Tajlandia

Zwolennicy Shinawatry walczą z rojalistami o przyszłość buddyjskiej monarchii

Thaksin Od czasu wojskowego zamachu stanu przeprowadzonego we wrześniu 2006 roku Tajlandia pogrążona jest w politycznym kryzysie. Społeczeństwo jest rozdarte między zwolenników i przeciwników byłego premiera Thaksina Shinawatry. Podział między stronami konfliktu jest tak wielki, a emocje i wzajemne pretensje tak silne, iż tylko niepoprawni optymiści widzą szansę na szybkie porozumienie.

Kim jest ten, który tak spolaryzował społeczeństwo Tajlandii? Thaksin Shinawatra jest często nazywany „tajskim Berlusconim”. Były policjant, dorobił się na pierwszej w kraju sieci telefonii komórkowej. Z czasem jego imperium rozrosło się do niebotycznych rozmiarów, obejmując swym zasięgiem różne dziedziny rynku medialnego, a sam Thaksin stał się jednym z najbogatszych Tajów.

Podobnie jak włoski premier, znudziwszy się pomnażaniem majątku, Thaksin postanowił zająć się polityką. I chociaż był już obecny na scenie politycznej od połowy lat 90-tych, na sukces musiał czekać do 2001 roku. Wówczas to jego partia Thai Rak Thai (Taj kocha Taja) wygrała wybory, a on sam stanął na czele rządu.

Krytycy nazywają Thaksina populistą o autorytarnych zapędach. Z kolei dla zwolenników jest pierwszym politykiem, który zadbał nie tylko o przychylność wielkomiejskich elit Bangkoku, ale pochylił się nad losem zwykłych ludzi. Stąd tak wielka popularność Thaksina na północy i północnym wschodzie, ubogim, rolniczym zapleczu kraju. Ludzie pamiętają przede wszystkim, że w czasie kadencji na fotelu premiera w latach 2001-2006 Thaksin przeprowadził wiele prospołecznych reform mających na celu poprawę warunków życia uboższej części społeczeństwa. Najczęściej przywołuje się reformę służby zdrowia, dzięki której poszerzył się dostęp do państwowej opieki zdrowotnej, a także wyrównywanie szans młodzieży poprzez różnorodne stypendia naukowe.

Jednak zyskując sympatię ubogich, Thaksin naraził się na nieprzychylność kręgów rojalistycznych, zagarniając niejako dla siebie tytuł „opiekuna biednych”, który tradycyjnie przysługuje królowi Ramie IX Bhumibolowi Adulyadejowi. W ten sposób premier znalazł się wręcz na granicy oskarżeń o obrazę majestatu, co w Tajlandii jest jedną z najbardziej surowo karanych zbrodni (dość przypomnieć sprawę Szwajcara Olivera Jufera skazanego w 2007 r. na 10 lat więzienia za pomalowanie sprayem kilku portretów monarchy).

Swoim stylem uprawiania polityki Thaksin Shinawatra zatrząsł posadami tradycyjnego systemu politycznego. Co prawda Tajlandia jest formalnie demokratyczną monarchią konstytucyjną, jednakże system parlamentarnej demokracji wydawał się zawsze działać jako pewnego rodzaju fasada dla rzeczywistych decydentów. Realna władza znajdowała się bowiem gdzieś na styku elit biznesu, dworu i armii, które to elity nie wahały się użyć wojska zawsze wtedy, kiedy trzeba było bronić istniejącego systemu (18 wojskowych zamachów stanu w XX w.). Król Bhumibol pełni w tym układzie elit dosyć niejasną rolę. Formalnie władza wiekowego monarchy jest bardzo ograniczona, jednak cieszy się on wielką estymą w całym społeczeństwie. Jego pośredni wpływ na kształtowanie relacji politycznych w państwie jest nie do przecenienia.

Zwolennicy Thaksina mówią, że rzucił on wyzwanie systemowi mając w zamyśle sprawiedliwość społeczną, demokrację i „dobro ludu”. Przeciwnicy zarzucają mu żerowanie na nadziejach biednych i nawoływanie do walki klasowej. Oskarżają go o antymonarchistyczne zapędy, co w kraju, w którym król Bhumibol cieszy się uwielbieniem równie wielkim jak papież Jan Paweł II w Polsce, brzmi niczym bluźnierstwo. Do tego dochodzą oskarżenia o korupcję, nepotyzm, fałszerstwa podatkowe i wyborcze.

Właśnie wielki skandal podatkowy legł u podstaw kryzysu. Aby zrozumieć trwające od kilku tygodni na ulicach Bangkoku protesty zwolenników Thaksina, należy cofnąć się aż do roku 2005.

Wówczas to na scenie politycznej pojawił się były partner w interesach premiera – Sondhi Limtongkul. Równie ambitny i majętny, Sondhi rozpoczął regularną wojnę z Thaksinem po tym jak zdominowana przez ludzi premiera publiczna telewizja zdjęła z anteny jego program otwarcie krytykujący politykę szefa rządu.

Chcąc uciszyć oskarżenia o konflikt interesów, Thaksin sprzedał swoje imperium Shin Corporation za bajońską sumę 2 mld USD! Popełnił jednak przy tej okazji chyba największy polityczny błąd w karierze. Wykorzystując luki w prawie, od całej transakcji nie zapłacił ani bahta (tajska waluta) podatku. Mając na uwadze fakt, iż wartość transakcji stanowiła niemal 1% PKB kraju, nie powinno dziwić, że na głowę premiera posypały się gromy. Posunięcie, które miało uciszyć krytyków, stało się początkiem końca Thaksina.

Sondhi Limtongkul zorganizował pozaparlamentarny ruch przeciwników premiera pod nazwą Ludowy Sojusz na rzecz Demokracji (People’s Alliance for Democracy – PAD) i w lutym 2006 r. wyprowadził ludzi na ulice Bangkoku. Członkowie PAD przywdziali żółte koszule, mające świadczyć o związku z monarchią. Przez wiosnę i lato trwały protesty i starcia PAD z siłami bezpieczeństwa. Pewny poparcia większości społeczeństwa, Thaksin zdecydował się na wcześniejsze wybory, które niestety nie przyniosły rozwiązania sporu w wyniku bojkotu ze strony opozycji. W tej sytuacji premier zapowiedział przeprowadzenie kolejnych wyborów jesienią. Jednak coraz głośniej mówiono, że armia szykuje się do wzięcia spraw w swoje ręce.

Ostatecznie we wrześniu 2006 r. przeprowadzono pierwszy od 15 lat wojskowy zamach stanu. Wokół tego „aksamitnego” puczu narosło wiele plotek i mitów, które trudno w pełni zweryfikować. Przede wszystkim niejasna jest rola monarchy w całym zdarzeniu. Na czele zamachu stanęli bowiem członkowie Tajnej Rady Królewskiej – generałowie Prem Tinsulanonda oraz Sonthi Boonyaratglin. Premierem sformowanego przez wojskowych rządu został również członek królewskiej rady, emerytowany generał Surayud Chulanont. Król Bhumibol nie wykonał żadnego gestu, który można by odczytać jako potępienie zamachu (warto dodać, iż w trakcie długiego panowania monarchy często wystarczyło, aby opuścił on stolicę w geście dezaprobaty, a puczyści nie byli w stanie utrzymać się nawet kilku dni).

Co ciekawe, niedługo przed zamachem w czasie uroczystości wręczenia dyplomów kadetom Królewskiej Akademii Wojskowej Chulachomklao, gen. Prem zwrócił się do nich mówiąc, że „tajska armia musi słuchać rozkazów króla, a nie rządu”.

Generałowie argumentowali ponadto swoje postępowanie rzekomym planem premiera Thaksina przeprowadzenia własnego wojskowego zamachu stanu. Dowodem miało być promowanie oficerów sprzyjających szefowi rządu, co spotkało się z wściekłością wojskowych związanych z dworem, zarazem otwartych krytyków Thaksina (gen. Prem porównał nawet premiera do Adolfa Hitlera).

Poparcia generałom użyczyli liderzy PAD. Z kolei sam Thaksin, którego zamach zastał na sesji ONZ w Nowym Jorku udał się na wygnanie do Londynu, zapowiadając przy tym walkę o powrót do władzy. Jednakże decyzją Trybunału Konstytucyjnego partia Thai Rak Thai została zdelegalizowana za fałszerstwa wyborcze, a wielu jej liderów (z Thaksinem włącznie) otrzymało 5-letni zakaz uczestnictwa w życiu publicznym.

Zamiast zakończyć kryzys w państwie, wojskowi przyczynili się jedynie do zaostrzenia sytuacji i jeszcze wyraźniejszego podziału społeczeństwa. Wiosną 2007 do kontrofensywy przeszli zwolennicy obalonego premiera zorganizowani w ruchu Zjednoczony Front na rzecz Demokracji przeciwko Dyktaturze (National United Front of Democracy Against Dictatorship – UDD, tzw. „czerwone koszule”) oraz nowej Partii Władzy Ludu (People’s Power Party – PPP).

Grudniowe wybory parlamentarne tego samego roku przyniosły zwycięstwo PPP i pokazały, że Thaksin nadal może liczyć na poparcie dużej części społeczeństwa. Nowy premier i lider PPP Samak Sundaravej głosił, że działa niejako z nadania Thaksina, który w lutym 2008 r. triumfalnie powrócił do kraju, teatralnie całując płytę lotniska w Bangkoku.

Kiedy wydawało się, że osiągnięto względną polityczną stabilizację państwa, rok 2008 przyniósł największą od lat falę ulicznych protestów i demonstracji. Widząc powrót do władzy ludzi Thaksina, „żółte koszule” z PAD postanowiły raz jeszcze wyrazić sprzeciw wobec wszystkiego, co kojarzono z obalonym w 2006 r. premierem.

Pod koniec sierpnia tysiące protestujących zalało ulice Bangkoku. Światowe media pokazywały żółty tłum szturmem wdzierający się do siedziby rządu. Doszło do starć między „żółtymi” i „czerwonymi” koszulami, a premier Samak wprowadził w stolicy stan wyjątkowy. W połowie września Trybunał Konstytucyjny zmusił szefa rządu do ustąpienia, uznając go winnym oskarżeń o konflikt interesów.

Jego następca na fotelu premiera Somchai Wongsawat postanowił zdusić protesty siłą. Do krwawych scen doszło pod parlamentem, gdzie w czasie expose premiera manifestanci PAD starli się z policją. Sytuacja zaogniła się w listopadzie, kiedy demonstranci zablokowali dwa największe lotniska w kraju – Suvarnabhumi i Don Muang. Rząd wezwał do działania armię, ale wojskowi odmówili pomocy.

W międzyczasie w Trybunale Konstytucyjnym ważyły się losy rządu. Po prawniczej batalii Trybunał ostatecznie zadecydował o zdelegalizowaniu PPP, ponownie przychylając się do oskarżeń parlamentarnego ramienia „czerwonych koszul” o wyborcze fałszerstwa. Wraz z decyzją Trybunału, PAD zakończyła okupację lotnisk. „Czerwoni” określili wyrok „sądowym zamachem stanu”.

W grudniu 2008 r. nowym premierem został Abhisit Vejjajiva, lider Partii Demokratycznej i zwolennik „żółtych”. Uznany powszechnie za człowieka elit i armii zyskał poparcie PAD i zdołał tymczasowo zaprowadzić kruchy spokój w kraju.

Jednak już w marcu następnego roku sytuacja ponownie stała się dramatyczna. Przebywający zagranicą Thaksin oskarżył członków Tajnej Rady Królewskiej o zorganizowanie zamachu stanu w 2006 r. oraz stwierdził, że to dzięki nim Abhisit został premierem, będąc w zasadzie bezwolną marionetką. Były szef rządu wezwał swoich zwolenników do „ludowej rewolucji” i obalenia amatayathipatai – „reżimu elit”. Na wezwanie odpowiedziały dziesiątki tysięcy „czerwonych koszul” dokonując inwazji na stolicę. Protestujący domagali się ustąpienia premiera i członków Tajnej Rady oraz rozpisania wcześniejszych wyborów. W trakcie trwających kilka tygodni demonstracji doszło do wielu starć z policją i wojskiem, a także do bulwersujących dla opinii międzynarodowej scen w Pattaya, gdzie protestujący wdarli się na obrady szczytu ASEAN.

Dziś, ponad rok od tamtych wydarzeń, Tajlandia znajduje się dokładnie w tym samym miejscu. Tysiące „czerwonych koszul” okupujących od kilku tygodni ścisłe centrum Bangkoku nie chce już negocjować z rządem. Domagają się ustąpienia premiera Abhisita i jak najszybszego rozpisania wyborów. Po wydarzeniach z 10 kwietnia wszyscy są podwójnie zmotywowani. Kiedy w Polsce opłakiwano katastrofę prezydenckiego TU-154, w stolicy Tajlandii wojsko próbowało siłą wyrzucić demonstrantów z centrum miasta. Bilans ulicznej bitwy okazał się tragiczny – śmierć poniosło 26 osób, a ponad 800 zostało rannych. Efekt „czarnej soboty” jest taki, że żołnierze odmawiają już strzelania do protestujących, wśród których znajdują się kobiety i dzieci. W stolicy panuje impas. „Czerwone koszule” wzniosły wokół centrum barykady z opon, bambusowych tyczek i wszystkiego, co znalazło się pod ręką. Rozwiązanie siłowe okazało się nieskuteczne, a negocjować nikt już nie chce.

Trawiący tajską monarchię kryzys polityczny odbija się negatywnie na jej wizerunku zagranicą. Turyści zaczynają omijać Tajlandię, cel wielu wakacyjnych podróży, co przyczynia się do osłabienia gospodarki. Słynna dzielnica „czerwonych latarni” w Bangkoku świeci pustkami jak nigdy wcześniej. I tylko patrolujący ją żołnierze mają się z czego cieszyć…

Mimo napiętej sytuacji, premier Abhisit zdecydował się na wyciągnięcie ręki do demonstrantów. 9 maja wystąpił z orędziem telewizyjnym, w którym przedstawił 5-punktową „mapę drogową”, mającą zakończyć kryzys i doprowadzić do narodowego pojednania. „Czerwone koszule” zaakceptowały propozycję aby przyśpieszone wybory odbyły się 14 listopada, ale odmówiły zakończenia demonstracji, żądając pociągnięcia do odpowiedzialności za śmierć protestujących wicepremiera Suthepa Thaugsuby, szefa Centrum Sytuacji Kryzysowej.

W dniach 14-19 maja mieszkańcy Bangkoku stali się świadkami ostatecznej rozgrywki między „czerwonymi koszulami” i siłami bezpieczeństwa. Eskalację napięcia przyniosła śmierć gen. Khattiya Sawasdipola (Seh Daeng), wojskowego stratega protestujących, zastrzelonego przez snajpera w trakcie udzielania wywiadu. Na wezwanie wojska do zakończenia protestu, demonstranci odpowiedzieli podpalając uliczne barykady. 19 maja armia przeprowadziła decydujący szturm na pozycje „czerwonych koszul”, używając transporterów opancerzonych do przełamania umocnień. Aby uniknąć dalszych ofiar, liderzy demonstrantów zaapelowali o zakończenie protestów, a sami oddali się w ręce policji. Część protestujących niezadowolona z takiego obrotu spraw stawiła opór siłom bezpieczeństwa. Doszło do demolowania okupowanego centrum miasta oraz podpalenia wielu budynków. Tragiczny bilans kilkudniowych starć to ponad 50 zabitych i setki rannych.

Jedynym realnym rozwiązaniem obecnego kryzysu są nowe wybory. Niestety nie ma absolutnie żadnej gwarancji, że przegrani pogodzą się z ich wynikiem. Oznacza to, iż z dużym prawdopodobieństwem należy oczekiwać nowych protestów i dalszego pogrążania się państwa w coraz głębszym kryzysie. Jego przezwyciężenie i doprowadzenie do narodowego pojednania będzie długotrwałym i żmudnym procesem. Ulice Bangkoku ponownie zaleją szkarłatne i złote tłumy…

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Zwolennicy Shinawatry walczą z rojalistami o przyszłość buddyjskiej monarchii Reviewed by on 28 maja 2010 .

Od czasu wojskowego zamachu stanu przeprowadzonego we wrześniu 2006 roku Tajlandia pogrążona jest w politycznym kryzysie. Społeczeństwo jest rozdarte między zwolenników i przeciwników byłego premiera Thaksina Shinawatry. Podział między stronami konfliktu jest tak wielki, a emocje i wzajemne pretensje tak silne, iż tylko niepoprawni optymiści widzą szansę na szybkie porozumienie. Kim jest ten, który tak

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź