Chiny

Jak rozgryźć Chinczyka w Warszawie?

Gdzie wasza druga linia metra? W Pekinie budujemy dziesięć linii naraz. W Szanghaju 30 km z lotniska do centrum szybka kolej pokonuje w siedem minut. Widzisz różnicę? A wy ciągle mówicie nam o wolności. O życiu warszawskich Chińczyków piszą w Gazecie Stołecznej ( wydanie z dnia 30.08.2008) Edyta Różańska i Wojciech Tymowski.

Pierwsza prawda o Chińczykach w Warszawie: by ustalić, kto zacz, trzeba zastosować test trzech T i jednego F. Czyli zapytać o Tybet, Tajwan, Tiananmen i Falun Gong. Gdy okaże się, że Tybet i Tajwan to zbuntowane chińskie prowincje, masakra na placu Tiananmen była politycznie uzasadniona, a Falun Gong to niebezpieczna sekta, będzie to znaczyło, że spotkaliśmy pracownika ambasady albo biznesmena, który działa w imieniu rządu i w życiu nie powie złego słowa na swój kraj.
Druga prawda o Chińczykach w Warszawie: myślą, czują, mają własne zdanie, ale nigdy nie powiedzą, co myślą, czują i jakie jest ich zdanie.
Autorem pierwszej prawdy jest Robert Krzysztoń ze Stowarzyszenia Wolnego Słowa.
Autorem drugiej – Huang, Chińczyk od ponad 20 lat mieszkający w Warszawie.
Irena, Chinka spolonizowana: – Chińczycy mówią o swoim kraju półprawdę, choć częściej prawdę. Jednak niektórych pytań, na przykład o wolności osobiste, wielu z nich nie rozumie. Polak myśli, że Chińczyk ściemnia, a on po prostu nie wie, jak odpowiedzieć.

Czeng, Chińczyk równie spolonizowany: – Chińczycy są dumni ze skoku inwestycyjnego swego kraju. Nie żyją trzema T i jednym F. Na tym skupiają się tylko media.

Miejsce I – Ogród Krasińskich

Niedziela, godz. 14.30. Na trawniku w pobliżu jeziorka zaczynają się ćwiczenia Falun Gong. Dołączyć może każdy. Kilkanaście osób stoi boso w kręgu. Mają zamknięte oczy, podnoszą i opuszczają ręce, kucają, zastygają w bezruchu. Z magnetofonu płynie relaksująca muzyka. Na tablicach rozstawionych przy alejce spacerowicze mogą wyczytać, że Falun Gong, znany również jako Falun Dafa, to praktyka medytacji i łagodnych ćwiczeń służąca kultywowaniu w sobie prawdy, życzliwości i cierpliwości.

Chiński rząd zakazał w 1999 r. praktykowania Falun Gong. Członków ruchu spotykają represje. Naruszenie zakazu jest karane więzieniem lub osadzeniem w obozie pracy. Chińska propaganda lansuje pogląd, że Falun Gong to organizacja polityczna, która dąży do obalenia władz komunistycznych.

Ludzie zbierający się co niedziela w Ogrodzie Krasińskich, tuż pod bokiem chińskiej ambasady, wiedzą, że ich droga do Chin jest zamknięta.

– To dobre być blisko ćwiczących, dostaje się dużo dobrej energii – uśmiecha się niska kobieta w okularach. – Dzień dobry, jestem Alina.

Zhang Quian, w Warszawie Alina

Pochodzi z Shenyang w Mandżurii. Córka chirurga, miłośnika literatury, biegle mówiącego pięcioma językami. Podczas rewolucji kulturalnej wyciągnięto go z domu i ślad po nim zaginął. Zhang Quian miała wtedy 11 lat. Ojca uznano za szpiega, bo w domu mieli aparat i rower wyprodukowane w Wielkiej Brytanii. Najbardziej obciążająca okazała się maszyna do pisania, którą służby wzięły za tajną radiostację.

Każe mówić do siebie Alina. Do Polski przyjechała po raz pierwszy na krótko w 1994 r. Potem wróciła do Chin. – Jednego dnia spotkałam na ulicy mężczyznę, którego znałam z Polski. Szukał pracowników do firmy rolniczej. Miałam paszport, ważną wizę. Wyjechałam – opowiada.

Firma w Pabianicach pod Łodzią hodowała boczniaki. Grzyby rosły na kurzu bawełnianym, odpadzie z fabryk włókienniczych. Szło dobrze, dopóki nie nastał nowy szef. Firma jednak zbankrutowała, bo nagle zabrakło materiału do hodowli grzybów.

Teraz pracuje w firmie handlującej AGD. Nie dziwi się już Polską, ale początki były trudne. – Chińczycy lubi warzywo. Ja przyjechała, idę na targ, ale tam dla mnie nie ma warzywo, tylko ogórek i pomidora! A kapusta? U nas jest więcej niż dziesięć rodzajów kapusta, inne na pierogi, inne na zupę. No i w Chiny są małe zielone ogórki, które można jeść ze skórą, a tu na ogórkach skóra taaaka gruba! – śmieje się. – W urzędach nikt nie mówił po angielsku. Szłam po pozwolenie na pracę i kazali mi mówić po polski. Niemożliwe takie życie, myślę, wracam do Chin!

Nie wróciła. Mieszkała w Warszawie przy placu Wilsona. – Kobieta, od której wynajmowałam mieszkanie, często mówiła, że Hitler i Stalin to jedno zło. Dziwiłam się, bo Stalin w sercu Chińczycy dobry był, podobnie jak Mao. Teraz wiem, o co jej chodziło – mówi.

Chciałaby, żeby Chiny się obudziły. I ma w tym budzeniu swój udział.

Miejsce II – Wólka Kosowska

Sobota, godz. 9, Chińskie Centrum Handlowe w Wólce Kosowskiej. Największa w Europie Środkowo-Wschodniej giełda obrotu towarami z Azji. Między samochodami z rejestracjami z całej Polski lawirują tragarze na hulajnogach. W ciągu dnia przewożą na nich setki kilogramów towarów.

Gdy w 1992 r. minister Jacek Kuroń z chińskimi biznesmenami wmurowywał w Wólce kamień węgielny pod budowę centrum, we wsi wysiadł prąd. Uroczystość uratował sołtys, który pobiegł po agregat. Według magazynu „Forbes” z marca w rankingu atrakcyjności dla biznesu miejscowości poniżej 100 tys. mieszkańców Wólka Kosowska plasuje się tuż za Sopotem. Na terenie centrum azjatyckiego w ciągu ostatnich pięciu lat ulokowało się prawie 400 firm. Mieszkańców Wólka ma 300.

Większość towarów z metkami „made in China”, które są sprzedawane na bazarach i w sklepach całej Polski, jest kupowana właśnie tutaj. Hektary powierzchni handlowej, setki boksów. Parę butów można mieć już za 3 zł, majtek – za niecałą złotówkę.

W każdą sobotę Alina roznosi po chińskich boksach niezależną gazetę „Epoch Times”. Jest drukowana w Hamburgu, w języku chińskim (w niedzielę chodzi z nią na stadion, wysyła ją też do chińskich firm i restauracji). 7 czerwca zaatakowała ją tam jej rodaczka. Uderzyła ją, darła gazety. Właściciele sklepików twierdzili, że to Lei Wu pracująca w przeszłości dla chińskiej ambasady. Trzy dni przed tym incydentem Alina mówiła pod ambasadą o prawach człowieka w Chinach podczas Światowej Sztafety Znicza Praw Człowieka.

Ambasada dostarczyła chińskim najemcom w Wólce naklejki ze znakiem zakazu i nazwą „Epoch Times”. Część ludzi je wystawiła, ale gazetę biorą dalej. Wyrywali sobie zwłaszcza wydanie specjalne „9 komentarzy na temat partii komunistycznej”. Alina: – Wystawili tabliczki, bo się boją, że będą mieć problem z wizą. Ale daję im gazety, bo chcę, żeby zrozumieli, że jest nie tylko jedna partia, jeden głos i jedna prawda. Chiny mają pięć tysięcy lat historii i kultury. Ale wystarczyło kilkadziesiąt lat komunizmu, żeby ludzie nakleili znak „stop” dla innych poglądów.

Nie wszyscy to zrobili. W jednym z boksów hali trzeciej Alina ma duże wsparcie.

– Ja jestem małosłowny człowiek, skromny – zastrzega jego właściciel. – Nazywam się Huang.

Huang, ojciec Piotra i Pawła

Mieszka w Warszawie już ponad 20 lat. W 1985 r. przyjechał na studia w ramach wymiany rządowej. Najpierw przez rok uczył się języka w studium dla obcokrajowców w Łodzi. Potem trafił do Szkoły Głównej Planowania i Statystyki; dziś to Szkoła Główna Handlowa.

– Miałem skończyć studia w 1991 r., wrócić do Chin i pracować w ministerstwie gospodarki. Ale po drodze był plac Tiananmen. Pomyśleć, że Polska i Chiny tego samego dnia przeżyły poważną zmianę: u was 4 czerwca 1989 roku były wolne wybory, w Chinach masakra studentów. Wiadomości we wszystkich stacjach telewizyjnych na świecie zaczynały się od tych dwóch wydarzeń – zamyśla się. – To, co się stało, to był dla mnie szok, bo popierałem demokratyczne przemiany w Chinach. Było nas wtedy kilkunastu chińskich studentów w Warszawie, poszliśmy pod ambasadę, demonstrowaliśmy razem z Polakami. Nawet pracownicy ambasady nas wtedy popierali.

Huang nigdy nie wrócił do Chin. Po 19 latach od tamtych wydarzeń siedzi w parku na trawie w pozycji lotosu i wylicza, czym się zajmował w Warszawie: pracował w firmie handlowej, w restauracji, był przewodnikiem dla grup turystów, tłumaczem biznesmenów. W 1991 r. przyjechała z Chin jego żona. Dziś mieszkają w Marinie Mokotów, mają własną firmę handlową – sprzedają hurtownikom damską bieliznę w centrum azjatyckim w Wólce Kosowskiej (Huang: – Dzięki Chinom świat może tanio żyć: u mnie biustonosz kosztuje 5-15 zł, na targu 10-25. W normalnym sklepie trzeba dać 60 zł).

W Warszawie urodziło się dwóch ich synów: Paweł i Piotr. Huang jest z nich dumny: – Dobrze się uczą. Paweł dostał się w tym roku do liceum Batorego. Mówi w sześciu językach: polskim, chińskim, francuskim, niemieckim, rosyjskim i japońskim.

Miejsce III – Szczęśliwice

Sobota, osiedle u zbiegu ulic Kurhan i Drawskiej. Kameralne bloki za niebieskim płotem. Nazwa Chińskie Osiedle przyjęła się w okolicy i pojawia się nawet w oficjalnych dokumentach dzielnicy Ochota. W bramie szlaban i napisy po polsku i po chińsku. Wzdłuż osiedla spacerują skośnookie pary. Czarnowłose dzieci grają w piłkę. Mieszka tam 50-60 Chińczyków. Spotykają się w restauracji Chinatown w Al. Jerozolimskich i jej filii w Blue City. Jeden z nich właśnie stamtąd wraca. – Jestem Nanshan Xie – przedstawia się.

Nanshan Xie, wyznawca biznesu

Siadamy przy piwie w parku Szczęśliwickim. Nanshan pochodzi z miasta Wuhan w środkowych Chinach. W Warszawie pracuje w dziale marketingu jednej z chińskich firm. Twierdzi, że w Chinach miałby większe możliwości zarabiania i awansu, ale jest młody, chce poznać Europę. Wcześniej krótko był w Niemczech, we Francji, w Anglii. W Polsce jest czwarty rok. – Na zdrowie! – stukamy się szklankami.

Zapytany o olimpiadę promienieje. Zupełnie jakby czekał na to pytanie. Jest dumny. – Cały świat patrzył podczas olimpiady na Chiny – podkreśla. – I świat, i Chiny odkryją się teraz wzajemnie. Wreszcie.

On wciąż odkrywa Polskę: – Wiedziałem od dziecka, że Polska to kraj Marii Curie, Chopina, Jana Pawła II. Wyrastałem w przekonaniu, że wszystko jest tu piękne.

Teraz weryfikuje wyobrażenia. – Sposób, w jaki często mówicie o Chinach, wprowadza w błąd! – irytuje się. – Chiny przygotowały olimpiadę, wielką imprezę, a wy tylko krytykowaliście. To tak, jakby ktoś wszedł na przyjęcie i wywrócił zastawiony stół. Ja tak się czuję. Polacy zawsze pytają o to samo: Tybet, prawa człowieka, swobody obywatelskie, wykorzystywanie taniej siły roboczej. Wiesz, ile razy czułem się tym zraniony?

Jego prawdy o Chinach:

Tybet. Tybetańczycy to część chińskiej rodziny już od XIII w. 50 lat temu Chińczycy obalili w Tybecie niewielką uprzywilejowaną grupę, która narzucała narodowi system niewolniczy. O okupacji nie ma więc mowy, to było oswobodzenie. Ostatnio niedobitki panującej niegdyś grupy wywołały zamieszki w Lhasie. To nic nie zmieni. Tybet jest i będzie na zawsze częścią Chin.

Prawa człowieka. To nie jest w Chinach problem. Kraj jest coraz bogatszy, dzięki temu ludzie mają coraz więcej możliwości. Zarobienia pieniędzy, a tym samym zmiany życia.

Wyzysk. To przesada, fałszywy news. Negatywne przykłady pewnie się zdarzają, ale wyzysk jest wszędzie na świecie.

Jego prawda o Polsce : – Wasza ekonomia raczej dołuje. Chińska rwie się w górę. I chociaż średnio wychodzi, że Chińczycy są biedniejsi niż Polacy, bo biedniejsza jest nasza ludność na głębokiej prowincji, to twierdzę, że generalnie Chińczycy korzystają teraz z życia podobnie jak Polacy. W dużych miastach mamy lepsze niż wy mieszkania, centra handlowe, restauracje, kluby, muzea, opery, drogi, koleje i lotniska. A gdzie wasza druga linia metra? W Chinach jedna firma buduje osiem linii metra naraz. W Pekinie 10 linii metra jest w budowie i rozbudowie. Widzisz różnicę, widzisz?

Nanshan jest tak nakręcony, że nie daje sobie przerwać: – Budujemy linię kolejową Pekin – Wuhan – Kanton – Hongkong. Speed 350 km. W Szanghaju 30-kilometrową drogę z lotniska do centrum szybka kolej pokonuje w siedem minut. A wy mówicie nam ciągle o prawach człowieka i wolności. Czym jest wolność?

– Czym?

– To możliwości. Biznes. Biznes robi przyjaciół, bo jak z kimś robisz pieniądze, to go nie zaatakujesz. O tym Polacy jakby nie pamiętali. Chińskie firmy w Polsce są wycinane już na wstępnym etapie negocjacji. Dlaczego?

Nanshan sam sobie odpowiada: – Mieliśmy mało szans, by się dobrze zrozumieć. Wy nie wiecie, że dziś Chińczycy cieszą się wolnością, jakiej wcześniej nie zaznali. Kiedy weszliście w europejskie struktury, przejęliście zachodni sposób opisywania Chin jak kalkę. A równocześnie łatwo się oburzacie, jeśli ktoś nie rozumie Polaków. Powołujecie się wtedy na waszą skomplikowaną historię. Pamiętaj, nasza historia jest jeszcze bardziej skomplikowana.

Miejsce IV – restauracja Bliss na Mariensztacie

Wieczór, powszedni dzień. Tylko trzy stoliki zajęte. Właściciel podchodzi do gości, poleca, co najlepsze. Uśmiechnięty. Dogląda i kuchni, i sali. W tym czasie w jego drugiej restauracji przy Twardej honory gospodyni pełni żona. – Możemy porozmawiać – zgadza się. – Jestem Qu Yong.

Qu Yong, restaurator

Z wykształcenia lekarz, pochodzi z lekarskiej rodziny. Przyjechał do Polski w pamiętnym roku 1989. Prosto z Finlandii, gdzie odwiedzał rodzinę. Został w Warszawie, bo dostrzegł tu możliwości robienia biznesu. Najpierw pracował w firmie, która sprowadzała jedwab. Potem w kilka osób otworzyli jedną z pierwszych chińskich knajp w Warszawie – Hong Kong House przy pl. Narutowicza.

Trzy lata później dojechała do niego żona z synem. Dziś syn jest po studiach informatycznych, mówi jak Polak. Ale niedawno wyjechał do Chin. Za dziewczyną.

Qu Yong uważa, że Warszawa to świetne miejsce do robienia biznesu. Z ludźmi też można się łatwo dogadać, i to mimo, że dogaduje się po angielsku – po polsku jest w stanie rozmawiać z gośćmi restauracji o składzie potraw.

Pieniądze są, choć harować trzeba. W ciągu 19 lat pracy w Polsce miał w sumie najwyżej miesiąc urlopu. W zeszłym roku wziął tydzień, z tego pięć dni był w Chinach. – W Pekinie wieżowce strzelają w niebo. W Warszawie nie ma takiego szalonego rozmachu, ale miasto jest rozbudowane w lepszym guście – uważa.

Dobry klimat biznesowy w Polsce zaczyna być dostrzegany przez rodaków Qu Yonga. On sam twierdzi, że ostatnio ściągnęło ich tu około pół tysiąca, głównie z Węgier, Włoch i Czech.

Wciąż dziwi go, jak dużo ziemi się u nas marnuje. – W Chinach to nie do pomyślenia. Tam każda grządka jest uprawiana. Polska nie musiałaby żadnej żywności kupować z Holandii czy Hiszpanii, gdyby wokół Warszawy były tunele foliowe dla upraw – twierdzi.

Miejsce V – akademik

Niedzielne popołudnie. Okna pootwierane. W jednym chłopak opala się na parapecie, w innym piją piwo, w kolejnym ktoś myje zęby. Przy portierni czarnowłosa dziewczyna: – To na mnie czekasz. Jestem Tina.

Tina, stypendystka

Choć miała nadzieję, że w ramach rządowego programu będzie studiować w Anglii, z Polski też jest zadowolona.

Cieszy ją ludzka uprzejmość. Choć pierwsze wrażenie było nie najlepsze. Chińskie duże miasta są pełne architektonicznego rozmachu, strzelających w niebo szklanych symboli nowoczesności. Chińczyk, który pierwszy raz jest w Warszawie, widzi stare i niezbyt ładne budynki. Utwierdza się w przekonaniu, że Polska jest krajem nienowoczesnym, gdzie życie toczy się powoli. Bez bezkresnych korków, ścisku w metrze, na przystankach, przejściach dla pieszych. Kto nie był w chińskiej metropolii, tego uczucia nie zrozumie. Tina: – Kolega z Wrocławia, gdy wrócił ze stypendium w Chinach, powiedział: „Teraz widzę, jaka Polska jest pusta”.

Wszechobecne tłumy i tłok działają na wyobraźnię Chińczyka. Widać jak na dłoni, że jak będzie jeszcze więcej ludzi, produkcja nie nadąży, żaden system nie wydoli. Dlatego Tina uważa, że polityka ograniczania urodzin i zasada jednego dziecka jest racjonalna. Nigdy nie myślała, by kiedyś mieć więcej dzieci. – Rodzice, którzy mają jedno dziecko, bardziej się na nim koncentrują. I nadzwyczajnie o nie dbają – podkreśla.

Numer jeden to wykształcenie. Syn krewnych Tiny jest w dobrej szkole średniej. Jako że znajduje się ona poza wyznaczonym rejonem, rodzice chłopca zapłacili 9 tys. juanów, by mógł do niej chodzić. Stać ich było, bo – jak mówi Tina – zaliczają się do upper middle class (zarabiają łącznie ok. 7 tys. juanów, mają 100-metrowe mieszkanie i pieniądze na dobry samochód). Oficjalne opłaty za przenoszenie dzieci do szkół pozarejonowych to dziś w chińskich miastach rzecz powszechna. To coś innego niż równie powszechne, ale przyjmowane pod stołem datki za umieszczenie dziecka w klasach z wyselekcjonowanymi uczniami. Tina: – Tę sprawę załatwia się szeptem, bo teoretycznie nauka jest bezpłatna. Ale ta bezpłatna szkoła chętnie bierze pieniądze od rodziców.

Czy ludzie rozmawiają o tej szarej strefie? – O tej akurat tak – twierdzi Tina. – Ale o polityce raczej nie.

Trudne pytania o Tybet czy masakrę na placu Tiananmen nie padają. Zresztą Tybet to po prostu odległa chińska prowincja. A Tiananmen? Mało kto wie, co się tam zdarzyło.

Hu Jintao, obecny sekretarz generalny partii komunistycznej, robi na Tinie dobre wrażenie. – Władza zniosła podatek rolny, mówi, że człowiek jest ważny, ludzie stają się bogatsi – wylicza.

Olimpiada zjednoczyła naród, wzmocniła chińską dumę. Tina: – Nam, Chińczykom, bardzo zależy, by świat docenił, co zrobiliśmy dobrego. Tylu ludzi się starało i nie mogą się doczekać uznania. Jest nam przykro, że świat dostrzega tylko sprawy negatywne.

Zasada ogórka

Alina: – Znam wielu Chińczycy, ale ilu ich może być w Warszawie? Jakaś gazeta napisała ostatnio, że w Polsce jest ich trzy tysiące. Jak znasz jakiegoś Chińczycy, daj adres, będę mu wysyłać gazetę. W Warszawie jest mój drugi dom. Jestem Chińczycy, ale mieszkam w Polsce i coś powinnam tu dać z siebie. Niektórzy robią, że tylko Chiny są dobre, a tu mnie nie interesuje. Tak nie powinno być. Jeśli człowiek dużo mieszka w inny kraj, to jest jak twój własna kraj.

Restaurator Qu Yong ocenia, że w Warszawie i okolicach mieszka i pracuje około tysiąca Chińczyków: – Za 20 lat będzie ich przynajmniej dziesięć tysięcy. Jest dla nich praca na budowach, a także w rolnictwie.

Czeng: – Kiedy usłyszałem, że drugą linię metra mogą zbudować Chińczycy, odetchnąłem z ulgą, bo to gwarancja, że powstanie szybko. W Polsce jest szokująco wolne tempo inwestycji.

Huang: – Wiem, że nie jestem wystarczająco życzliwym człowiekiem i muszę dużo nad sobą pracować. Chociaż wyglądam jak Chińczyk i w domu mówimy po chińsku, Polska to mój kraj. Wciąż uczę się języka, bo moja gramatyka i akcent nie są dobre. Pięknie tu jest. Na nic nie narzekam. Skóra na ogórkach nie jest dla mnie za gruba.1

Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna

http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,54420,5643657,Jak_rozgryzc_Chinczyka_w_Warszawie.html?as=4&ias=4&startsz=x )

 

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Jak rozgryźć Chinczyka w Warszawie? Reviewed by on 15 października 2008 .

Gdzie wasza druga linia metra? W Pekinie budujemy dziesięć linii naraz. W Szanghaju 30 km z lotniska do centrum szybka kolej pokonuje w siedem minut. Widzisz różnicę? A wy ciągle mówicie nam o wolności. O życiu warszawskich Chińczyków piszą w Gazecie Stołecznej ( wydanie z dnia 30.08.2008) Edyta Różańska i Wojciech Tymowski. Pierwsza prawda o

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar