Artykuły,Polecane,Publicystyka

Debata wokół „Cyklonu”: Odpowiedź Andrzeja Muszyńskiego i replika Michała Lubiny

Recenzja „Cyklonu” autorstwa dr. Michała Lubiny znajduje się TUTAJ.

Andrzej Muszyński

Odpowiedź Michałowi Lubinie

Czuję się wywołany do tablicy przez eksperta i autora dwóch książek o Birmie. Podczas konferencji naukowej specjalista od bardzo wąskiej dziedziny potrafi wytknąć szereg błędów i nieścisłości innemu specjaliście od bardzo wąskiej dziedziny. Michał Lubina zastosował tę metodę wobec książki reportażowej.

W okresie moich podróży po Birmie nabrałem jeszcze większego szacunku do pracy uczonych. Czułem, że najbardziej uważna obserwacja zawodzi i warto podeprzeć się wiedzą fachową. Kilka książek wybitnych antropologów i historyków było dla mnie kluczem do zrozumienia tak osobnej, fenomenalnej kultury.

Odpieram argument o nierzetelność i intelektualną nieuczciwość. Śmiem twierdzić, że było odwrotnie. Mogłem odłożyć na bok wszystkie wnikliwe analizy uczonych, skreślić kilka chwytliwych zdań o buddyzmie i uczynić książkę jeszcze bardziej przystępną. Uznałem jednak, że właśnie wtedy będę nieuczciwy wobec czytelnika.

Pierwszy rozdział książki profesora Góralczyka „Złota Ziemia Roni Łzy” nosi tytuł: „Wejście w kraj ekstremalny”. Jak na naukowca to mocne i nietypowe słowa. Miał do nich święte prawo. Birma to nadal grząski grunt.

Dopiero rok temu dowiedzieliśmy się, ile Birma liczy mieszkańców. Okazało się, że około 51 milionów ludzi – o 9 mniej niż mówiono jeszcze w 2013 roku. Chciałem to zachować dla siebie, ale opowiem krótko, jak to wyglądało na miejscu. Do Birmy wracałem obsesyjnie między innymi dlatego, że ciągle cały materiał wydawał mi się niepełny albo niezweryfikowany. Przygotowując tekst o Grupie Andaman 34, poleciałem na tydzień do Indii, gdy tylko zwolnili ich z więzienia. Gdy po tygodniu rozmów czułem niepewność, zrobiłem wszystko, by wydobyć od „Mizzima News” kopie akt sądowych. Udało się. Pisząc reportaż o „birmańskim Kafce”, męczyłem jego rodzinę, a potem prawnika, który nie był specjalnie rozmowny. Pisząc o zjawisku maudam (szczurach), przebrnąłem z trudem przez setki stron pierwszego opracowania australijskich naukowców na ten temat. Chciałem być jak najbardziej rzetelny, dlatego postanowiłem zaprosić do Polski dwóch moich bohaterów m.in. Saia, który zdezerterował z wojska. Był u mnie tydzień. Notowałem uważnie, gubił się, jednego dnia mówił coś o programie nuklearnym, drugiego prostował. Starałem się z tego wybrnąć. A nie było to proste, bo Birmańczycy nie chcieli się zwierzać. To w Birmie nie na miejscu. Mało tego, miejscowi rozmówcy szydzili z redaktorów Irrawaddy na uchodźctwie, twierdząc, że nie mają pojęcia o tym, co dzieje się w kraju i piszą bzdury. Te bzdury musiały być dla mnie często źródłem informacji. Zupełna katastrofa była na północy. Nigdy na świecie nie widziałem takiej dezinformacji. Dopytywałem, czasem ponad miarę. W końcu poddał się mój opiekun rządowy, który mówił przecież w języku birmańskim. Kiedy policjanci zarekwirowali nam motory, by opisać miasteczko Naymung, naszkicowałem jego mapkę i dokumentowałem je fotograficznie. By zweryfikować pewne fakty dotyczące okolic Putao za czasów Warda, długo poszukiwałem brytyjskich raportów z tamtego okresu. Mógłbym tak wymieniać jeszcze długo, ale to krępujące.

Zdecydowana większość opowieści w książce powstała na bazie moich rozmów i obserwacji. Ale znalazły się wątki, do których nie miałem dostępu i musiałem polegać na innych źródłach. Przytoczyłem pewne sceny z historii Birmy nie po to, by konkurować z ekspertami czy powielać ich tezy, ale – właśnie tytułem intelektualnej uczciwości – nakreślić, jak religia zrastała się z państwem i fenomen brytyjskości. Moja biblioteka ugina się od dziesiątek książek, wspomnień i korespondencji. Jest w nich sporo rozbieżności, a ja nie poruszam się po nich z taką wprawą, jak eksperci od tej wąskiej dziedziny. Chciałem, by przytoczone fakty były tylko tłem czegoś dla mnie znacznie bardziej doniosłego – ludzkich emocji.

Cyklon_andrzej_Muszynski

Większość uwag autora recenzji jest uznaniowych. Komentując na przykład moje zdanie „w 2011 w kraju wybucha wojna religijna między buddystami a muzułmanami”, Michał Lubina pisze, że to bzdura, bo można to nazwać konfliktem, ale w żadnym wypadku wojną. Birmańczycy, z którymi rozmawiałem, widzą ją jednak jako wojnę, „war”. Kiedy człowiek widzi, jak ludzie palą swoje wsie i miasteczka, to takie słowo po prostu przychodzi do głowy. Mój fragment: „Starą stolicę zostawili na rozkurz. Ale to był już tylko ostatni krzyk na chwilę przed końcem – oddawali władzę, słabli, ulegali, okopując się, by nie stracić wszystkiego”. Komentarz autora recenzji: „To sformułowanie to błąd rzeczowy i wprowadzanie Czytelnika w błąd. Armia po 2005 roku (bo o to chodzi w ty fragmencie) ani nie osłabła, ani nie oddała władzy, ani tym bardziej nie wydała ostatniego krzyku. Przeciwnie – władza armii jest dziś nawet silniejsza, ma ona pełnię władzy.” Słyszałem na ten temat inne opinie, między innymi od wybitnych dziennikarzy Irrawaddy w Rangunie. Twierdzili, że budowa nowej stolicy była już oznaką słabości, wiedzieli, że zmierzają powoli ku katastrofie. Mój: „Chińczycy, Hindusi i Brytyjczycy likwidują interesy i opuszczają kraj.” Michał Lubina: „Zostali wyrzuceni, a nie wyjechali sami. To ważna różnica.” Bywało różnie. Czy to ma takie znaczenie? „(Aung San Suu Kyi) ona była taka jak na filmach: nierealna, posągowa”. Recenzent: „Suu Kyi nie jest ani nierealna, ani posągowa. Autor tylko ją widział, ale z nią nie rozmawiał, stąd ten powierzchowny sąd”. Nie rozmawiałem z nią, bo nie było mi to potrzebne, choć pewnie mógłbym się o to postarać. Interesowało mnie co innego. Byłem na paru jej wiecach – taka mi się właśnie wydawała w tamtej perspektywie. To ze strony autora recenzji nieuczciwe. O wątku atomowym pisze: „Sam wątek jest bardzo ciekawy, ale Autor powinien poinformować Czytelnika, że Birma zrezygnowała z programu nuklearnego (zawiesiła program) po 2011 roku; inaczej jest dezinformacja”. Racja, można było o tym napisać w posłowiu. Słowa: „1992 lub 2002 (nie jest to jasne z kontekstu)… Rusza na wojnę z armiami etnicznymi” komentuje: „Wojna z armiami etnicznymi zaczęła się w 1948 roku (lub 1949 r. wg innych) Komentarz: być może Autorowi chodzi o to, że Than Shwe ruszył na wojnę, ale to nadal nieprecyzyjne, bo wojna nigdy się nie skończyła, a Than Shwe walczył z nimi wcześniej”. Oczywiście, po prostu wtedy wyruszył na front, to jest istota sprawy. Ja: „W Myitkyinie jesteśmy o świcie. To stolica stanu Kaczin. Stąd operacjami dowodzi Kachin Independence Army, polityczne skrzydło Kachin Independence Organization”. Autor: „KIA/KIO dowodzi z Laizy, nie Myitkyiny; Myitkyina jest w rękach rządu z którym KIA walczy”. Kiedy byłem w tym mieście, mój przewodnik informował mnie, że właśnie stamtąd dowodzili wówczas całą operacją. Ja: „Birma płonie. Pożar wybuchł w czerwcu 2012”. Autor: „Birma bynajmniej nie płonie. Jeśli już to Arakan, alei to na dziś ugaszono (co nie znaczy, że znów nie wybuchnie). To, że są konflikty/napięcia społeczne(etniczne), to nie znaczy, że kraj stoi w ogniu. Takie ujęcie sprawy wprowadza w błąd. Jest nadużyciem i pisaniem „pod tezę”. To nieprawda. Kiedy pisałem tę część książki, Birma płonęła nie tylko w stanie Arakan. Konflikt rozprzestrzenił się aż po Rangun. Słowa „Obchodzonym 12 lutego Dniem Zjednoczenia” autor komentuje: „12 lutego obchodzony jest Dzień Unii/Związku. To nie to samo, co zjednoczenie. Błąd tłumaczenia powoduje błąd merytoryczny (nigdy nie było żadnego zjednoczenia)”. W prasie pojawiało się często tłumaczenie „zjednoczenia” i na nim się oparłem. Autor zwraca też uwagę na pisownię: „Ponadto błąd w nazwie miasta Mulmejn: powinno być Mawlamyine, jest Mawlamyingkyun”. To nieprawda, zgodnie z polską pisownią tak jest poprawnie. Ja: „(Arakanem) rządziło nim przez pięć tysiącleci dwustu czterdziestu trzech królów.” Autor recenzji: „Pięć tysiącleci to miejscowa legenda i nic więcej. Bardziej wiarygodne dane wymieniają 146 n.e. jako pierwszą datę wstąpienia władców arakańskich na tron”. Recenzent nie pisze jednak, w jakim kontekście jest to napisane. Piszę wyraźnie, że taką informację czyta mój bohater Denyalin. Taka wersja obowiązywała w ich podręcznikach szkolnych. Fragment „Rohingja, bengalscy muzułmanie” Michał Lubina krytykuje słowami: „Albo Rohingya, albo bengalscy muzułmanie. To nie jest to samo. Nie można tego łączyć”. Owszem, wielu birmańskich publicystów używa zamiennych sformułowań, zainspirowałem się tym. I tak dalej. Oczywiście pojawiały się też zwykłe omyłki, jak na przykład to, że Aung San Suu Kyi została zwolniona z aresztu w 2010, a nie 2011 roku. Zgadza się, to błąd. Jest ich jeszcze kilka, ale nie sądzę, by miały duże znaczenie dla czytelnika tego reportażu. Nie zwróciłem choćby uwagi, że Thein Sein pełnił funkcję prezydenta, a nie premiera podczas wizyty w Białym Domu. Powtarzałem to wielokrotnie, często w mediach – nie jestem i nie byłem specjalistą od Birmy. Ale starałem się, jak mogłem, na dla mnie bardzo trudnym terenie.

Miałem tylko problem w jednym miejscu. Uważałem, że zasadne w tej książce jest nakreślić krótki, parostronicowy portret generała Than Shwe. Nie miałem dostępu do żadnych biografii poza książką Rogersa, bo innych nie ma. Mogłem bazować tylko na czyjejś opowieści. Zwróciły moją uwagę pewne nieliczne sceny, cytaty generała, które według mnie mówiły o nim więcej niż cała książka. Rogers dostarcza jako jedyny tych skąpych informacji. Wzbogacanie ich o swoje własne domysły i wyobrażenia uznałem za niedopuszczalne. Popełniłem błąd, że nie zamieściłem w posłowiu ukłonów za te kilka informacji w stronę autora, podobnie jak zrobiłem to w przypadku prof. Góralczyka i Monique Skidmore. Michał Lubina twierdzi, że to byłoby wystarczające. Zapewne przez zwykłą nieuwagę w tak wielowątkowej książce – mea culpa. Na pewno zamieszczę je w kolejnym wydaniu/dodruku. Wynikało to też z wątpliwości, czy zamieszczać na końcu obfitą bibliografię, w której obok Rogersa musiało by znaleźć się wiele innych inspiracji. Uznaliśmy jednak z redaktorką, że w książce reportażowej nie jest to konieczne.

Autor recenzji pisze: „Birmańczycy odsłaniają przewrotność swojej natury: brak fazy pośredniej między promiennym uśmiechem a żądzą krwi („jest to sformułowanie godne literatury kolonialnej, tak się pisało 150 temu, w poważnym tekście formułować takich zdań nie przystoi”. Zachowałbym więcej pokory i ostrożności w kontekście obecnego konfliktu. Recenzent nie dostrzega też, że to sformułowanie pada właśnie we fragmencie, w którym próbuję oddać ducha kolonializmu.

Autor skupia się na słowie „faszystowski” w odniesieniu do birmańskiej junty. Używam go w odniesieniu do czasu przeszłego, a do tego bazując na tezie badaczki Monike Skidmore, którą wspominam w posłowiu jako źródło. To eksperci wyeksponowali ten epitet, a ja polegałem na ich głosie. Nigdy nie myślałem o tym jako zagraniu komercyjnym. Na pewno nie wpadł też na to Adam Szostkiewicz i Wydawnictwo. To nieuczciwa insynuacja autora.

Nigdy nie pisałem niczego pod tezę. Autora recenzji bardziej interesuje, ilu ludzi wejdzie jesienią do parlamentu, mnie elektryzował bardziej obraz naćpanego chłopca-żołnierza z betelem w ustach i nogawkami za długich spodni pod palcami, który pilnował wielkiego lasu w puszczy Patkai. A może Patkoi, nie wiem do dziś, jak to się w końcu pisze. Porażało mnie, jak przestrzeń czyni wzorce ludzkich zachowań do bólu karykaturalnymi. Jak wszystko w zasadzie mogłoby się już dawno rozpaść i pofrunąć w swoją stronę, ale jest jakaś siła, która na to uparcie nie pozwala. Birma była zderzeniem obcego, białego człowieka z unikalnym, ciągle nieodgadnionym światem i ja chciałem to zderzenie jak najuczciwiej opisać. Dla autora recenzji Rangun jest pewnie w pierwszej kolejności pięciomilionowym miastem w Azji, dla mnie, szczególnie nocą, było przejmującym memento, od którego występowały ciarki na plecach. Od Birmańczyków uczyłem się przez te lata jeszcze jednego – powściągliwości w sądach i uważnej obserwacji bardzo złożonego świata, nie tylko z faktów.


Michał Lubina

Odpowiedź Andrzejowi Muszyńskiemu

Andrzej Muszyński dzielnie broni swojej książki, co zasługuje na duży szacunek. To językowo wspaniały pisarz i – jak się teraz przekonałem – sprawny dyskutant. Jego odpowiedź jest świetnym popisem retorycznym – i to trzeba chwalić. Jest tu też jednak trochę erystyki – a szkoda.

Istotą problemu nie jest specjalizacja ani zawód. Czy się jest dziennikarzem, czy naukowcem obowiązuje rzetelność. Niestety albo się pisze o faktach, albo nie. Nie zmienią tego żadne językowe popisy ani ukazywanie nierzetelności jako rzetelności – to erystyka najwyższych lotów. A jak nie można faktów sprawdzić, to się ich nie podaje.

Odkładając retorykę na bok, uzyskałem odpowiedź na jedynie część moich zarzutów – konkretnie 12. W jednym została przyznana mi racja. Wyjaśnienia co do pozostałych 11 są dość zaskakujące (vide: pod tekstem). Została jeszcze kwestia 30 pozostałych, tych nie „uznaniowych” – dat, wydarzeń i miejsc. Nie tylko ich liczba wciąż pozostaje imponująca, ale rzeczywiście są to zdarzenia/fakty, które dyskusji nie podlegają. Brak wzmianki o nich traktuję jako uznanie mojej racji.

Autor pisze, że się dużo naczytał, najeździł i narozmawiał. A jego szafa ugina się od książek. To czemu tyle błędów?

Uważam, że informacje, których nie jest w stanie sprawdzić, nie powinny w reportażu (czy literaturze faktu) się znaleźć. Reporter – tak mnie uczono – powinien sprawdzać słowa swoich rozmówców. Nie można nazwać uczciwością intelektualną przyznanie się do umieszczenia w książce – dla autora – niesprawdzonych faktów. Jest to teraz post factum honorowe, ale nie zmienia pierwotnej nieuczciwości intelektualnej. Ponadto Muszyński pisze, że włożył wiele pracy w tę książkę – i wierzę mu. Niestety, mimo tego efekt wciąż jest nierzetelny.

Na miejscu Muszyńskiego uważałbym z określeniami „nieuczciwa insynuacja”, szczególnie po ilości błędów i zapożyczeń, jakie sam zaprezentował w książce. Nie plagiatował – to prawda (nigdy mu tego nie zarzucałem). Ale nie przywołując Rogersa – który nie jest jedynym piszącym o Than Shwe! – był nierzetelny. Dobrze, że to teraz nadrobił.

Tytułując fragment swojej recenzji (w cudzysłowie) „faszystowski” Cyklon, chciałem pokazać, jak działa przyklejanie wszędzie sztucznie faszyzmu czy innych pojęć z naszego podwórka.  Oczywiście, że „Cyklon” Muszyńskiego nie ma nic wspólnego z faszyzmem. Tak samo jak Birma nie ma i nigdy nie miała nic wspólnego z „faszystowskim Disneylandem”, które to szkodliwe, propagandowe określenie Autor książki, chcąc nie chcąc, firmuje. Okolicznością łagodzącą dla Muszyńskiego jest fakt, że takie błędy zdarzają się nawet doświadczonym publicystom w cenionych tygodnikach.

Andrzej Muszyński w kilku miejscach stara się zrobić ze mnie niszowego naukowca, który ufa tylko „szkiełku i oku”, a przecież praca na uczelni to tylko jedna z moich aktywności: jestem publicystą i częstym komentatorem spraw azjatyckich w mediach, przewodnikiem po Birmie i Chinach, prowadzę szkolenia dla firm w Azji itp. Tymczasem Andrzej Muszyński broni się dzielnie, całym kunsztem swego języka i chwytami erystycznymi spychając mnie do niszy. Ale czy zajmowanie się 51-milionym państwem, obecnie jednym z ważniejszych w Azji, może być niszowe? Może kiedyś tak było, ale teraz, po reformach, na Birmę patrzy się inaczej. To, że Birma nie jest w Polsce tematem królującym na pierwszych stronach gazet, nie znaczy, że ludzi interesujących się Birmą w Polsce nie ma. To nie znaczy, że można historię państwa traktować dowolnie. Jeśli tak dalej pójdzie, to książki o Azji zaczną pisać przypadkowi ludzie, kompletnie nierozumiejący opisywanego kraju i nietrzymający się faktów, a gdy ktoś ośmieli się na to zwrócić uwagę, to zostanie wrzucony do getta z napisem „specjalista od wąskiej specjalizacji”, „doczepiający się szczegółów”.

Autor pisze, że „bardziej elektryzował go obraz naćpanego chłopca-żołnierza z betelem w ustach”, więc na pewno znajdzie nabywców wśród mniej wyrobionych czytelników, dla których Azja jest jakimś odległym dalekim lądem, mającym wywoływać emocje i doznania.  Dla których liczy się przede wszystkim barwny język, przygoda i egzotyka: „chłopiec z betelem w ustach”, „wojna”, itd. Życzę mu zresztą sukcesu komercyjnego, bo literacko ta książka jest dobra.

Moim celem było jedynie przestrzec czytelników ambitniejszych, takich jest oczywiście zdecydowana mniejszość, szukających w literaturze faktu przede wszystkim faktów, a nie szokujących doznań czy przejmujących emocji. Osobiście wolę rozmawiać o faktach. Nie trzymając się faktów, toniemy w tabloidyzacji.

Pokory trzeba nam zawsze i wszędzie – mnie również, nawet bardzo. Ale właśnie brakiem pokory jest pisanie, że błędy mają charakter „uznaniowy”. Lepiej by Autor, miast prezentować swój imponujący kunszt retoryczny, wydał teraz do książki Erratę. Niewiele by to kosztowało, a załatwiłoby sprawę. Literackiej wartości książki to nie zmieni – i tak jest wysoka. A znacząco nadrobi szkody wyrządzone merytorycznymi błędami.

Kończmy już tę sprawę, bo zrobił się z tego cyklon wokół „Cyklonu”. Przyjmując grzeczne wyjaśnienia Autora, pozostaję przy swoim – „Cyklon” to świetna literatura podróżnicza, ale dla mnie za dużo tam błędów.

P.S.

Nie mogę się nie odnieść do słów Andrzeja Muszyńskiego odpowiadających na moje zarzuty:

W kwestii Suu Kyi (pkt 15), Myitkyiny/Laizy (pkt. 22), Hindusów i Chińczyków (pkt. 67) Zjednoczenia (pkt.41), historii Arakanu (pkt. 83) pozostaję przy swoim, ale przyjmuję linię obrony Autora. z Than Shwe idącym na wojnę (pkt. 70) przyznaję rację. Słowa o „przewrotności natury Birmańczyków” (pkt.33) są irytujące i obrażają Birmańczyków. Nie są jednak – to prawda – błędem merytorycznym.

Z Arakanem (pkt. 12) to nadal błąd – „wojna religijna” się nie toczy. Nie każda tragedia ludzka jest wojną; ze starą stolicą (pkt. 15) też błąd – to że tak mówili „wybitni dziennikarze” Irrawaddy, to nie znaczy, że tak jest, bo Irrawaddy była zajadle antyreżimowa. Dziś nowa stolica stoi, reżim w najlepsze ma się doskonale; z „płonącą” Birmą (pkt. 38): kiedy Muszyński to pisał, płonął Arakan, ale już nie płonie. Czas przeszyły i teraźniejszy to dwie różne sfery. Rohingya i bengalscy muzułmanie (pkt. 39) – nie spotkałem birmańskiego publicysty, który by użył słowa Rohingya i nie spotkałem też nikogo, kto by połączył te dwa słowa. To wciąż błąd.

Nieprawda z Mawlamyingkyunto nie jest Mawlamyine, Mawlamyine (po polsku Mulmejn) jest w stanie Mon, a Mawlamyingkyun w regionie Irawadi. To tak jakby Wrocław umieścić na Podkarpaciu.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Debata wokół „Cyklonu”: Odpowiedź Andrzeja Muszyńskiego i replika Michała Lubiny Reviewed by on 24 czerwca 2015 .

Recenzja „Cyklonu” autorstwa dr. Michała Lubiny znajduje się TUTAJ. Andrzej Muszyński Odpowiedź Michałowi Lubinie Czuję się wywołany do tablicy przez eksperta i autora dwóch książek o Birmie. Podczas konferencji naukowej specjalista od bardzo wąskiej dziedziny potrafi wytknąć szereg błędów i nieścisłości innemu specjaliście od bardzo wąskiej dziedziny. Michał Lubina zastosował tę metodę wobec książki reportażowej.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

komentarzy 11

  • Proponuje napisac ksiazke o tym jak w czasie drugiej wojny swiatowej w kanadyjskich obozach koncentracyjnych lezacych na terenie sahary NKWD mordowalo papuasow… Moze troche pokrecilem fakty ale jak jezyk ksiazki bedzie gladki to pewnie pozycja ta zbierze kilka nagrod.
    Tylko ze byloby milo zaznaczyc ze to sciencie-fiction a nie ksiazka historyczna.

  • Nieczęsto czyta się tak ciekawą polemikę. Niestety zazwyczaj ekspertom nie chce się podnosić głosu gdy trzeba. Bo tak łatwiej, bo nie chce się komuś podpaść…
    Tym bardziej zaistniała dyskusja cieszy, bo temat dziennikarskiej rzetelności jest ważny. Podziwiam historie podróżnicze Muszyńskiego, ale liczba kardynalnych błędów w książce była tak duża, że źle by się stało jakby ta recenzja nie powstała.
    Patrząc na stan polskiego dziennikarstwa, prawdę mówiąc, przydałoby się nawet więcej tego typu „żółtych kartek” dla piszących o Azji.

  • Znaczna część zarzutów pana Lubiny jest niedorzeczna – jak choćby te o Aung San Suu Kyi czy wojnie religijnej. Kompromitują autora recenzji, a nie autora reportażu. Cała dyskusja sprawia wrażenie, jakby spowodowana była zawiścią naukowca o wąskiej specjalizacji, któremu ktoś śmiał wejść w jego merytoryczną działkę i na dodatek miał czelność z nim owej książki nie konsultować.

    Dodatkowo śmieszy wstęp, jakoby p. Lubina długo wahał się i opierał przed zrecenzowaniem książki, tymczasem jego tekst ukazał się cztery dni po jej premierze.

    • 2 to znaczna część?! a co z 30-toma do których nie odniósł się Muszyński?
      Tabelka miażdży i żadne ekwilibrystyki słowne tego nie zmienią.
      O motywację trzeba spytać samego Lubinę, ale dla dyskusji to nie ma znaczenia.

  • Panowie,
    świetna dyskusja, ogromne emocje i właśnie takich rozmów wokół książek bym sobie życzyła. Swoją drogą wspaniale byłoby was ugościć podczas debaty o Birmie i posłuchać jak rozmawiacie. Mam nadzieję, że jakiś organizator takich spotkań wpadnie na ten pomysł. I chciałabym, żebyście dalej dyskutowali, naprawdę brakuje w Polsce takiej gorącej wymiany zdań. To robi dobrze książkom, które potrzebują nieco więcej niż standardowych omówień w tygodnikach opinii. I mam nadzieję, że ta dyskusja pociągnie temat prawdy w reportażu, tego na ile można się mylić, czy w ogóle w literaturze faktu są miejsca na błędy?? Ile możemy wybaczyć reportażyście i co to w ogóle jest reportaż, bo ja podzielam akurat zdanie dr Lubiny, że Muszyński jest świetnym podróżnikiem, a reportaż to nie są jego literackie buty.

  • Na początku zaznaczę, że znam osobiście zarówno Michała jak i Andrzeja. A Wasza dyskusja przypomina mi „mroczne” czasy „Kapuściński non-fiction”. Domosławski w 2010 roku napisał książkę z tezą, że Kapuściński zmyślał. Odbyły się liczne dyskusje o granicach reportażu. Ostatnio przegrał proces z rodziną pani Alicji Kapuścińskiej.

    Czy Kapuściński pisał świetne reportaże? Tak. Czy popełniał błędy merytoryczne albo nawet koloryzował/subiektywizował? Tak. Czy jego książki to prace naukowe? Nie. Czy świetnie się czyta? Tak. Dlaczego? Bo właśnie są czymś więcej niż tylko zbiorem dat, faktów i rzetelnych opisów. Zasłynął na świecie dzięki kunsztowi języka, plastycznym metaforom, doskonałym pomysłom stylistycznym.

    Czy Muszyński jest bardziej naukowcem czy bardziej – toutes proportions gardées – Kapuścińskim? Jako zwycięzca pierwszej edycji Nagrody Fundacji Herodot im. Ryszarda Kapuścińskiego jest zapewne zafascynowany – jak wielu – karierą „Kapu”.

    Byłem w Birmie kilka razy. Nie znam zbyt dobrze kraju. Znam książkę Michała Lubiny „Historia państw świata. Birma”. Zamierzam przeczytać „Cyklon”. Oba podejścia – naukowe i reportażowe – są potrzebne.

  • Jak dla mnie cala ta dyskusja jest nieporozumieniem i na miejscu M.Lubiny dalbym sobie spokoj (i tak dziwie sie ze chce mu sie odpowiadac).
    A.Muszynski w ogole nie ustosunkowuje sie do faktow i wypisanej tabelki tylko zaczyna pisac ile ksiazek ma w donu, ile razy byl w Birmie, o dzieciach z betelem i kogo goscil.
    Na co to wszystko bylo skoro strzelil kilkadziesiat bykow w ksiazce a teraz w jednyn miejscu udaje ze to wlasnie.jego ksiazka to przyklad rzetelnosci i uczciwosci intelektualnej a w drugim miejscu pisze ze „fakty mialy byc tylko tlem dl kudzkich emocji”.
    Wez sie w takim razie chlopie za fikcje lub poezje, a nie literature faktu i nie zawracaj glowy Wydawnictwu i czytelnikom.

    Mozna mu pewnie wypisac 100 kolejnych bledow, a on zapewne napisze ze licza sie ludzie, emocje i wrzuci opis jakiejs kopalni w Birmie i ciezkiego losu jej mieszkanciw.
    Niech sobie ta ksiazke czytaja ludzie spragnieni „mitycznej Azji” w przerwie na Latte i sweet focie.
    Dla odbiorcow powaznej literatury faktu po takiej liczbie bledow i takiej polemice autora ta ksiazka jest zartem.

    Ja tego nie kupuje i ksiazki tez nie kupie.

    Odradzilem to zreszta juz wielu osobom.

    Pozdrawiam wszystkich zainteresowanych powazna dyskusja o Azji i powaznymi ksiazkami dla ludzi na poziomie. Mam nadzieje ze tacy jeszcze sa chociaz tutaj.

  • @Zhongguo,

    Szanowny Panie,

    Dziękuję za ładne podsumowanie. Ale spieszę odpowiedzieć: właśnie skończyliśmy. Sprawa zamknięta, przynajmniej dla mnie. A śmiechu w życiu nigdy nie za wiele! Podobnie jak pokory.

    Pozdrawiam!
    Michał Lubina

    • Bardzo mnie to cieszy.

      Jeszcze raz powtarzam, że podziwiam Pana za świetne artykuły i wypowiedzi dotyczące Birmy. A już Pańskie spotkanie z moją ulubioną Aung San Suu Kyi było dla mnie wielkim przeżyciem …

      Bardzo lubię Birmę, jej miłych i biednych mieszkańców.

      Jeszcze do niedawna był to jedyny naród na Świecie, który nie był zdemoralizowany przez wartość pieniądza. Wraz z podbojem turystyki, z masą turystów, która ciągnie do egzotyki, powoli i oni zostana wypaczeni przez huczne gromady jankesów i miłość do §.

  • Mili Panowie,

    proponuję spotkajcie się aby wspólnie wyjaśnić „merytoryczne błędy, niedociągłości, zarzuty i wszelakie bzdury” .

    Z pewnością każdy z Was ma swe racje. Tak się rodzą dramaty, które moga być tragiczne lub komiczne. W/g mnie ten epizod zaczyna nabierać cech komicznych.

    Osobiście nie podoba mi się publicznie krytykowanie „bliźniego”

    Naukowiec widzi sprawę od strony konkretnej, wypełnionej faktami historycznymi i politycznymi. Pan Michał Lubina jest dla mnie ekspertem, znawcą i autorytetem Birmy.

    Pana Andrzeja Muszyńskiego widzę jako wspaniałego podróżnika i obserwatora Birmy. Dwie różne postaci, które szanuję i zapraszam do dyskusji na innym terenie niż publiczne dyskusje wywołujące pewnien niesmak intelektualny.

    Serdzecznie Panów pozdrawiam.

    • Avatar Tomasz Flasiński

      Zaraz – czym innym jest krytyka naukowa , jak nie publicznym krytykowaniem bliźniego? Dobre! ^_^
      A zestawienie z Kapuścińskim bardzo trafne – w tym sensie , że ze względu na wysmakowany literacki kształt jego książek najpierw nie dostrzegano licznych błędów rzeczowych , a potem rzucono się na tych , którzy je słusznie punktowali , że nie rozumieją , czym jest reportaż. Co oczywiście niesłuszne. Pisanie prawdy jest dość oczywistym wymogiem nie tylko w książce naukowej.

Pozostaw odpowiedź