Komentarz eksperta

D. Konieczny: Raport MFW o chińskim rynku nieruchomości

Dominik_KoniecznyW bm. Międzynarodowy Fundusz Walutowy przedstawił raport dotyczący chińskiego rynku nieruchomości. Z satysfakcją chcę podkreślić, iż potwierdza on prezentowane przez Centrum Studiów Polska – Azja oceny, które wbrew większości publikowanych tekstów wykluczały rychłe i poważne załamanie się cen w tym segmencie, co w rezultacie mogłoby pogrążyć sektor bankowy i ograniczyć tempo rozwoju chińskiej gospodarki. Wskazywały natomiast na przewartościowanie cen lokali w największych miastach oraz możliwość wystąpienia krótkookresowych korekt.

Pomimo dynamicznego wzrostu wartości mieszkań oraz wskaźnika cena/koszty najmu w największych miastach w ostatnich dwóch latach (Pekin, Szanghaj i Shenzhen), a także zwiększenia w ub.r. o ok. 50% wielkości udzielonych kredytów hipotecznych autorzy raportu nie dostrzegają obecnie poważnych symptomów przegrzania na chińskim rynku nieruchomości. Wynika to m.in. z utrzymywania się na poziomie z 2001 r. stosunku średniej ceny mieszkania do przeciętnego dochodu gospodarstw domowych oraz relatywnie niskiej wielkości tego wskaźnika w porównaniu z USA, Wielką Brytanią, Francją, Australią czy Singapurem. Ponadto ceny nieruchomości w online casino zdecydowanej większości chińskich miast odzwierciedlają szacowane przez MFW wielkości mające uzasadnienie w czynnikach fundamentalnych. Po stronie popytowej wzrost cen jest determinowany m.in. niskim realnym poziomem stóp procentowych, wzrostem wynagrodzeń, zwiększeniem dostępności kredytów hipotecznych, wysokim popytem wynikającym z migracji ludności do miast oraz ograniczonymi możliwościami w obszarze alternatywnych inwestycyjnych. Natomiast po stronie podażowej sprzedaż gruntów pod nowe projekty to istotna część wpływów do budżetów władz lokalnych.

Pomimo iż wartość kredytów hipotecznych oraz pożyczek deweloperskich na koniec 2009 r. stanowiła jedynie ok. 20% wszystkich udzielanych przez chińskie banki kredytów (w Hongkongu to ok. 51%, a w USA – ok. 56%), to jednak zależność gospodarki od sektora budowlanego i w konsekwencji bankowego jest w Państwie Środka wysoka. Wdrożenie przez ChRL w I połowie br. rozwiązań mających na celu schłodzenie rynku nieruchomości (podniesienie minimalnego oprocentowania kredytów hipotecznych, zwiększenie obowiązkowego poziomu wkładu własnego, zaostrzenie w największych chińskich miastach procedur przyznawania imigrantom kredytu na kupno mieszkania) ograniczyło – zdaniem autorów raportu – wzrost cen w kilku miastach.

Zaskakujący wydaje się natomiast niewielki wpływ zmian wartości nieruchomości na poziom konsumpcji indywidualnej w ChRL. Wyniki analiz MFW na podstawie danych z okresu 1994 – 2008 wskazują, że 10% spadek cen mieszkań może wpłynąć na ograniczenie wydatków prywatnych jedynie o ok. 0,7%. Wynika to przede wszystkim z faktu, iż dochód z posiadanych nieruchomości stanowi jedynie ok. 2% całkowitego dochodu mieszkańców obszarów miejskich. Natomiast wpływ obniżenia wartości mieszkań na budżety lokalnych władz oraz na inwestycje jest znacznie większy – redukcja cen nieruchomości o 10% może spowodować spadek wielkości chińskich inwestycji o ok. 4%.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
D. Konieczny: Raport MFW o chińskim rynku nieruchomości Reviewed by on 13 grudnia 2010 .

W bm. Międzynarodowy Fundusz Walutowy przedstawił raport dotyczący chińskiego rynku nieruchomości. Z satysfakcją chcę podkreślić, iż potwierdza on prezentowane przez Centrum Studiów Polska – Azja oceny, które wbrew większości publikowanych tekstów wykluczały rychłe i poważne załamanie się cen w tym segmencie, co w rezultacie mogłoby pogrążyć sektor bankowy i ograniczyć tempo rozwoju chińskiej gospodarki. Wskazywały

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

komentarzy 17

  • Żałuję, że w tym portalu nie ma forum do wymieniania poglądów. W ten sposób nie byłoby problemu z tak częstymi dygresjami, których się dopuszczamy. Wątek dotyczy chińskiego rynku nieruchomości, a temat zszedł na ogólną sytuację geopolityczno – gospodarczą świata. Mam jednak nadzieję, że administratorzy łaskawie to potraktują.

    1. O ile Europę czeka jedynie stagnacja i powolny spadek znaczenia gospodarczego, to w znacznie gorszej sytuacji znajduje się wspomniana przez Pana Rosja. Nie chcę rozpisywać się na tematy ogromnych problemów, z którymi boryka i będzie się borykać ten kraj, bo są to problemy powszechnie znane. Rosyjska elita dopiero niedawno zdała sobie z nich sprawę, czego rezultatem jest polepszanie stosunków z dawnymi adwersarzami jak np. Polska. Celem tego ma być zbliżenie się z Zachodem, a być może w odległej przyszłości dołączenie do NATO. Niezależnie czy przywódcy tego państwa wybiorą drogę na zachód czy na wschód i tak grozi im (jak każdego krajowi z gospodarką monokulturową) stanie się przybudówkom surowcową dla silniejszych gospodarczo krajów jak Niemcy czy Chiny.
    2. Paradoksalnie, im Europa będzie mniej znaczyć tym mniej prawdopodobne będą jakiekolwiek konflikty czy rewizje. Tam gdzie nie ma dużych konfliktów interesów (jak przed 1914 r.), tam panuje relatywny spokój.
    Wraz z przeniesieniem się środka ciężkości światowej polityki z Atlantyku, na Pacyfik (lub całkiem do Azji), to tam będą odbywały się największe rozgrywki. Europa, podobnie jak Ameryka Łacińska w czasach wojen światowych pozostanie na uboczu. Ograniczone zasoby surowców, nieuregulowane granice, sprzeczne interesy i mocarstwowe ambicje to przepis na przyszłe konflikty. Od razu nasuwa się na myśl trójkąt Chiny, Indie i Pakistan, ale w rozgrywkach między nimi na pewno nie pozostaną bierne też inne duże państwa regionu tj. Wietnam (do Chin nie pałający miłością), Koree, Japonia.

  • Euro nie padnie samo z siebie, ale wtedy kiedy zdecydują o tym Niemcy w porozumieniu z Francją (Włochy mimo wielkości niewiele dzisiaj znaczą w tych rozgrywkach). Euro jest walutą korzystną dla eksporterów i importerów, więc nie wierzę, żeby Niemcy utrzymujące się z eksportu chciały z tej możliwości zrezygnować.

    Tak samo jak USA nie zdecydowały się na zaatakowanie ZSRR, tak samo nie zdecydują się na militarną interwencją w Chinach. Jest to tylko nierealne bajdurzenie oderwanych od rzeczywistości aktywistów z prawej strony tamtejszej sceny politycznej, którzy odznaczają się wyjątkową ignorancją.
    Możliwy jest natomiast scenariusz rozkwitu protekcjonizmu amerykańskiego. W celach „obrony” miejsc pracy, wprowadzone zostaną cła na różne towary. Inflacja wzrośnie i spadnie poziom życia Amerykanów, ale zostanie to poświęcone na ołtarzu zwalczania bezrobocia etc.

    • Tu akurat się zgadzam. Ameryka (podobnie jak i Rosja), jakkolwiek zmniejszy się jej znaczenie gospodarcze w świecie, będzie nadal istniec – pod warunkiem, że nie wywoła wojny z Chinami.
      Już 40 lat temu Sołżenicyn ostrzegał moskiewskie Politbiuro – biorąc pod uwagę liczebnośc, żywotnośc i determinację Chińczyków – iż ZSRR nie przetrwałby fizycznie konfrontacji z Krajem Środka. Obecnie Chiny są bez porównania silniejsze w stosunku do swoich rywali niż 40 lat temu. Dysponują różnorodnymi rodzajami uzbrojenia, a także instrumentami ekonomicznymi oraz możliwościami dywersji na tyłach wroga. Dlatego dziś spostrzeżenia rosyjskiego tego pisarza i filozofa są bardziej aktualne niż kiedykolwiek.
      Stąd zgadzam się z Panem Ciekawym, że Amerykanie nie zdecydują się na rozgrywkę militarną. Zapewne skupią się na protekcjonizmie, próbując jednocześnie uatrakcyjnic członkostwo w NAFTA, by poszerzyc liczbę krajów-członków tej organizacji – z myślą o rozszerzeniu rynku zbytu dla swoich towarów i usług.
      Co do euro – owszem, jest ono (na ogół) korzystne dla eksporterów i importerów. Ale posiadanie własnej waluty ma też swoje dobre strony, zwłaszcza w sytuacji, gdy trzeba zadbac o swój interes bez oglądania się na innych. Niewykluczone, że taki moment nadejdzie, a wtedy Berlin może zainicjowac lub nawet samodzielnie podjąc kroki w stronę własnej waluty bez oglądania się na Paryż, np. dogadac się z kilkoma innymi krajami lub z Włochami.
      Zatrzymam się tu przy Włoszech, bo – w odróżnieniu od Niemców – Włosi (poza producentami dóbr luksusowych) nie zawdzięczają zbyt wiele rynkom Azji. Sporo mówi się, że wspólna waluta niekorzystnie wpływa na konkurencyjnośc włoskiego eksportu, zarówno rodzinnych firm produkujących odzież, obuwie, biżuterię czy perfumy, jak i przedsiębiorstw przemysłu ciężkiego: stalowego, maszynowego, samochodowego, zbrojeniowego, stoczniowego, producentów AGD, wreszcie cenionych w świecie włoskich producentów z branży rolno-spożywczej. Włoscy plantatorzy ryżu dziś nie wytrzymaliby bez dotacji z kieszeni podatnika – przegraliby w konkurencji z Azjatami. Podobnie Fiat – to jego opór tak długo blokował porozumienie o wolnym handlu UE z Koreą Pd.
      W porównaniu z latami 1985-90, gdy włoski PKB był (w dużej mierze dzięki eksportowi) większy od brytyjskiego, dziś Włosi mają „chude czasy”, a wielu z nich obwinia o to euro i azjatycką konkurencję. W ogóle Włosi, jakkolwiek nadal są narodem dośc twórczym i przedsiębiorczym, to robią wrażenie bojących się praw wolnego rynku, konkurencji. Ale może nie jest to tak dziwne, jeśli wziąc pod uwagę, jak dużym poparciem społecznym cieszyli się tu zawsze komuniści…
      Ten lęk może skłonic Włochów do ucieczki od euro oraz do zabiegów protekcjonistycznych. A to może byc zaraźliwe – jak wszystko, co wymyślono w Italii. :-)

  • Mma nadzieję że p. Konieczny wybaczy mi, iż w tym miejscu zamieszczę komentarz o który prosił mnie jeszcze we wrześniu. A chodziło o mój punkt widzenia na globalną próbę sił, tym razem USA verso ChRL. A zatem:

    Wyścig między USA i ChRL to wyścig morderczy.
    Morderczy dosłownie i w przenośni.
    Dosłownie, ponieważ jak gdzieś czytałem, w głowach niektórych ważnych amerykańskich polityków mieści się w głowie scenariusz siłowego rozwiązania kwestii chińskiej. Już o tym pisałem, ale powtórzę, że przecież Amerykanie tylko proste (swoim zdaniem) sprawy załatwiają sami. Tam gdzie trzeba zrobić coś bardziej precyzyjnego montują do tego zespoły pod egidami ONZ, NATO i czort wie jeszcze czego (w każdym razie co jest pod ręką). Myślę że żyjemy w świecie tak wielkich prędkości, że to co wczoraj było uznawane za absurd, dzisiaj jest poważnie dyskutowane (vide rozpad strefy euro). Otóż w tym świecie błyskawicznie zmieniających się realiów, nie ma rzeczy niemożliwych. Również więc do spraw jak najbardziej prawdopodobnych, zaliczyłbym możliwość wywołania przez USA konfliktu zbrojnego z ChRL, w którym w dodatku USA nie byłaby stroną. Powód? Banalnie prosty. Jeśli ktokolwiek interesuje się makroekonomią to wie lub przynajmniej zdaje sobie sprawę z tego jak błyskawicznie – nie szybko- właśnie błyskawicznie, zmieniają się relacje gospodarcze amerykańsko- chińskie. I nie chodzi mi o wymianę handlową. Chodzi o zmniejszający się dystans gospodarczy między tymi krajami. Trywializując, USA są gospodarką schodzącą na równi pochyłej, coraz bardziej pochyłej. Natomiast gospodarka chińska jest też na równi- wznoszącej. Coraz bardziej wznoszącej, mimo wysiłku rządu aby tę gospodarkę schłodzić.
    Postępujący upadek gospodarczy amerykańskiego kolosa wprawia mnie w osłupienie.
    Amerykanie– ci zwykli ludzie- nie rozumieją co się dzieje z ich Państwem, klasa średnia która stanowi o żywotności USA stała się warstwą zagrożoną. Ponieważ zagrożone zostały podstawy jej egzystencji. Praca którą tracą (nota bene fałszerstwa amerykańskich urzędów pracy na szczeblu federalnym są już tematem dowcipów), domy które mogą stracić jeśli stracą pracę, przyszłość dzieci które w takiej sytuacji nie będzie można posłać na dobry uniwersytet…
    Ale ci zwykli Amerykanie to przede wszystkim wyborcy. Ostatnio dali o znać o swoim niezadowoleniu (w wyborach do kongresu). I tutaj politycy zaczynają się bać. O swoje kariery – oczywiście. A nie ma nic gorszego od bojącego się polityka, ponieważ taki zrobi absolutnie każde głupstwo- żeby nie powiedzieć zbrodnię- byle tylko utrzymać się u władzy (vide obecna ekipa zadłużająca Polskę na dziesięciolecia). W przypadku polityków w USA chłopcem do bicia są od dwóch lat Chiny. I jako że Chiny jako państwo zupełnie nie mają rozwiniętego PR-u skierowanego na zewnątrz, więc bicie w nich jest absolutnie bezkarne. A jeśli nie ma odzewu ze strony bitego – oznacza, że jest winny. Więc społeczeństwo amerykańskie jest przekonane o tym, że wina za to, że USA nie mogą wyjść z kryzysu spada na Chiny. I to że społeczeństwo amerykańskie jest przekonane o winie Chin, to tylko początek.
    USA dzięki niezwykle sprawnemu PR-owi, mistrzostwu w dezinformacji i zwykłych naciskach (nieformalnych), potrafiło w ostatnich dwóch latach przekonać cały świat, nagiąć do swoich celów polityków i media tak, aby teraz w prawie każdym artykule prasowym i w każdym wystąpieniu publicznym, przekonanie o ewidentnej winie Chin było niezaprzeczalne. To się nazywa przygotowaniem gruntu pod…No i tutaj można podstawić kilka wariantów. Poczynając od wyżej wspomnianej akcji militarnej, poprzez naciski na różnych płaszczyznach, ogłoszenie kolejnej porcji „ ceł antydumpingowych”, itd., itp. Czyli tak naprawdę mamy, tak, mamy już teraz, zmasowaną akcję na płaszczyźnie politycznej, ekonomicznej, militarnej i społecznej wymierzoną przeciwko ChRL. Oczywiście nikt na razie tego tak bezczelnie nie nazwał jak ja teraz, ale to tylko kwestia czasu. Sądzę, że te wielkie siły, które za wszelką cenę starają się powstrzymać destrukcję- postępującą na wszystkich płaszczyznach- status quo, robią absolutnie wszystko, aby obarczyć za tę destrukcję właśnie ChRL i spowodować powstanie swoistej krucjaty przeciwko Chinom i ich interesom. Co zresztą doskonale im się udaje. Dowód? Czy czytaliście Państwo kiedykolwiek i gdziekolwiek, jakikolwiek artykuł w którym brane były w obronę chińskie interesy polityczne, militarne, ekonomiczne, społeczne? Czytam prawie wszystko co w internecie można przeczytać na temat Chin i mówię z całą odpowiedzialnością: taki tekst zdarza się raz na rok na 10000 innych tekstów które mówią co innego. Wyjątkiem są artykuły p. Pyffla, ale On pisze o społeczeństwie.

    Czy czytaliście Państwo gdziekolwiek artykuł w którym autor stawiałby tezę, iż ChRL ma niezbywalne prawo uzbroić swoją armię do poziomu np. armii amerykańskiej? Dlaczego Chiny nie miały by mieć np. 3000 myśliwców bombardujących najnowszej generacji, kilka tysięcy rakiet samonaprowadzających typu zimia- ziemia i ziemia- powietrze? Dlaczego nie miały by mieć kilkunastu lotniskowców o napędzie atomowym z eskadrami towarzyszących im okrętów wojennych różnych typów? A przecież Oni takie prawo mają! Dlaczego ktokolwiek z zewnątrz miałby rządzącym w Chinach narzucać poziom uzbrojenia Ich armii? A jednak jest zupełnie inaczej. Jakikolwiek artykuł mówiący o chińskim programie zbrojeniowym traktowany jest jak ostrzeżenie, jak przestroga, wręcz jak wezwanie do wojny!

    Czy czytaliście- za wyjątkiem p. Pyffla- artykuł w którym autor stawia tezą, że Chińczycy w swoim kraju mogą zachowywać się tak jak uważają za stosowne? Ze mają prawo do nieinteresowania się pouczeniami z zagranicy, że mają prawo być wściekli gdy im ktoś próbuje narzucać swój punkt widzenia.

    Czy czytaliście jakiś artykuł w którym autor pisze o tym że Chińczycy mają prawo postępować u siebie w kwestiach gospodarczych, tak jak uznają za stosowne? Ze mają prawo wymagać od inwestorów zagranicznych, aby Ci wnosząc know-how do interesu zapomnieli o swoim prawie własności. Zrozumieli, że to co było ich własnością, teraz jest własnością Chińczyków? Przecież nikt inwestorów na siłę do Chin nie ściąga! Jeśli nie zgadzają się na chiński sposób myślenia, to niech nie przychodzą! A jak przychodzą z myślą zarobienia fortuny, to niech pamiętają o tym że są w innej kulturze i muszą się do niej dostosować! Kropka!

    Czy czytaliście jakikolwiek artykuł w którym autor stawia tezę że wreszcie jakiś kraj z dużym potencjałem postawił na kraje afrykańskie i te kraje wreszcie wychodzą z postkolonialnej zapaści cywilizacyjnej? Że odbywa się to na zasadzie wspólnych, wzajemnych interesów? Owszem, czytałem dziesiątki artykułów o wchodzeniu Chin w strefę wpływów Francji, Belgii, Anglii i że to jest nie do pomyślenia aby jakiś kraj inwestował np. w Nigerii ignorując działania wojenne które się tam toczą. Słowem, jakim prawem….

    Czy czytaliście kiedykolwiek o tym że wreszcie w Ameryce Łacińskiej pojawił się kapitał z kraju; który nie żąda, nie nakazuje, nie przeprowadza nieudanych eksperymentów na całych narodach, krajach a po prostu chce robić dobre interesy ze wszystkimi? I że ten kapitał nie jest amerykański? Przecież przez całe moje życie (dłuuugie) miałem wpojony pewnik, że Ameryka Płd. jest amerykańską strefą wpływów. I Amerykanie robią tam co chcą, włącznie ze zmianami rządów. A tu nic z tych rzeczy!

    I to są wymierniki tego morderczego wyścigu jaki odbywa się na wszystkich płaszczyznach. Jesteśmy świadkami tego wyścigu. Mimowolnymi. Możemy tylko obserwować. Ale czy naprawdę? Otóż NIE! Nie mam zamiaru być widzem na arenie mojego życia. Ja mam zamiar- na miarę sowich możliwości- krzyczeć, wołać, pokazywać palcem, nazywać złodzieja złodziejem a spekulanta i lichwiarza odpowiednio spekulantem i lichwiarzem, kłamcę- kłamcą a cynika- cynikiem. Słowem jestem politycznie tak bardzo niepoprawny jak to tylko możliwe i dlatego będę- do póki da mi się tę możliwość- pisał o chińskich sprawach tak, aby nikt nie mógł zarzucić mi kłamstwa, manipulatorstwa i działania w złej wierze. Bo dzieją się sprawy o których się nam jeszcze przed chwilą nie śniło. DZIEJE SIĘ HISTORIA.

    • Zatem widze, ze nie jestem odosobniony w chociazby wspominaniu scenariusza militarnego, co opisalem w poscie pod Pana innym artykulem „Chińczycy muszą wiedzieć, że chcemy ich u siebie”.
      Natomiast co do PR to Chinski dziala jak najbardziej, ale w ograniczonym zakresie w Azji Pld.-Wsch., gdzie coraz ciezej znalezc kraj bezkrytycznie popierajacy USA (wyjatek to Japonia i Korea Pld.).
      Pozdrawiam.

    • Panie Wiesławie, zgadzam się całkowicie. O amerykańskim morale napisałem gdzieś obok – piszę „gdzieś”, bo już zaczynam się gubić… :-)
      Powiem jeszcze tylko to, o czym już 2 czy 3 razy wspominałem na Forum. Ale powtórzę, bo to wypowiedź znamienna, a nie napisałem w tamtym wpisie, bo on nie dotyczył propagandy. Otóż USA w czasie Zimnej Wojny pod wieloma względami upodobniły się do swojego adwersarza. I tak się składa, że jest to opinia wyrażona przez samego Zbigniewa Brzezińskiego.
      Obserwując poziom amerykańskiej propagandy, nie sposób się z tą opinią nie zgodzić. Natomiast co do amerykańskich przygotowań, nie wszystko może się potoczyć po myśli USA. I to nie tylko z powodu niechęci państw trzecich: Rosji, Indii czy Brazylii do amerykańskiego hegemonizmu.
      Otóż w Europie jest kraj, który uważa, że z Chinami można robić świetne interesy i je robi na coraz większą skalę. Zastanawiam się, czy kraj ten do spółki z Chinami ten nie prowadzi po cichu podwójnej gry wobec Rosji, zmuszając ją do wyboru, kogo wybrać jako rynek zbytu surowców: Chiny czy UE. No i się stało: Chiny związały ze sobą Azję Środkową (związaną etnicznie i kulturowo z Turcją, ta zaś z politycznie, gospodarczo i poprzez imigrantów z Niemcami). No a Rosja chcąc nie chcąc wpadła w objęcia… no właśnie, Niemiec – kraju, który mam na myśli.
      No dobrze, a groźba rozpadu strefy euro? Czy nie „oberwie się” niemieckiej gospodarce? No cóż, kto jak kto, ale Niemcy ze swoją gospodarką od krachu euro na pewno się nie rozpadną. Mogą np. wrócić do marki, w końcu nie była ona taką złą walutą i stawiam szwajcarskie franki przeciw orzechom, że od razu stałaby się walutą niezwykle poszukiwana w dzisiejszym niespokojnym świecie. Los innych krajów strefy euro? No cóż, Niemcy na pewno im pomogą, podchodząc do sprawy po niemiecku, czyli po gospdarsku – tak, by mieć z tego coś więcej niż „Bóg zapłać”. Izraelowi też rekompensowały tak, że jeszcze na tym nieźle zarobiły, choćby z racji serwisowania podarowanych Żydom solidnych niemieckich samochodów i maszyn. A z chwilą klapy euro UE rzecz jasna się nie rozleci, bo „idee unijne” to inna para kaloszy. Poza tym jeszcze parę spraw jest tu do załatwienia, np. z Polakami i „innymi takimi” (Prusy Wschodnie, Sudety etc.)…
      A islamizacja? Owszem, to może być problem, ale raczej nie za bardzo w Niemczech. Bo tam dominują Turcy, a z nich na ogół tacy muzułmanie, jak z Francuzów katolicy. :-) W każdym razie to nie to samo, co wojujący, demolujący setki aut Arabowie we Francji.
      Przyznacie drodzy, że jak na naród tak pozbawiony fantazji, Niemcy nieźle się ustawili. I nie sądzę, by im odpowiadało, jak jakiś desperat zza Oceanu będzie chciał to zepsuć. Jestem przekonany, że biorą pod uwagę wszelkie możliwe scenariusze, włącznie z rozpadem NATO. A że na razie cicho siedzą. Może wszystko do czasu, wszak znaczna część europejskich mediów, zwłaszcza prasy byłych demoludów, jest w niemieckich rękach.
      Odbiegłem tu od tematyki azjatyckiej, ale w końcu połowa nazwy portalu to „Polska”, więc warto pamiętać, z jakim to konkretnym państwem sąsiadujemy. No i kraj ten ma rozległe interesy w Azji. A tam, w Chinach, Indiach czy Indonezji, Niemcy mało komu kojarzą się z Auschwitz, bo wiedza na ten temat jest tam mała, tak jak u nas wiedza o masakrze w Nankinie. A już na pewno nie kojarzą się jak Japonia, UK, Francja czy USA – z kolonializmem, z agresjami zbrojnymi, bombami, napalmem. Natomiast z takimi nazwami jak Mercedes, Audi, Volkswagen, BMW, Porsche, MAN, Siemens, Thyssen, Stihl – jak najbardziej! I oto chodzi, drodzy Państwo, o to chodzi! Tam dziś Berlin zbiera punkty!

    • Pan Pilch chyba nie widzi roznicy w poteznej armii kraju w ktorym istnieja tzw. checks and balances,wybory, partia opozycyjna, media, ngo itd, a krajem, w ktorym to nie istnieje, wladza natomiast napedza nacjonalizm i zadania wobec sasiadow. szkoda.

      • Avatar Zyggi

        Dla równowagi powiem, że Pan Rysiek chyba nie widzi różnicy w potężnej armii kraju, który stoczył wojnę po raz ostatni w 1979 r., a armią kraju, który toczy średnio 2-3 wojny każdej dekady.
        Co do partii politycznych: Gdyby PZPR podzieliła się na partię amatorów żytniej i partię amatorów wyborowej, to PRL w opinii różnych ludzi byłby może demokratyczny pełną gębą. :-) Tak samo, gdyby któregoś dnia KPCh dogadała się przy jakimś okrągłym stole z marionetkową „opozycją” wystruganą z banana (tak było np. w Bułgarii, a zresztą i u nas gen. Kiszczak wiedział, kogo zapraszać a kogo nie, do rozmów w 1989 r.). Członkowie nowo powołanych partii pewnie nawet gorliwie by się kłocili o różne mało istotne rzeczy – tak jak sponsorowani demokraci i republikanie, którzy to partie zawłaszczyły całą scenę polityczną w USA. A zawłaszczyły dzięki temu, że od dziesiątków lat są sponsorowane przez różne banki i koncerny.

      • Avatar Zyggi

        A w jaki to konkretnie sposób władze w Pekinie „napędzają nacjonalizm i żądania wobec sąsiadów”? Mógłby Pan dać kilka przykładów?

      • Avatar rysiek

        w USA sponsoruja banki i fundusze, w Chinach panstwowy budzet.
        a mimo wszystko to wielu chinczykow stara sie o amerykanskie obywatelstwo i emigrujae tam z pieniedzmi (legalnymi lub nie), nie zas na odwrot.
        do demokracji i rzadow prawa. z dala od swego systemu.

        o zadaniach terytorialnych Chin wobec Morza Pld-Chinskiego, Indii, Tajwanu, prowokacjach wobec Japonii, pisalem w swoim pierwszym artykule tutaj.

        w literaturze tematu wlasnie zapelnienie pustki po niesprawdzonym socjalizmie przez nacjonalizm i jego uzywaniu przez wladze po 1989r. jest szeroko udokumentowane. chociazby przez Susan Shirk w China: fragile superpower

      • Avatar rysiek

        „Dla równowagi powiem, że Pan Rysiek chyba nie widzi różnicy w potężnej armii kraju, który stoczył wojnę po raz ostatni w 1979 r., a armią kraju, który toczy średnio 2-3 wojny każdej dekady.”
        Panie Zyggi – tu oczywiscie ma Pan racje i pelni sie obaj zgadzamy. mowimy jednak o okresie swietnosci USA i ubostwa w Chinach.
        zobaczymy jak swoja potege wykorzystaja Chiny, tym bardziej wobec zblizajacego sie bankructwa USA.
        jesli np. zaatakuja tajwan, to albo bede pisal stad jak to jest, albo spotkamy sie w polsce…

      • Avatar Zyggi

        A po co ChRL miałyby atakować kurę, która znosi złote jaja – w postaci dziesiątków mld USD tajwańskich inwestycji rocznie? I to w sytuacji, gdy Pekin robi kokosowe interesy z całym światem i wojna jest mu dziś najmniej potrzebna do czegokolwiek?
        Gdy czytam o takich złowrogich scenariuszach, przypomina mi się jak to zachodnia prasa w latach 90. straszyła: OMG, co to będzie jak Chiny przejmą Hong Kong. Przejęły i co? I nic wielkiego poza tym, że HK jest bogatszy niż kiedykolwiek. Więc po co straszono tych biednych mieszkańców HK? Czy nie czasem po to, żeby przenosili interesy i kapitał do UK, USA, Kanady? A czy podobnie nie jest teraz, że ktoś ma interes w podgrzewaniu nastrojów wokół Tajwanu?

  • dot. Zyggi:

    Można jednak dostrzec w BŚ i MFW stopniowe zmiany:
    – Justin Lin Yifu – wiceprezes i główny ekonomista Banku Światowego
    – zapowiadane reformy BŚ i MFW mające na celu zwiększenie siły tzw. emerging markets, w tym Chin.

  • Cyt. „Z satysfakcją chcę podkreślić, iż potwierdza on prezentowane przez Centrum Studiów Polska – Azja oceny, które wbrew większości publikowanych tekstów wykluczały rychłe i poważne załamanie się cen w tym segmencie, co w rezultacie mogłoby pogrążyć sektor bankowy i ograniczyć tempo rozwoju chińskiej gospodarki.”
    No, nie ma co, ładnie Pan życzy Chińczykom ;-). A swoją drogą różne fundusze walutowe i inne kluby wzajemnej adoracji oraz różne „niezależne” (czytaj: korporacyjne) media od ćwierć wieku prorokują „rychłe załamanie” w takim to czy innym segmencie chińskiej gospodarki. I co? I nic. Chiny się rozwijają nie mniej dynamicznie niż 10, 20 czy 30 lat temu. Tymczasem Zachód bezsilnie zgrzyta zębami, tonie w długach i upodabnia się gospodarczo do Republiki Weimarskiej, tyle że z minaretami w tle…
    P.S. Obiektywizmu można spodziewać się po instytucjach demokratycznych. A że MFW ani Bank Światowy takowymi nie są, wiedzą wszyscy, którzy mają choć minimalne pojęcie o tych „agendach”. Widział ktoś, żeby jakiś Chińczyk, Hindus, Arab albo Latynos stał na czele tej instytucji, uchodzącej za agendę ONZ? Zawsze stołek dyrektora BŚ okupuje Amerykanin, a MFW – zachodni Europejczyk.

  • Czy Państwo sądzą, że pisałbym o faktach które nie mają miejsca? NIE DOSTAŁEM – poza pierwszym tekstem, żadnej wiadomości od Was.

  • Drogi Panie,
    Odpisywalismy mailowo kilkakrotnie ( zawsze zreszta odpisujemy).
    Jesli wyraza Pan zgode za chwile wkleimy Panski artykul jako komentarz pod tym tekstem.
    Niestety na glowna nie mozemy dawac wszystkich tekstow ktore do nas przychodza- bardzo przepraszamy autorow!
    Bardzo dziekujemy Panu za polemiki, ale gdybysmy je wszystkie publikowali zdominowalby Pan strone i zabraklo by miejsca dla innych autorow, poruszajacych inna tematyke.

    goraco pozdrawiamy i liczymy na wyrozumialosc,
    CSPA

  • Pan wybaczy, że na razie nie na temat, ale 21.11. wysłałem do redakcji mój artykuł polemiczny z Pańskim. Nie ukazał się, więc nie wiem czy miał Pan szansę go przeczytać. Pozwalam sobie przesłać go na Pańską skrzynkę. Piszę o tym na tym forum, aby przestrzec innych przed zbytnią wiarą w to, że wszystkie artykuły polemiczne się ukazują. Rozumiem że redakcja może mieć swoją linię i tej się trzyma, ale jeśli artykuł – szczególnie polemiczny- nie pasuje do tej linii- elegancko jest odpisać: Dziekujemy, nie opublikujemy. A tak to nie wiem, czy tezy mojego artykułu były tak obrazoburcze, że się nie nadawały do druku, czy może według Pana, ja już przesadzam z tym innym punktem widzenia? A może ja za bardzo dosłownie biorę określenie CSPA jako think tank?

Odpowiedz na „adminAnuluj pisanie odpowiedzi