BLOGOSFERA

„Oddysei”: Tajlandia, Kambodża 2010 – kilka uwag o podróżowaniu

Dwa tkambodza_01ygodnie temu wróciłam z Azji… Przejrzałam zdjęcia, zrobiłam rachunek sumienia i… doszłam do wniosku, że nie ma sensu pisać na forum o kolejnych wrażeniach z podroży w miejsca, do których nie ja pierwsza i nie ostatnia…
A więc tylko szkic wyprawy : 3 tygodnie, Północna Tajlandia (Bangkok – Changrai – Golden Triangel -Sukotai – Bangkok – Araniapratet), a potem Kambodża wzdłuż i wszerz  (Poipot – Siem Reap – Angkor – Phnom Penh – Kep – Kampot – Sihanukville – Góry Kardamonowe – Koh Kong)
Ale skoro już siadłam do pisania, postanowiłam napisać kilka truizmów, które może komuś jednak przydadzą się w podróży. W punktach? Spróbujmy…
1. Zimą w Azji jest ciepło. Coraz cieplej… Na początku marca to znaczyło ponad 30 stopni. W Europie zima, zwłaszcza w tym roku… Postarajcie się nie zabierać na taki wyjazd niczego, co nie przyda się tam. Potem trzeba to taszczyć przez 3 tygodnie i nigdy nie użyć. Polar, który wzięłam „na wszelki wypadek” przydał się tylko w samolocie, w którym klimatyzacja włączona była na max (wiele już razy przekonaliśmy się, że mieszkańcy ciepłych miejsc nadużywają tego wynalazku)
A więc : najlżejsza z możliwych kurtek, żadnych swetrów, 2 pary skarpetek… wersja minimum. Jeśli nie wybieracie się na trekking nie ma też sensu brać żadnych pełnych butów. One WAŻĄ! Najlepiej wsiadać do samolotu tak, jak w Polsce ubiera się w chłodny letni dzień, a resztę oddać odprowadzającym na lotnisko.
2. W Azji jest ciepło inaczej… T-shirt to prawie zbroja. Upał oblepia zaraz po wyjściu spod prysznica a po 10 min w grubej bawełnie jest się kompletnie mokrym. Sprawdzają się batysty i płótna, im cieńsze tym lepsze. Do tego przewiewne krótkie spodnie albo spódniczki (jak kto woli). Ja spakowałam się w bagaż podręczny (plecak 6 kg) a i tak ciuchów miałam za dużo. W Tajlandii na każdym rogu jest laundry, (w Kambodży trochę trudniej znaleźć) gdzie za 3 zł/kg w parę godzin ma się czyste ciuchy, a w razie niedostatków odzieżowych, na każdym targu szmatek jest bez liku i to za grosze.
Trzeba pamiętać, że do świątyń wejść można tylko z zakrytymi ramionami i kolanami. Ale i na to najczęściej jest rada – w dużych obiektach są wypożyczalnie „przyzwoitych” strojów
3. Azja lubi turystów, bo z nich żyje. Ważne, żeby o tym niuansie pamiętać. Tubylcy są pomocni, gotowi zarobić na wszystkim ale i czasem natrętni. Każda transakcja zaczyna się od kwot absurdalnych, potem już cena zależy od determinacji i sprytu. TRZEBA się targować!
Im bardziej Ci czymś zależy tym trudniej zbić cenę. Wartość rzeczywista towaru to zwykle mniej niż połowa ceny wywoławczej.
4. Opędzanie się od kierowców tuk-tuków i taksówek może być irytujące, ale gdzie w Polsce można wynająć transport na cały dzień za 12 $? Doceńcie, ale się targujcie. Jeśli zależy Wam na czasie (np. na trasie na lotnisko), ustalcie z góry cenę taksówki, jeśli bierzecie pod uwagę wycieczkę krajoznawczą, lepiej taksówkarza nakłaniać do włączenia licznika – wyjdzie taniej. Jeśli grupa jest kilkuosobowa (nas było 4) czasem warto negocjować przejazd taksówką kilkadziesiąt km, bo bywa taniej a na pewno wygodniej i szybciej niż kilkoma innymi środkami transportu kołowego.
Kolej w obu krajach jest szczątkowa.
5. Agencje turystyczne są WSZĘDZIE. I bardzo dobrze, bo w obu tych krajach jest bez liku firm transportowych, autobusowych etc, nie ma jednego rozkładu jazdy PKS i PKP. Pytajcie, analizujcie, czytajcie WSZYSTKIE rozkładu jazdy na dworcu autobusowym. Agencje turystyczne często pomagają rozwiązać problem dojazdu, sprzedają bilety „kombinowane”, podpowiadają możliwości. Warto spytać w więcej niż jednej, jeśli wycieczka jest daleka, ale bardzo często korzystając z agencji paradoksalnie wydaje się MNIEJ.
6. Nie ma sensu rezerwować z Polski noclegów podczas włóczęgi. Guesthouse i hoteliki są w każdej opisanej w przewodnikach miejscowości. No chyba, że wybieracie się w miejsce którego nie ma na mapie… Zwykle to, co można znaleźć w necie jest droższe od noclegów znajdowanych na miejscu. Może są jakieś wyjątkowe terminy (Boże Narodzenie?) albo rejony… Ale nie mówimy o Ko Phi Phi ani o Puket .
7. A’propos noclegów. Ostatnie wyjazdowe odkrycie : jedwabny „śpiwór” a właściwie worek. Z higieną pościelową bywa różnie, zwłaszcza w tańszych hotelach (chociaż i tam zdarzała się codzienna zmiana ręczników i jednorazowe szczoteczki do zębów). Czasem hotel udostępnia łóżko bez czegokolwiek do przykrycia albo jest to derka dla konia. Jedwabny śpiworek waży niecałe 200 g, więc tyle co nic a daje poczucie komfortu. Dostępny w Decatlonie ( biały 139 zł) albo w sklepach internetowych (kolorowe, w wersji mumia albo worek za 220-270 zł) POLECAM
8. Jestem zwolenniczką teorii, że jeśli się jedzie na drugi koniec świata, nie ma sensu jeść tam hamburgerów (w ogóle ich nie lubię). Jadłam prawie wszystko, co sprzedają na azjatyckiej ulicy, ale PRAWIE robi wielką różnicę. Odradzam surowe krewetki i mielone mięso zaparzane w zupie, desery z surowym jajkiem i inne oczywistości. Patrzcie na ręce sprzedawcom ulicznej żywności! Zawsze można odmówić dołożenia do dania czegoś, co Wam się wyda nieciekawe.
W Tajlandii najczęściej od razu pytają czy chcesz wersję „spicy” (baaaardzo ostre) i wiedzą że Europejczycy nie dają rady ich standardom ostrości. No i uwaga na kuchnię europejską. Jedyne nasze sensacje żołądkowe przydarzyły się po niewinnych tostach z serem. Ale ketchup i majonez do tych tostów stał cały dzień w 35 stopniowym słońcu. Może nie jeden dzień.
9. Nie lubię coli, ale.. To najlepszy na świecie odrdzewiacz i świetnie sprawdza się jako środek dezynfekujący przewód pokarmowy i lekarstwo na drobne niedyspozycje żołądkowe. Na szczęście można ją kupić wszędzie i to zimną 
10. Woda pitna tylko z butelek… a co z lodem? Mieliśmy obawy… Ale okazuje się, że nikt (prawie nikt?) tu nie produkuje lodu na własny użytek, bo najczęściej po prostu nie używa zamrażarki tylko plastikowego pudła ,w którym chłodzi się co się da lodem w bryłach. A taki lód produkują fabryki lodu. Proces technologiczny nieznany, ale shake z owoców z lodem świetny i nie powodował sensacji. No… może wszyscy mamy amebę, tylko jeszcze o tym nie wiemy? Jeśli tak, pochwalę się niebawem (brrr).
11. Owoce… jest ich mnóstwo na każdym kroku i na wiele sposobów. Polecam próbowanie nowych smaków!! Zwłaszcza, że wielu z tych owoców w Polsce nie ma albo znamy je tylko z puszki. Jack fruit, dragon fruit, przepyszne mango, liczi i ananasy. Uczta! Okrzyczany durian nie pachnie aż tak źle, ale orzekliśmy zgodnie, że smakuje jak nadgnita surowa cebula. W każdym razie spróbowałam i mam swoje zdanie .
12. Jedzenie, spanie i podróżowanie kosztuje tu niewiele, ale jednak jakieś pieniądze trzeba mieć. W Tajlandii wiadomo, cywilizacja! Są bankomaty, czasem można zapłacić kartą, sieć sklepów seven eleven na europejskim poziomie. Wymieniają na bathy dolary i euro ale o dziwo dolary po kursie zależnym od nominału banknotów – tu lubią te duże. W Kambodży gorzej… najlepszym bankiem okazał się Canadian (przyznaję, szukaliśmy raczej takich, które były z naszego świata), zapłacić karta nie dało się nawet w hotelu w Siem Reap, chociaż to absolutne centrum turystyczne kraju. No i w Kambodży walutą obiegową jest dolar (USD). Nie ma cienia sensu wymieniać kambodżańskiej waluty, bo oni sami wydaja nią tylko resztę. Kurs : 4000 rieli = 1USD. Za to ciekawostka: banknoty 100 USD niemile widziane. Dla nich to duże pieniądze, ale to chyba nie jedyny powód. W każdym razie na Kambodżę lepiej mieć drobnicę, koniecznie jednak w banknotach
Do Azji wrócę na pewno, może nawet jeszcze w tym roku.
Kolejną podróż planujemy w tym samym gronie (kochani, dziękuję za Was losowi) do Birmy lub Wietnamu. Pewnie znów skorzystamy z lokalnych azjatyckich linii Air Asia, które za niewielkie pieniądze (150-200 zł) oferują dużo lokalnych połączeń do ciekawych dla włóczęgów miejsc.
Zresztą , to kolejna, już ostatnia sugestia : LATAJ ! No tym razem nie Lotem, ale Air Asia albo liniami wewnętrznymi, gdzie za bilet płaci się kilkadziesiąt dolarów. Czasem naprawdę warto szukać najtańszego lotu z Europy i doliczyć do tego cenę drugiego, azjatyckiego, żeby znaleźć się w miejscu wartym tych starań.
Zatem spełnienia marzeń i tylu lądowań, ilu startów:)

PS
Dopiero, gdy to napisałam zdałam sobie sprawę, że to nie są tylko puste słowa …

Artykuł ukazał się na portalu oddysei.com.pl, jego autorką jest Ewa Poznań.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
„Oddysei”: Tajlandia, Kambodża 2010 – kilka uwag o podróżowaniu Reviewed by on 17 maja 2010 .

Dwa tygodnie temu wróciłam z Azji… Przejrzałam zdjęcia, zrobiłam rachunek sumienia i… doszłam do wniosku, że nie ma sensu pisać na forum o kolejnych wrażeniach z podroży w miejsca, do których nie ja pierwsza i nie ostatnia… A więc tylko szkic wyprawy : 3 tygodnie, Północna Tajlandia (Bangkok – Changrai – Golden Triangel -Sukotai –

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź