Artykuły

B. Góralczyk: Monowie – skazani na zapomnienie

Birma, zwana dzisiaj Mjanmą, to etniczny tygiel i językowa wieża Babel: 135 narodowości i mniejszości oraz ponad 200 języków i narzeczy. Jednakże tylko dwie nacje, poza dominującymi Birmańczykami (Bamar), mogą z pełną odpowiedzialnością twierdzić, że legitymują się rodzimymi kulturami. Oczywiście, chodzi o kultury materialne, bo o literackich, przy tradycyjnym zapisie na bambusowych liściach, raczej trudno tu mówić.

Te dwa narody to Monowie oraz Arakańczycy, zwani dzisiaj Rakhine. Znamienne, że oba, okazuje się, mają dzisiaj najwięcej problemów w stosunkach z władzami centralnymi. One cierpią najwięcej, obok Karenów, którzy prowadzili najdłuższą wojnę partyzancką z birmańską centralą po II wojnie światowej, w latach 1948-2012, a także Kachinów, ostatnio ponownie w konflikcie z władzami w Naypyidaw.

O Rakhine, a szczególnie tamtejszej muzułmańskiej mniejszości Rohingya, w istocie pozbawionej wszelkich obywatelskich praw, nawet głośno, bo dochodzi na ich terenach do podpaleń, wysiedleń i rozlewu krwi. Natomiast o Monach ani słowa. Tymczasem, trzymając się klasycznej narracji, jest to jedna z najstarszych kultur na tych ziemiach – i to właśnie przez Monów do Birmy w początkach XI stulecia n.e. dotarł ze Sri Lanki buddyzm w wersji therawada. Te optykę powiela Michał Lubina w jedynej w języku polskim, niedawno wydanej historii tego kraju. Ja ją także podtrzymuję.

Nie ma Monów w birmańskim Mein Kampf

W bodaj najlepszej zachodniej pracy na temat tej nacji i jej kultury, francuskiego badacza Emmanuela Guillon, który spędził całe lata na badaniu Monów, pisze się wprost o nich jako o „jednej z najstarszych i najbogatszych cywilizacji w Azji Południowo-Wschodniej”. To odrębny język, pokrewny khmerskiemu, o bogatych wpływach tradycji lankijskiej i języka pali, dziś kanonicznego niczym u nas łacina. To także ogromna kultura materialna, czego symbolem fakt, iż najświętszy obiekt birmańskiego buddyzmu, arcyciekawa i arcyważna pagoda Szwedagon w Rangunie jest, jak utrzymuje tradycja, także monowskiej proweniencji. Dowodem na to umieszczone na podeście w rogu tego kompleksu najstarsze zabytki wygrawerowane w XVI stuleciu na kamieniu w języku pali, po birmańsku i właśnie w języku Monów.

W 2005 roku, gdy junta birmańska miała się dobrze i niepodzielnie władała krajem, wykładający na Uniwersytecie na Hawajach i mocno związany z Singapurem Birmańczyk Michael A. Aung-Thwin, już wcześniej znany z mocno nacjonalistycznej tonacji swych wywodów, w tym osobistych wypadów wobec dysydentki Aung San Suu Kyi, ale też ceniony za wcześniejszą pracę o początkach cywilizacji Pagan (Bagan), wydał kolejną pracę książkową, z którą literatura światowa i eksperci od Birmy nie wiedzą co począć.

W tym obszernym, ponad 400-stronicowym tomie, zatytułowanym „Mroki Rāmaňňa” (The Mists of Rāmaňňa), autor – powołując się na bogatą literaturę w języku birmańskim, jak też na znaleziska archeologiczne i odczyty napisów na nich – usiłuje nie tylko podważyć ustaloną dotąd tezę o starszeństwie mitycznej Rāmaňňi (przekształconej potem w Talaing i wreszcie w Mon) oraz całej kultury Monów względem birmańskiej. W istocie próbuje nawet w ogóle wykreślić tę pierwszą z historycznych annałów.

Atakując ten „Monowski Paradygmat”, jak go nazywa, Aung-Thwin podważa wiele ustalonych tez i prawd, w tym tę podstawową, o przybyciu buddyzmu do Birmy właśnie przez Monów. Według przyjętego kanonu „święte księgi” miał sprowadzić do Pagan, dokonując najazdu na Monów (a przy okazji porywając tamtejszego króla Manuhę), twórca pierwszego birmańskiego imperium, król Anawrahta (Anirudha). Zdaniem Aung-Thwina, buddyzm wcale jednak nie dotarł do Birmy przez Monów, tylko przez najstarszą z odkrytych kultur proto-birmańskich, w miejscowości Pyu. Tym samym jest rodzimy, a nie zapożyczony od innego narodu na terenie obecnej Mjanmy (Sri Lanka to już co innego).

Aung-Thwin usiłuje podważyć w historiografii birmańskiej jedną ustaloną tezę po drugiej, w tym nawet tę o totalnym wyniszczeniu (Holokauście, jak chcą niektórzy) Monów i spustoszeniu ich ostatniej ówczesnej stolicy Pegu (Bago) w 1757 roku przez twórcę trzeciego i ostatniego (przed ostatnim, wojskowym) imperium birmańskiego, króla Alaungpayę. Może dlatego nikt poważny, ani w świecie akademickim, ani nawet w publicystyce do jego obrazoburczych tez wnikliwie się nie odniósł. Krytycznie zareagował jedynie autor popularnej i pożytecznej, choć naukowo mniej dociekliwej, „Historii Birmy” Michael W. Charney. Podtrzymał on, jak inni autorzy, Monowski Paradygmat, a Aung-Thwinowi zarzucił „wątpliwej jakości metodologię” (tzn. dobór tylko tych argumentów, które służą jego głównym, wyjściowym tezom).

Sprawy w ogóle by nie było, a jeśli już, to pozostałaby ona przedmiotem akademickich dywagacji, gdyby M. Aung-Thwin, wspólnie z synem Maitrii Aung-Thwinem, też wyznawcą birmańskiego nacjonalizmu, nie opublikowali w 2012 roku kolejnego tomu pt. „Historia Mjanmy od czasów antycznych. Tradycje i transformacje” (A History of Myanmar Since Ancient Times…”). Tym razem mamy do czynienia nie z trudną w czytaniu i wymagającą sporego przygotowania pozycją akademicką, lecz z tomem popularnym, zapełniającym wyraźną lukę badawczą, który jeszcze – na dodatek – trafił na swoistą „modę na Birmę”, jaka zapanowała w świecie (zachodnim) po „odwilży” z 2011 roku. W efekcie tom ten można dostać na wszystkich większych lotniskach regionu oraz większych tamtejszych księgarniach.

Tymczasem dopiero przy tej lekturze włosy stają dęba, tyle tu tez „rewizjonistycznych”, a przy tym jawnie, wręcz szowinistycznie pro-birmańskich. Na przykład porwanie przez Birmańczyków „świętego” wizerunku Buddy z Arakan, zwanego Mahamuni, dziś umiejscowionego w Mandalaj (podczas gdy w oryginalnym miejscu znajduje się dziś tylko marna, mała kopia), obecnie uznawanego przez Birmańczyków, podobnie jak pogoda Szwedagon, za „najświętszy” wizerunek buddyzmu birmańskiego, dwaj Birmańczycy na emigracji interpretują jako „powrót świętego wizerunku Buddy do stolicy” (s.179). Innymi słowy, nie było żadnego najazdu, napadu i porwania. Po prostu wzięto jak swoje to, co jednak swoje nie było!

Oczywiście, w stosunku do Monów w pełni podtrzymane są tezy obalające Monowski Paradygmat. W specyficzny zresztą sposób, głównie powołując się na wcześniejszy tom o „Mrokach Rāmaňňi”, czyli własne wcześniejsze tezy lub ustalenia. Oczywiście, o rzezi Monów przez Alaungpayę i celowym, totalnym zniszczeniu Pegu nie pisze się tu wcale, a jeśli ten i podobne nieprzychylne Birmańczykom epizody się wspomina, to jedynie ogólnikami. Tymczasem spalenie Pegu było okrucieństwem jak najbardziej celowym, bowiem to Monowie wcześniej, jako jedyni poza Birmańczkami, rządzili całym imperium. Było się więc na kim mścić. Trzeba było zniszczyć prawdziwego pretendenta do tronu. Ponadto M. Aung-Thwin utrzymuje jeszcze, że teza o sprowadzeniu buddyzmu do Birmy została wymyślona przez monowskiego króla, wyjątkowo dobrze wykształconego jak na swoje czasy, Dhammazedi, którą to wersję nakazał on powielać buddyjskiej hierarchii Sangha, a potem przejęli ją i utrwalili Brytyjczycy. Tej interpretacji akurat całkowicie zignorować nie można.

Jednakże nagromadzenie fałszerstw i jawnie naciąganych w „Historii Mjanmy” tez, wszystkich podporządkowanych nacjonalistycznemu, pro-birmańskiemu wywodowi, jest tak duże, że pracę tę można wręcz nazwać „birmańskim Mein Kampf”, czyli porównać do tego niesławnego dzieła, ze względu na jadowite treści. Tymczasem my, masowi odbiorcy, właśnie tę książkę czytamy – i bierzemy zawarte w niej, podejrzane lub wątpliwe treści za dobrą monetę.

Co na to Monowie? Niewiele dziś mogą, bo ich inteligencja, podobnie jak cała w kraju, została wytrzebiona w latach dyktatury (1962-2011). Dopiero ostatnio, w końcu 2013 roku, podjęto nieśmiałą próbę oddania im sprawiedliwości. Raczkujący na nowo po latach dewastacji przemysł wydawniczy, wydał w Rangunie niewielką „Krótką historię Monów”. Napisał ją zmarły w 2010 r. dr Nai Pan Hla, jeden z najbardziej wykształconych Monów swego pokolenia, profesor archeologii, który za swe cenne badania pod koniec ubiegłego wieku przez dekadę był profesorem wizytującym na uniwersytetach Tokyo i Meio w Japonii, zanim powrócił do kraju, gdzie zmarł.

Dowodzi on w tej niewielkiej, ale jakże cennej pracy, że najstarsze zabytki w języku Mon, które skrupulatnie tłumaczy, pochodzą już z IX stulecia n.e., a zabytki materialne tej cywilizacji wywodzącej się z Chin i potem khmersko-monowskiej cywilizacji Funan, są jeszcze starsze. Tym samym obala punkt po punkcie tezy Michaela Aung-Thwina, nawet się do niego nie odnosząc. Tyle że jego niewielka i niestety słabo zredagowana praca nie jest i nie będzie masowo czytana, w przeciwieństwie do powszechnie dostępnego tomu dwóch birmańskich emigrantów.

Nie ma Monów w birmańskiej rzeczywistości

Kraina Mon, na południu Mjanmy, z dzisiejszą, mocno zaniedbaną stolicą Mawlamyine (Moulmein), leży na pograniczu ziem Karenów; tych, którzy zaordynowali władzom birmańskim najdłuższą wojnę partyzancką na globie. W efekcie, do niedawna dostęp tam był utrudniony, bo stale aktywna była tamtejsza etniczna partyzantka W lutym br. postanowiłem wykorzystać okazję zakończenia walk i usunąć poznawczą lukę. Spędziłem u Monów w podróży niemal dwa tygodnie. Okazuje się, że patrząc z tamtejszej perspektywy zaskoczenia są jeszcze większe, niż przy lekturze rewizjonistycznych prac.

Monowie, jak Birmańczycy, mieli wiele stolic, to taka tutejsza tradycja. Przed Mawlamyine, które do tej rangi podnieśli Brytyjczycy, było to Pegu, niestety kompletnie zniszczone przez Alaungpayę (i birmański nacjonalizm), a tamtejszy pałac królewski zaczęto podnosić z ruin dopiero niedawno – z dość opłakanymi skutkami, bowiem niby stare obiekty pachną świeżością. Wcześniejsze, historyczne stolice natomiast to Thaton i Mottama (Martaban).

Ta druga, niby nasycona zabytkami (czytaj: pagodami na tutejszych wzgórzach) jest dzisiaj dość okrutnym nawet jak na warunki birmańskie zagłębiem biedy i ma niewiele do zaoferowania – zapewne dla wszystkich poza archeologami. Thaton natomiast to miasto, które ponoć było legendarną siedzibą Suvarnabhumi, czyli Złotej Ziemi (tej samej, do której nawiązuje nowe lotnisko w Bangkoku, bowiem wokół stolicy Tajów też zamieszkują Monowie). Miasto to było i pozostaje nadal ważne, także pod względem kulturowym. Tutejsza pagoda Shwesayan, górująca nad parterową zabudową miasta, oraz otaczający ją zespół świątynny bodaj równy rozmiarami sławniejszej Szwedagon, kryje w sobie zarówno wiele tajemnic, jak też skarbów.

Trzeba dużo wiedzieć i mocno się dopominać, by dotrzeć tam, gdzie trzeba. Bowiem u wejścia ani na terenie obiektu ani słowa wyjaśnienia, czy opisu, nawet po birmańsku. Tylko dopytując – i to z naciskiem – można wreszcie trafić do małej komórki na samym skraju kompleksu świątynnego. Za drewnianymi drzwiczkami zamkniętymi na kłódkę, kryją się archeologiczne skarby kultury Monów, złożone pod ścianą i zarastające pajęczyną. Nikt ich nie opisał, a większość jest w opłakanym stanie. Gdy tu, do tej komórki, będącej bodaj najcenniejszym muzeum w całym obiekcie na koniec się trafi, przesłanie jest więcej niż jasne: władze skazały kulturę monowską na zapomnienie, pod płot.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

W sposób jeszcze bardziej drastyczny można tę tezę udowodnić na terenie ponoć najstarszej stolicy Monów na tych terenach (bo były jeszcze ich mocne ośrodki na terenie dzisiejszej Tajlandii). To dzisiejsza wioska Zathoke.

Niełatwo do niej trafić, bo przewodniki milczą, a żadnych wskazówek i znaków nie ma. Trzeba mocno wypytywać lokalnych mieszkańców, by wskazali kierunek i miejsce. Upór i wysiłek opłaci się. Widoki, które tu się spotyka, też mówią same za siebie. Stare płaskorzeźby ulokowane w ziemnym nasypie pokrytym zielskiem, oczywiście pozostawione same sobie, bez żadnej opieki. Oczywiście, nikt nie wie, jak stare, bo opisu brak. Obok stoją sklecone z bambusowych tyczek domostwa wieśniaków, postawione bezpośrednio na starych obiektach i ruinach. A przy wjeździe do tej miejscowości otwarte wykopalisko laterytu, czyli tego kamienia, z którego zbudowano najcenniejsze obiekty słynnego khmerskiego Angkor Wat. To czerpiąc stąd te stare kamienie, niektórzy lokalni mieszkańcy pobudowali nieliczne murowane budynki. A jakże, jest też tutaj stojąca na centralnym miejscu buddyjska świątynia, ale specyficzna. Wygląda na nową, ale ją też pobudowano z płyt starego laterytu, a na dodatek pomalowano grubą warstwą olejnej farby, by bardziej błyszczała w słońcu.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

O żadnym archeologu nikt tu nie słyszał, żaden turysta tu (jeszcze?) nie dociera, to świat pozostawiony sam sobie, a to, co kryje tutejsza ziemia, zdaje się nikogo nie interesować, a już na pewno tamtejszych władz. Tutaj dopiero staje się w pełni jasne, że Monowie zostali skazani na zapomnienie, a ich kultura na wymarcie.

Kto przywróci Monom sprawiedliwość?

Mjanma zapowiada zmiany. Jak jednak wierzyć jej władzom, gdy Aung San Suu Kyi nie pozwalają – znowu – kandydować w wyborach, a Monów czy Rohingya skazują na zapomnienie, wymarcie, wytarcie z dziejów i kultury? Czy władze Mjanmy, państwa ponoć w fazie odwilży, co pod wieloma względami (głównie gospodarczymi) jest prawdą, zdecydują się wreszcie na odważne podjęcie trudnej i nabrzmiałej kwestii etnicznej (kłania się inny, niedawny tom Michała Lubiny)? Czy nadal będą grały na nacjonalistycznej nucie, której przejawów w całym kraju aż nadmiar?

Jedno jest pewne: bez uporządkowania problemów etnicznych i oddania należytego szacunku Monom i innym mniejszościom, kraj ten normalny nie będzie. Znaczące, że na terenach krain Karen i Mon można dziś na domostwach spotkać portrety Aung Sann Suu Kyi, samej lub wraz z ojcem, czyli ojcem państwowości birmańskiej, gen. Aug Sanem. Dowodzi to, że tamtejsi ludzie, mniejszości etniczne, spodziewają się zmian jedynie po przywódczyni opozycji, a nie po władzach w Naypyidaw, będących przecież niczym innym, jak prostym przedłużeniem poprzedniej junty.

Kto odda sprawiedliwość Monom, dziś narodowi niewielkiemu, liczącemu około 8 milionów? Czy znajdzie się taki ktoś, kto przeciwstawi się ich skazaniu na niebyt oraz kulturowe i historyczne zapomnienie? Odpowiedzi brak. A dramat się rozgrywa.

Autor był ambasadorem nierezydującym w Mjanmie. Często tam wyjeżdża. Opublikował tom „Złota Ziemia roni łzy. Esej birmański”.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
B. Góralczyk: Monowie – skazani na zapomnienie Reviewed by on 18 czerwca 2014 .

Birma, zwana dzisiaj Mjanmą, to etniczny tygiel i językowa wieża Babel: 135 narodowości i mniejszości oraz ponad 200 języków i narzeczy. Jednakże tylko dwie nacje, poza dominującymi Birmańczykami (Bamar), mogą z pełną odpowiedzialnością twierdzić, że legitymują się rodzimymi kulturami. Oczywiście, chodzi o kultury materialne, bo o literackich, przy tradycyjnym zapisie na bambusowych liściach, raczej trudno

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź