Birma news,Komentarz eksperta

M. Lubina: Aung San Suu Kyi w Polsce. Co możemy na tym zyskać?

Michał Lubina (2)W środę na dwudniową wizytę przyjeżdża do Polski Aung San Suu Kyi. W jej ramach spotka się z najważniejszymi polskimi politykami oraz wygłosi wykład otwarty. Padnie wiele podniosłych słów, będziemy świadkami kilka wzruszających chwil, a Birma na moment znów zagości w polskich mediach (choć i to ostatnie nie jest pewne). Pytanie jednak, czy zyskamy coś na tym, poza – rzecz jasna – tak drogą nam symboliką.

Polska jest najważniejsza

Aung San Suu Kyi przyjeżdża do Polski w ramach tournee po Europie Środkowo-Wschodniej. Oprócz Polski odwiedzi również Węgry i Czechy. Co do Węgier, to zabawnie, by nie powiedzieć – kuriozalnie – zapowiada się spotkanie ASSK z Orbanem (ciekawe o czym będą rozmawiać? Może o prawach człowieka?). Ważniejsze są tu jednak Czechy, które – według pierwotnych doniesień – Suu Kyi miała odwiedzić jako pierwsze. Czechy są bliskie Suu Kyi ze względu na postać Havla, który sam ją mocno wspierał (był m.in. autorem propozycji rezolucji ONZ potępiającej juntę). Zresztą Suu Kyi ze wszystkich przywódców środkowoeuropejskich właśnie w Havlu szukała wzorca, i do niego, a nie np. do Wałęsy była przyrównywana, co nie powinno dziwić, chociażby ze względów klasowych. Havel osiągnął przez to w zachodniej birmanistyce status gwiazdy.

Z tych powodów to właśnie o Czechach, a konkretnie o praskim Forum Praw Człowieka, było dotychczas najgłośniej przy okazji tej wizyty (vide: mój poprzedni komentarz). Jednakże Aung San Suu Kyi nie od Czech zaczyna, lecz od Polski (co dobrze świadczy o jej umiejętnościach dyplomatycznych), z czego wypada się cieszyć z dwóch powodów. Po pierwsze jest to wymowne potwierdzenie faktu, że to Polska jest najważniejszych państwem regionu, a po drugie – jest to nasze małe zwycięstwo nad Czechami, którzy w Birmie od ponad roku robią nam krecią robotę, chcąc zminimalizować nasze zaangażowanie nad Irawadi i zająć nasze miejsce.

Demokratyczna ideologia

Polskim sposobem wejścia do birmańskiej gry było od początku granie kartą demokratyczną. Tu potrzeba wyjaśnienie: zasadniczo odróżniam demokrację i prawa człowieka jako wartości od politycznego ich wykorzystywania. Sam wielokrotnie przebywałem (Rosja), mieszkałem (Chiny) czy podróżowałem (Turkmenistan) po krajach nie będących demokracjami, by docenić, jak wielkim szczęściem jest mieszkanie w demokratycznym kraju. Daleki stąd jestem od usprawiedliwiania zamordyzmu – to jest nie tylko moralnie dwuznaczne, lecz przede wszystkim rozczarowujące intelektualnie. Jednakże przywiązanie do demokratycznych wartości nie zwalnia z myślenia, a bycie realistą politycznym uczy, że w polityce liczą się interesy, a nie wartości, zaś mieszanie ich często prowadzi do tragedii.

Stąd też jedną rzeczą jest sama demokracja (i prawa człowieka), a drugą jej wykorzystywanie. To ostatnie działa na Zachodzie, którego staliśmy się już częścią, dokładnie na takiej samej zasadzie jak w dawnym ZSRR funkcję spoiwa ideologicznego pełnił marksizm-leninizm. Jedni w niego wierzyli (ci byli szczególnie niebezpieczni), reszta traktowała to instrumentalnie dla własnych celów. Podobnie jest z demokratyczną ideologią, która, choć rzecz jasna jest sympatyczniejsza od marksizmu-leninizmu, to ideologią wciąż pozostaje i jest wykorzystywana w codziennej praktyce politycznej. Również Polska to czyni, a naszym wkładem w zachodnią ideologię demokratyczną jest pozycjonowanie się jako „lidera transformacji” tudzież nawet „lidera demokracji i praw człowieka” (gdyby potraktować te zdanie dosłownie, to nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać, ale rzecz w tym, że jest to prostu tzw. polityczna „mowa-trawa”). Jako „lider” (nie mogę powstrzymać się od cudzysłowu) możemy angażować się w różne międzynarodowe przedsięwzięcia, „służyć radą”, a dzięki temu uzyskiwać kontakty, które później przekładają się na kontrakty. W ten sposób zaprowadzając demokrację, realizujemy polskie interesy. Przynajmniej w teorii.

W praktyce bowiem często przeszkadza kilka ogólnych polskich bolączek, z których wymienię tu tylko trzy. Najważniejszą jest mieszanie interesów i wartości, będące współczesnym odpowiednikiem „za wolność naszą i waszą”. Kurczowe trzymanie się wartości powoduje wielokrotnie klęskę polityczną, bo mimo zaangażowania (ludzi, środków, prestiżu) nie uzyskujemy nic, poza rzecz jasna, racją moralną. Innymi słowy – zamiast instrumentalnie wykorzystywać demokratyczną ideologię, my w nią naprawdę wierzymy i przez to jesteśmy nieskuteczni, bo mylimy narzędzie z celem. Jak mawia jeden z moich znajomych z al. Szucha (nie wymienię go z nazwiska, gdyż byłby to dla niego przysłowiowy „pocałunek śmierci”): „marzę o dniu kiedy w firmie amputujemy sobie aksjologię albo chociaż staniemy się hipokrytami”. Dodałbym – jak Zachód.

Drugą najważniejszą bolączką polityczną jest częsta w naszym społeczeństwie postawa współczesnej Siłaczki albo Doktora Judyma, czyli angażowanie się w pomoc innym państwom z powodu poczucia wewnętrznego obowiązku. To jest rzecz jasna proces szerszy, obejmujący cały Zachód (tam nawet bardziej) jednakże fundamentalną kwestią jest, czy można umiejętnie sterować zapałem działaczy tak, by służyło to państwu, czy też zostać przez tychże aktywistów zaszantażowanym moralnie. Bowiem to, co dobre z punktu widzenia osobistego, z politycznego już takim nie jest, jeśli nie służy polskim interesom. Innymi słowy: jeśli ktoś chce pomagać – powiedzmy – wyspie Tuwalu by nie zatonęła, to proszę bardzo, ale nie za moje podatki: te chciałbym by szły na realizowanie polskiego interesu na świecie (a dla RP czy Tuwalu zatonie, czy nie, jest całkowicie obojętne). Chciałbym by RP zachowywała się tak, jak USA, które dziwnym trafem pomagają głównie tym państwom, w których mają interesy. Niestety lobby rozmaitych grup prawno-człowieczych jest u nas na tyle silne i cieszy na tyle dużym poparciem społecznym, że MSZ jest zmuszony często finansować projekty nie mające nic wspólnego z racją państwa. Jeśli tego nie robi, to podnosi się wrzask i larum, a słupki sondaży rządzącej partii idą w dół.

Wreszcie trzecią najważniejszą bolączką jest „syndrom słońca Peru” w naszym społeczeństwie, polegający na przekonaniu, że cokolwiek nie związanego z Europą, Stanami Zjednoczonymi czy Rosją w naszym państwie, jest uznane za egzotykę i polityczną turystykę. To oczywiście szerszy wątek (w którym mieści się tragiczna intelektualna zaściankowość mediów polegająca na wycinaniu spraw międzynarodowych), ale powoduje on, że każdorazowe zaangażowanie państwa polskiego na obszarze typu Birma powoduje kpiny i oskarżenia o niepowagę. W kraju, w którym trzeba tłumaczyć, że Birma to obecnie jedno z najważniejszych państw Azji, a nie egzotyczny cel wyjazdów pod palmę, trudno się prowadzi skuteczną politykę zagraniczną.

Bolączek jest rzecz jasna więcej, ale celem artykułu nie jest pastwienie się nad MSZ, mediami czy polskim społeczeństwem, tylko ukazanie tych cech, które mają związek z polską polityką wobec Birmy.

Birmańska gra MSZ

Polska strategia w Birmie od początku opierała się na wsparciu opozycji pod wodzą Aung San Suu Kyi. Samej ASSK nasz MSZ przyznał nagrodę im. Geremka, co posiadaczkę Pokojowego Nobla, nagrody Parlamentu Europejskiego im. Sacharowa czy Medalu Honoru USA musiało wzruszyć. A mówiąc poważnie, postawienie na demokratów choć nie było najlepszym rozwiązaniem (gdyż oni, odwrotnie do wojskowych, nie rządzą w Birmie), pozostawało wszakże – zdaje się – jedynym wyborem (dogadać się z generałami mogłoby być zbyt kosztowne wizerunkowo; a poza tym brak nam kontaktów w armijnym establishmencie). Dawało – i daje – szansę, że gdy (jeśli?) dojdą owi demokracji do władzy, Irawadi stanie dla nas otworem.

Drugim elementem było podkreślanie demokratyczności przemian w Birmie – tylko stojąc na stanowisku, że Birma rzeczywiście się „demokratyzuje” można było usprawiedliwiać głębsze zaangażowanie. Inaczej byłoby to ideologicznie sprzeczne. To stąd bierze się to powszechne chwalenie zmian w Birmie. A że demokratyzacja Birmy jest w najlepszym wypadu quasi-demokratyzacją, to nie ma większego znaczenia (wchodzenie zresztą w kwestię głębokości i prawdziwości transformacji birmańskiej jest niebezpieczne, bo grozi zagapieniem się i wpadnięciem w bagno wojny polsko-polskiej). Liczy się instrumentalne wykorzystywanie procesów politycznych, a nie ich dokładna definicja. Jednym słowem: oni udają, że demokratyzują, my udajemy, że wierzymy.

Jednakże na odcinku ideologicznym MSZ działał trochę niekonsekwentnie, bo jak inaczej nazwać nachalne propagowanie reżimowej nazwy Mjanma (Myanmar), skoro prawdziwi demokracji mówią Burma (Birma)? (w tym wypadku gubi nas ta pełna kompleksów potrzeba dostosowania się do Zachodu, czy to ma sens, czy nie). Przykładem tego kuriozum lingwistyczno-politycznego jest chociażby czwartkowy wykład Aung San Suu Kyi na UW, którego tytuł po angielsku brzmi „Aung San Suu Kyi on transition in Myanmar”, chociaż sama Suu Kyi od 25 lat apeluje by mówić Burma…

Krok do przodu i dwa do tyłu

To jednak szczegół. Ogólnie w Birmie Polska zaczęła nadzwyczaj dobrze (pisałem o tym w komentarzu ponad rok temu). Wyglądało to naprawdę przyzwoicie – mieliśmy szereg atutów. Byliśmy pierwsi, nie mieliśmy dziedzictwa kolonializmu, a ponadto ”posiadaliśmy podobne doświadczenia transformacji” (czyli wykorzystywaliśmy sprawnie ideologię demokratyczną). Pamiętam jak na początku 2012 zostałem zaproszono do grupy roboczej nt. Birmy w MSZ-cie. Byłem pod wrażeniem – urzędnicy się udowodnili, że są kompetentni. Byli świetnie obeznani z sytuacją społeczno-gospodarczą kraju, z tym, w jakich obszarach można inwestować: gdzie wejść i co ugrać. Budziło to nadzieję.

W ramach wchodzenie do Birmy MSZ przyznał dofinansowanie dla polskich NGO na zaprowadzenie demokracji w Birmie, a one (Stowarzyszenie Edukacja dla Pokoju, Stowarzyszenie Inna Przestrzeń, Instytut Lecha Wałęsy) wywiązały się z tego znakomicie – o ich projektach było w Birmie głośno, a one same zrobiły nam świetne publicity. Słowem – była to właśnie ta ścieżka, po której powinniśmy iść, zgodnie z logiką politycznego wykorzystywania demokratycznej ideologii: najpierw pomagamy miejscowym, a potem oni odwdzięczają się nam kontraktami.

Potem jednak była wizyta ministra Sikorskiego w maju 2012 roku w Birmie na którą zabrał pokaźną liczbę biznesmenów… i na tym się skończyło. Ważniejszych kontraktów nie podpisano, polski biznes Birmy nie zawojował, a MSZ wycofał się z gry o birmański tort. Pod koniec 2012 roku nie ujęto Birmy w programie wsparcia dla demokracji na świecie i dopiero zakulisowy lobbing (plus nagłośnienie sprawy dzięki moim artykułom, choć oczywiście zakulisowe działania były tu ważniejsze  jak zawsze) sprawił, że przedłużono te projekty o jeszcze rok. Ogólnie jednak polska polityka zagraniczna zwija się z Birmy, akurat teraz, gdy cały świat tam zmierza.

Dlaczego więc żarło, żarło i zdechło?

Nie ma jednej odpowiedzi. Według urzędników z MSZ „biznesmeni się przestraszyli”. Uznali, że jest za wcześnie, a wejście do Birmy wiąże się ze zbyt dużym ryzykiem. Sygnały płynące z Zachodu świadczą o tym, że jest coś na rzeczy, zaś inwestowanie nad Irawadi do prostych nie należy. Pytanie jednak na ile decyzja ta była wynikiem chłodnej kalkulacji, a na ile kolejną, tym razem ekonomiczną, odsłoną „syndromu słońca Peru”?

Drugim wyjaśnieniem jest odpuszczenie sobie Birmy przez kierownictwo MSZ-tu, skupione wyłącznie na Europie. Tutaj z kolei pytanie jest, czy „wycofanie na z góry upatrzone pozycje” jest wynikiem świadomej decyzji („i tak nic nie ugramy”), czy też świadczy o mentalnej zaściankowości, w obliczu przesuwania się centrum świata nad Pacyfik, groźnej. Nie podejmuje się dać odpowiedzi na to pytanie.

Wreszcie, może być też tak, że w Brukseli (bądź innej ważnej europejskiej stolicy) usłyszeliśmy, „wiecie, rozumiecie, towarzysze” – podarujcie sobie Birmę, to was nagrodzimy gdzie indziej. Polska skupiona wyłącznie na Europie i nie licząca się nigdzie indziej na świecie, a więc zmarginalizowana i skazana na łaskę dopłat unijnych, jest na rękę wielu naszych „przyjaciół” w UE.

Jakiekolwiek by nie były powody, zaangażowanie MSZ w Birmie osłabło, a wręcz zamarło. Zaś jego wymownym symbolem pozostaje plan wznowienia placówki w Rangunie (Naypyidaw). Podczas obrad grupy roboczej ds. Birmy na początku 2012 roku podkreślano, że by zaistnieć w Birmie, potrzeba otworzyć placówkę. Postulat ten wciąż jest aktualny…

Co da obecność Aung San Suu Kyi?

Biorąc to wszystko pod uwagę, fakt przyjazdu Suu Kyi do Polski poza mnóstwem pięknych i podniosłych słów, które nic realnie nie znaczą, może reanimować polską politykę wobec Birmy. A nuż uświadomi niektórym decydentom znaczenie tego kraju, a może nawet sprawi, że coś drgnie. Prawdopodobnie przyjazd ASSK sprawi, że zyska Birma. Znowu zostanie ujęta w programie wsparcia demokracji, a więc otrzyma kasę na nowe projekty. To oczywiście dobrze, bo skoro mamy pieniądze do wydania na zaprowadzanie demokracji na świecie, to lepiej by ją wydać w Birmie (tym bardziej, że projekty te robią wiele dla Birmańczyków – to jest wartość autoteliczna, choć jej korzyść polityczna dla państwa polskiego jest tylko potencjalna).

Czy jednak zyskamy coś więcej na przyjeździe Noblistki, zależy wyłącznie od nas. A jest o co walczyć, bo Birma nie tylko posiada jedne z największym złóż ropy i gazu w Azji (na to jesteśmy jednak zbyt mali), jest również przebogata w kamienie szlachetne (w sąsiedniej Tajlandii z powodzeniem działają polscy biznesmeni z branży jubilerskiej). Ponadto to świetne miejsce dla geologów i geodetów (jedyną umową, jaką podpisano podczas wizyty Sikorskiego w maju 2012 była współpraca między jedną z ranguńskich uczelni a krakowskim AGH). Co ważniejszej jednak, Birma się transformuje, czyli mówiąc po ludzku – wychodzi z komuny. A to oznacza, że będzie potrzeba tysięcy rzeczy, który tam wciąż nie ma. Czyli – ogromne możliwości dla branży kosmetycznej, telekomunikacyjnej i spożywczej(jak byłem ostatnio w Chinach i przyniosłem mojemu pekińskiemu znajomemu birmańską whiskey, to po jej wnikliwym przebadaniu otworzył oczy i z typowym azjatyckim pragmatyzmem zapytał, czy nie można by tego importować), by wspomnieć tylko najważniejsze. Nie tylko zresztą – przykład jednej z polskich firm budującej metro w Naypyidaw jest najlepszym dowodem na to, że możemy. Niestety firma ta jest podwykonawcą rosyjskiego inwestora…

To my musimy wykorzystać birmańską szansę, tym bardziej, że czas ucieka, a straciliśmy go już wystarczająco dużo. Jeśli chcemy coś tam zwojować, czas najwyższy przejść od słów do czynów – np. otworzyć placówkę. Jeśli Ministerstwo Spraw Zagranicznych ma jakąkolwiek strategię wobec Birmy, to trzeba pochwalić MSZ za to, że dobrze ją ukrywa. Warto by jednak ujawnić jakiś plan, a co ważniejsze – zacząć go realizować. Inaczej pozostanie nam to, co zwykle – piękne mówienie o wartościach, przyglądanie się jak inni zarabiają i narzekanie, jakie to niesprawiedliwe.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
M. Lubina: Aung San Suu Kyi w Polsce. Co możemy na tym zyskać? Reviewed by on 9 września 2013 .

W środę na dwudniową wizytę przyjeżdża do Polski Aung San Suu Kyi. W jej ramach spotka się z najważniejszymi polskimi politykami oraz wygłosi wykład otwarty. Padnie wiele podniosłych słów, będziemy świadkami kilka wzruszających chwil, a Birma na moment znów zagości w polskich mediach (choć i to ostatnie nie jest pewne). Pytanie jednak, czy zyskamy coś

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Michał Lubina

Doktor nauk społecznych UJ, pracownik w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ, magister rosjoznawstwa oraz studiów dalekowschodnich UJ, absolwent Interdyscyplinarnych Studiów Doktoranckich UJ. Kilkukrotny stypendysta Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego (m.in. w latach 2009/2010 w Pekinie). Laureat grantu Narodowego Centrum Nauki na badanie współczesnych stosunków rosyjsko-chińskich. Oprócz tego w kręgu jego zainteresowań badawczych znajduje się przede wszystkim Azja Południowo-Wschodnia, w szczególności zaś Birma. Jest autorem czterech książek. Pierwszej w Polsce historii Birmy („Birma. Historia państw świata w XX i XXI w.”, Trio, Warszawa 2014) oraz monografii „Birma: centrum kontra peryferie. Kwestia etniczna we współczesnej Birmie 1948-2013″; (Kon-Tekst, Kraków 2014), pierwszego poświęconego temu zagadnieniu opracowaniu w języku polskim oraz – również pierwszej w Polsce – książki o współczesnych stosunkach rosyjsko-chińskich („Niedźwiedź wcieniu smoka. Rosja-Chiny 1991-2014″, Akademicka, Kraków 2014), która stała się naukowym bestsellerem. Niedawno wydał „Panią Birmy. Biografię polityczną Aung San Suu Kyi” (Wyd. PWN, Warszawa 2015). Ponadto jest autorem dwóch przewodników turystycznych po Litwie i Rosji (współautorstwo) oraz internetowych przewodników po Chinach, Hongkongu, Laosie i Bangladeszu. Publikował artykuły m.in. w „Rzeczpospolitej”(Plus/Minus), „Tygodniku Powszechnym”, „Wprost”, „Do Rzeczy”, „Nowej Europie Wschodniej”, „Nowej Konfederacji” i "National Geographic Traveller". Znajomość języków: angielski, rosyjski, ukraiński, chiński(komunikatywnie). Mieszka w Krakowie. Ekspert CSPA: Birma, Chiny-Rosja.

Pozostaw odpowiedź