Birma news,Komentarz eksperta

M Lubina: Birmańczycy chcą światła. Masowe protesty w Birmie/Mjanmie

W tym tygodniu w największych miastach Birmy (Mjanmy) wybuchły masowe protesty o skali nie spotykanej w tym kraju od Szafranowej Rewolucji w 2007 r. Powód jest zupełnie niepolityczny, a bardzo życiowy. Birmańczycy widzą ciemność. Dosłownie. W kraju wg Azjatyckiego Banku Rozwoju 75% mieszkańców ma problemy z regularnym dostępem do elektryczności, a blackouty są codziennością nawet w Rangunie czy Mandalaj (ale już nie w Naypyidaw).

Rzeczywiście, jeżdżąc po Birmie przywyka się do częstych przerw w dostawach prądu, a widok gospodarza zmierzającego do nas wieczorem ze świeczką z powodu przerwy w dostawach prądu, po kilku dniach staje się rutyną. Oczywiście – ci, którzy śpią w najdroższych hotelach tego problemu nie mają, bo hotele te, podobnie jak większość rządowych biur, restauracji i urzędów, ma zasilanie z własnych generatorów, na które przeciętnego człowieka nie stać. Problemu nie ma również w Naypyidaw, nowej stolicy, która nie tylko nie zna problemu przerw w dostawach energii, ale i której najważniejsze budynki, ronda i pagody są podświetlane wieczorem, niczym w naszej rodzimej tradycji „zastaw się, a postaw się”.

Do przerw w dostawach prądu w Birmie można się przyzwyczaić, podobnie jak do braku komórek, wolnego Internetu, braku podstawowych dóbr konsumpcyjnych i ogólnego poczucia cofnięcia się w czasie. Można przywyknąć, bo się jest w Birmie tymczasowo i w każdej chwili tęsknoty za światem globalnym można wyskoczyć do Bangkoku. To nawet jest dobre doświadczenie, bo zmienia perspektywę. Pod warunkiem, że jest chwilowe.

Dla Birmańczyków nie jest. Braki w dostawach prądu i siermiężno- trzecioświatowa rzeczywistość są dla nich codziennością, potęgowaną jeszcze świadomością, że u sąsiadów jest lepiej. Ale to by nie tłumaczyło, dlaczego poczynając od wtorku najważniejsze miasta Birmy są zapełniane przez tysiące ludzi idących w nocnych protestach i domagających się światła. Lub raczej – by być adekwatnym – modlących się. Bo protestujący zapalają świeczki i odmawiają buddyjskie modlitwy w intencji pojawienia się światła.

To zachowanie wyjaśniają zmiany w Birmie, czyli „odwilż birmańska”. Tyle tylko, że jest to wyjaśnienie paradoksalne. Bowiem do tej pory koncentrowano się na obserwacji tych odgórnych zmian przez pryzmat (geo)polityki, gospodarki, czy kwestii etnicznej. Rozważano (ostatnio) rolę ASSK, przepychankę o tekst przysięgi w parlamencie, rezygnację głównego konserwatysty: Tin Aung Myint U, czy ostatnie walki z Karenami i Szanami. A o prostych Birmańczykach jakoś zapomniano. Lud – niczym u Puszkina – milczał.

Teraz się to zmieniło, bo jest liberalizacja i po wyborach uzupełniających ludzie poczuli, że mogą więcej. Zażądali więc tego, czego potrzeba im najbardziej: nie praw człowieka, ani nie demokracji, społeczeństwa obywatelskiego czy innych tego typu abstrakcyjnych dla nich koncepcji. Prądu, po prostu prądu.

Czyli tego, czego nie ma, a co powinno być, gdyby nie Naypyidaw i Chiny. Zostawiając nową stolicę na boku – jej przykład jest symboliczny, lecz jego znaczenie w skali kraju marginalne – najważniejsze jest Państwo Środka. Do Chin jest transportowana większość energii birmańskiej, gdyż ciągle głodny chiński smok potrzebuje energii by kontynuować modernizację (i utrzymanie się przy władzy KPCh) i słono za nią każdemu płaci. A generałowie nie mają nic przeciw dodatkowemu zarobkowi. W końcu oni prąd mają…

Cóż z tego, że zawieszono tamę Myitsone, zwaną „birmańską tamą III Przełomów”? To wydarzenie nagłośniono. Ale jakoś nie wspomniano o tym, że trwają bez przeszkód chińskie budowy pozostałych 6 tam na Irawadi, N’Mai Hka i Mali Hka, a 45 chińskich firm jest zaangażowanych w ok. 63 projekty z udziałem energii wodnej w Birmie, w tym w największą 7,100 megawatową tamę Tasang na rzece Salween.

Połączenie więc biedy i otwierania się na świat sprawiło, że Birmańczycy zrobili nieoczekiwane „sprawdzam” generałom pozującym na demokratów. Rok temu by się na to nie odważyli. Ale teraz to już inna sprawa. W końcu władza ogłosiła wolność słowa.

Dla junty sytuacja jest wielce kłopotliwa. Protestujący nie mają żądań politycznych, a tylko socjalne, i co gorsza – mają rację. Nie można ich rozgonić, bo przecież Naypyidaw pozuje teraz na „beniaminka demokracji” i powtórka z 2007 byłaby klęską wizerunkową armii. Z drugiej strony: nie można im pozwolić tak sobie bezkarnie demonstrować, bo to strata twarzy dla junty i pokazywanie nagiej, czy też raczej ciemnej, prawdy.

To tak naprawdę jest pytanie o to, czy zmiany w Birmie wymkną się spod kontroli armii. To właśnie w takich codziennych kwestiach rozstrzygnie się przyszłość „odwilży”. To, czy pozostanie ona fasadą. Wygodnym sposobem na pełne uwłaszczenie armijnej nomenklatury i przefarbowanie generałów na demokratów o „wartościach azjatyckich”. Czy też autentycznie zmieni ten kraj, wyrywając go – by użyć określenia prof. Góralczyka – spod buta Tatmadaw?

W Rangunie i Mandalaj protestującym nikt nic złego nie zrobił. Ale już w Prome, średniej wielkości mieście Centralnej Birmy (nieopodal urodził się tu ongiś dyktator Ne Win), policja zastosowała ostrzejsze środki. Protestujący zostali pobici pałkami i rozgonieni. Aresztowano 5 osób. Tłumaczyły się, że przecież władza ostatnio pozwoliła im na prawo do protestu. Widać zrozumieli to nazbyt dosłownie.

Bardzo chciałbym się mylić, ale coś mi mówi, że całym procesem „odwilży” będzie podobnie.

Michał Lubina

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
M Lubina: Birmańczycy chcą światła. Masowe protesty w Birmie/Mjanmie Reviewed by on 24 maja 2012 .

W tym tygodniu w największych miastach Birmy (Mjanmy) wybuchły masowe protesty o skali nie spotykanej w tym kraju od Szafranowej Rewolucji w 2007 r. Powód jest zupełnie niepolityczny, a bardzo życiowy. Birmańczycy widzą ciemność. Dosłownie. W kraju wg Azjatyckiego Banku Rozwoju 75% mieszkańców ma problemy z regularnym dostępem do elektryczności, a blackouty są codziennością nawet

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Michał Lubina

Doktor nauk społecznych UJ, pracownik w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ, magister rosjoznawstwa oraz studiów dalekowschodnich UJ, absolwent Interdyscyplinarnych Studiów Doktoranckich UJ. Kilkukrotny stypendysta Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego (m.in. w latach 2009/2010 w Pekinie). Laureat grantu Narodowego Centrum Nauki na badanie współczesnych stosunków rosyjsko-chińskich. Oprócz tego w kręgu jego zainteresowań badawczych znajduje się przede wszystkim Azja Południowo-Wschodnia, w szczególności zaś Birma. Jest autorem czterech książek. Pierwszej w Polsce historii Birmy („Birma. Historia państw świata w XX i XXI w.”, Trio, Warszawa 2014) oraz monografii „Birma: centrum kontra peryferie. Kwestia etniczna we współczesnej Birmie 1948-2013″; (Kon-Tekst, Kraków 2014), pierwszego poświęconego temu zagadnieniu opracowaniu w języku polskim oraz – również pierwszej w Polsce – książki o współczesnych stosunkach rosyjsko-chińskich („Niedźwiedź wcieniu smoka. Rosja-Chiny 1991-2014″, Akademicka, Kraków 2014), która stała się naukowym bestsellerem. Niedawno wydał „Panią Birmy. Biografię polityczną Aung San Suu Kyi” (Wyd. PWN, Warszawa 2015). Ponadto jest autorem dwóch przewodników turystycznych po Litwie i Rosji (współautorstwo) oraz internetowych przewodników po Chinach, Hongkongu, Laosie i Bangladeszu. Publikował artykuły m.in. w „Rzeczpospolitej”(Plus/Minus), „Tygodniku Powszechnym”, „Wprost”, „Do Rzeczy”, „Nowej Europie Wschodniej”, „Nowej Konfederacji” i "National Geographic Traveller". Znajomość języków: angielski, rosyjski, ukraiński, chiński(komunikatywnie). Mieszka w Krakowie. Ekspert CSPA: Birma, Chiny-Rosja.

KOMENTARZE: 1

  • Z pewnością jest to wielka próba demokracji ale społeczeństwo nie powinno zbytnio wystawiać władze na próbę ,przynajmniej na razie.Radykalizowanie społeczeństwa może przynieść odpowiednie reperkusje ze strony władz i wtedy czar pryśnie.Jednocześnie potencjalni inwestorzy się wycofają z wielką stratą dla gospodarki,tak sądzę.

Pozostaw odpowiedź