BLOGOSFERA

„Konrad Godlewski”: Pagoda Narodzenia Pańskiego

450px-Da_Qin_Pagoda“Tak też Bóg sprawił, że Chłodny Powiew [Duch Święty] zstąpił na wybraną młodą kobietę imieniem Mo Yan, która była niezamężna, i uczynił ją brzemienną. Cały świat to widział i pojął, co Bóg uczynił. Moc Boża jest taka, że stworzyć może cielesnego ducha i przywieść go do ścieżki jasnego, czystego współczucia. Mo Yan urodziła chłopca i nazwała go Ye Su, on to jest Mesjaszem […]“

Sutra Jezusa Chrystusa

Latem 1999 roku angielski uczony Martin Palmer wdrapał się po drabinie na górną kondygnację zapomnianej pagody Daqin. W środku zobaczył rzeźbę: scenę narodzin Jezusa Chrystusa. Znalezisko, które cudem przetrwało 1300 lat burzliwych dziejów, jest mocnym dowodem na ponadtysiącletnie dzieje chrześcijaństwa w Chinach.

Bo to nieprawda, że pojawiło się tam ono dopiero w XVI wieku wraz z jezuitami. Chrześcijaństwo cieszyło się przychylnością cesarzy już w czasach dynastii Tang (618-907) i nie potrzebowało kupców ani żołnierzy, aby “upowszechnić się w każdej prowincji” Państwa Środka. To chińskie chrześcijaństwo w misterny sposób połączyło elementy duchowości Wschodu i Zachodu. Wyruszyłem w podróż jego śladem.

Jak dojechać do Louguantai?
– Louguantai? Po co chcesz tam jechać? Tam nie ma nic ciekawego – dziwi się recepcjonistka w hotelu w Xi’anie, słynącej z Terakotowej Armii stolicy prowincji Shaanxi na zachodzie kraju.
– Nie organizujemy takich wycieczek, popytaj na dworcu autobusowym – doradzają w biurze turystycznym. W dzisiejszych Chinach prywatna komunikacja autobusowa funkcjonuje doskonale i dojechać można wszędzie. Nawet do Louguantai, chociaż większość tubylców zupełnie nie ma pojęcia, czego tam szukać. Zdjęcie uśmiechniętego przewodniczącego Mao kołysze się na kolorowym wisiorku w taksówce, która wiezie mnie na dworzec.
Mały autobus powoli napełnia się pasażerami. W Chinach śpieszą się tylko dorobkiewicze z dużych miast. Mieszkańcy wiosek z okolic Xi’anu mogą poczekać, aż zbierze się komplet podróżnych. Palą tanie papierosy i oglądają na pokładowym telewizorze hongkoński film o gangsterach z Szanghaju. Niektórzy wolą poprzyglądać się cudzoziemcowi.
Czekając na odjazd, jeszcze raz patrzę na reprodukcję mapy, którą w 1937 roku opublikował w Tokio prof. Saeki. Została zapewne nakreślona przez jakiegoś szpiega zbierającego informacje dla szykujących się do inwazji na Chiny Japończyków. To właśnie dzięki niej angielski religioznawca Martin Palmer dokonał swego największego odkrycia. Ale najpierw zidentyfikował na niej Louguantai, słynne 14 wieków temu centrum taoizmu.

Stary Mistrz odjeżdża na zachód
Dzisiaj świątynia Louguantai jest mglistym wspomnieniem dawnej świetności. Prosta droga biegnąca przez pobliskie miasteczko kończy się wzniesionym niedawno postumentem, na którym stoi wielka figura Laozi, na razie ze styropianu.
Laozi (Lao-tse), czyli Stary Mistrz, uważany jest za twórcę taoizmu – jednego z najważniejszych chińskich prądów religijnych i filozoficznych. Nie znamy daty jego narodzin ani śmierci. Żył prawdopodobnie w VII wieku p.n.e. i przez całe życie nie zapisał ani słowa swej nauki, dopóki… nie musiał zapłacić cła.
Wedle legendy znudzony skorumpowanym życiem na dworze mędrzec postanowił udać się na emigrację. Zanim przekroczył zachodnią granicę, został jednak zauważony przez celników. Zażądali opłaty. Mędrzec nic nie miał, jednak kiedy urzędnicy zorientowali się, z kim mają do czynienia, zasugerowali, aby podzielił się z nimi swoją mądrością. Stary Mistrz całą noc spisywał “Księgę drogi i cnoty” (Daodejing). Rankiem przepadł na zachodzie, dając pole do licznych spekulacji na temat swoich dalszych losów.
W Louguantai, za styropianową figurą, oglądam pozostałości dawnej świątyni: fundamenty pawilonów, sfatygowany obelisk, kilka stel i rzeźba przedstawiająca Starego Mistrza wyruszającego na grzbiecie wołu w podróż na zachód. Chociaż ktoś utrącił mu nos, Mistrz nie stracił uśmiechu. W pobliżu posągu wznoszą się rusztowania ozdobione czerwonymi flagami, a dookoła leżą porozrzucane cegły i belki. Świątynia, podobnie jak dziesiątki innych krajowych zabytków, jest “odbudowywana”. Na miejscu dawno zniszczonych drewnianych pawilonów stawia się teraz betonowy szkielet, który – jak na chińską świątynię przystało – zostanie przykryty pstrokatymi malowidłami. Niebawem zaczną tu przyjeżdżać autokary pełne turystów i interes nabierze rumieńców. Chiny stawiają dziś na turystykę. Miejscowi patrzą z nadzieją na cudzoziemców. Wierzą, że niebawem ich życie zmieni się na lepsze.
Wspinam się na górujący nad okolicą pagórek, z którego według legendy strażnik wypatrzył wędrującego filozofa. Wznosi się tam ocieniona przez drzewa Świątynia Chwalebnej Księgi. W pawilonach u podnóża pagórka mieszkają taoistyczni mnisi i mniszki. Można poprosić o błogosławieństwo dla siebie i rodziny, o wróżbę. Przy jednym z ołtarzy można też wylosować z kubka drewienko z numerem jednego z 64 trygramów (symboli składających się z trzech przerywanych lub ciągłych linii), wedle których zredagowano tekst Yijing, czyli “Księgi przemian”. Taoistyczny kapłan, który zajmuje się interpretacją przepowiedni, pyta o intencję wróżby. Młoda dziewczyna szepcze nieśmiało: “Czy urodzę syna?”. W chińskiej tradycji tylko syn może zapewnić rodzicom spokojne życie zarówno na starość, jak i w zaświatach. Dlatego to ważne pytanie zadają sobie miliony chińskich kobiet, którym wolno urodzić tylko jedno dziecko.
W pobliżu można pogawędzić z mnichami lub krajowymi turystami. Jeden z nich, student z Xi’anu, nie omieszkał przypomnieć: “Taoizm to jedyna rdzennie chińska religia”. Chociaż niektórzy uczeni twierdzą, że Laozi nawet nie istniał, wątpliwości tych nie podzielał pierwszy cesarz dynastii Tang, Li Yuan (618-626). Uznał, że Li Dan – jak inaczej nazywano Laozi – jest założycielem jego rodu. Louguantai zostało uznane za miejsce spoczynku cesarskiego przodka i stało się tłumnie odwiedzanym sanktuarium.
W ćwierć wieku po śmierci Li Yuana, w 650 roku, opodal świątyni w Louguantai powstał chrześcijański klasztor. Jak to możliwe?

Nestorianie uciekają na wschód
Jest rok 431. Podczas soboru w Efezie stanęli naprzeciw siebie spierający się o naturę Chrystusa i boskość jego matki, Marii, biskup Konstantynopola Nestoriusz oraz patriarcha Aleksandrii Cyryl. Spory były tak zaciekłe, że cesarz Teodozjusz II wygnał popleczników obydwu stron. Ostatecznie Nestoriusz został potępiony jako heretyk. W 451 roku zmarł na wygnaniu w Egipcie. Jednak jego pogląd, że Jezus miał dwoistą naturę – w Jezusie-człowieku zamieszkał Bóg-Chrystus – nie zginął razem z nim. Wędrował dalej, ku Persji. Tam rodził się właśnie Kościół wschodniosyryjski (asyryjski). W XIII wieku, odkąd Mar Abd-Iszu, metropolita Nisibis, sformułował “ortodoksyjne credo nestorian”, wyznawców tego Kościoła zaczęto nazywać nestorianami.
Kościół nestoriański, w przeciwieństwie do scentralizowanych Kościołów Zachodu, był federacją różnych grup chrześcijan. Od swych początków funkcjonował jako mniejszość religijna w granicach imperium perskiego. Mimo to dokonał bezprecedensowej ekspansji na wschód. Nestorianie zawędrowali z Persji do Turkiestanu, Indii, a wreszcie do Chin. “Byli niczym owi mieszkańcy pogranicza w historii Ameryki, zdecydowani zajmować wciąż nowe terytoria; cały świat stał otworem przed ich ekspansją duchową” – pisze Aziz S. Aziya, autor “Historii Kościołów Wschodu”.

Religia światła
Chiny pod władzą dynastii Tang osiągnęły apogeum swej potęgi. Rozciągały swoje wpływy od Korei po Persję i od Mongolii po Wietnam. Jedwabnym Szlakiem wędrowały w tym czasie nie tylko towary, ale też religie, koncepcje filozoficzne i wynalazki. Na wschodnim krańcu szlaku znajdowała się stolica imperium chińskiego – Changan, największe miasto ówczesnego świata. Swoje świątynie w Changanie miały buddyzm, taoizm i zoroastryzm, prawdopodobnie także islam i manicheizm.
Dzisiaj miasto nazywa się Xi’an. Jedną z najbardziej spektakularnych pamiątek jego historii jest Beilin – kamienny las, nazywany też “najcięższą biblioteką świata”. Zgromadzono w nim setki pokrytych inskrypcjami stel, na których utrwalono dorobek chińskiej cywilizacji. W jednej z sal znalazłem słynny kamień, na którego szczycie widnieje krzyż. Napis umieszczony poniżej mówi o “rozpowszechnieniu się w Chinach religii światła z [kraju] Daqin”. “Daqin” (czyt. Da-ćśin) oznaczać mogło Cesarstwo Rzymskie, ale też “Persję” albo po prostu – “zachód”.
Wedle inskrypcji w 635 roku dotarła do Changanu grupa chrześcijańskich misjonarzy pod przewodnictwem duchownego, najpewniej biskupa, imieniem Aluoben. Wizyta musiała być dokładnie przygotowana: podróżni tworzyli procesję i nieśli przed sobą obrazy świętych. Przyjęto ich na dworze, gdzie zainteresowali cesarza swoimi naukami. Kiedy po trzech latach wytężonej pracy spisali w języku chińskim “Księgę Jezusa Mesjasza”, cesarz Taizong (627-650) z dynastii Tang zezwolił na budowę świątyni. Cesarski edykt oznajmiał: “Przesłanie jest jasne i przejrzyste; nauki te przyniosą pożytek wszystkim i będą praktykowane w całym kraju”. W ciągu następnych lat – jak głosi inskrypcja – “Religia światła rozpowszechniła się w dziesięciu prowincjach, a klasztory chrześcijańskie powstały w każdym mieście”.
Kamień z inskrypcją wykopano przypadkiem w 1625 roku. Wzbudził zaciekawienie, bo obok chińskich znaków utrwalono na nim napisy w jakimś dziwnym języku. Niemal natychmiast zjawili się przy nim przebywający w ówczesnych Chinach jezuici, którzy zidentyfikowali ów język jako syriacki. Syriacki – dialekt języka aramejskiego – był liturgicznym językiem nestorian! Wiadomość o odkryciu wywołała w Europie zamęt, nie chciano wierzyć, że “heretycka sekta” mogła zawędrować tak daleko.
Wiemy dziś, że kamień wystawiono ok. 781 roku, a więc półtora wieku po przybyciu misji Aluobena. Na szczycie steli oglądam krzyż wyłaniający się z lotosu, po obu stronach kwiatu – chmury, a pod krzyżem – perłę. Lotos jest symbolem buddyzmu, zaś perła i chmura symbolizują jin i jang, dwie kosmiczne siły z filozofii taoistycznej. Skąd to pomieszanie symboli?

Sutry Jezusa Chrystusa
Chińczycy zawsze raczej zacierali, niż podkreślali różnice między religiami. Również wyznawcy religii światła musieli otworzyć swoją wiarę na wpływy chińskiej kultury. Powstała w ten sposób unikalna synteza religijnych koncepcji Wschodu i Zachodu, wyprzedzająca grubo o tysiąc lat dzisiejsze – różnej jakości – próby pogodzenia tych dwóch światów.
“Sutry Jezusa” – teksty, które pozostawili nam wyznawcy religii światła – pisane są częstokroć językiem przypominającym święte teksty buddyjskie. Pojawiają się w nich odwołania do koncepcji reinkarnacji i wzmianki o tym, że droga Jezusa może pomóc w przerwaniu samsary – koła narodzin. Słowo “Szatan” pojawia się rzadko, na ogół zastępuje je wywodzący się z hinduizmu Pan Yama, który w zaświatach osądza, na jakie wcielenie zasłużyła sobie dusza uczynkami w ziemskim życiu. “To, co uczynili Twoi przodkowie, w Tobie daje owoc. Ich karma osiąga skutek w Tobie” – wyjaśnia Jezus Szymonowi w napisanej ok. 780-790 roku “Sutrze powrotu do prawdziwej natury”. “Wszystko rodzi się, umiera i gnije, powracając na ziemię ku nieustannemu cierpieniu” – głosi “Sutra Jezusa Chrystusa”.
Wiele wskazuje na to, że wyznawcy religii światła byli surowszymi wegetarianami i pacyfistami niż ówcześni chińscy buddyści: “Żadna żywa istota nie tylko nie będzie zabijać drugiej, ale nauczać będzie innych, by postępowali podobnie” – czytamy w “Sutrze Jezusa Chrystusa”.
Byli też chrześcijanie bardziej od buddystów humanitarni. Klasztory buddyjskie utrzymywały się w czasach dynastii Tang m.in. z pracy niewolników, chrześcijańskie – nie miały ich wcale.

Tao chrześcijanina
Również taoizm, wyznanie cesarzy z dynastii Tang, wywarł głęboki wpływ na religię światła. Upragnionym celem taoistów było osiągnięcie nieśmiertelności, czemu służyła m.in. alchemia. Wielu ówczesnych cesarzy umarło młodo, bo zawierzyli taoistycznym szarlatanom i ich receptom na mikstury nieśmiertelności.
Innymi metodami osiągnięcia upragnionego celu miały być ćwiczenia fizyczne, post, medytacja, nauka oraz cnotliwe życie. Jezus postrzegany był jako jeden z mistrzów tej drogi. Jego przypadek był jednak wyjątkowy. Wedle legend większość chińskich nieśmiertelnych osiągała życie wieczne w tajemnicy, nocą, z dala od świadków. Tymczasem Jezus – w rozumieniu taoizmu – osiągnął ją, umierając w świetle dnia na krzyżu, na wzgórzu Golgoty.
Wyznawcy religii światła przejęli też słynną taoistyczną zasadę wu-wei, która zakłada (w ogromnym oczywiście uproszczeniu), że nic nie należy robić na siłę. Tylko postępując zgodnie z zasadą przemian w przyrodzie – dao (tao) – człowiek może osiągnąć szczęście. W “Sutrze powrotu do prawdziwej natury” spotykamy sformułowanie czegoś, co możemy nazwać drogą Jezusa: “Bez pragnień, bez działania, bez świętości, bez prawdy”.
Bez pragnień, bo – jak nauczał Budda – są one przyczyną cierpienia.
Bez wymuszonego działania, bo odciąga ono człowieka od prostego życia w dobroci, do którego nawoływał zarówno Jezus, jak i Laozi.
Bez świętości na pokaz, bo “gdy dajesz jałmużnę, niechaj nie wie lewica twoja, co czyni prawica twoja. Aby twoja jałmużna była ukryta, a Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odpłaci tobie”.
Bez prawdy, bo uporczywe pragnienie zrozumienia oddala człowieka od prawdziwego poznania, zamiast go do niego przybliżać.

Droga Niebios
Także konfucjanizm, oficjalna filozofia klasy urzędniczej w starożytnych Chinach, a jednocześnie najważniejszy chiński system etyczny, znajduje swoje odbicie w religii światła. Wedle konfucjanistów, kiedy na tronie zasiada cnotliwy cesarz, w kraju panuje harmonia. Kiedy urzędnik postępuje zgodnie z zasadami, jego przykład promieniuje na cały podlegający mu obszar życia. Także w “Sutrze Jezusa” znajdujemy swoiście konfucjańskie reguły, choćby tę: “Ci, którzy ofiarują swe dusze w służbie narodu, otrzymają bogactwo w nagrodę, ale ci, którzy wiodą niegodne życie, nie czyniąc tego, co nakazują Niebiosa, nigdy nie osiągną sukcesów i dobrych stanowisk”.
W religii światła znajdujemy wreszcie odbicie kultu przodków (“Nasi uświęceni przodkowie, zarówno wielcy, jak i mali, staną za nami i sądzić nas będą pod koniec” – czytamy w jednej z “chrześcijańskich” sutr). W cesarskich Chinach był on tak potężny, że jezuici, którzy rozpoczęli chrystianizację kraju na przełomie XVI i XVII wieku, uznali, że potępianie go u neofitów nie ma sensu. Zezwalali Chińczykom na czczenie przodków, czym narazili się na ostrą krytykę i – pośrednio – na upadek swej misji.

Budda, syn Laozi
Stoję na schodach, z których Martin Palmer wypatrzył pagodę Daqin. Położona na sztucznym tarasie budowla przechyla się niczym Krzywa Wieża w Pizie. Zapiski w klasztorze w Louguantai mówią, że zezwolono na jej budowę tuż obok taoistycznego sanktuarium w 650 roku. To tak, jakby w Polsce obok Jasnej Góry wznieść świątynię buddyjską! Żadna obca religia, włączając najbardziej wpływowy w Chinach buddyzm, nie dostąpiła w tym czasie podobnego wyróżnienia.
Do naszych czasów dotrwała tylko pagoda, inne zabudowania świątyni zostały zniszczone zapewne podczas prześladowań w 845 roku. Bowiem po trwającym 200 lat okresie rozkwitu Kościół chrześcijański w Chinach uległ zagładzie.
W IX wieku religia taoistyczna umocniła swoją pozycję w Chinach i była gotowa do zadania ciosu swemu najważniejszemu konkurentowi – buddyzmowi. W 845 roku z poduszczenia taoistycznych kapłanów cesarz Wuzong nakazał likwidację wszystkich buddyjskich świątyń i klasztorów. Skonfiskowano tysiące rzeźb ze złota i brązu, a 260 tys. mnichów nakazano powrót do świeckiego życia.
Tu mała dygresja na temat ostatniej podróży Laozi. Odwiedziwszy Louguantai, nie sposób nie zadać sobie pytania: dlaczego Stary Mistrz pojechał akurat na zachód? Ciekawej odpowiedzi dostarcza powstała w wyniku współzawodnictwa buddyzmu i taoizmu “Księga o nawróceniu barbarzyńców przez Laozi”. Otóż rzekomo zawędrował on aż do Indii, by tam w cudowny sposób zapłodnić śpiącą matkę… Buddy. W ten sposób sprytni taoistyczni “propagandziści” dowodzili, że buddyzm jest tylko odpryskiem nauki Laozi, a wielki nauczyciel – jego synem.

Franciszkanin nawraca ostatnich nestorian
Co się jednak działo w tym czasie z religią światła? Została potraktowana równie surowo jak buddyzm. “Mnisi chrześcijańscy i zoroastryjscy, w liczbie 3000, powrócą do świeckiego życia i nie będą psuli chińskich obyczajów” – głosił cesarski edykt. Świątynie zniszczono, dobytek skonfiskowano, a wiernych rozproszono. Nieliczni wyznawcy religii światła egzystowali jeszcze przez jakiś czas po prześladowaniach na kresach imperium. Pod koniec XIX wieku odkryto w Dunhuangu – słynącej z buddyjskich zabytków oazie na Jedwabnym Szlaku – grotę z chrześcijańskimi zwojami, które ukryto ok. 1005 roku w obawie przed prześladowaniami.
Nestorianizm odżył w Chinach za czasów panowania Mongołów. W XIII wieku dwóch braci, Kubilaj i Hulagu, wyruszyło na podbój Wschodu i Zachodu. Hulagu, który podbił Persję, miał nestoriańską żonę imieniem Dokuz Chartun. W czasie rzezi dokonywanych przez jego wojska na muzułmańskiej ludności chrześcijanie chronili się w kościołach i nie byli prześladowani. Na nestorianizm nawracały się całe plemiona koczowników, czego dowodzą m.in. setki małych metalowych krzyży znalezionych na równinie Ordos w zakolu Żółtej Rzeki.
Pierwszy misjonarz katolicki w Chinach, franciszkanin, o. Jan z Monte Corvino, który w 1294 roku dotarł do Pekinu, aby pełnić funkcję legata papieskiego, spotkał tam nestorian. Wielu z nich udało mu się nawrócić na katolicyzm.
A co się działo z chrześcijańską świątynią w Louguantai? Najpierw zagarnęli ją taoiści. Potem przeszła w ręce mnichów buddyjskich. Po trzęsieniu ziemi w 1556 roku wejście na jej wyższe piętra stało się niemożliwe. W najniższej izbie urządzono więc kaplicę z posągami Bodhisattwów. W tzw. buddyzmie Wielkiego Wozu (Mahajana) są to postaci, które powstrzymały się od spoczynku w nirwanie, aby dopomóc innym bytom w osiągnięciu tego celu.

Ta pagoda Rzym się nazywa
Kiedy Martin Palmer zidentyfikował na mapie z 1937 roku położenie pagody Daqin, nie miał pewności, czy przetrwała. W 1997 roku wyruszył do Chin, żeby to sprawdzić. Na miejscu okazało się, że okoliczni mieszkańcy wciąż opowiadają legendy o pierwszych gospodarzach świątyni: “mnichach, którzy przyjechali z zachodu i wierzyli w jednego Boga”. Pagody pilnowała buddyjska mniszka, która spędziła przy niej ponad połowę swego życia. Zmarła w 1998 roku, w wieku 116 lat! Dziś zastępuje ją bonza, który zagranicznym turystom każe bić pokłony przed figurą Buddy. Gapie sugerują ofiarę – 4 juany (2 złote).
W pawilonie opodal pagody zgromadzono detale wykopane podczas prac renowacyjnych: kapitel kolumny w zachodnim stylu i fragment rzeźbionego skrzydła anioła. Jest tam także kamienny słupek, do którego wiązano wierzchowce, zwieńczony rzeźbą Persa prowadzącego rumaka.
Na piętra pagody zwykłemu turyście wejść nie wolno. Na pierwszym jest rzeźba rodzącej Marii odkryta przez Palmera, na drugim – figura, którą zidentyfikowano jako posąg Jonasza u wrót Niniwy (przedstawionej jako chińskie miasto z zakrzywionymi liniami dachów).
Z tarasu pagody rozciąga się wspaniały widok na okolicę. Ciekawe, ile się tu zmieniło przez wieki? Kiedy podziwiam panoramę, mój wzrok niespodziewanie napotyka znajomy kształt. Kilka kilometrów na północ wyraźnie widzę wieże kościoła, a nich – krzyże!
Wyruszam w ich stronę. Na miejscu okazuje się, że przykościelna wioska zamieszkana jest w 90 proc. przez katolików. Gościnni mieszkańcy twierdzą, że w okolicy jest wiele podobnych osad. Prowincja Shaanxi była na początku XX wieku miejscem intensywnej działalności europejskich misjonarzy. Obok kościoła jest grób jednego nich. Kiedy zwiedzam wnętrze świątyni, towarzyszy mi chyba pół wioski. Oglądamy rzeźby. Moją uwagę zwraca postać kobiety o smutnym spojrzeniu. – Mali, Mali (Maria, Maria) – powtarza stojąca obok stara Chinka.

Bodhisattwa Maryja?
Za czasów cesarstwa przeciętny Chińczyk w życiu społecznym stosował zasady konfucjanizmu. Chcąc zdobyć nieśmiertelność, odwoływał się do praktyk taoistycznych. Pragnąc zabezpieczyć swą przyszłość w zaświatach, ofiarowywał sowity datek klasztorowi buddyjskiemu, a także starał się spłodzić jak najwięcej synów, aby było komu bić pokłony przed tabliczką z jego imieniem na ołtarzu przodków.
Czy chrześcijaństwo mogło się stać elementem tego synkretyzmu? Zdaniem Palmera nie tylko mogło, ale się stało. Efektem wpływu chrześcijaństwa na religijność Chińczyków jest tutejsze wcielenie Awalokiteśwary, Bodhisattwy Współczucia. W Chinach nosi on imię Guanyin. I jest kobietą.
Buddyzm therawadyjski (m.in. Tajlandia) czy tybetański – lamaizm – czczą Awalokiteśwarę jako mężczyznę – za jego kolejne wcielenie uznawany jest Dalajlama. Tymczasem posążki chińskiego odpowiednika Awalokiteśwary – bogini Guanyin – do złudzenia przypominają Maryję. Postać często nawet trzyma na rękach dziecko. Podobne są również prośby i oczekiwania wobec niej: współczucie, miłosierdzie, szczęśliwa rodzina, narodziny upragnionego potomka. Moment, w którym chińska ikonografia zmieniła płeć Awalokiteśwary, zbiega się w czasie z pojawieniem się w Chinach religii światła.
Nestorianie, chociaż uważali Marię za matkę człowieka, a nie Boga, czcili ją z oddaniem nie mniejszym niż na Zachodzie. W pagodzie Daqin jej zniszczony posąg zajmuje pierwsze piętro. Chociaż ocalały tylko nogi, niezwykła, leżąca poza przedstawionej postaci ułatwia identyfikację.

Wykopaliska
W maju, kiedy byłem w Louguantai, zapadały ostatnie ustalenia między władzami prowincji a archeologami z Uniwersytetu Pekińskiego o rozpoczęciu prac wykopaliskowych na tarasie pagody Daqin. Kustosz spodziewał się rozpoczęcia prac już w najbliższym czasie.
Dzięki specjalistycznym badaniom już teraz wiemy, że wokół pagody mieścił się zespół podziemnych pomieszczeń. Ustalono także położenie kościoła i cmentarza. Możemy się zatem spodziewać dalszych fascynujących znalezisk.
Martin Palmer nazywa religię światła taoistycznym chrześcijaństwem, co może być o tyle mylące, że znajdujemy w nim także elementy konfucjanizmu, buddyzmu czy taoizmu. Mylące – ze względu na jej wyjątkowy charakter – może być także nazywanie jej nestorianizmem, jak się ją od lat określa w literaturze poświęconej zagadnieniu. Od czasu otwarcia Chin na świat rozwija się tamtejsza archeologia, a ona jeszcze może dużo powiedzieć na temat zapomnianej religii.
Każda epoka ceni innego boga, po upływie setek lat ich zmącone ręką historii wpływy mieszają się w przedziwny kolaż. Widać to wyraźnie w okolicach Louguantai, gdzie pagody na ruinach chrześcijańskiej świątyni pilnuje buddyjski mnich, a opodal znajduje się zapomniane centrum taoizmu i wzniesiony w 1922 roku kościół. W pobliskim Xi’anie znajdziemy dzielnicę muzułmańską, słynną buddyjską pagodę Dzikiej Gęsi i świątynię taoistyczną, w której przebiegła cesarzowa regentka Cixi schroniła się podczas powstania bokserów.
Na północny zachód od Xi’anu znajdziemy grobowiec pierwszego cesarza dynastii Qin, który w 221 roku p.n.e. zjednoczył Chiny i wystawił sobie Terakotową Armię, aby poprowadzić ją do boju w zaświatach. On także był taoistą, a wysłany przez niego w poszukiwaniu wysp nieśmiertelności taoistyczny mag Xu Fu dotarł do… Japonii, zapoczątkowując – wedle legendy – kontakty między obydwoma krajami.
Obraz religii światła, który wyłania się z “Sutr Jezusa” ukazuje wyznanie zdolne do harmonijnego współistnienia z innymi religiami, w intrygujący sposób łączące ich elementy i prosperujące w kosmopolitycznych Chinach z czasów dynastii Tang. Jaka szkoda, że nie dane mu było dotrwać do naszych czasów.

Artykuł ukazał się na blogu Konrada Godlewskiego.

Udostępnij:
  • 1
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    1
    Udostępnij
„Konrad Godlewski”: Pagoda Narodzenia Pańskiego Reviewed by on 4 czerwca 2010 .

“Tak też Bóg sprawił, że Chłodny Powiew [Duch Święty] zstąpił na wybraną młodą kobietę imieniem Mo Yan, która była niezamężna, i uczynił ją brzemienną. Cały świat to widział i pojął, co Bóg uczynił. Moc Boża jest taka, że stworzyć może cielesnego ducha i przywieść go do ścieżki jasnego, czystego współczucia. Mo Yan urodziła chłopca i

Udostępnij:
  • 1
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    1
    Udostępnij

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź