolopendrami oraz upojne noce z małymi i dużymi „robalami”. Na osłodę i poprawę dobrego samopoczucia wpływa widok cudownie kolorowych tropikalnych motyli.

Rywalizacja odbywa się w kategoriach aut benzynowych i diesli, z silnikami o pojemności do i powyżej 3 litrów. Na zwycięzców czekają pamiątkowe puchary i… mołojecka sława. Ale tak naprawdę zwycięzcami są wszyscy, którzy dotrą do mety na plaży niedaleko stolicy. Po prostu wszyscy, którzy przebrną przez błoto.

Artykuł ukazał się na portalu onet.pl. Jego autorem jest Wojciech Walczuk.


Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
„Poznaj Świat”: Błoto dla zuchwałych – Malezja Reviewed by on 29 grudnia 2009 .

W Malezji nie ma zimy. W grudniu zaczyna się za to pora deszczowa, która zamienia kraj w kałużę. Czasem – w bajoro, albo nawet w gigantyczne bagno. I na ten właśnie moment czekają miłośnicy przedzierania się samochodami przez błoto: uczestnicy Rainforest Challenge. Malezyjski rajd uznawany jest za najtrudniejszą imprezę przeprawową na świecie. I słusznie! To,

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź