Komentarz eksperta,Top news

K. Iwanek: Upadek króla na wychodźstwie. O Altafie Hussainie

Przez dwadzieścia cztery lata Altaf Hussain rządził Karaczi – nadmorską metropolią i centrum gospodarki pakistańskiej – ze swojej rezydencji w Londynie. Posiadanie królewskich posesji w bezpiecznych, modnych i odległych miejscach nie jest tak wyjątkowe w szeregach pakistańskich polityków: poza Londynem modny jest Dubaj. Jednakże Hussain wyróżniał się tym, że mieszkał w Wielkiej Brytanii na stałe, od 1992 roku nie pojawiając się w swojej ojczyźnie. W przeciwnym razie mógłby zostać aresztowany przez nieprzychylnych mu rządzących lub zamordowany przez swoich politycznych rywali – tak jak to się stało z byłą premier Benazir Bhutto, która w przeciwieństwie do Hussaina podjęła ryzyko powrotu do kraju po politycznym wychodźstwie i wkrótce zginęła w zamachu. Hussain swoją partią kierował przez telefon, do zwolenników przemawiał z ekranu. Dwadzieścia cztery lata komentowania sytuacji w Pakistanie bez pojawianie się w nim musiały jednak odcisnąć na nim swoje piętno i wydaje się, że straciwszy wyobrażenie o swoim kraju, Hussain zaczął także tracić resztki wyczucia i rozsądku, uczyniwszy wreszcie ostatnią rzecz, której po polityku można się spodziewać – zmieszał z błotem swoje własne państwo, nazywając je ,,rakiem całego świata’’.

Hussain wciąż jeszcze formalnie przewodzi parti Muttahida Quami Movement – Pakistan (wym. muttahida kałmi, odtąd MQM), której elektorat stanowi wspólnota mohadźirów i która swoje polityczne bastiony ma tam, gdzie żyją mohadźirowie – w Karaczi i innych większych miastach prowincji Sindh (np. Hajdarabad czy Sukkur). Mohadźirowie to potomkowie muzułmanów, którzy podczas podziału na Indie i Pakistan w 1947 r. roku przenieśli się (głównie z północnych Indii) na tereny, gdzie powstawał Pakistan. Większość populacji Pakistanu stanowili bowiem od początku ludzie, którzy już mieszkali na terenach przyznanych Pakistanowi (np. Beludżowie, Pasztuni, Sindhijczycy) albo ludzie z dwóch prowincji przedzielonych na pół (Pendżab, Bengal) między Indie i Pakistan. W ramach tych prowincji doszło do znaczniejszych dwustronnych migracji: wielu muzułmanów wyjeżdżało do Pakistanu, wielu hindusów i sikhów do Indii. Zostali jednak częściowo do tego zmuszeni nie tylko podziałem ich prowincji, co towarzyszącą podziałowi przemocą. Poprzez mohadźirów rozumie się zatem indyjskich muzułmanów, którzy przybyli do Pakistanu z regionów innych niż wschodni Pendżab i zachodni Bengal; przybyli albo z własnej woli, wierząc w ideę Pakistanu – państwa dla indyjskich muzułmanów – albo przymuszeni przemocą międzywspólnotową w ich regionie (np. w Delhi). Mohadźirowie stanowili niejednorodną grupę: większość migrantów wywodziła się z obszarów takich jak Zjednoczone Prowincje czy Bihar (północ Indii), ale sporadycznie zdarzali się nawet przybysze z odległego Tamilnadu (wówczas w prowincji Madras). Zasadniczo jednak w Pakistanie poprzez mohadźira rozumiano muzułmańskiego migranta posługującego się językiem urdu, a zatem zazwyczaj pochodzącego z północy Indii.

Mohadźirowie osiedlili się głównie w Karaczi w prowincji Sindh i innych większych miastach tego regionu. Od początku zatem trzymali się razem i to też tłumaczy,  w jaki sposób na ich barkach wyrosła partia MQM. Mohadźirów jest za mało, by mogli samodzielnie rządzić krajem czy nawet prowincją Sindh, gdzie jest ich mniej niż rdzennych Sindhijczyków. W dużych miastach Sindhu jest ich jednak na tyle dużo, by mieć tam potężne wpływy polityczne i gospodarcze, a ponieważ są skupieni wokół jednej, bardzo wpływowej w tych miastach partii MQM, pozwoliło to tej partii odnosić sukcesy nie tylko na terenie Sindhu, ale nawet odgrywać swoją rolę  w polityce krajowej.

Oto pierwszy paradoks: Pakistan miał być państwem dla wszystkich indyjskich muzułmanów. W rzeczywistości jednak wielu z ludzi mieszkających na terenie, gdzie ustanowiono Pakistan – szczególnie Beludżowie i Pasztuni – niekoniecznie identyfikowali się z ideą tego państwa lub wręcz ostro jej sprzeciwiali. Z kolei migranci (poza tymi z Pendżabu i Bengalu), choć wierzący w ideę tego państwa, kierujący się wspólnym mianownikiem indyjskiego islamu, a nie regionalizmem, stanowili niewielką część populacji.  Od początku też mohadźirowie, którzy powinni byli być probierzem narodowej integracji kraju, zbudowali swoje wieże z kości słoniowej, oddzielili się i byli postrzegani przez innych jako osobna wspólnota, co było ciosem dla samej idei państwa Pakistan. Do dzisiaj pamięta się, kto pochodzi z jakiego regionu Indii, chociaż od podziału minęło 69 lat i w Pakistanie życie spędziło kilka pokoleń mohadźirów. Wiadomo np. w Pakistanie, że były pakistański dyktator generał Musharraf urodził się w Delhi w Indiach, tak jak w Indiach wiadomo, że były indyjski premier Manmohan Singh urodził się w pendżabskiej wsi, która teraz jest w Pakistanie. Tę mohadźirską tożsamość świetnie pokazuje książka ,,Zwyczajne pakistańskie życie’’, której autorka, Joanna Kusy, poślubiła właśnie żyjącego w Karaczi mohadźira. Joanna Kursy opisuje, jak rodzina jej męża wciąż kultywuje swoje więzi z miejscem w Biharze (w Indiach), z którego się wywodzi. Sam też poznałem Pakistańczyków, których rodzice po kilkudziesięciu latach bardzo interesowali się sytuacją we wsi, którą porzucili w Indiach. W Azji Południowej przykład mohadźirów nie jest wcale zaskakujący. W tamtym kontekście kultywowanie przywiązania nie tylko do języka, ale także swojej rodziny, kasty, miejsca pochodzenia jest bardzo ważne i rozciąga się na pokolenia, stająć się częścią tożsamości; nie tylko przecież mohadźirowie, ale migranci wewnątrz Indii kultywują swoje więzi z miejscami porzuconymi kilkadziesiąt lat temu.

Altaf Hussain; źródło: commons.wikimedia.org

Altaf Hussain; źródło: commons.wikimedia.org

Ten paradoks idei państwa Pakistan pokazuje między innymi kwestia języka. W obliczu współistnienia różnych wspólnot językowych od początku na język całego kraju forowano język urdu, który stanowił lingua franca muzułmańskich elit północnych Indii, ale którym na początku istnienia Pakistanu mówiło ledwie kilka procent populacji – właśnie mohadźirowie. Po kilkudziesięciu latach, mimo znacznych kontrowersji i podziałów (przede wszystkim oddzielenia się Bangladeszu), udało się w dużej mierze uczynić z urdu język narodowy Pakistanu. Ale mimo że teraz tak wielu Pendżabczyków, Sindhijczyków czy Pasztunów mówi w urdu, nie oznacza to, że mohadźirowie stopili się z resztą narodu w jeden amalgamat. Wciąż są osobną wspólnotą, mohadźirami. Podobnie znam pakistańską rodzinę Pendżabczyków, którzy nawet w domu mówią w urdu, ale nadal są Pendżabczykami – nie mogą stać się mohadźirami, bo mohadźir to nie każdy użytkownik urdu, ale ten, który przybył z Indii, a zatem obcy. Język jest tu ważnym, ale nie jedynym wyznacznikiem tożsamości.

W codziennym życiu społecznym istotnymi wyznacznikami podziałów wspólnotowych jest to, kto z kim przestaje, z kim jada, z kim bierze ślub, o czyje walczy przywileje  –  i na kogo głosuje. W tych wszystkich kategoriach mohadźirowie stanowią osobną wspólnotę. Gdy po podziale w 1947 r. osiedlali się w Karaczi patrzyli z góry na miejscową populację Sindhu i wywalczyli sobie bardzo wysoką pozycę. Do tego stopnia, że, jak opisuje to Owen Benett Jones, w ,,1957 r. Uniwersytet w Karaczi zakazał studentom odpowiadania na pytania w języku sindhi.’’  To są jednak dawne czasy. Jako metropolia i port, Karaczi  zawsze przyciągało rzesze szukających pracy ludzi, między innym Pasztunów. Mohadźirowie musieli stopniowo dzielić się władzą i zyskami gospodarczymi z coraz większą i coraz bardziej różnorodną populacją miasta.  Pewnie tę tęsknotę o dawnym statusie wyraża dziwaczna deklaracja partii MQM, że reprezentuje ona ,,biednych ludzi z klasy średniej’’ (poor middle class people).

Oto kolejny paradoks – mohadźirowie przybyli do Karaczi jako obcy, ale sami sprzeciwiali się dominacji nowych fal obcych i to słabnący status mohadźirów w Karaczi był katalizatorem powstania partii MQM. Równocześnie wojsko pakistańskie zostało zdominowane przez Pendżabczyków, w polityce ostatecznie kluczową rolę zaczęły odgrywać partie Sindhijczyków i Pendżabczyków (odpowiednio PPP i PML-N); w samej prowincji Sindh uczyniono w 1972 r. język sindhi jedynym językiem prowincji; wprowadzono też system kwotowy przy zatrudnianiu, dzięki czemu przywileje były i są  rozdysponowane między wspólnoty w sposób, który według mohadźirów jest dla nich niesprawiedliwy. Ostatecznie mohadźirowie, niegdyś najgorliwsi zwolennicy idei państwa Pakistan, zaczęli być do niej nastawieni coraz bardziej sceptycznie.

To tu leżą podwaliny popularności Altafa Hussaina i jego partii, MQM, która od początku głosiła się orędowniczką praw i przywilejów mohadźirów. Hussain zaczął od organizacji ruchu studenckiego mohadźirów w latach 70., a MQM utworzył w 1985 r. i od początku to on był jej spiritus movens. Partia korzystała nie tylko na (formalnym i nieformalnym) nierównouprawnieniu wspólnot w Pakistanie, ale na walkach, m.in. między Pasztunami i mohadźirami w Karaczi. Od początku do dziś mohadźirowie stoją za MQM murem. Ponadto, Hussain zbudował MQM nie tylko jako partię, ale na poły przestępczy kartel. Historia MQM w Karaczi pod pewnymi względami bardzo przypomina historię partii Shiv Sena w innym wielkim porcie Azji Południowej – Bombaju. Obie partie wyrażają nie tylko aspiracje i żale konkretnej wspólnoty w zróżnicowanej i pełnej rywalizacji metropolii (MQM – mohadźirów, Shiv Sena – Marathów); obie także reprezentują struktury, które ,,załatwiają’’ różne sprawy dla mieszkańców w gigantycznym mieście, gdzie często trudno wyegzekwować swoje prawa od urzędników. Potęga gospodarcza MQM jest zbudowana między innymi na systemie wyłudzeń, a nawet ,,tradycyjnych’’ danin – na przykład skóry zwierząt zabitych na ofiarę na koniec miesiąca Ramadan  darowane są partii. Tak w przypadku nieżyjącego Balasaheba Thackeraya, długoletniego przywódcy Shiv Seny, jak i w przypadku Hussaina mało kto chyba ma wątpliwość, że mamy do czynienia z połączeniem partyjnego lidera i bossa mafii. Obecnie na przykład dopiero co wybrany (24 sierpnia 2016 r.) burmistrz miasta Karaczi z ramienia MQM, Waseem Akhtar, wygrał wybory z więzienia. Hussain został zaś niegdyś nagrany jak chwali się, że marzy o torturowaniu swoich wrogów wiertarkami i młotami. Niestety istnieją dowody (w postaci znalezionych zwłok i narzędzi zbrodni), że tak on, jak i niektórzy jego rywale takie metody stosowali.

Mimo tego Hussain trzymał się na fali. Przetrwał próby zniszczenia go przez rząd, armię, nawet rozpad jego partii na MQM i MQM-Haqiqi (,,Prawdziwą’’); zresztą być może w tym ostatnim wypadku rozpad był sterowany przez wywiad wojskowy. Jednakże przetrwanie zawdzięcza też po części faktowi, że już w 7 lat po utworzeniu partii w obliczu rządowej akcji wymierzonej w niego uciekł do Londynu. Osiągnięcie stanowi raczej fakt, że od tego czasu (to jest od 1992 r.) był w stanie sterować partią. Kilka razy wydawało się już, że odsunął się od przywództwa lub został odsunięty, ale zawsze wkrótce okazywało się, że dalej jest niekwestionowanym liderem. Oto kolejny paradoks: partia założona w Pakistanie przez dawnych uchodźców z Indii sterowana jest przez człowieka, który stał się uchodźcą w Wielkiej Brytanii.

Od trzech lat jednak MQM przeżywa bessę. To, że partia zawsze była oskarżana o działalność przestępczą nie jest niczym nowym. Po pierwsze jednak, te zarzuty dotarły aż pod drzwi londyńskiej rezydencji Hussaina. Polityk może tam się chronić przed prawem pakistańskim – jest już formalnie obywatelem brytyjskim – ale teraz to brytyjskie służby badają jego malwersacje finansowe (i związki z wywiadem indyjskim).  Po drugie, kilka lat temu partia była częścią koalicji rządzącej w Pakistanie, ale  opuściłą ją w proteście przeciw badaniu przestępcznej działalności niektórych jej członków. Od tego momentu działania rządu wymierzone w partię wyraźnie się nasiliły. Co najmniej od roku czuć, że władza najchętniej zniszczyłaby MQM. Obecnie ściganiem członków partii zajmuje się głównie nie policja prowincji Sindh, ale organizacja paramilitarna – DG Rangers Sindh (podlegająca władzy centralnej, w przeciwieństwie do policji, która podlega władzom prowincji Sindh). Po czwarte, w marcu bieżącego roku partia przeżyła kolejny rozłam. Część członków opuściła jej szeregi i utworzyła nowe ugrupowanie – Pak Sarzameen Party. Na jej czele stanął Syed Mustafa Kamal, a weszli do niej między innymi tacy działacze MQM jak Anees Ahmed Qaimkhani, Raza Haroon, doktor Sagheer Ahmed, a kilka dni także Asif Hasnain. Po czwarte, od pewnego czasu coraz częściej pojawiają się głosy, że Hussain ma związki z indyjskim wywiadem.

W obliczu tej brutalnej walki Hussain nie wytrzymał i 22 sierpnia 2016 r. w przemówieniu przez telefon do członków partii zaatakował samo państwo Pakistan silniej niż kiedykolwiek. ,,Pakistan jest rakiem całego świata. Pakistan jest bólem głowy całego świata. Pakistan jest epicentrum terroryzmu całego świata’’ – powiedział – ,,Kto mówi ,,Niech żyje Pakistan?’’ (Pakistan zindabad). Teraz to jest ,,Niech umrze Pakistan!’’ (Pakistan murdabad)’’. Jego wypowiedź oczywiście wywołała skandal i posłużyła za usprawiedliwienie dla jeszcze szerszej akcji przeciw partii: aresztowania członków MQM i burzenia jej biur. Następnego dnia Hussain wycofał się z tej wypowiedzi i przeprosił za nią na Twitterze (tłumacząc się stresem), ale taką stratę wizerunku trudno powetować. Być może spowoduje ona też pogłębienie walki w łonie partii. Doktor Sattar, zapewne najsilniejszy przywódca MQM po Hussainie, odciął się od tej wypowiedzi i ogłosił, że od teraz MQM będzie działało niezależnie od przywództwa w Londynie (a zatem od Hussaina). To jednak nie musi znaczyć, że Hussain stracił realną władzę tylko po prostu, że ugrupowanie musiało jakoś zachować twarz.

Hussain znany jest z kontrowersyjnych i niedwuznacznych wypowiedzi i dotąd jakoś udawało mu się mimo tego zachowywać popularność.  Zgodnie z rosnącym rozczarowaniem ideą państwa Pakistan pośród mohadźirów od dawna niepochlebnie wypowiadał się o samym Pakistanie. Dotąd jednak udawało mu się erystycznie – a nawet dość logicznie – uzasadnić swoje wypowiedzi tak, by sprawiały wrażenie, jakoby dbał o losy muzułmanów w Azji Południowej (a nie tylko mohadźirów). W 2000 roku po raz pierwszy stwierdził, że podział na Indie i Pakistan był błędem. Uzasadnił jednak to twierdzenie faktem, że bez Podziału w zjednoczonych Indiach byłoby więcej muzułmanów (którzy mogliby politycznie działać razem), a w wyniku podziału ich siły zostały rozłożone między dwa państwa (a potem trzy, gdy oddzielił się Bangladesz). Jednakże w rzeczywistości wiadomo przecież, że Hussain od początku dbał o interesy mohadźirów w Pakistanie, a nie wszystkich muzułmanów Azji Południowej. Już tamta wypowiedź sprzed 16 lat stanowiła atak na ideę państwa Pakistan, ale dobrze argumentowaną. Tym razem zaś po prostu Hussain nie zdzierżył i wypowiedział się wprost, bez silenia się na erystykę.

Czy zatem Hussain faktycznie współpracuje z indyjskim wywiadem? Oczywiście ja nie jestem w stanie na to pytanie odpowiedzieć; nie tak dawno pojawiła się informacja, że indyjskie służby RAW (Research and Analisys Wing) miały go finansować (mieszkanie w Londynie na pewno by w tym pomogło). Sprawę badają tak instytucje brytyjskie jak i pakistańskie. Tym zarzutem ciskają też w niego jego niedawni koledzy a teraz rywale z Pak Sarzameen Party; być może dlatego, że wiedzą coś więcej, ale może po prostu dlatego, że teraz zwyczajnie zrobią wszystko, żeby go oczernić. Niezależnie od tego, czy ma on związki z indyjskimi instytucjami decydenci w Nowym Delhi na pewno cieszą się, że polityk, który od lat trząsł największym pakistańskim miastem wyrósł na największego krytyka Pakistanu.

Chociaż jednak mohadźirowie mogą być rozczarowani różnymi aspektami życia w Pakistanie, ale dalej są Pakistańczykami i teraz już od pokoleń. Ich walka o swoje prawa nie sprawia, że nie są patriotami; inne wspólnoty też walczą o swoje prawa. Owszem, najbardziej radykalni z nich wzywali do powołania osobnego państwa mohadźirów, ale to zawsze był głos mniejszości. Atak na nierównouprawnienie to jedno, dyskusja o idei państwa Pakistan to drugie, ale bezwzględny atak na Pakistan i szkalowanie go to jednak co innego. Być może w umyśle Hussaina perspektywa ta zatarła się przez 24 lata życia za granicą i nie myśli on już o swoich odbiorcach jako Pakistańczykach, bo być może nie do końca myśli tak o sobie. A być może gubi go jego własna pycha i władza. Bo przecież niezależnie od kompromitujących wypowiedzi jej lidera MQM ma wciąż gigantyczną władzę w Karaczi, również fizyczną i finansową. Jednakże o ile mafia nie musi budować swojego wizerunku publicznego, partia musi.

Być może na naszych oczach zachodzi fundamentalna zmiana. Upadek MQM oznacza zmianę równowagi sił nie tylko w Karaczi i w Sindzie, ale w dłuższej perspektywie w samym Pakistanie o tyle, że przy odpowiednim rozkładzie głosów do Zgromadzenia Narodowego MQM mogło odgrywać rolę języczka u wagi. Z utraty pozycji MQM cieszyłaby się Pakistani Peoples Party (PPP), walcząca o elektorat Sindhijczyków, cieszyłaby się rządząca Pakistani Muslim League-Nawaz (PML-N), która wyraźnie MQM ostro zwalcza, cieszyłby się jej nowy rywal walczący o ten sam elektorat mohadźirów – Pak Sarzameen Party. Tym niemniej z wieszczeniem upadku Hussaina i MQM (a też jedno nie musi oznaczać drugiego) należy być ostrożnym. Wkrótce po kompromitującej tyradzie Hussaina partia wygrała różne miejsca we władzach municypalnych, w tym wspomniane wcześniej stanowisko burmistrza Karaczi. Mohadźirowie najwyraźniej dalej stoją  za MQM a postać Hussaina jest otoczona kultem. W tej samej wypowiedzi, w której nazwał Pakistan ,,rakem całego świata’’ wezwał członków swojej partii do ataku na siedziby dwóch stacji telewizyjnych (ARY i Samaa) w Karaczi, co też wiernie uczynili, powodując zniszczenia i starcia, których efektem byli ranni i śmierć dwóch osób.

Mohadźirowie wyraźnie dalej potrzebują swojej partii. Jeśli upadnie MQM, jej miejsce zajmie nowe ugrupowanie o tych samych lub podobnych deklaracjach. Być może taką alternatywą mogłaby być Pak Sarzameen Party, ale za wcześnie na takie spekulacje: jak dotąd jest ona miniaturowym ugrupowaniem rozłamowców z MQM.  Kiedyś już z MQM wydzieliła się MQM-Haqiqi, która jednak nie przetrwała próby czasu. A fakt, że Hussain – jak być może żaden pakistański polityk dotąd z wyłączeniem separatystów z Beludżystanu  – ostro zaatakował Pakistan oczywiście wcale nie oznacza, że Pakistan jest bliżej upadku. Państwo to niemal od początku musiało istnieć mimo walki o przywileje rozmaitych wspólnot i tak będzie dalej, w tym także w odniesieniu do mohadźirów, niezależnie od tego, czy będzie ich reprezentowała MQM czy ktoś inny.

Przy okazji tego tekstu nie potrafię nie wspomnieć, że członkowie pewnej dużej, dobrze finansowej publicznej instytucji w Polsce wyraźnie zakładają, że Centrum Studiów Polska-Azja przestanie teraz istnieć w związku z faktem, że część członków CSPA ma teraz nowe zobowiązania w innych organizacjach. Korzystając z tej szansy chcę podkreślić, że mimo moich obowiązków w Ośrodku Badań Azji nie zamierzam przestać pisać dla CSPA i mam nadzieję, że CSPA pozostanie zdrową konkurencją między innymi dla owej dużej, dobrze finansowej i najwyraźniej czytającej nasz portal instytucji.

Udostępnij:
  • 16
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    16
    Udostępnienia
K. Iwanek: Upadek króla na wychodźstwie. O Altafie Hussainie Reviewed by on 1 września 2016 .

Przez dwadzieścia cztery lata Altaf Hussain rządził Karaczi – nadmorską metropolią i centrum gospodarki pakistańskiej – ze swojej rezydencji w Londynie. Posiadanie królewskich posesji w bezpiecznych, modnych i odległych miejscach nie jest tak wyjątkowe w szeregach pakistańskich polityków: poza Londynem modny jest Dubaj. Jednakże Hussain wyróżniał się tym, że mieszkał w Wielkiej Brytanii na stałe,

Udostępnij:
  • 16
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    16
    Udostępnienia

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź