BLOGOSFERA

„Za Chiny Ludowe”: Mur. Alternatywne ścieżki klasy średniej

bDSC01129Pekińska jesień, hebejska jesień (Pekin – nienależący administracyjne do Hebei – znajduje się w samym środku Hebei niczym dziurka w pączku z dziurką) to jesień słynna. Pekińska złota jesień, hebejska złota jesień. Od połowy października po pierwszy tydzień listopada, lud stolicy czyni przygotowania, bierze aparaty, plecaczki i wyrusza oglądać hongye – czerwone liście. Telewizja i internet na bieżąco śledzą sytuację czerwonych liści, gdzie są w danej chwili najbardziej czerwone. Lud stolicy przeważnie jeździ zatłoczonym ponad granice wytrzymałości autobusem lini 331 w Pachnące Góry – Xiang Shan, leżące w obrębie metropolii, z kolejką linową i kilkoma świątyniami (po części zostały tylko ruiny w wyniku działań wojsk angielsko-francuskich podczas wojen opiumowych). “Liście się czerwienią, tłumy przybywają podziwiać” – tak reklamują Pachące Góry swoje “Święto Złotych Liści”. Jako, że hasło to wywołuje we mnie głównie przerażenie a nie chęć przybycia, widocznie nie jestem targetem tej reklamy, więc i nie mam co porywać sie na produkt. Na podziwianie czerwonych liści wybieram więc miejsce gdzie tłum nie przyjedzie podziwiać, bo jak już tam wlezie, to tłumnie spadnie.

Na północ od Pekinu jest wiele miejsc, gdzie można wejść na Wielki Mur. Są to przeważnie malutkie odcinki Muru starannie odnowione/odbudowane, z urządzeniami w stylu magnetycznych bramek  i kolejek linowych. Koszulki, czapeczki, cuda na kiju. Turysta może przejść się 20 minut takim Murem i tylko ogarnąć wzrokiem/aparatem cześć Muru zamknięte dla publiki.

Większość Muru jest  zamknięta dla ruchu turystycznego. Obsypujące się kamienie, strażnice w ruinie. Krzaki, kwiatki, woda, słońce w milczącej zgodzie odbierające metr po metrze temu dziełu kultury to, co należne naturze, czyli górską grań. Jiankou jest właśnie takim miejscem. Uznawany za jeden z najbardziej malowniczych odcinków, oficjalnie zamknięty dla ludzi, nieoficjalnie coraz częstszy kierunek wypraw chińskich i nie tylko luyou (luyou – dosl. “przyjaciel osiołek”, od noszonych plecaków, ale i homonim 旅游 – podróż). Do wioski u stóp Muru jeździ tylko jeden autobus dziennie i to nie bezpośrednio z Pekinu, najpierw trzeba wydostać się do oddalonego o jakieś 1.5 godziny jazdy od stolicy Huairou.

Jazda w sumie, z przesiadką i błądzeniem po Huairou celem znalezienia miejsca, skąd odjeżdża autobus do wioski u stóp Muru, zajmuje ok. 4.5 godzin, choć to w sumie chyba niewiele ponad 100 km. Gdy jeżdżące do wioski raz dziennie banche wspina się sapiąc po górach, widzę, że wybrałam dobrze. Rude liście, liście czerwone, bordowe, żółte. W autobusie kilku mieszkańców wioski i, oprócz mnie, 5 kolesi z plecaczkami i w polarach. Chińscy luyou. Banche przejeżdża przez przełęcz i wtedy widzę dolinę. W dole szare dachy wioski otoczonej górami jak koroną. A korona obrębiona szarym paseczkiem – to Mur. W wiosce sporo samochodów na pekińskich rejestracjach, mam problem ze znalezieniem miejsca na nocleg (autobus dopiero jutro rano!). 4 z 5 ludzi w polarach to koledzy, byli wspólnie razem na studiach, teraz razem jeżdżą. Pomagają mi znaleźć miejsce noclegowe, w wyniku ich próśb, dostaje mi się pokój, do którego wchodzi się prosto z patio, z 6 osobowym kangiem na mnie jedną.

Tych czterech – przyjeżdżają regularnie, znają drogę. Zawsze zżymałam się na chińskie mapy, zwłaszcza terenów pozamiejskich. Że brak skali, że dróżka i strumyk wyglądają na nich tak samo, że obiekty nie są zaznaczone punktowo, tylko po prostu w białym miejscu gdzieś pomiędzy wsią A a wsią B wkleja się wielki napis “ruiny świątyni X” a ja potem jeżdżę po jakichś polach jak głupia rozganiając stada owiec w poszukiwaniu zabytku. Teraz patrzę jak czterech dage – “braci” – sprawnie korzysta ze swojej wydrukowanej z internetu mapki, która wygląda jak kilka makaroników mixian rzuconych luźno na kartkę. Tu jest wejście, tu podejście, tu się okrąża i schodzi północnym stokiem do wioski – wskazują na makaroniki na mapce. Wiem, że Mur Jiankou może być niebezpieczny, że część jest nie do przejścia, że część się zawaliła, większość osypuje. Jemy prosty obiad na patio. Idę z nimi.

bDSC01274

bDSC01076

bDSC01236

bDSC01175

Mur Jiankou jest w ruinie. Przyroda zabiera po cegiełce, po kamyku to, co wnieśli na górę w skrajnym trudzie budowniczy z czasów dynastii Ming. I na miejscu zasiewa rośliny, zagnieżdża ptaki. Korzenie drążą pomiędzy kamieniami, rozrywają zaprawę sprzed prawie 650 lat. Deszcz sączy się  przez kamienne sklepienia strażnic, spływa kamiennymi rynienkami. Gdy strażnica się wali, wprowadzają się do niej węże i jaszczurki. Rok w rok woda deszczowa zamarza jesiennymi nocami w szczelinach, rozsadza je. Ale zważywszy czas od jakiego mur stoi nienaprawiany, zanurzony w dziką górską przyrodę, to i tak cud, że w ogóle stoi. Jeden z braci wodzi palcem po zaprawie pomiędzy mingowskimi cegłami – “to zaprawa guren, starożytnych” – mówi z szacunkiem – “współczesna nigdy by tyle czasu w takich warunkach nie przetrwała”.

bDSC01171

bDSC01098

bDSC01058

bDSC01044

Na murze niespodzianka (dla mnie) – mnóstwo ludzi. Ale bardzo różniących się od typu opisanego przez mnie kiedyś we wpisie Homo viator sinensis. Cześć z nich ma wielkie plecaki, karimaty, część z nich rozłożyła je w ruinach strażnic, wyciągnęła kuchenki turystyczne, garnki, warzywa i skupiona przy ogniu gotuje. “Spędzą tutaj noc” – mówi jeden z braci. “My też spaliśmy tutaj latem, w strażnicy pod gołym niebem – ale dziś w nocy będzie zbyt zimno, nie mamy sprzętu”. Sprzęt. Tu nie ma butów na obcasie, ani nawet trampek. Wszyscy w butach górskich. Nie ma torebek na ramię. Są plecaki. Część idących ma czekany a nawet liny. Wiem, że część Jiankou jest wspinaczkowa i uznawana za nadającą się dla doświadczonych amatorów gór.

bDSC01074

To, co dookoła, nie da się opisać. Już nawet sama przyroda byłaby warta, żeby tu przyjechać. A Mur – największe ruiny świata, melancholia opuszczonych strażnic, kamiennych rynien po których od stuleci spływa deszcz, strażnice leżące w dole w formie rumowska porośniętych przez rośliny kamieni. To jest coś, co onieśmiela. Nigdzie, w żadnym wypieszczonym zabytku klasy AAAAA , nawet najcenniejszym historycznie, nie widać tak monumentalności przemijania wielkich epok. Ona tutaj chwyta za gardło.

bDSC01202

Gdy tak idziemy, zdaje sobie sprawę, że to pierwsze miesce pełne chińskich turystów, gdzie nikt nie prosi mnie o wspólne zdjęcie (w miejscach takich jak sławne góry, np. Huangshan czy Taishan mam problem z wchodzeniem, bo średnio co 2 minuty muszę wytrącić się z trudem zdobywanego rytmu, zatrzymać się i zapozować, odpowiedzieć z zadyszką po raz 42398479283 na pytanie skąd jestem i skąd tak dobrze znam chiński). Luyou są skupieni ma Murze. Owszem pozdrawiają się, pomagają sobie, rozmawiają, ale nienachalnie, widać, że każdy próbuje jakoś Mur przeżywać.

A skupienie się przydaje. Gdy dochodzimy pod miejsce zwane Orzel Wzlatujący ku Górze zaczynam rozumieć, jak to się dzieje, że co roku kilka osób żegna się na Jiankou z aktualnym wcieleniem. Ścianka jest pionowa, jest fragmentem obsypanego Muru. W szczeliny, gdzie zaprawa się wykruszyła, wpasowuje się palce, stopy szukają jakiegokolwiek punktu zaczepienia, co nie łatwe, bo stare cegły potwornie wyślizgane. Na dole grupka luyou: “prawa stopa odrobinę do góry i w prawo, powoli! powoli!” – sekundują. Gdy wreszcie udaje mi się pokonać ściankę, na górze czeka już dwóch z czterech braci w podróży – teraz droga ku Wzlatującemu Orłowi jest już wolna, za chwilę będziemy, cieszą się.

Orłów już nie ma. Są za to wielkie wrony. Siadamy na ruinach sklepienia strażnicy i patrzymy jak ptaszyska krążą poniżej nas na tle rudych gór i szarego kamiennego łańcuszka poprzerywanego bujnymi krzakami. Na łańcuszku gdzieniegdzie kolorowe punkciki – to gorteksowe kurtki, polary i plecaki luyou. Pachną liście, pachną zioła, trawy. W dole szare dachy wioski i dym z pieców unoszący się z kominów. Cisza.

Na szczycie spotykamy piątego z pasażerów autobusu. “Nie schodźcie stąd Murem, to da się zrobić tylko z linami a do tego to skrajnie niebezpieczne, bo Mur się obsypał i teraz schodzi się po rumowisku” – mówi. To facet z Dalian, około 40 letni. Bracia – o dekadę od niego młodsi, biurowo-cherlawi, patrzą z podziwem na gladiatorskie węzły mięśni, które zarysowują się pod  T-shirtem Daliańczyka i z miejsca akceptują go jako nowego przywódcę grupy. Konsultują chwilę wydrukowaną z internetu mapkę przypominającą plątaninę nitek makaronu i uzgadniają, że trzeba zejść z grani-Muru przejść zboczem góry, pomiędzy drzewami, a potem ponownie wspiąć się na Mur. Buty górskie szurają w czerwonych liściach, na chwilę tracimy z oczu Mur, bo idziemy lasem. Ścieżka momentami niknie w stertach liści.

bDSC01035

bDSC01090

bDSC01231

bDSC01518

Wracamy do wioski po 5 godzinach od wymarszu. Z wioski w dolinie patrzymy na drogę granią/Murem i wydaje się śmiesznie krótka, to nawet nie 20% widocznego z wioski na koronie gór Muru. Pionowy odcinek również nie wydaje się z dołu trudny.

W gospodarstwie są już inni luyou. Łączymy stoły i wnosimy je do jednego z pokoi, żeby było cieplej. Cześć osób siedzi na kangu, część przyniosła krzesła. I tutaj Daliańczyk wiedzie prym. “Starszy bracie, jak wyćwiczyłeś takie mięśnie?”, pyta się jeden z luyou nie kryjąc fascynacji i podziwu. “O, wiesz, ja do 35 roku byłem typowym gryzipiórkiem, tylko biuro-dom, biuro-dom, miałem cienkie rączki zdatne do pisania na komputerze i tyle” – zaczyna opowieść. “Potem zaledwie jednego roku odeszli oboje moi rodzice. Wtedy pomyślałem – co oni mieli z życia? Całe życie tylko się poświęcali dla innych – najpierw dla swoich rodziców, potem dla dzieci. Czy byli szczęśliwi? Nigdy nie zadałem im tego pytania, nie miałem odwagi i nie zdążyłem” – mówi. Tu nikt go nie zna, przyjechał sam, jest życzliwie i anonimowo, może mówić otwarcie. “I pomyślałem, że ja chcę trochę pożyć dla siebie, znaleźć w sobie trochę egoizmu, poszukać tego, co mnie cieszy, a nie co cieszy rodzinę czy przełożonych. I wtedy zobaczyłem, że sport daję mi ogromną satysfakcję. I zacząłem mocno ćwiczyć”. Reszta kiwa głową. “Nie chcę na starość żałować, że nic z życia nie miałem”. Dlatego też starszy brat z Dalianu, gdy tylko ma chwilę, wyrywa się z białego kołnierzyka i jedzie. Na Mur, w góry. Poprzednio spał na strażnicy. “Chciałem doświadczyć tego, co guren doświadczali będąc tam, na górze” – mówi.  ”Spałem w strażnicy, bez namiotu, pod gołym niebem, patrzyłem na gwiazdy, na jakie i guren patrzyli podczas warty, słuchałem szelestów jaki i oni słyszeli, paliłem ognisko, tak jak i oni palili nocami, to wielkie szczęście móc zrobić coś takiego”. Reszta kiwa głowami. Rozumie, skąd biorą się takie pomysł i pragnienia. Rozmowa schodzi – (no dobra, trochę za moim udziałem) na to, czy w Chinach łatwo mieć alternatywne marzenia i dążenia. Niełatwo – wszyscy są zgodni. Niełatwo powiedzieć, że nie zależy mi na nowym samochodzie, bo ten przecież jeździ, więc jest ok, nie łatwo przyznać, że marzy się nie o spaniu w 5 gwiazdkowym hotelu, ale o nocy w strażnicy Wielkiego Muru jak guren. Dage z Dalianu może sobie na taki ekscentryzm pozwolić – jest ważną figurą w firmie produkującej maszyny, firma wysłała go nawet na parę lat do Japonii. Ten wyjazd także przyczynił się to tego, że dostrzegł, jak ludzie, osiągnąwszy wysoki status materialny i społeczny, zaczynają poszukiwać tego, co ich cieszy. Patrzył ze zdumieniem, jak starsze kobiety po odchowaniu dzieci i po całym życiu służenia mężowi i rodzinie nagle żądają rozwodów, zapisują się na milion kursów, zaczynają poszukiwać hobby, realizować marzenia. “Ja nie chcę przerywać tego, co mam, chce to tylko uzupełnić, żeby potem nie żałować” – mówi dage. Reszta kiwa głowami i widać, że myśli podobnie, że to ich tutaj sprowadziło. Kang jest fałszywy (ech…), w środku nie ma pieca, na owczym filcu leży kocyk elektryczny. Betonowa podłoga, betonowe ściany, niskie okna. Dookoła stołu kilkanaście osób. Na stole 65 procentowe erguo tou i kilkanaście talerzy prostych wiejskich, północnych dań (pani domu smaży je w kuchni obok na węglowej kuchni i donosi na bieżąco).  Żarówka pod sufitem. Na północnej stronie patio główna część dwuskrzydłowego domostwa, tam mieszkają gospodarze. Przez niskie okienka widać wnętrze oświetlane mdłą lampą, portret Mao i kalendarz z pomyślnymi znakami na ścianie. Syn i mąż gospodyni siedzą na kangu i patrzą w telewizor. Za domami czarny cień gór i Muru.  Melancholia wioski dongbei, Północnego Wschodu.

Potem rozmawiamy jeszcze o wielu rzeczach, bo luyou są bardzo ciekawi świata. Skąd się biorą ekstremizmy, po co ludziom sekty jak ta jedna, wielka, budząca tutaj takie przerażenie, a nawet czemu w Polsce jest tak silny kult maryjny (rozmowa bierze się stąd, że jeden z luyou zadaje pytanie: “to wy tam macie tę religię, co czci Maryję i Jezusa?”  Trzeba przyznać, że wyjątkowo mu się udaje to sformułowanie). Jak to jest, gdy są wybory, co się w Polsce stało z postkomunistami etc.

Nocą na podrabianym kangu jest – zgodnie z przewidywaniami – potwornie zimno. Rano gdy udaje mi się wypełznąć i dojść do kuchni, biorę przygotowaną na na palenisku bułkę mantou, zagryzam kiszonymi warzywami, popijam kleikiem. Idę przez wioskę, ogrzewam ręce plastikowym kubkiem z gorącą wodą. Szybko stygnie, jest zimno. Dynie, kukurydza, papryczka – suszą się pod dachami, na parapetach. Nie mogę się powstrzymać i biegnę przez wioskę i przez pola w kierunku Muru. Zdążę jeszcze na chwilę. Wspinam się, siadam na częściowo zawalonym kawałku. Dziś jest mgła, wlewa się w ruiny, wcedza się pomiędzy kamienie.

Gdy wracam, przy dróżce widzę trzech z moich towarzyszy podróży stojących pod drzewem i patrzących ze skupieniem w górę. Drzewo szeleści i się porusza. Też zadzieram głowę. Na drzewie najstarszy z dage – zrywa shanzha, małe owoce kształtem przypominające jabłko (smakiem trochę też, tylko bardziej aromatyczne i cierpkie, zrobiłam z shanzha wczoraj marmoladę i jest ona mistrzowska!). Wracamy. Przyjeżdża sapiące zielone banche. Kilka goreteksów i polarów już czeka na kawałku ubitej ziemi pośrodku wioski. Więcej wróci po kolacji samochodami. Jutro dzień pracy, po wizycie na Murze jedni i drudzy będą mieli więcej sił i entuzjazmu żeby zasiąść za biurkami. Pomyślą, że dziś właśnie zarabiają na wysokiej jakości namiot do nocowania w ruinach mingowskiej strażnicy albo na sprzęt potrzebny do zejścia północną stroną Orła Wzbijającego się ku Górze.

bDSC01209

bDSC01478bDSC01263bDSC01115

bDSC01398

Pod pokrywką robią się bułko-placki mantou:bDSC01286bDSC01590

W przypadku zdjęcia powyższego polecam powiększenie. Zdjęcie poniższe – w tym domu już nikt nie mieszka, służy za spichlerz i komórkę:bDSC01598bDSC01425

I w przypadku zdjęcia powyżej warto powiększyć – nie żeby z bliska popatrzeć na kukurydziane szczyty, ale żeby zobaczyć obrębienie grani szczytów na dalszym planie – Mur.

Powyższy tekst ukazał się na blogu Za Chiny Ludowe  (http://zachinyludowe.net/general/mur-alternatywne-drozki-klasy-sredniej/).  Autorem jest bxy.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
„Za Chiny Ludowe”: Mur. Alternatywne ścieżki klasy średniej Reviewed by on 5 listopada 2010 .

Pekińska jesień, hebejska jesień (Pekin – nienależący administracyjne do Hebei – znajduje się w samym środku Hebei niczym dziurka w pączku z dziurką) to jesień słynna. Pekińska złota jesień, hebejska złota jesień. Od połowy października po pierwszy tydzień listopada, lud stolicy czyni przygotowania, bierze aparaty, plecaczki i wyrusza oglądać hongye – czerwone liście. Telewizja i internet

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

komentarzy 7

  • Artykuł jak dla mnie jest dobrym materiałem do analizy obecnej sytuacji w Chinach, bxy jak zwykle trzyma wysoki poziom.

  • Bardzo Wam dziękuję za miłe słowa! A zdjęcia – wystarczy tylko się tam wdrapać i robić, robić…
    Wiesław – regularnie prowadzę bloga: http://www.zachinyludowe.net – wszystkie teksty są tam własnie, kontakt do mnie też. Serdecznie zapraszam! Wiesz, ja też bym sobie zazdrosciła, gdyby moje życie tutaj składało się z większej ilosci takich momentów, a tak, to, no cóż….
    Zyggi – ja wiem, że prawdopodobieństwo jest małe, ale ponieważ nie takie zbiegi okolicznosci juz mi sie zdarzały (typu spotkanie dawno niewidzianych polskich znajomych na szanghajskiej ulicy), więc i tak się spytam: czy ta Chinka była może z zawodu dziennikarką?

    • Usiłowałem wcześbiej odpowiedziec, ale post nie przechodził. Może teraz…
      Otóż ta Chinka, jak mówiła, jest studentką. Zresztą wyglądała na 20-22 lat.

  • Ciekawy artykuł. I te zachwycające pejzaże… :-) A propos gatunku „Homo viator sinensis”, wydaje mi się, że w miarę tego jak coraz więcej Chińczyków podróżuje, coraz więcej z nich zaczyna też odstawać od powyższego „modelu”. Na dworcu kolejowym w raczej mało odwiedzanej przez turystów Bydgoszczy spotkałem Chinkę z Kantonu. Dziewczyna jak się okazało, samotnie podróżowała po Europie Środkowej i czekała na pociąg do czeskiej Pragi. Zdarzają się też samotni chińscy turyści na Zachodzie. Ich obecność będzie coraz częstsza.

  • Ja też jestem zachwycony. Gdzie mogę przeczytać Twoje poprzednie/następne teksty? Masz wielki talent. No i chyba pierwszy raz w życiu komuś czegoś zazdroszczę-pobytu TAM. Czy mogę Cię prosić o jakiś znak życia pod [email protected]? Będę bardzo zobowiązany.

  • Swietny tekst, jak zreszta wszystkie wpisy bxy, obowiazkowa literatura dla kazdego, ktorego interesuja Chiny codzienne zycie w Kraju Srodka i to, na czym koncentruje sie uwaga tutejszego spoleczenstwa. Zdjecia tez przepiekne – bxy jest wszechstronnie utalentowana!

  • Fajny tekst, pikne zdjęcia.
    pozdrawiam

Odpowiedz na „ZyggiAnuluj pisanie odpowiedzi