Chiny

Chiny, Chinom, Chinami… Jak rozmawiać o Chinach?

O Państwie Środka dyskutują już wszyscy i wszędzie. Ale dyskutują kiepsko. Powiedziałbym nawet, że coraz gorzej.

Śledzenie rozmów na temat Chin wywołuje u mnie coraz częściej niesmak. Nie chcę tu pisać o kompetencji interlokutorów czy jej braku, bo temat to zużyty już i jałowy. Zajmuje mnie raczej intelektualny klimat, jaki zaczyna się wytwarzać pośród dyskutujących na temat Chin – i szerzej Dalekiego Wschodu – zachodnich intelektualistów, których dla celów niniejszego artykułu podzielę na „krytyków” i „obrońców”.

Dyskusje o Chinach obserwuję od wielu lat, głównie w mediach polskich oraz anglojęzycznych, zwłaszcza brytyjskich. I nasuwają mi się dwa banalne wnioski: że liczba osób chętnych do rozmowy o Chinach rośnie, i że wzrostowi ilości wytwarzanych w ten sposób informacji nie towarzyszy przyrost prawdziwej wiedzy. Nie wystarczy bowiem znać fakty – co i tak jest już dużym wyczynem, zważywszy na to, jak łatwo jest o informacje nierzetelne czy wprost błędne – trzeba je jeszcze rozumieć. A klimat, o którym mowa, niekoniecznie temu rozumieniu sprzyja.

Rozumienie jest jednak koniecznie potrzebne. Z potrzeby odnalezienia się w nowej sytuacji, jaką stworzyła globalizacja, powiązania gospodarcze i rosnące znaczenie Chin na arenie międzynarodowej, powstają pytania: skąd biorą się zmiany, jak wyjaśnić zachodzące procesy, kto przewidzi konsekwencje, czy tendencje się utrzymają, i wiele innych. Gdzie pytania, tam i odpowiedzi. Te jednak nie zawsze otwierają nowe horyzonty. Przeciwnie, nader często wchodzą w stare koleiny myślenia i mówienia o Wschodzie. Wchodzą jednak często w sposób zgoła nieoczekiwany.

Tradycyjne nurty

Zacznę od krótkiej charakterystyki dwóch klasycznych nurtów dyskursu o Chinach.

Jeden nurt służył interesom mocarstw kolonialnych. Zdegenerowany, dekadencki Wschód to kolos na glinianych nogach, leniwa kraina w oparach haszyszu i opium, która według nieubłaganych praw rozwoju musi paść pod naporem rzutkich ludzi z energicznego Zachodu. Taka ujmując w skrócie logika stała za intelektualnymi próbami wyartykułowania wyższości cywilizacji zachodniej nad wschodnią. Ich cel był oczywisty – dowieść darwinistycznej przewagi, a przez to uzasadnić prawo do ingerencji i eksploatacji, oraz zniwelować wyrzuty sumienia, ba, wręcz dać powody do poczucia dumy.

Drugi nurt patrzył na Wschód z ciekawością, nadzieją i podziwem, zwłaszcza zanim kontakty Wschód-Zachód doznały brutalnej eskalacji, której najlepiej chyba znanym symbolem są wojny opiumowe. Zainteresowanie to przejawiało się zachwytem nie tylko chińską sztuką i kulturą, ale także idealizowanymi instytucjami politycznymi. Szanujący się europejski intelektualista musiał mieć w swoim arsenale erudycyjnym choć kilka wiadomości na temat wspaniałego cesarstwa, a arystokrata jakieś chińskie cacko, albo i cały chiński domek w pałacowym parku.

Upraszczając nieco skomplikowaną siatkę ludzkich motywacji i zachowań, można by rzec, że o ile pierwszy nurt błądził świadomie, wypaczając prawdę w celach strategicznych, o tyle drugi nurt grzeszył naiwnością i marzycielstwem. Pierwszy nurt był niejako pragmatyczny, drugi – ideowy. Kto krytykował dalekowschodnie realia, ten służył interesom machiny imperialnej, zbijającej na wykorzystywaniu słabości obcych krajów fortunę. Kto w Oriencie widział mistyczną krainę uroku i duchowej głębi, ten był
pięknoduchem żyjącym w świecie ułudy, nad rzeczywistość przedkładającym sen.

Odwrócenie ról

Dziś widzę zmianę, a czasem wręcz odwrócenie tej sytuacji, wymagające zdefiniowania na nowo roli postaw wobec Chin.

Krytycy swoje zarzuty względem kraju nad Jangcy wywodzą z uniwersalnych ich zdaniem wartości, które chcieliby widzieć otoczone szacunkiem i wdrażane w życie także przez władze w Pekinie. Taka krytyka chińskiego państwa, budowana na gruncie praw człowieka, swobód demokratycznych itd., przez jej przeciwników traktowana jest otóż dwojako:

Z jednej strony jako spadek po dawnym „orientalizmie”, czyli wymaganie od Wschodu, by był czymś, czym z natury swej nie jest, a kiedy owych kryteriów spełnić nie może, potępianie go i wytykanie błędów. W takiej postawie widzi się podprogowy, a czasem bardzo bezpośredni przekaz, że Wschód powinien uczyć się od Zachodu, czy wręcz, że powinien oddać Zachodowi władzę. W tej optyce krytyk Chin okazuje się człowiekiem w najlepszym razie zadufanym w sobie i przekonanym o wyższości swojej kultury, a w najgorszym agentem służącym ciemnym interesom, chcącym szkodzić Chinom, życzącym im źle pod pozorem chęci zrobienia dobrze.

Z drugiej strony, w krytyce Chin widzi się naiwność. Ta z kolei może być szlachetna, albo brać się z ignorancji. Szlachetna naiwność wynikać ma z przepojenia dyskutanta górnolotnymi ideałami, które ładnie wyglądają w książkach, ale w świecie rzeczywistym nie ma na nie miejsca. Wywody takiego krytyka kwituje się pobłażliwym uśmieszkiem i besserwisserskim komentarzem, że wprawdzie byłoby miło, gdyby świat dało się tak ładnie urządzić, ale kto zna życie, ten wie, że nie jest to takie proste. Za to krytyk uznany za naiwnego z ignorancji jest odsyłany do materiałów źródłowych, jak gdyby fakty w nich zawarte niezbicie dowodziły, że się myli.

Z kolei obrońcy swój stosunek do Chin tłumaczą poszanowaniem różnic kulturowych i koniecznością współistnienia odmiennych systemów. Wskazują na kwestie biznesowe i gospodarcze, które według nich powinny być przynajmniej częściowo oddzielone od kwestii politycznych, etycznych itd. Utrzymują, że wielkość Chin na przestrzeni wieków sankcjonuje wszystko, co się tam obecnie dzieje. Domagają się konsekwencji w postępowaniu, potępiając rzekomą hipokryzję krytyków.

Ich postawie zarzuca  się w łagodniejszej formie relatywizm kulturowy, a w ostrzejszej – motywowaną interesami amoralność. Gdzieś pomiędzy sytuuje się zarzut zapatrzenia w kulturę chińską, które ja nazywam „zachłyśnięciem”.

Obrona przez atak

Powiem wprost: w moim odczuciu największym aktualnie zagrożeniem dla klimatu rozmowy o Chinach są rosnące w siłę szeregi obrońców. Nie chodzi mi o sam fakt obrony – problemem jest jej charakter. Na pozór działania obrońców wydają się służyć porozumieniu między narodami. Zamiast bezdusznie krytykować i piętnować słabości, paternalistycznie poprawiać i pouczać, by zbliżać Chiny do świata, ten nurt dyskusji utrzymuje, że chce zrozumieć i wyjaśnić, a przez to zbliżyć świat do Chin. A jednak w
formach, jakie ta obrona nader często przybiera, a które chcę tu opisać, wprowadza ona często w błąd, zaciemnia obraz, gmatwa i szkodzi. Także samym Chinom.

Po kolei zatem wymienię to, co w mojej ocenie dowodzi słabości i szkodliwości postawy obrońców.

Specyficznym przejawem obrony Chin jest pewna zgryźliwa autoironia, samokrytyka „nas”, Westernerów, ludzi Zachodu, którzy jakoby mają się wciąż za lepszych i potężniejszych, gdy tymczasem świat poszedł już w innym kierunku, bo przecież Zachód to najwyżej kilkanaście procent ludności świata, Europa i Ameryka Północna odchodzą w przeszłość, przyszłość rozegra się gdzie indziej. W lepszej swej formie jest ta samokrytyka przejawem dojrzałości kultury zachodniej, źródeł swej siły nieupatrującej w nacjonalistycznych dogmatach; w gorszej, takie bicie się w piersi bywa nieco na wyrost, jak gdyby asekurancko przesadzone, byle uniknąć zabójczego zarzutu ameryko- czy europocentryzmu; czasem też sprawia wrażenie raczej ćwiczenia intelektualnego albo rytuału do odbębnienia, niż przejawu autentycznej potrzeby oddania cesarzowi co cesarskie. Niekiedy wręcz wypada komicznie, choćby w sytuacji, gdy nad „naszą hipokryzją” przejawiającą się np. w odmiennym traktowaniu przez USA reżimów Chin i Arabii Saudyjskiej boleje Polak, którego wpływ na zapadające w Waszyngtonie decyzje geopolityczne jest równy zeru. W tym ostatnim zachowaniu jest zresztą swoista nuta właśnie hipokryzji – bo pod płaszczykiem krytyki „nas” kryje się zarazem i przyjemne przecież utożsamienie się z supermocarstwem, i równie przyjemne, jeśli nie przyjemniejsze, potępienie go.

Do stałego repertuaru należy też znana i lubiana replika „a u was biją Murzynów”, z tym, że „was” zmienia się na obłudne „nas”. Krytykowanie takiego czy innego problemu Chin natyka otóż na kontrargument w postaci wytknięcia problemów trapiących Zachód. Kontrargument ten stosowany jest niejako instynktownie, na zasadzie odruchu warunkowego, bez zastanowienia; można wręcz odnieść wrażenie, że obrońcy tylko czekają okazji, by strzelić nim z biodra. Odsłania on schematyczność ich myślenia w postaci mniej lub bardziej świadomego traktowania Zachodu i jego mieszkańców (podobnie, jak Chin i Chińczyków) jako jedności – politycznej, ideologicznej, społecznej, gospodarczej. W tym rozumieniu polski komentator nie powinien wytykać Chinom problemu, który trapi też np. Włochy, albo krytykować rządu w Pekinie za coś, co w opinii obrońców Chin jest też przywarą rządu w Warszawie, nawet, jeśli ów komentator rządu owego nie popiera. Kto jest z Zachodu, ten odpowiada za wszystko, co działo się i dzieje na Zachodzie, zdają się uważać obrońcy.

Jak widać, „obrona” ta bywa dość asertywna, by nie rzec agresywna. Co jest jednak w tym podziale na krytyków i obrońców najciekawsze, to to, że postawa niegdyś pragmatyczna, czyli krytyka, stała się dziś postawą ideową, jak gdyby nieżyciową. Krytyk bujać ma z głową w chmurach, domagając się realizacji tego czy tamtego górnolotnego postulatu, gdy tymczasem twarde realia gry rynkowej i strategii politycznej nakazują iść na ustępstwa i kompromisy. W zamian postawa podziwu, niegdyś naiwna, dziś jawi się jako jedyny praktyczny wybór. Zachwyceni dalekowschodnią kulturą, opiewający gospodarczy cud, nawołujący do uczenia się od Chin sztuki rządzenia obrońcy zyskują opinię osób trzeźwo myślących, pragmatycznych, twardo stąpających po ziemi. Więcej nawet – zyskują opinię ludzi łamiących stereotypy, zwalczających europocentryzm, otwierających oczy prowincjonalnego Zachodu na szeroki świat, bez uprzedzeń i trupów w szafie sięgających myślą daleko w przyszłość.

Na tym tle osoby domagające się uniwersalnego poszanowania praw człowieka zaczynają jawić się reliktami dawno minionej epoki, oderwanymi od życia pięknoduchami, śmiesznymi w swej irrelewantności malkontentami, naiwniakami i ignorantami. Szermowanie argumentem o prawach człowieka, w starciu z zimną logiką rynków finansowych i wyników gospodarczych zaczyna być już wręcz faux pas. Nawet znający z autopsji doświadczenie komunistycznego więzienia prezydent Bronisław Komorowski podczas wizyty w Chinach prędko acz niezgrabnie uciekł od pytania o prześladowania dysydentów, jak gdyby temat był nie tylko trudny, ale i wstydliwy.

Skoro mamy więc do czynienia z zamianą tych nurtów miejscami, trzeba postawić poważne pytanie: czy dzisiejsi obrońcy Chin, przejmując pragmatyzm niegdysiejszych krytyków, przejęli także ich najgorszą cechę – interesowność?

Nie mówię o bezpośrednim profitowaniu z takiego zachowania, o kontraktach czy łapownictwie. Ale znane także z Polski przypadki odmowy wydania wiz komentatorom nie dość wobec Chin czołobitnym dają jasny sygnał, że krytyka nie popłaca. Kto chce mieć z Chinami więcej i bliżej do czynienia, kto chce tam jeździć, musi uważać na słowa. Prowadzi to do autocenzury, którą stosuje także niżej podpisany, także w niniejszym tekście. Na wszelki wypadek.

Do jednego worka

Jak nadmieniłem wcześniej, dla obrońców nie jest wcale oczywistym twierdzenie, że narody nie składają się z identycznych jednostek. W ich argumentacji uporczywie przewijają się zwroty w rodzaju „Chiny chcą”, „Chińczycy uważają”, jak gdyby wszyscy byli tam jednomyślni. Pokutują w tej postawie relikty dawnego, zahaczającego o rasizm spojrzenia na Chiny jako na mrowisko, na tłum o jednej twarzy, na machinę złożoną z miliarda obracających się w tę samą stronę trybików. By dać jeden tylko przykład: Wiesław Olszewski w książce Chiny – zarys kultury pisze kategorycznie: „Po dziś dzień Chińczycy uważają, iż samospełnienie w wydaniu Zachodu ma charakter egoistyczny”. Nie pisze „wielu Chińczyków”, nawet nie „większość”. Po prostu „Chińczycy”, wszyscy, co do jednego.

Pomimo tego, czy raczej właśnie dlatego, tej postawie obrońców towarzyszy, być może wbrew intencjom, poczucie wyższości. Gdy Krzysztof Gawlikowski podczas audycji w radiu TOK FM z 14. lipca (która była zresztą bezpośrednią inspiracją do napisania niniejszego tekstu) chwali przedsiębiorczych i oszczędnych Tajwańczyków za ich „mądre główki i pracowite rączki”, jest w jego wypowiedzi pewien dysonans, bo szacunek, jaki powinna wzbudzać rzeczona zaradność mieszkańców Tajwanu, ustępuje w niej protekcjonalnemu klepaniu po plecach (pleckach?).

Szerzenie się argumentacji obrońców niesie z sobą ryzyko zubożenia dyskusji. Oręduje ona bowiem za jedną narracją, i do tego narracją archaiczną, uproszczoną: Chin jako jednego homogenicznego organizmu. Co gorsza, pośród obrońców generalizacje nie są bynajmniej uważane za spłycające i spłaszczające – wręcz przeciwnie, są świadectwem przeniknięcia prawdy. Drugim obok utożsamiania chińskiego państwa (władz) z chińskim krajem (narodem) najjaskrawszym tego przykładem jest oszałamiająca kariera wyjaśniania wszystkiego konfucjanizmem. Tu nie ma miejsca na jakiekolwiek niuanse. W ramach jednej z najpopularniejszych generalizacji do tego samego cywilizacyjnego worka pakuje się nie tylko Chiny z Hongkongiem, nie tylko Tajwan i Singapur, ale nawet nieposługujące się językiem chińskim Koreę, Japonię i Wietnam. Skoro wszyscy są spadkobiercami Konfucjusza, Konfucjuszem można wyjaśnić wszystko, jego dwuipółtysiącletnią wagą można zmiażdżyć wszelkie kontrargumenty…

Ale tak samo, jak nie wszystko na dzisiejszym Zachodzie da się wyjaśnić Jezusem, tak samo spuścizna konfucjanizmu jest wprawdzie ważną, ale tylko jedną z dróg dochodzenia do wniosków o tym, co się obecnie w społeczeństwach Dalekiego Wschodu dzieje.

Złoty wiek

Generalizowanie to nie jedyna forma zachłystywania się chińską cywilizacją, jaką posługują się osoby zajmujące się Chinami na Zachodzie. Kolejną jest idealizacja. Guy Sorman pisze w książce Rok Koguta: „Idealizowanie klasycznych Chin (o których nie wiadomo, czy kiedykolwiek istniały), jest bardzo cenione przez zachodnich sinofilów, bowiem dostrzegają w nich alternatywę dla zachodniego porządku.”

„Nie wiadomo, czy kiedykolwiek istniały?” Warto wiedzieć, że szczególną cechą tradycyjnej chińskiej historiografii jest skuteczne kreowanie przekazu o ciągłości, jedności i spójności Chin, pod względem geograficznym, dziejowym i kulturowym. Wykreowano w ten sposób stereotypy do dziś narzucające pewne schematy myślenia. Jak pisze Oskar Weggel w książce Chiny, „dziejopisarstwo to z lubością wracało do epok dynastii Han, Tang i Ming i również zachodni historycy – zwłaszcza specjaliści w zakresie sztuki i kultury Chin – szli na lep wizji przeszłości preparowanych przez warstwę mandarynatu”.

Co ciekawe, wizje te eksploatuje dziś władza komunistyczna, która jeszcze nie tak dawno wolała wszelkie ślady przeszłości, włącznie z nienawistnym Konfucjuszem, wypalać rozżarzonym żelazem. Wobec jednak braku seksapilu wartości komunistycznych dla młodego pokolenia, Pekin odnalazł w dawnej historiozofii użyteczne narzędzie krzewienia patriotyzmu i nacjonalizmu. Skoro nie dało się ukryć faktu, że po 1989 roku komunizm w swej ojczystej Europie legł w gruzach, „komuniści zaczęli dowodzić, w ramach energicznej, prowadzonej w całym kraju kampanii wychowania patriotycznego, iż w Chinach występują szczególne ‚uwarunkowania narodowe’ (quoqing), uniemożliwiające na razie wprowadzenie demokracji. Chińska historia, czy raczej osobliwe ujęcie tejże historii, rychło stało się jednym z głównych oręży w partyjnym arsenale patriotycznej propagandy”, pisze Julia Lovell w książce Wielki Mur Chiński. Chiny kontra świat. Najbardziej chwytliwym hasłem tej propagandy jest okrągłe 5000 lat chińskich dziejów, ale i to przestaje już nacjonalistom wystarczać – w pewnej publikacji na temat chińskiej kultury skierowanej do obcokrajowców znalazłem informację, że naród chiński zasiedla teren Chin od milionów lat (!).

Osobiście widzę i inny powód sięgania przez zachodnich komentatorów po idealizację klasycznych (a czasem i współczesnych) Chin. Bardzo przyziemny – to kwestie czysto prestiżowe. Bycie ekspertem od cywilizacji tak unikalnie bogatej, tak niezrównanie starożytnej, tak fascynująco niezgłębionej po prostu przyjemnie łechcze ego. Z blasku niezrównanej kultury chińskiej można uszczknąć coś i dla siebie.

Ale większość zachłystuje się Chinami chyba całkiem bezinteresownie, dla samej frajdy. „Wielkie Chiny, rodem z fantazji, wciąż nie pozwalają zobaczyć Chin rzeczywistych”, pisze Guy Sorman, i trudno się z nim nie zgodzić, gdy słyszy się niektóre drżące od egzaltacji wypowiedzi, nieodparcie przywodzące na myśl gombrowiczowskie „ja na kolana padłem”. Ot, na przykład cytowany przez Lovell Joseph Needham stwierdza, że Wielki Mur „uważany jest za jedyne dzieło ludzkich rąk dostrzegalne dla marsjańskich [sic!] astronomów”. Piotr Gillert wstęp do Historii Chin Johna Kinga Fairbanka kończy bombastyczną pointą: „Cóż to bowiem jest jedno stulecie, a nawet półtora, gdy mówimy o niemal pięciu tysiącach lat? Jak mawia pewien mój chiński znajomy, władcy i systemy mogą się zmieniać, ale Chiny są wieczne”. Zaś w rozmowie radiowej Marek Ostrowski z zapałem obraca wniwecz europocentryzm: „Połowa wszystkich wynalazków do dziś na świecie pochodzi z Chin. Myśmy jeszcze po drzewach chodzili, kiedy oni już znali druk!”

Czy w takim uwielbieńczo rozedrganym klimacie można patrzeć na sytuację chłodnym okiem i rzeczowo rozmawiać?

Od Sasa do Lasa

O ile, jak twierdzą nie bez racji obrońcy, w nieodległej przeszłości dyskurs kładący główny nacisk na kwestię praw człowieka utrudniał zrozumienie Chin i nawiązanie z nimi dialogu, to aktualnie zaczynamy mieć do czynienia z przechyłem w drugą stronę. Przeważać zaczyna dyskurs zysków i korzyści, znów grożąc jednostronnością spojrzenia. Co gorsza, jest to dyskurs idący wbrew interesom samych Chin. Kultura chińska, realia tamtejszego życia, zachodzące procesy są bowiem złożone i wieloaspektowe. Granie przez obrońców na jedną nutę, z jednoczesnym twierdzeniem, że to oni rozumieją „prawdziwe Chiny”, grozi zubożeniem świadomości tejże złożoności i wieloaspektowości, a to z kolei skończyć się może w jeden tylko sposób – kolejną manierą intelektualną nierozumiejącą Chin.

Fałsz generalizowania najlepiej pokazać na konkretnym przykładzie. Ma Ying-jeou, dzisiejszy prezydent Republiki Chińskiej (oficjalna nazwa Tajwanu), w 2005 roku, jeszcze jako mer Tajpej, wypowiedział znamienne słowa: „Chińczycy są tacy sami jak wszyscy ludzie: zatrzymują się na czerwonym świetle, jeżeli grozi im kara. Nie ma to nic wspólnego z chińską kulturą.”

Wypowiedź ta, cytowana w książce Sormana, odsłania słabość generalizującej argumentacji obrońców. Ma nie rozprawia o podpierającym wszystko konfucjanizmie, o nienaruszalnych uwarunkowaniach kulturowych, tylko szuka praktycznych sposobów wdrożenia wypracowanych przez świat metod rządzenia, dzieląc demokrację na trzy składniki: wolność słowa, państwo prawa i wybory powszechne. W jego opinii, w żadnym „chińskim państwie” te trzy czynniki nie występują dziś jednocześnie.

W Hongkongu zatem jest wolność słowa i państwo prawa – pozostałość po kolonialnych rządach Brytyjczyków. Rząd nie jest jednak wybierany w prawdziwych powszechnych wyborach. W Singapurze, kolejnej spuściźnie brytyjskiej, jest państwo prawa, ale wolność słowa jest ograniczona; wybory się odbywają, ale w ramach systemu de facto jednopartyjnego. Tajwan ma wolność słowa i demokratyczne wybory, ale państwo prawa cierpi z powodu masowej korupcji i „układów”. W Chińskiej Republice Ludowej z kolei nie ma ani państwa prawa, ani wolności słowa, ani wyborów powszechnych.

Ile Chin, tyle form demokracji (lub jej braku). Determinizm kulturowy nie istnieje – „demokracji można się nauczyć”, konkluduje Ma.

Warto postawić proste pytanie, czy trwająca od jakiegoś czasu bezpardonowa rozprawa z dysydentami w Chinach nie jest najwyraźniejszym z możliwych znaków, że władza boi się ich siły i wpływu. Gdyby bowiem istotnie z samej istoty Chin wynikała głuchota na hasła wolnościowe, gdyby Chińczycy byli niejako kulturowo zaszczepieni przeciw ideom z zewnątrz, gdyby Konfucjusz wysysany był przez nich z mlekiem matki – to czy trzeba byłoby na długie lata zamykać w więzieniach ludzi domagających się demokratyzacji? Notabene, czyniących to w zgodzie z konstytucją Chińskiej Republiki Ludowej, która zawiera zapisy o wolności słowa, prasy i zgromadzeń, o ochronie praw człowieka, oraz o prawie do głosowania.

Na początku było słowo

Obrońcy z reguły odrzucają uniwersalizm praw człowieka, wolności słowa, demokracji. Idee te miałyby być, jako wyrosłe na gruncie dziedzictwa helleńsko-łacińskiego i judeochrześcijańskiego, nieprzekładalne na inne kultury. Jednym z koronnych argumentów za absurdalnością narzucania Chinom „zachodnich koncepcji” i nikczemnością „imperializmu kulturowego” jest fakt, że, jak pisze Wolfram Eberhard w publikacji Symbole chińskie. Słownik, „aż do czasów nowożytnych nie było w Chinach pojęcia ‚wolność’”. Wtóruje mu Gawlikowski, i dodaje, że „w językach Azji Wschodniej nie da się powiedzieć ‚prawa człowieka’. Jeszcze w XIX wieku Japończycy musieli przełożyć z angielskiego” termin ten jako „władze człowieka”, a przecież prawa od władz dzielą „lata świetlne”.

Tu dochodzimy do problemu, na ile brak znajomości słowa oznacza niezdolność do pojęcia jego desygnatu. Nie miejsce tu jednak na rozważania psychologiczne i filozoficzne, nie czuję się zresztą w tej mierze wystarczająco kompetentny; posłużę się za to przykładami z dziedziny, która z racji zawodu jest mi bliska – z problematyki przekładu.

Słabość argumentu o jakoby hermetycznym, judeochrześcijańskim rodowodzie pojęć takich jak „wolność” czy „prawa człowieka” widać już choćby w fakcie, że religia, na bazie której rzekomo miały wyrosnąć, nie jest ograniczona do kultury europejskiej, ani nawet szerzej, do zachodniej. Chrześcijaństwo to najliczniejsza religia świata, mająca wyznawców na wszystkich kontynentach, pośród kultur, zdawałoby się, całkowicie odmiennych – w tym pośród Chińczyków (których religijność jest oczywiście pod kontrolą władz). Pomimo różnic w podejściu i interpretacji, których tylko jednym z przejawów jest podział chrześcijaństwa na katolicyzm, prawosławie i protestantyzm, mamy tu do czynienia ze zdumiewającym sukcesem w szerzeniu się idei ponad wszelkimi możliwymi granicami.

A może wcale nie tak zdumiewającym? Jak pisze bowiem Krzysztof Hejwowski w książce Kognitywno-komunikacyjna teoria przekładu, „ludzi charakteryzuje zdolność do dostosowywania się do innych wzorów zachowań” oraz: „potrafimy przeformułować doświadczenie w kategoriach innych systemów konceptualnych”.

Mówiąc inaczej: ludzie potrafią zrozumieć i przyswoić coś, co wcześniej było im obce.

Ernst-August Gutt, w publikacji Dystans kulturowy a przekład, poświęconej zagadnieniom przekładu międzykulturowego, a konkretnie problematyce tłumaczenia Biblii na języki afrykańskie, pisze, że „prawdziwy problem nie polega na odpowiednim przełożeniu pojęć, lecz wyposażeniu odbiorców tekstu w informacje kulturowe niezbędne do zrozumienia opisywanych w tekście wydarzeń”. I dalej: „zamierzone znaczenie nie jest kodowane w tekstach; teksty dostarczają jedynie materiału, dzięki któremu do znaczenia można dotrzeć w procesie inferencji – pod warunkiem, że odbiorcy dysponują odpowiednim zapleczem informacyjnym”.

Innymi słowy, jest kwestią drugorzędną, czy w językach azjatyckich da się powiedzieć „prawa człowieka”, czy tylko „władze człowieka”. Tym, co ma prawdziwe znaczenie, jest wiedza, jakiej odbiorcy o tych pojęciach nabiorą. Tak, jak w samej polskiej frazie „prawa człowieka” (czy angielskiej human rights) nie ma od razu zakodowanej pełnej wiedzy o zakresie i naturze tego pojęcia, i dopiero zasięgnąwszy informacji z innych źródeł Polak (lub Anglik) może nabrać w tej mierze jasności, tak fraza „władze człowieka” wymaga dodania kontekstu, który wyjaśni azjatyckim odbiorcom, na czym te „władze” polegają. I nawet jeśli zrazu importowane terminy takie jak „wolność” czy rzeczone „prawa/władze człowieka” mogły być obce, to po latach obcowania Azji Wschodniej ze światem zewnętrznym, a przez to z ich desygnatami, czy też z ich uświadomionym brakiem, zostały obudowane kontekstem zapewne już wystarczającym, by obawy o nieprzekładalność i nieprzykładalność odłożyć do lamusa.

Na boku zostawiam kwestię, na ile komunizm (też pojęcie wymagające nie tylko przetłumaczenia, ale i wytłumaczenia wszystkich jego sensów) był ideą przykładalną do chińskich „uwarunkowań narodowych”. Przywołam za to jeszcze raz Eberharda, który kwestię nieobecności w tradycyjnej chińszczyźnie słowa „wolność” dopełnia kolejnymi interesującymi przykładami terminów obcych Chińczykom: „Nie istniało też słowo ‚indywidualizm’ ani ‚równouprawnienie’”. Czy zatem zdaniem obrońców należy zanegować osiągnięcia równouprawnienia w Chinach?

Do przemyślenia

Komu jest na rękę opisany przeze mnie klimat dyskusji o Chinach?

Być może ludziom, którzy chcą naprawić subiektywizm dawnego dyskursu historycznego – ale czy odpowiedzią na przekłamania i uproszczenia w jedną stronę mają być dziś przekłamania i uproszczenia w stronę drugą? Być może tym, którzy znajdują przyjemność w obalaniu stereotypów – ale czy jedne stereotypy należy zwalczać innymi? Może osobom, które dręczy podświadomy wstyd za kolonializm i imperializm przodków – ale czy rozprawiać się ze wstydem warto kosztem prawdy i zdrowego rozsądku? Może samym Chińczykom, którzy mają dzięki niemu szansę na święty spokój od krytyki – ale czy nie liczą się głosy tych Chińczyków, którzy w krytyce widzą szansę na poprawę sytuacji?

A może wreszcie pewnej grupie zachodnich intelektualistów, którzy chcą znaleźć prosty sposób objaśniania świata i kreowania swojej pozycji? Tylko kogo i czego w takim razie „bronią”?

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Chiny, Chinom, Chinami… Jak rozmawiać o Chinach? Reviewed by on 22 lipca 2012 .

O Państwie Środka dyskutują już wszyscy i wszędzie. Ale dyskutują kiepsko. Powiedziałbym nawet, że coraz gorzej. Śledzenie rozmów na temat Chin wywołuje u mnie coraz częściej niesmak. Nie chcę tu pisać o kompetencji interlokutorów czy jej braku, bo temat to zużyty już i jałowy. Zajmuje mnie raczej intelektualny klimat, jaki zaczyna się wytwarzać pośród dyskutujących

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

komentarzy 16

  • Witam Państwa,

    Śledzę ten portal od początku jego powstania i zdumiony jestem zasobem Państwa wiedzy. Cieszy fakt, iż tak wiele osób wie tak wiele na temat państwa, które zdaje się odgrywać jedną z ważniejszych ról w naszych czasach.

    Pomimo szczerych chęci skomentowania niektórych z poprzednich artykułów, czasem z braku czasu w większości z lenistwa nie zrobiłem tego. Natomiast powyższy artykuł zdaje się dotykać sedna sprawy o której rozważam już od dłuższego czasu w warstwie teoretycznej, a którą praktyka zdaje się potwierdzać.

    Mianowicie „unifikacja Chin”. Zdumiewa mnie fakt, iż o tak heterogenicznym państwie można wypowiadać się jako o całości. Myślę, iż większość z państwa zna wszystkie dysproporcje i nie ma potrzeby ich wymieniać. Kto w Chinach pomieszkał dłuższy czas mógł się empirycznie o nich przekonać. Kto zwiedził 3,-4 prowincje nie mógł ich nie zauważyć . Kto przemieszczał się z południa na północ, ze wschodu na zachód wie o czym piszę.

    W każdej szanującej się publikacji możemy o tym przeczytać Po czym czytamy dalej: „Chiny, Chinom, Chinami (…) „

  • Znakomity artykuł!

    Ja chciałbym zwrócić uwagę na kwestię „obrońców”. Moim zdaniem większość z nas to w mniejszym bądź też większym stopniu właśnie „obrońcy”. Temat wokół którego krążą nasze zainteresowania w pewnym stopniu z pewnością wpływa na naszą ocenę sytuacji. Znamienne może tu być stwierdzenie cytowanego już w artykule autora „Historii Chin” Johna Fairbanka, który na własnym przykładzie stwierdził nierzetelne i protekcjonalne podejście do przedmiotu swych zainteresowań. Mianowicie doszedł on do wniosku, iż rewolucja kulturalna to najlepsze co mogło spotkać Chiny. Jednak podszedł on do tego tematu, w taki sposób, w jaki mam nadzieję podejdziemy i my. Na kartach swojej książki przyznał się do popełnionego błędu.

    • Książka Fairbanksa to najlepsza synteza dziejów Chin jaką czytałem.

      • Avatar Adam Gajewski

        Ja niestety czytałem ją tylko we fragmentach wykorzystując ją do pracy mgr. Jednak jest faktem, że jest świetna i bardzo przystępnie napisana. Do dzisiaj nie mogę zapomnieć komentarza Fairbanka na temat porażki Kuomintangu w wojnie domowej :P

    • Przyznam, że sam zaliczałem się kiedyś jeśli nie do skrajnych obrońców, to na pewno do umiarkowanie zachłyśniętych – mam na to dowody w postaci publikowanych tu i ówdzie artykułów. Na szczęście ta faza minęła.

    • „Do dzisiaj nie mogę zapomnieć komentarza Fairbanka na temat porażki Kuomintangu w wojnie domowej”

      Nie mam teraz Fairbanka pod ręką, ale z tego co pamiętam, wywodził przekonująco, że Kuomintang przegrał na własne życzenie, i gdyby ówczesne przywództwo były bardziej uczciwe i kompetentne, komuniści nigdy by nie przejęli władzy. Mocne.

  • Odpowiadam dość krótko, bo sposobię się do dłuższego wyjazdu.

    Spodziewałem się, że ktoś pokusi się na wypowiedź taką, jak wute. Problem z tą argumentacją jest taki, że bierze się ona „z wewnątrz” tezy o jedności dziejowej, podczas gdy Sorman (ale i cytowany Weggel) podważają ją „z zewnątrz”. Jaśniej – jeśli ci czy inni badacze podważają samą istotę tezy o 5000 lat chińskiej historii, to nie można tego argumentu odeprzeć odwołując się do chronologii, za którą oręduje ta właśnie teza, bo jej naczelna zasada, a więc i jej wnioski, zostały przecież zanegowane.

    Strasznie wgryzły nam się w głowy owe „wizje przeszłości preparowane przez warstwę mandarynatu”, jak pisze Weggel. Sam się nimi ekscytowałem, zagłębiając się niegdyś w chińską historię. A jednak warto nabrać dystansu i spojrzeć właśnie „z zewnątrz”. Wtedy widać, że mamy do czynienia z brawurową historyzacją mitologii, walcowaniem faktograficznych wybojów, przycinaniem i dosztukowywaniem godnym krawca-wirtuoza. Gdyby tę samą metodologię zastosować do historii Zachodu, Zeus byłby pierwszym cesarzem Europy, a Zachodnie Cesarstwo Rzymskie wcale by nie upadło w V wieku, tylko po chwilowym, nic nie znaczącym okresie rozbicia i drugorzędnym przesunięciu granic, otrzymało po prostu nową nazwę: Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego.*

    Nie odbieram Chinom prawa do nazywania się cywilizacją starożytną – ale wszystkie osoby Chinami się zajmujące zachęcam, by wykorzystując wiedzę zrodzoną z gorzkich i długich doświadczeń zachodniego manipulowania historią jako instrumentem polityki, zamiast powtarzać jak papuga gromkie chińskie hasła, spojrzały na nie z dystansem i zdrową dozą sceptycyzmu. To naprawdę nie układa się tak gładko, równo i ładnie, jak chcieliby piewcy „niezrównanej cywilizacji chińskiej”.

    Ewentualny kolejny post za kilka tygodni.

    *jestem przekonany, że osoby znające i dzieje Europy, i dzieje Chin, załapią, do czego tu piję.

    • @ p.Juraszek
      Przeoczyłem niestety Pana post. Odpowiadam dopiero teraz.

      Widzę, że niedokładnie przeczytał Pan mój post. Nie napisałem, że
      cywilizacja chińska liczy 5 tys. lat.
      Napisałem, że „Chińczycy liczą w ten sposób..”. Oznacza to, że zaprezentowałem stanowisko Chińczyków, a nie własne. Więc uwagi
      o powtarzaniu „jak papuga” są zupełnie nie na miejscu.

      • Avatar dawidjuraszek

        Niepotrzebnie odbiera Pan moje słowa personalnie. Pana post dał mi po prostu materiał do szerszej wypowiedzi.

    • @ p. Juraszek
      Pana porównanie Żółtego Cesarza do Zeusa oraz Świętego Cesarstwa
      Rzymskiego Narodu Niemieckiego jako następnego etapu Imperium
      Romanorum jest dość błyskotliwe, ale nie do końca poprawne.
      Postaram się dać Panu odpowiedź w osobnym artykule.

      • Avatar dawidjuraszek

        Stuprocentowej odpowiedniości oczywiście nie ma, bo być nie może. Chodzi o metodę interpretacji historii.

    • @ p.Juraszek
      Nie odbieram w żaden sposób Pana wypowiedzi personalnie.
      Po prostu zwróciłem uwagę na fakt, w tezie o 5 tys. podałem
      jak je liczą Chińczycy, a nie jak ja je liczę.

  • „Idealizowanie klasycznych Chin (o których nie wiadomo, czy kiedykolwiek istniały), ”

    Ten tekst Sormana to typowy przechył w drugą stronę.

    „Warto wiedzieć, że szczególną cechą tradycyjnej chińskiej historiografii jest skuteczne kreowanie przekazu o ciągłości, jedności i spójności Chin, pod względem geograficznym, dziejowym i kulturowym. ”

    Niewątpliwie Chiny stanowią jedność pod względem dziejowym. Od czasów dynastii
    Qin i powstania cesarstwa, okresów jedności było znacznie więcej niż okresów rozbicia. Przedtem też, od początków półlegendarnej dynastii Xia (2200/2100 B.C.)
    aż do końca Zachodniej Zhou (770 B.C.) można mówić o jedności.
    Trochę inaczej wygląda to pod względem geograficznym. Poza terytorialnym
    rozrostem za czasów dynastii Tang, tzw. Chiny historyczne rozciągały się od morza
    na wschodzie do Syczuanu i Gansu włącznie na zachodzie. Od Wietnamu na południu do Muru Chińskiego na północy. Pozostałe tereny należące do ChRL, w tym
    przede wszystkim: Mandżuria, Tybet, Xinjiang zostały przyłączone do Chin przez
    dynastię Qing (1644-1911).
    Jedność kulturowa – z jednej strony mamy dość duże różnice pomiędzy prowincjami
    a z drugiej strony niewątpliwie wspólny etos kulturowy, którego klasyczne początki
    sięgają przełomu drugiego i pierwszego tysiąclecia B.C., wtedy to zaczęły powstać
    pierwsze klasyczne utwory (Księga Pieśni, Księga Przemian), które potem
    weszły w skład Pięcioksiągu Konfucjańskiego. Powstawanie cywilizacji chińskiej to
    proces złożony i długotrwały. Klasyczne Chiny powstawały co najmniej dwa tysiąclecia tj. od wspomnianego przełomu aż do czasów dynastii Sung (960-1279).
    Za czasów Sungów w konfucjanizmie powstał nowy prąd tzw. neokonfucjanizm,
    będący nurtem ortodoksyjnym w doktrynie. Jednym z podstawowych celów jaki
    postawili przed sobą wyznawcy tego nurtu byłą konfucjanizacja Chin, jako że
    zasady konfucjanizmu były znane i praktykowane głownie przez elity, gorzej było
    z masami. Ten proces mniej znany i uwypuklany, nawet przez historyków, zakończył się sukcesem. On jest porównywalny do chrystianizacji mas w Europie w średniowieczu. Można powiedzieć że wtedy ostatecznie zakończył się proces
    budowania klasycznych Chin i od czasów dynastii Sung klasyczne Chiny konfucjańskie, w których wartości były znane i przestrzegane przez niemal całe społeczeństwo, nabrały ostatecznego kształtu..
    Teza Sormana to po prostu bzdura.

    „Najbardziej chwytliwym hasłem tej propagandy jest okrągłe 5000 lat chińskich dziejów, ”
    Chińczycy liczą w ten sposób. – Zaczynają swoje dzieje od trzech legendarnych
    władców na czele Fuxi, a po nim wymieniają pięciu cesarzy na czele z Żółtym
    Cesarzem. Ta epoka miała zacząć się w ca. 2850 r. B.C. Podstawą dla tej
    chronologii jest najsłynniejsze dzieło historyczne Chin: ‚zapiski historyka” napisane
    przez Sima Qian. Po nich w Chinach rządziła dynastia Xia (2200/2100-1600 B.C.).
    W ten sposób licząc 2850 + 2000 wychodzi im ca. 5 tys. lat..

  • Świetny, analityczny artykuł. Dawno nie czytałem tak dobrego tekstu na temat Chin.

  • Praktycznie jedynie USA może sobie obecnie pozwolić na krytykę wewnątrzchińskich stosunków czy obronę poszczególnych aktywistów (sprawa Chena Guangchanga). Pozostali robią interesy. Choć szczerze mówiąc, trudno spodziewać się czegokolwiek innego, bo cóż znaczy głos jakiegoś europejskiego państewka wobec „pięciu tysięcy lat historii”…

  • bardzo ciekawy tekst.
    jest jeszcze jedna grupa oceniajaca chiny, na razie nieliczna u nas, ale bardzo opiniotworcza na zachodzie
    teoretycznie byli dyplomaci, wojskowi i naukowcy, ale na codzien zaangazowani w biznes z chinami
    tyle ze o tym nigdy nie wspominaja wypowiadajac sie o nich

Pozostaw odpowiedź