BLOGOSFERA

„Financial Times”: Bliskie spotkania z orangutanami

Orangutans2Gdy wsiadałam do drewnianej łodzi, która miała nas zabrać w górę rzeki, nasz przewodnik, pan Mistar, powiedział coś, co sprawiło, że się zawahałam. – Zniknęła – oznajmił złowrogim tonem. Spojrzałam na niego pytająco, w oczekiwaniu dalszego ciągu. – Kobieta robiąca pranie. Zjadły ją krokodyle.

Odbiliśmy od brzegu. Wiedziałam, że wyprawa w poszukiwaniu sumatrzańskich orangutanów nie będzie łatwa. Spodziewałam się brodzenia po pas w bagnie i dziwnych chorób. Nie myślałam o pożerających ludzi gadach, ale teraz już nic nie mogło mnie powstrzymać.

Z zachwytem wspominam dzikie goryle, spotkane wiele lat temu w Rwandzie – jeden nawet dotknął mojego ramienia. Dlatego nie zastanawiałam się długo, kiedy mój szwagier, naukowiec zajmujący się orangutanami, zaoferował mi dostęp do jedynej azjatyckiej małpy człekokształtnej.

Wiedziałam, że na Sumatrze zostało ich najwyżej 6600. Naukowcy ostrzegają, że ci bliscy kuzyni człowieka mogą wymrzeć w ciągu dziesięcioleci, w wyniku wycinania lasów pod plantacje palmy oleistej.

Wraz z fotografem płynęliśmy przez dwie godziny w górę rzeki, do stacji badawczej Suaq Balimbing na bagnach Kluet, gdzie zwierzęta żyją przez nikogo nie niepokojone. Przepływając wśród wysokich drzew dziewiczego lasu, Ellen Meulman, holenderska badaczka, wskazywała na dzioborożce i rzadkiego bociana garbatego.

Obserwowaliśmy zimorodki, miejscowi rybacy wiosłowali w dłubankach, z wiklinowymi koszami pełnymi rzecznych ostryg. Pomna przestróg pana Mistara odskoczyłam, kiedy coś gadziego ześliznęło się do wody. Na szczęście był to tylko waran.

Niedługo potem rozległ się okrzyk: „Orangutan!”, co w miejscowym języku oznacza „człowieka lasu”. Wszyscy podnieśli wzrok. Rzeczywiście, coś kosmatego usadowiło się na drzewie. Przewoźnik wyłączył silnik łodzi i mogliśmy popatrzeć, jak zwierzę nonszalancko chrupie owoc.

Uradowani tak wczesnym spotkaniem, ruszyliśmy dalej i trafiliśmy na straszną scenę. Płomienie huczały na polanie, na której już czekały sadzonki palmy. – Kilka miesięcy temu była tu gęsta roślinność – mówi wstrząśnięta Meulman. – Na odtworzenie pierwotnej dżungli potrzeba 70 tysięcy lat.

Wkrótce byliśmy już w obozie, na który składały się dwie drewniane chaty i kilkanaścioro naukowców. Orzeźwialiśmy się krótką kąpielą w rzece, póki fotograf nie wynurzył się z wody z bokiem ociekającym krwią. – Pijawki! – krzyknął pan Mistar.

Przy ryżu i świeżej rybie tropiciele dyskutowali o rozmaitych zagrożonych gatunkach zamieszkujących okolicę: niedźwiedziach malajskich, tygrysach, i panterach mglistych. – Nie zapominajmy o pytonach siatkowych – dodał pan Mistar. Uniósł swój talerz. – Był taki gruby. Udusił człowieka i pożarł w całości.

Meulman wróciła do rozmowy o orangutanach. Żyją tylko na Borneo i Sumatrze, używają przy jedzeniu narzędzi i robią sobie parasole z liści. Coś takiego warto by zobaczyć, pomyślałam.

Następnego dnia wyruszyliśmy o świcie, w osłonach na nogi do ochrony przed pijawkami. – Załóżcie długie rękawy. Spadają z drzew – doradził pan Mistar.

Zanurzyliśmy się w torfowym bagnie, chwytając się lian, żeby nie stracić równowagi w głębokiej mazi.

– Macie szczęście, że to pora sucha – powiedziała Meulman. Błoto sięgało mi do bioder.

Orangutany przeniosły się w głąb dżungli w poszukiwaniu owoców, a nasz pościg posuwał się powoli. Co jakiś czas tropiciele wskazywali na duże gniazdo 30 metrów nad nami.

Orangutany to jedyne duże małpy człekokształtne, które śpią na drzewach, chroniąc się przed dzikimi kotami. Z każdego gniazda korzystają tylko raz, a potem ruszają dalej. Te legowiska wyglądały na opuszczone.

Sześć godzin i tyleż gniazd później, nadal nie ujrzeliśmy ani jednej małpy, a w popołudniowym żarze czuliśmy się jak w saunie. Zawróciliśmy do obozu.

Kilka dni później, ponieważ bardzo chcieliśmy zobaczyć małpy z bliska, wybraliśmy się do rezerwatu orangutanów w parku narodowym Gunung Leuser.

Dotarliśmy do Bukit Lawang, wioski na brzegu rwącej rzeki Bohorok. Zostawiliśmy plecaki w schronisku prowadzonym przez miejscowych ekologów z organizacji YEL. Chaty z osobnymi łazienkami wydały się nam prawdziwym luksusem po noclegach na podłodze w Suaq. Obrzuciwszy zadowolonym spojrzeniem bar z chłodnym piwem, ruszyliśmy w trzygodzinną drogę przez dżunglę.

Ścieżka prowadziła przez plantację kauczukowców, a potem stromo w górę. Ciszę przerywał hałas pracujących w oddali pił, i wyjaśnienia przewodnika na temat miejscowej flory. – Liany leczą wątrobę. Suli pobudza laktację. Żeń-szeń malezyjski pomaga przy malarii. Kauczukowiec – przy planowaniu rodziny!

Nagle 15 metrów nad nami błysnęło miedziane futro, potem następne. Matka z dzieckiem zwisali do góry nogami, jak kosmate pranie. Młode cmoknęło, dając znać, że się boi, a matka przyciągnęła je do siebie jedną zwinną ręką. Przeskakiwali z gałęzi na gałąź.

Patrzyliśmy jak zahipnotyzowani, dopóki długie wołanie samca nie przypomniało nam, że kolejne zwierzęta czekały na obejrzenie w rezerwacie. Ruszyliśmy w stronę karmnika, gdzie ma się gwarancję bliższego spotkania. Na miejscu znajdowała się drewniana platforma. Dźwięk łamanych gałęzi oznajmił nadejście mierzącej 120 cm samicy orangutana z maleńkim dzieckiem uczepionym jej jak plecak.

Matka przecisnęła się obok ludzi, złapała kiść bananów i wepchnęła sobie do pyska. Pomyślałam, że powinniśmy zostawić te zdumiewające zwierzęta w spokoju. Matka chyba snuła podobne rozważania. Potoczyła po nas inteligentnym spojrzeniem, jakby myślała: „W którym miejscu ewolucja popełniła błąd?”. Gapiłyśmy się na siebie nawzajem z odległości metra, dopóki nie zniknęła w gąszczu.

Wracając drogą wodną do schroniska, napotkaliśmy kolejną parę orangutanów, które opanowały łódź. Zabawiały się dyndając na linach, a właściciel szalał z frustracji. Szukając nowej zabawy, małpy postanowiły podrażnić się z plażowiczami. Samiec założył czyjąś koszulkę, a jego koleżanka przedrzeźniała opalającą się na skale kobietę.

Po chwili znudziły się zabawą i wróciły do lasu. Miałam nadzieję, że ukryją się tam na zawsze, z dala od niszczycielskiego wpływu ludzi.

Judith Matloff

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
„Financial Times”: Bliskie spotkania z orangutanami Reviewed by on 24 października 2009 .

Gdy wsiadałam do drewnianej łodzi, która miała nas zabrać w górę rzeki, nasz przewodnik, pan Mistar, powiedział coś, co sprawiło, że się zawahałam. – Zniknęła – oznajmił złowrogim tonem. Spojrzałam na niego pytająco, w oczekiwaniu dalszego ciągu. – Kobieta robiąca pranie. Zjadły ją krokodyle. Odbiliśmy od brzegu. Wiedziałam, że wyprawa w poszukiwaniu sumatrzańskich orangutanów nie

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź