Komentarz eksperta,Polecane

M. Lubina: Krajobraz po odwilży: Obama (ponownie) w Birmie

Barack Obama po dwóch latach ponownie zawitał do Birmy, tym razem na szczyt ASEAN w Naypyidaw. Oprócz udziału w szczycie amerykański prezydent spotkał się z birmańskim przywódcą Thein Seinem oraz z Aung San Suu Kyi w Rangunie. Mieli o czym rozmawiać, bo sytuacja wewnętrzna w Birmie komplikuje amerykańskie plany w regionie.

Kolejna wizyta Obamy w Birmie świadczy o wzrastającym lub raczej odradzającym się znaczeniu tego państwa w regionie. Po dawnej izolacji nie ma śladu, dziś Birma jest już pełnoprawnym członkiem regionalnej układanki politycznej, czego tegoroczne przewodnictwo w ASEAN-nie (przez wiele lat Birmie odmawiane) jest najlepszym dowodem.

Ale z perspektywy amerykańskiej Birma jest problemem. Niespodziewane nowe otwarcie polityczne tego kraju w 2011 roku świetnie zbiegło się z nową polityką powstrzymywania Chin, czyli amerykańskim zwrotem do Azji. To właśnie dlatego Naypyidaw odwiedziła najpierw Hilary Clinton (w 2011 r.), a następnie, równo dwa lata temu, Barack Obama. Reformująca się Birma stawała się ważnym sojusznikiem Ameryki w próbie ograniczenia dominacji chińskiej w regionie, tym cenniejszym, że samemu zainteresowanym zmniejszeniem uzależnienia od Pekinu. I chociaż Birma nie była i nie jest filarem amerykańskiego zwrotu do Azji, ani też najważniejszym państwem regionu z perspektywy Waszyngtonu (tym jest Indonezja), to ze względu na swoje położenie i potencjał nie może być pominięta.

Przez ostatnie trzy lata Amerykanie wierzyli, że Birma przejdzie „na dobrą stronę mocy”. Wraz z postępującą demokratyzacją, „ucywilnieniem” wojskowego establishmentu i planowanym dojściem do władzy w wyniku wyborów mającej powszechne poparcie, legendarnej Aung San Suu Kyi personifikującej zachodnie wartości, Birma miała być wizytówką nowej demokratyzacji Azji. Dowodem na to, że ideologia ta jest wciąż żywa i atrakcyjna i w najlepszym stopniu prowadzi do rozwoju. Proamerykańska Birma spełniałaby również mniej szlachetne cele Waszyngtonu: blokowałaby Chiny, tworząc wyłom w „sznurze pereł”, komplikując jeszcze bardziej „dylemat Malakki” i stawiając ambitne plany polityki „dwóch oceanów” pod znakiem zapytania. Nie mówiąc już o tym, że stanowiłaby wyzwanie ideologiczne i problem wizerunkowy dla Pekinu.

Niestety rzeczywistość okazała się być bardziej trywialna. Zmiany w Birmie, miast być tak upragnionym kolejnym dowodem na nieuniknioną demokratyzację całego globu, stały się przykładem mistrzowskiego liftingu reżimu. Wojskowy establishment przebrał się ze strojów wojskowych w birmańskie longyi (na szczycie ASEAN Birmańczycy byli łatwo rozpoznawalni, bo jako jedyni ubierają się w tradycyjne stroje, a nie zachodnie garnitury), zliberalizował gospodarkę i zaczął lepiej dbać o pozory (wypuścił więźniów politycznych, przeprowadził wolne wybory uzupełniające – o 10% miejsc w parlamencie itp.), ale zasadniczo się nie zmienił. To są wciąż ci sami ludzie, którzy, lepiej poznawszy świat zewnętrzny, nauczyli się w nim funkcjonować, ale władzy i przywilejów oddawać nie zamierzają. W wizji reżimu armia ma w Birmie stać „ponad polityką”, być arbitrem ustalającym reguły gry i według tego wzorca odbywają się zmiany (najważniejszą zmienną jest to, że Aung San Suu Kyi po 23 latach walki z reżimem, w 2011 r. zaakceptowała te reguły). Zaś w polityce zagranicznej birmańscy generałowie przebrani w cywilne stroje zaczęli, owszem, dystansować się od Chin, ale bynajmniej nie oznaczało to zwrotu ku Ameryce. Nie po to zaczęli niebezpieczną grę wyrwania się z objęć chińskiego patrona, by wpaść w ręce amerykańskiego. Wręcz przeciwnie, są wierni długiej tradycji birmańskiej polityki zagranicznej, sięgającej czasów króla Mindona (XIX w.), a więc równoważeniu wpływów obcych potęg. Na razie dobrze im to wychodzi.

Źródło: Wikimedia Commons

Źródło: Wikimedia Commons

Dowodami na to, że reformy w Birmie w dużej mierze wyhamowały, zaś reżim ustępuje w kwestiach małych, ale nie w kluczowych, jest kilka faktów. Po pierwsze, mniejszości – rząd jak zwykle brutalnie walczy z Kaczinami na północy kraju i tradycyjnie dyskryminuje muzułmańskich Rohingya w Arakanie (tym ostatnim, mimo obietnic danych Zachodowi i ONZ-etowi, odmówiono prawa do osobnej etniczności w ostatnim spisie powszechnym). Z tym łączy się wątek powstającej nowej armii powstańczej w Arakanie, dokładnie przeczący oficjalnej wizji „pojednania narodowego” i „ogólnonarodowego porozumienia o wstrzymaniu ognia”. Po drugie, związane z pierwszym, czyli kwestią Rohingya – rząd gra kartą nacjonalizmu buddyjskiego przeciwko muzułmanom, co nakręca „pełzający konflikt buddyjsko-muzułmański”, ale za to stawia armię w wygodnym położeniu obrońcy zagrożonych, tradycyjnych, buddyjskich wartości. Po trzecie, Aung San Suu Kyi. Mimo wielu ustępstw z jej strony, zdaniem krytyków ocierających się wręcz o zdradę ideałów, armia wciąż nie pozwala jej na kandydowanie na prezydenta w 2015 roku i nie pozwoli jej dopóki ASSK nie zaakceptuje statusu armijnej „paprotki”. Po czwarte, wolności obywatelskie. Mimo zniesienia cenzury w 2012 r., rząd ostatnio wyraźnie przykręcił śrubę, zamykając do więzień dziennikarzy piszących o broni chemicznej w Birmie, a ostatnio zabijając Aung Kyaw Nainga, dziennikarza śledzącego walki armii w stanie Karen (gdzie też oficjalnie trwa pokój). To ostatnie zdarzenie jest szczególnie symptomatyczne, bo armia przyznała się do jego zabójstwa „w trakcie próby ucieczki” (co jest o tyle frapujące, że w trakcie ekshumacji zwłok ujawniono, m.in. wyraźne ślady tortur, jak naruszona czaszka). Sprawę tę można uogólnić na cały proces reform – armia co prawda wciąż zabija przeszkadzających jej cywilów, ale przynajmniej już przyznaje się do tego. To się nazywa postęp.

W tej sytuacji Waszyngton ma nie lada zgryz. Z jednej strony bardzo chętnie dalej współpracowałby z birmańskimi generałami, demokratami in spe, tym bardziej, że oni są zainteresowani (bardzo obiecująco rozwija się m.in. współpraca wojskowa). Z drugiej strony Amerykanie nie mogą sobie pozwolić na otwarte lekceważenie swojej demokratycznej ideologii, bo Birma mimo wszystko nie jest Arabią Saudyjską, co oznacza, że i interesy tu mniejsze, i krytyka mediów za taką postawę większa.

Jednakże trudno jest krytykować Birmę w sytuacji, gdy sąsiednia Tajlandia, tradycyjnie największy sojusznik USA w regionie (do której mocno uśmiechają się Chiny), po zamachu stanu przeszła na „złą stronę mocy” i ani myśli się nawracać na jedyną słuszną drogę demokracji. W porównaniu do niej Birma jest teraz wręcz wzorem swobód. Krytykowanie jej w sytuacji generalnego odwrotu demokracji na świecie i wzrostu atrakcyjności autorytaryzmu (a także w perspektywie Chin czekających z utęsknieniem na ochłodzenie się relacji birmańsko-amerykańskich) jest – jakby to powiedział Zagłoba – „niepolityczne”.

Ale generałowie też nie mogą sobie pozwolić na zbyt wiele, bo w razie wznowienia sankcji znów wpadną w zależność od Pekinu, a tego za wszelką cenę będą się starali uniknąć. Stosują więc swoją starą metodę pokazywania, że wszystko się zmienia, po to, by niewiele zmienić: na tydzień przed szczytem ASEAN zorganizowali „okrągły stół” z udziałem wszystkich najważniejszych polityków birmańskich (w tym Aung San Suu Kyi, ale także – co znamienne – szefa sztabu gen. Min Aung Hlainga). Niestety, jak skarżyła się ASSK, spotkanie po dwóch godzinach zakończyło się na tradycyjnych banałach i trudno je uznać za coś więcej niż tylko kolejny rytuał dyplomatyczno-polityczny.

Jednakże generałowie są mimo wszystko w lepszej sytuacji niż Obama. Na amerykańskim prezydencie ciąży widmo porażki jego kadencji – sukcesów ma mało, a gdy porówna się bilans jego rządów do nadziei, jakie stworzył obejmując prezydenturę, to słowo klęska aż ciśnie się na usta. Co gorsza, obecnie przy nieprzyjaznym, republikańskim Kongresie Obama ma małe szanse na spektakularny sukcesy w polityce wewnętrznej. Nadzieją administracji Obamy na uratowanie dorobku jest więc polityka azjatycka, a tutaj Birma była od początku mocnym punktem – być może najmocniejszym. Dość powiedzieć, że sam Obama zdążył przedwcześnie odtrąbić sukces na tym odcinku, mówiąc w maju na West Point, że „udało się zmienić Birmę bez jednego wystrzału”. Teraz płaci cenę swoich słów – nie może za silnie krytykować birmańskich decydentów, bo podkopałby własną pozycję.

W tej ambiwalentnej sytuacji Obama wybrał postawę pt. „i cnotę zachować, i rubla zyskać” (w tym wypadku – kyata). Upomniał generałów, pochylił się nad losem Rohingya i udzielił silnego, retorycznego wsparcia Aung San Suu Kyi. Dzięki temu zabezpieczył się przed krytyką zachodnich mediów. Ale czym innym jest przypominanie o konieczności podążania jedynym słusznym ustrojem demokratycznym, a czym innym jest poważna ingerencja. Tego Obama robić nie chce, bo po pierwsze Birma nie odstaje już, jak ongiś, od sąsiadów w poziomie czułej opieki rządu nad społeczeństwem, by ująć to eufemistycznie (Wietnam, Laos, Kambodża, nie mówiąc już o Brunei, są porównywalne, jeśli nie gorsze). Po drugie, birmańscy decydenci z perspektywy amerykańskiej zaczynają zachowywać się w sposób „odpowiedzialny” – to znaczy coraz lepiej przyswajają sobie reguły „zorganizowanej hipokryzji” (światowego ładu politycznego). Na obsługę Obamy wysłali Thant Myint-U, bardzo znanego birmańsko-amerykańskiego politologa z Nowego Jorku, którego pierwszym językiem jest angielski. Ubrany w longyi oprowadził on prezydenta po ranguńskim Sekretariacie, prawiąc o tradycji birmańskiej demokracji, która teraz, szczęśliwie, się odradza. Wreszcie po trzecie, i najważniejsze, Birma nie kwestionuje podstaw amerykańskiego świata (jak to czynią obecnie Rosjanie). Z perspektywy amerykańskiej ekscesy takie jak zabójstwa dziennikarzy czy represje wobec mniejszości są, rzecz jasna, karygodne, ale generałom birmańskim trzeba dać jeszcze trochę czasu na skorygowanie błędów i wypaczeń. W końcu chcą demokracji. Tym bardziej warto być wobec nich wyrozumiałym, gdyż obecnie, zważywszy na polityczną konfigurację w Azji, to USA potrzebują Birmy bardziej niż Birma USA.

To dlatego, gdy Obama spotkał się z Aung San Suu Kyi – dramatycznie potrzebującej każdego wsparcia, by zmusić generałów do dopuszczenia jej do prezydentury – to rzeczywiście ją wsparł. Moralnie.

Przypominamy, że niedawno ukazała się książka dr. Michała Lubiny o historii Birmy, którą możesz nabyć po konkurencyjnej cenie w CSPA, wspierając autora, jak i naszą instytucję.

Książka kosztuje 39 PLN plus wysyłka. Wystarczy wysłać maila na [email protected] i uzgodnić szczegóły wysyłki lub osobistego odbioru.

Więcej o książce:

http://www.polska-azja.pl/2014/04/04/michal-lubina-birma-historia-panstw-swiata-w-xx-i-xxi-w-fragment-ksiazki/

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
M. Lubina: Krajobraz po odwilży: Obama (ponownie) w Birmie Reviewed by on 21 listopada 2014 .

Barack Obama po dwóch latach ponownie zawitał do Birmy, tym razem na szczyt ASEAN w Naypyidaw. Oprócz udziału w szczycie amerykański prezydent spotkał się z birmańskim przywódcą Thein Seinem oraz z Aung San Suu Kyi w Rangunie. Mieli o czym rozmawiać, bo sytuacja wewnętrzna w Birmie komplikuje amerykańskie plany w regionie. Kolejna wizyta Obamy w

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Michał Lubina

Doktor nauk społecznych UJ, pracownik w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ, magister rosjoznawstwa oraz studiów dalekowschodnich UJ, absolwent Interdyscyplinarnych Studiów Doktoranckich UJ. Kilkukrotny stypendysta Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego (m.in. w latach 2009/2010 w Pekinie). Laureat grantu Narodowego Centrum Nauki na badanie współczesnych stosunków rosyjsko-chińskich. Oprócz tego w kręgu jego zainteresowań badawczych znajduje się przede wszystkim Azja Południowo-Wschodnia, w szczególności zaś Birma. Jest autorem czterech książek. Pierwszej w Polsce historii Birmy („Birma. Historia państw świata w XX i XXI w.”, Trio, Warszawa 2014) oraz monografii „Birma: centrum kontra peryferie. Kwestia etniczna we współczesnej Birmie 1948-2013″; (Kon-Tekst, Kraków 2014), pierwszego poświęconego temu zagadnieniu opracowaniu w języku polskim oraz – również pierwszej w Polsce – książki o współczesnych stosunkach rosyjsko-chińskich („Niedźwiedź wcieniu smoka. Rosja-Chiny 1991-2014″, Akademicka, Kraków 2014), która stała się naukowym bestsellerem. Niedawno wydał „Panią Birmy. Biografię polityczną Aung San Suu Kyi” (Wyd. PWN, Warszawa 2015). Ponadto jest autorem dwóch przewodników turystycznych po Litwie i Rosji (współautorstwo) oraz internetowych przewodników po Chinach, Hongkongu, Laosie i Bangladeszu. Publikował artykuły m.in. w „Rzeczpospolitej”(Plus/Minus), „Tygodniku Powszechnym”, „Wprost”, „Do Rzeczy”, „Nowej Europie Wschodniej”, „Nowej Konfederacji” i "National Geographic Traveller". Znajomość języków: angielski, rosyjski, ukraiński, chiński(komunikatywnie). Mieszka w Krakowie. Ekspert CSPA: Birma, Chiny-Rosja.

Pozostaw odpowiedź