Chiny

Na ryby

 Aleksandra Kurcman i Grzegorz Wilczyński studiowali w Polsce resocjalizację i psychologię. Po skończeniu studiów wyjechali do Anglii ( dwa pobyty- dwuletni i półroczny). Aleksandra po studiach w Polsce uczyła języka angielskiego; Grzegorz pracował w schronisku dla bezdomnych. Nawiązali kontakt przez internet i zaplanowali wspólną podróż. Po kilku miesiącach przygotowań byli gotowi do wyprawy – wybór padł na Państwo Środka, gdzie dotarli koleją transsyberyjską – wyruszając w styczniu 2008 roku z Polski przez Ukrainę, Moskwę, Zabajkalsk. Granicę rosyjsko-chińską przekroczyli pieszo…Artykuły Na ryby oraz Sztuka osaczania to zapiski z ich przeżyć i opowieści osób poznanych w podróży po Chinach. Dziś zapraszamy na opowieść o kormoranach z Yangshuo.

 

  

Położone nad rzeką Li Yangshuo to urocze, malownicze miasteczko. Obszar, na którym się znajduje, obfituje w górskie wypiętrzenia sięgające około dwustu do trzystu metrów. Tylko w samym Yangshuo jest kilka takich wierchów. Wyrastają w mieście jak drapacze chmur, wysoko ponad miejskie zabudowania. Drogi okrążają każdy z nich, a niektóre niczym zabytkowe katedry europejskich miast są po zapadnięciu zmroku oświetlane. Najlepszą reklamą miasteczka, które odwiedzają tłumy turystów, jest jednak jeden z przełomów rzeki Li, uwidoczniony na banknocie dwudziestoyuanowym i przez to doskonale znanym wszystkim Chińczykom.

Trwający cały dzień objazd pięknych okolic zakończyliśmy dość pospiesznie, ruszając z powrotem do Yangshuo, gdy tylko zdaliśmy sobie sprawę z zapadającego właśnie zmroku. A przecież jeszcze tego samego dnia byliśmy umówieni na nocną przejażdżkę łodzią, podczas której czekał nas pokaz połowu ryb… kormoranami.

Pędziliśmy przez dwadzieścia pięć kilometrów wypożyczonym na cały dzień skuterem, aby zdążyć przed odpłynięciem łodzi zaraz po zmierzchu. Gdy dojechaliśmy do Yangshuo, było już późno. Zanim wjechaliśmy na ostatnią prostą prowadzącą do rzecznej przystani, musieliśmy przedrzeć się przez centrum miasteczka i hałas klaksonów dziesiątek przeróżnych, chaotycznie poruszających się we wszystkie strony pojazdów. Zaparkowaliśmy w miejscu raczej niedozwolonym. Wjechaliśmy tam pomimo zakazu wjazdu, pocieszając się, że w Chinach przestrzeganie zasad ruchu drogowego i jego rozumienie jest całkowicie odmienne od tego, co znamy z cywilizacji zachodniej. Dzięki temu znaleźliśmy się zupełnie blisko rzeki. Stamtąd podbiegliśmy już tylko kilkadziesiąt metrów do umówionego miejsca, gdzie niecierpliwie czekała wypatrująca nas Chinka – żona kapitana statku.

Pośpiesznie udaliśmy się za nią i po chwili dotarliśmy do łodzi, którą mieliśmy popłynąć – jak się okazało – wraz z  kilkunastoma innymi Białymi „laowai” ( laowai – w języku chińskim obcokrajowiec). Po uregulowaniu należności (po 25 Y od osoby/ok. 8 PLN)  wsiedliśmy, jako ostatni, na przykryty skąpym dachem z plandeki pokład z kilkoma rzędami ławek. A wszystko to w atmosferze supertajnej konspiracji, z jaką spotkaliśmy się w Chinach pierwszy raz, po pięciu miesiącach podróży przez ten kraj….. Czy ta scenografia miała posłużyć spotęgowaniu emocji i podniesieniu atrakcyjności oferowanej usługi ? Do dziś nie znamy powodów, dla których mieliśmy porozumiewać się po cichu i umówione pieniądze przekazać przewoźnikowi w największej dyskrecji. Kapitan i jego żona zapewne nie organizowali takiej wycieczki nocnej pierwszy raz i gdyby ta działalność była nielegalna i rzeczywiście tak niebezpieczna, już dawno doszłoby do wpadki. Na pewno nie chodziło im o płoszenie ryb… Silnik łodzi okazał się strasznie hałaśliwy. Na barce siedzieli już, czekając na odpłynięcie, wyłącznie Biali. Porozumiewali się płynnym angielskim. Mogła to być zorganizowana wycieczka Amerykanów.

Odbiliśmy od brzegu i zaraz zrobiło się zupełnie ciemno. Płynęliśmy niecałe pół godziny w górę rzeki, wiedząc tylko – z miejscowych kartek pocztowych pokazujących połów kormoranów – co mniej więcej może nas czekać. W końcu usłyszeliśmy w ciemności silnik innej barki, która czekała na nas przy przeciwnym brzegu. Chyba nikt nie spodziewał się tego, co zobaczyliśmy. Wokół drugiej barki pływało i nurkowało pięć kormoranów, a na burtach siedziało ich jeszcze więcej, łącznie jakieś dwadzieścia sztuk. Teraz dwie łajby razem, zwrócone do siebie burtami, oddalone jedna od drugiej o kilka metrów, płynęły z wolna w górę rzeki z prędkością dostosowaną do możliwości kormoranów. Niektórzy z pasażerów dopiero po chwili w tych ciemnościach i odwracającym uwagę silnym świetle na dziobie barki, zauważyli resztę stada spoczywającego na obu burtach.

Wszystkie ptaki wytresowane były do tradycyjnej w tych stronach sztuki połowu ryb. Stojący na dziobie barki rybak wrzucał je do wody, a te płynęły przed łodzią, co rusz nurkując. Do dziobu barki przymocowana była duża lampa, której światło ukazywało ptasim łowcom znajdujące się pod wodą senne ryby. Mechanizm działał prosto: kormorany wyławiały ryby, rybak zaś wyławiał kormorany, już ze zdobyczą zmagazynowaną w ich gardzielach. Kormorany wiedziały, po zasobie złowionych ryb, kiedy przerwać połów i podpłynąć do burty w pobliże rybaka. Wtedy on, sięgając długą bambusową tyczką z pokładu, podstawiał ją pod kormorana, a ptak chwytał tyczkę pazurami i wciągnięty lądował na pokładzie. Rybak chwytał go za szyję i wyduszał z niego ryby. Wszystko to byłoby niemożliwe, gdyby kormoranom nie zawiązano szyi, zaciskając ją sznurkiem. Dzięki temu ptaki nie przełykały złowionych pod wodą ryb, lecz magazynowały je w swych wolach[1]. Po opróżnieniu (właściwie wypluciu) ryb z gardła wprost do kosza na pokładzie, kormoran wyrzucany był z powrotem do rzeki. Co kilkanaście sekund rybak wyławiał kolejnego, i tak w kółko.

Po trwającym kilkadziesiąt minut przedstawieniu, dwie łajby jednocześnie dobiły do brzegu rzeki. Tam wszyscy wysiedliśmy z łodzi. Czekała nas ostatnia atrakcja: zrobienie sobie zdjęcia z kormoranem na ramieniu, zakończona możliwością zadania pytań kapitanowi (hodowcy, treserowi kormoranów). Na jego dość proste pytanie – You happy?! – udzieliliśmy gromadnie odpowiedzi twierdzącej.

Do zdjęcia podchodził każdy, kto chciał, a chciał każdy. Kiedy jednego z ptaków, tego najbardziej fotogenicznego, przeznaczono do sesji zdjęciowej, reszta kormoranów z rozpostartymi skrzydłami suszyła się na brzegu i burtach barki połowowej (łowiącej nie siecią, lecz… ptakami) nie zważając na nic, co działo się zaledwie parę kroków od nich.

Złowione ryby były różnej wielkości, głównie drobnica. Nie wrzucono ich jednak z powrotem do wody. Były elementem tresury ptaków, trzymającym je w ryzach do końca połowu. Po długim wysiłku musiały odpocząć i zostać nakarmione. Połów zatem zasadniczo służył jako nagroda dla ptaków. Czas wyprawy także był optymalny. Gdyby bowiem praca kormoranów trwała dłużej, mogłyby jeden po drugim zbuntować się i odmówić dalszej współpracy.

Gdybyśmy nie ujrzeli tego wszystkiego na własne oczy, wyjechalibyśmy z Chin z dość mglistym wyobrażeniem tego, na czym polegają połowy ryb z kormoranami w roli głównej. Bardziej odpowiadałoby ono temu, co zobaczyliśmy na zdjęciach widokówek przedstawiających tradycyjną bambusową tratwę i rybaka z kormoranem na ramieniu.

Przyjąwszy dzień wcześniej propozycję zobaczenia specjalności tych stron: oswojonych kormoranów w akcji, mieliśmy szczęście obejrzeć i przekonać się, jak wygląda obecnie ta stara, miejscowa tradycja. Współcześnie połów jest czymś innym, niż choćby kilkadziesiąt lat temu. Jego celem nie jest już zaopatrywanie się w ryby. Dziś na „połów kormoranami”łowi się… turystów. To okazuje się być bardziej dochodowym biznesem, niż tradycyjny połów.

Aleksandra Kurcman

Grzegorz Wilczyński  




[1] Wole – w anatomii zwierząt to rozszerzenie przełyku służące do gromadzenia i      przenoszenia  pokarmu. Wole posiada większość ptaków poza niektórymi owadożernymi.     

 

Aleksandra i Grzegorz podróż przez Chiny odbywali transportem publicznym: pociągami i autobusami. Po przejeździe przez północne Chiny (Mandżuria, Harbin, Pekin) i kilkudniowym przemarszu dzikim odcinkiem Wielkiego Muru Chińskiego, próbowali się dostać również do Tybetu, co w ostatniej chwili – tuż przed samym wjazdem do Autonomicznego Regionu – uniemożliwiło im zamknięcie granicy tybetańskiej dla ruchu turystycznego, spowodowane marcowymi wydarzeniami w Lhasie.

Podążali przez centralne prowincje, zatrzymując się po dwa tygodnie w Xi’an i w  Chengdu – z którego wyjechali kilkanaście dni przed trzęsieniem ziemi w kwietniu. Odwiedzili również Lugu Hu – z jego lokalną tradycją matriarchatu ludu Mosuo- i Lijiang. Stąd pojechali do Wąwozu Skaczącego Tygrysa, Shangri-La i pod szczyty Meili (najdalej na wschód wysunięte pasmo Himalajów) – gdzie, w tybetańskiej wiosce Yubeng, zaintrygowała ich tamtejsza kultura poliandryczna. Droga wiodła dalej przez Yunnan, aż do jego tropikalnego południa przy granicy z Wietnamem i Laosem. Następnie skręcili na wschód i przez Kunming i obszary dotknięte powodzią dotarli do Guilinu. Na koniec pod Guilinem zahaczyli o Yangshuo nad rzeką Li, gdzie spędzili kilka niezapomnianych dni.

Poza kwaterowaniem w hostelach i hotelikach, korzystali często z prywatnej gościny Chińczyków i mieszkających w Chinach obcokrajowców z organizacji Hospitality Club. Ich pobyt w Chinach trwał pięć miesięcy. Po trzech miesiącach podróży udało im się przedłużyć wizy o kolejne dwa miesiące. Wrócili do kraju pod koniec czerwca 2008 r.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Na ryby Reviewed by on 15 września 2008 .

 Aleksandra Kurcman i Grzegorz Wilczyński studiowali w Polsce resocjalizację i psychologię. Po skończeniu studiów wyjechali do Anglii ( dwa pobyty- dwuletni i półroczny). Aleksandra po studiach w Polsce uczyła języka angielskiego; Grzegorz pracował w schronisku dla bezdomnych. Nawiązali kontakt przez internet i zaplanowali wspólną podróż. Po kilku miesiącach przygotowań byli gotowi do wyprawy – wybór

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar