BLOGOSFERA

„Chihiro o świecie”: „Uncle Boonmee Who Can Recall His Past Lives” , reż. Apichatpong Weerasethakul (2010)

Uważam to za wielkie, długo oczekiwane osiągnięcie naszych czasów, że w świadomości kinomanów, zainteresowanych kinem światowym pojawiają się nazwiska artystów, tworzących filmy z innej perspektywy niż zachodnia, chrześcijańska. To już przestają być postacie z marginesu kina zdominowanego przez amerykańską i europejską stylistykę, reżyserzy tacy jak Apichatpong Weerasethakul wchodzą do mainstreamu kina artystycznego, niezależnego, ambitnego – jak zwał, tak zwał. Od lat zaznajomieni jesteśmy z wielkimi twórcami, których punkt widzenia był chrześcijański; Luis Buñuel, Ingmar Bergman, Andrei Tarkovsky, Michael Haneke to tylko kilka nazwisk, które jako pierwsze przychodzą mi do głowy. Niewielu było mistrzów kina, ukazujących tło innych religii. Chętnie oglądano, rzecz jasna, filmy japońskich czy irańskich klasyków, lecz można było odrzucić religię na bok i przyjmować je jako ciekawe, dość uniwersalne historie. U Apichatponga, odrzuciwszy religię, dostajemy zestaw kompletnie niezrozumiałych z perspektywy typowego widza zachodniego obrazków. A jednak jest wielkie zapotrzebowanie na wschodnią stylistykę, na inne postrzeganie świata. Chrześcijaństwo jest obecnie w kulturze zachodniej w najgorszej kondycji od dziesiątek lat. Odczuwa się powszechne zmęczenie fatalną polityką kościoła, skandalami, coraz większą przepaścią między naukami kościelnymi a otaczającą rzeczywistością. Islam zaczyna dominować w świadomości Europejczyków jako „next big thing” i także europejscy twórcy sięgają chętnie po tematykę muzułmańską (zwiastuny wszystkich trzech filmów, które widziałam w kinie przed „Wujkiem Boonmee, który potrafi przywołać swoje poprzednie wcielenia” dotykały islamu w bezpośredni sposób). Jednakże często jest to islam tłumaczony, w którym symbolika zostaje wyjaśniona, a związki przyczynowo-skutkowe dość oczywiste.

Apichatpong kręci filmy z perspektywy buddysty i nigdy w swoich dziełach niczego widzowi nie wyjaśnia. Jakże zresztą miałby to zrobić, skoro nie jest w stanie myśleć/postrzegać inaczej? Dotychczas oglądałam jedynie „Syndromes and a Century”, a „Tropical Malady” oraz „Blissfully Yours” – pozostałe dwa najważniejsze jego filmy – jeszcze przede mną. Skupię się na moich wrażeniach z „Wujka Boonmee…”.

Reinkarnacja

Zagadnienie reinkarnacji jest jądrem jego filmów, tak oczywistym w filozofii buddyjskiej jak chrześcijańska wiara w jedno zaledwie życie. Oglądając film Apichatponga nareszcie poczułam, że ktoś traktuje śmierć i odradzanie się podobnie jak ja. Wspomnienia moich poprzednich wcieleń są częścią mnie i determinują moje wybory życiowe w taki sposób, w jaki wujek Boonmee postrzega własne (choć moje wcielenia są o niebo bogatsze i przede wszystkim ludzkie). Tu o chrześcijaństwie nawet nie może być mowy, podobnie jak reinkarnacja nie stanowi elementu dyskursu w kulturze zachodniej, nad czym ubolewam i co powoduje, iż tak wiele aspektów dotyczących stylu życia w kulturze europejskiej jest mi obcych. Wujek Boonmee cierpi na postępującą chorobę nerek, zbliża się ku śmierci. Zamykając oczy bez trudu przypomina sobie dwa z poprzednich wcieleń: w jednym miał postać bawoła, w innym ryby, z którą kochała się leśna księżniczka. To nie realizm magiczny, to po prostu realizm, tyle że z poprzednich żywotów. Wiara w reinkarnację powoduje, że człowiek nie lęka się śmierci, gotowy jest umrzeć w każdej chwili bez większego żalu. Przecież wróci jeszcze do tego świata, najpewniej nie jeden raz. A czy żal rozstać się z bliskimi? Cóż, życie polega między innymi na nauce radzenia sobie z utratą, trzeba nauczyć się nie żądać wiele i umieć tracić. Chyba właśnie przywiązywanie się na trwałe do ludzi i przedmiotów, a także do swoich potrzeb, jest tym, co jest dla mnie osobiście najbardziej mało zrozumiałe w kulturze zachodniej, mimo że w tym klimacie przecież wyrosłam. Otoczona jestem ludźmi, którzy nie potrafią tracić z godnością. Tymczasem Apichatpong pokazał mi osoby, które dają innym odejść, które szanują drugiego człowieka na tyle, by nie przywiązywać się za bardzo do niego.

Pojęcie karmy jest kluczowe dla reinkarnacji. Karmę kształtujemy zawsze, w każdej chwili naszego życia i nie pozbywamy się jej wraz ze śmiercią. Człowiek ma taki los, na jaki sobie zasłużył – to odwieczne prawo karmy. Wujek Boonmee w pewnym momencie przypisuje swoje problemy z nerkami faktowi, iż w młodości zabił wielu komunistów.

Tempo i pojęcie czasu

Wierzący w reinkarnację żyją w innym tempie. Nie potrafią się śpieszyć (mam na myśli raczej abstrakcyjny pośpiech życiowy, a nie np. śpieszenie się na umówione spotkanie), nie potrafią się nudzić, mało co ich irytuje, nie rozumieją pojęcia straty czasu. Każda minuta jest cenna, każda prowadzi nas ku nirwanie, ale pośpiechem niczego nie wskóramy. Czas dla wszystkich biegnie w tym samym rytmie. Każdy oddech jest ważny, każda chwila może być lekcją życia. Film Apichatponga pozwala od pierwszej minuty zanurzyć się w to bardzo niezachodnie tempo życia. Długie ujęcia, chwile, gdy na ekranie nic się nie dzieje, całe minuty, które bohaterowie spędzają pozornie na niczym. Osoby nieprzyzwyczajone do takiej perspektywy, niespokojne, mogą zacząć się nudzić i wiercić niecierpliwie w fotelu. Dla mnie to wytchnienie, jak medytacja, gdy moje myśli krążą swobodnie, a ja nie staram się ich złapać.

Czas postrzega się nie linearnie, a cyklicznie: rodzimy się, umieramy, rodzimy się, umieramy, i tak w kółko. Dopiero nirwana (dosłowne znaczenie: zgaśnięcie, zdmuchnięcie) przynosi upragnioną śmiertelność na zawsze i wyzwolenie z tego cyklu. Póki jednak istniejemy, czyli mamy pewną świadomość tego, co się z nami dzieje, jesteśmy na ten cykl skazani. Jedną z bardziej fascynujących różnic między ludźmi wierzącymi w reinkarnację i niewierzącymi, jest pojmowanie czasu. Obserwuję czasem u ludzi pęd do czegoś nieokreślonego – a gdy poddam się ich wpływowi i mnie ten nieszczęsny pęd ogarnia. Wtedy potrzebuję się wyłączyć, uzmysłowić sobie, że fakt, iż w tym wcieleniu mam tyle i tyle lat nie znaczy zupełnie nic. Każdy przecież rozwija się we własnym tempie, każdy jest na innym etapie rozwoju duchowego (i wszelkiego innego), nie należy się z nikim porównywać. Czas zresztą nie mija bezpowrotnie, co ukazuje Apichatpong. W jednej scenie duch żony mówi: Dla mnie koncept czasu już nie istnieje. W innej scenie siostrzeniec idzie z ze szwagierką wujka do restauracji, ale jednocześnie pozostaje z nią w pokoju oglądając telewizję. Kto powiedział, że nie można być w dwóch miejscach jednocześnie? Apichatpong podważa zachodnie postrzeganie czasu i przestrzeni, dając dowód (albo złudzenie) ich rozciągania i kurczenia, wielowymiarowości.

Igraszki stylistyczne

„Wujek Boonmee…” nie jest filmem spójnym w stylistyce. Składa się z kilku ok. dwudziestominutowych części, które układają się w całość (albo i nie, na tyle, na ile życie się (nie) układa). Widz dostaje prostą historię codzienności wujka, którym opiekuje się młody uchodźca z Laosu, i którego odwiedza szwagierka Jen z siostrzeńcem, o ile dobrze pamiętam powiązania rodzinne. Wieczorem odwiedzają ich dusze zmarłej żony wujka i jego syn, który po śmierci stał się duchem małpim. Na innym poziomie widz dostaje opowieść o księżniczce i jej seksualnym zespoleniu z rybą. To jeden ze starożytnych mitów tajskich, ale też pastisz starego tajskiego kina. Kolejna część składa się wyłącznie ze zdjęć, w innej zaś bohaterowie wędrują  w jaskiniach, co filmowane jest niczym dokument z trzęsącą się kamerą i dziwnymi odgłosami. Ostatnia opowieść to scena po pogrzebie wujka, gdy siostrzeniec został mnichem i odwiedza w pokoju hotelowym Jen i jej młodą koleżankę. Jednakże widz nie ma poczucia zgrzytów, poszczególne style gładko przenikają jeden drugi i pasują do siebie.

Lęk i przyroda

Przyroda u Apichatponga nie budzi strachu. Nie stanowi odbicia naszych egzystencjalnych obaw, zresztą u buddystów lęk egzytencjalny ma zupełnie odmienny wymiar niż u wyznawców innych religii. Wprawdzie istnieje hierarchia bytów, ale my – ludzie – przeszliśmy po jej wszystkich szczeblach. Kiedyś byliśmy roślinami, zwierzętami, byliśmy zjawiskami przyrodniczymi. Jeśli więc obecnie boimy się burzy, lasu czy zwierząt znaczy to po prostu, że zapomnieliśmy o naszych poprzednich bytach. Przy czym braku lęku nie należy utożsamiać z brakiem pokory. Świat fauny i flory nie jest już naszym światem, jesteśmy jedynie gośćmi w tym kosmosie bytów nieludzkich i musimy zachowywać się jak goście. To wszystko można u Apichatponga wyczytać. Bohaterowie swobodnie czują się w dżungli czy jaskini nocą, gdzie słychać tajemnicze odgłosy i gdzie duchy małp świecą czerwonymi ślipiami. Nie obawiają się niczego. Pozwalają sobie nawet na żarty, nie traktują świata i siebie samych ze sztuczną powagą. Ale też nie panoszą się ze swoim człowieczeństwem, nie dają znać, że obecnie siedzą wyżej w hierarchii. Zawsze zresztą można w tej hierarchii spaść o parę szczebli w dół :)

***

Szczerze mówiąc dziwię się trochę, że „Wujek Boonmee…” został odznaczony tegoroczną Złotą Palmą w Cannes. Nie spodziewałabym się, że film tak trudny w odbiorze dla zachodniej publiczności, znajdzie uznanie. Cieszę się jednak ogromnie z sukcesu tajskiego reżysera, gdyż pokazuje to, że jurorzy dostrzegli w jego dziele coś więcej niż niezrozumiałą magię, piękne widoki i niekonwencjonalny sposób opowiadania historii, która w gruncie rzeczy nie ma żadnego znaczenia. Mimo wszystko niektórzy recenzenci, nawet ci dający filmowi maksymalną liczbę gwiazdek, piszą o „niezrozumiałej logice”, „magicznej, poetyckiej atmoferze” czy „niepojętej racjonalizacji” jego obrazów. Ha, tu nie ma żadnej logiki, nie ma magii czy poezji, nie ma racjonalizacji. Kto patrzy na świat szkiełkiem a nie sercem, do tego film nie dotrze poza najbardziej podstawowym poziomem wydarzeń, rozgrywających się w nim. Ale takie spojrzenie na opowieść jest przecież bardzo ubogie. Mówi się, że „Wujek Boonmee…” jest najbardziej przystępnym filmem Apichatponga dla zachodniego widza. Jak pisałam, widziałam jeszcze tylko „Syndromes and a century” i faktycznie, uważam nagrodzone Złotą Palmą dzieło za łatwiejsze. Przede wszystkim jednak cieszy mnie, że pojawił się film, który przedstawia mój punkt widzenia rzeczywistości w najnaturalniejszy sposób. Nie jest to, moim zdaniem, film doskonały, ani szczególnie wciągający, ale film niezmiernie istotny, bo świadczący o odwadze reżysera w bezkompromisowym ukazywaniu jego perspektywy i jego rozumienia życia, nie naginającym się do niczyich gustów.

PS. Przywykło się uważać kwestię wiary za intymną, taką, o której nie mówi się w towarzystwie. Ja się wyłamuję. Skoro wiara (lub jej brak) ma ogromny wpływ na to, kim jesteśmy i jak myślimy – większy niż niektórzy zechcieliby przyznać – oraz na to, jakie cele pragniemy w życiu osiągnąć, nie traktuję tego jako temat tabu. Nie wyznaję żadnej religii, ale nie mam się czego wstydzić wierząc w reinkarnację. Najwyżej ktoś mało tolerancyjny uzna mnie za dziwaczkę.

Autor: Kamila Kunda

Źródło: http://chihiro.blox.pl/html

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
„Chihiro o świecie”: „Uncle Boonmee Who Can Recall His Past Lives” , reż. Apichatpong Weerasethakul (2010) Reviewed by on 3 grudnia 2010 .

Uważam to za wielkie, długo oczekiwane osiągnięcie naszych czasów, że w świadomości kinomanów, zainteresowanych kinem światowym pojawiają się nazwiska artystów, tworzących filmy z innej perspektywy niż zachodnia, chrześcijańska. To już przestają być postacie z marginesu kina zdominowanego przez amerykańską i europejską stylistykę, reżyserzy tacy jak Apichatpong Weerasethakul wchodzą do mainstreamu kina artystycznego, niezależnego, ambitnego – jak

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź