BLOGOSFERA

„Yalla Yalla”: Laos – brama do Indochin

sisaketWciśnięty pomiędzy indochińskie kraje, bez dostępu do morza i pięknych dzikich plaż, z bardzo słabo rozwiniętą infrastrukturą transportową, długo znajdował się poza szlakami turystycznymi. Kilka lat temu otworzył swe granice dla globtroterów i podróżników. Obecnie jedyne, co potrzeba, by odwiedzić ten wspaniały i mało znany kraj to wiza, kilkanaście dolarów w portfelu (oczywiście bez kosztów dojazdu) oraz przyklejony do twarzy uśmiech. Przyda się również zapamiętanie laotańskiego pozdrowienia: „Sabaidee”. Otwiera drogę do wielu domów i serc mieszkańców.

Podróż zaczynam w Houay Xai, malutkim miasteczku, które w przeszłości było ważnym punktem handlowym na trasie z Chin do Chiang Mai i Chiang Rai w dawnym Syjamie. Obecnie rozwija się przede wszystkim dzięki otwarciu granicy, chociaż stanowi tylko przystanek w dalszej drodze do Luang Nam Tha bądź Luang Prabang. Warto tu jednak odwiedzić świątynię Jom Kao Manila, znajdującą się na wzgórzu, z którego rozpościera się widok na Mekong.Z Houay Xai istnieją dwie drogi: spływ Mekongiem do Luang Prabang oraz przejazd wyboistą drogą na północ do Luang Nam Tha. Wybieram tę drugą opcje – brzmi dla mnie bardziej ciekawie. W hotelu poradzono mi, żebym zabrał w podróż chustkę – zastanawiałem się, po co. Po kilkunastu minutach spędzonych w czymś, co kiedyś było autobusem, już wiedziałem: wszechobecny kurz wydzierał się przez zardzewiałe drzwi i nieszczelne okna, osiadając gdzie tylko mógł. Okazało się jednak, że to nie koniec emocji. Kilkanaście kilometrów za miastem autobus odmówił posłuszeństwa po raz pierwszy. Nie zmartwiony, ruszyłem z aparatem na podbój okolicy. Pierwszy nieplanowany przystanek traktowałem jeszcze jako atrakcję, ale kolejne nie były już tak śmieszne, a ostatni – wcale.Powoli zapadał zmrok, budziły się armie komarów gotowych do akcji „turysta”, a my wciąż znajdowaliśmy się w bliżej nieznanym miejscu. Próba uzyskania informacji od kierowcy zaowocowała tylko bólem rąk – język migowo-obrazkowy jest bardzo pomocny, ale nie zawsze. W końcu po kilku godzinach oczekiwania na zbawienie, po zastosowaniu przez kierowcę metody „nic siłą – wszystko młotkiem”, nasz autobus ruszył. 180 km do Luang Nam Tha pokonaliśmy w 14 godzin.

Luang Nam Tha

Tereny prowincji Luang Nam Tha zamieszkane są przez ludzi należących do aż 39 mniejszościach etnicznych. Urządzam sobie mały trekking, by zobaczyć choć jedną z nich.

Moim celem jest znajdująca się 6 km za miastem mała wioska Ban Nam Di, zamieszkana przez ludność Lao Houay. Z aparatem i zapasem wody trafiam do osady, której mieszkańcy zajmują się przede wszystkim tworzeniem papieru z bambusa. Technologia jest prosta: mielą bambus na papkę, a następnie rozcierają ją na rozłożone bawełniane płachty i wystawiają na słońce.

Muang Sing

Kolejny etap mojej podróży to położona 60 km na północ od Luang Nam Tha wioska Muang Sing, słynna z dwóch powodów. Produkuje się tu rocznie ponad cztery tony opiumnajwięcej w całym Laosie. Co ciekawe, niemal 2/3 produkcji konsumowane jest na miejscu. Opium używa się tu jako leku, pożywienia, zapłaty za pracę, do ugoszczenia przybyszów oraz do ceremonii religijnych. Dla mnie magnesem jest jednak co innego – ludność żyjąca w pobliżu Muang Sing tworzy rzadko spotykaną mozaikę etniczną. W okolicy znajduje się kilkadziesiąt wiosek zamieszkanych przez różne nacje.

Wynajmuję rower i jadę w kierunku granicy chińskiej. Po dwóch godzinach docieram do małej wioski zamieszkanej przez ludność Yao. Przypinam rower do drzewa i udaję się na spacer po wsi. Doprowadzony prąd, telewizja i ludzie ubrani w podkoszulki Nike i buty Adidasa to nie to, czego oczekiwałem. Krążąc po wąskich i błotnistych uliczkach wsi, zauważam dym unoszący się nad zboczem jednej z otaczających ją gór. Podekscytowany ruszam szybkim krokiem, by jak najszybciej przekonać się czy to jakaś wioska, czy tylko dym z ogniska. Po przejściu kilkuset metrów dostrzegam stojące na palach drewniane chaty. „To jest to!” – myślę. Cisza, spokój, brak turystów. Taki Laos chciałem właśnie zobaczyć.
Początkowo wioska wyglądała na opuszczoną. Spacerując, ujrzałem małe jeziorko. Taplające się dzieciaki na mój widok trochę się speszyły, a ja, nie chcąc przeszkadzać w zabawie, wróciłem do wioski. Tam rozeszła się już wieść, że pojawił się jakiś „białas” – z chat zaczęli wychodzić miejscowi. Chwilę później zostałem zaproszony do jednego z domów. Z każdą godziną mojego pobytu w wiosce ludzie stawali się coraz bardziej odważni i otwarci. Najbardziej udzieliło się to dzieciom, dla których największą atrakcją był mój statyw, co odważniejsze sprawdzały zaś, czy naprawdę moja skóra jest aż tak biała. Niestety – powoli zapadał zmrok, a przede mną była jeszcze droga powrotna do Muang Sing.

Następnego dnia wyruszam wcześnie rano: chcę dotrzeć aż do Luang Prabang. Jednak z oświadczenia z podróży z Houay Xai do Luang Nam Tha wątpię, czy będzie to możliwe. Na szczęście okazuje się, że droga łącząca Muang Sing z Luang Prabang i prowadząca dalej do Wientian, jest najlepszą w kraju. Tym razem w 15 godzin pokonuje odległość 270 km i o pierwszej w nocy docieram do celu.

Luang Prabang

Luang Prabang ma bardzo bogatą historię. Pierwsza stolica powstałego w 1353 roku państwa Miliona Słoni (Lan Xang), jak nazywało się założone przez księcia Fa Nguma królestwo, pierwotnie nosiła nazwę Xieng Khong (Złote Miasto). Obecna nazwa pochodzi od świętego posążka Buddy – Pha Beng, który został podarowany miastu przez króla khmerskiego. Luang Prabang było stolicą do roku 1545, kiedy to centrum administracyjne państwa przeniesiono do Wientian. Po upadku państwa Lan Xang w Luang Prabang utworzone zostało królestwo podlegle Syjamowi (dzisiejsza Tajlandia). Wreszcie pod koniec XIX wieku Luang Prabang zostało włączone do Indochin Francuskich.

Obecnie jest to niewielkie miasteczko, w którym niezwykle śliczne stare świątynie wespół z kolonialną architekturą tworzą niesamowitą atmosferę. Dzięki wyjątkowym zabytkom, w 1995 roku miasto zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO.Zwiedzanie miasta rozpoczynam od Pałacu Królewskiego wybudowanego w 1904 roku przez Francuzów dla króla Sisavang Vonga i jego rodziny. W 1975 roku, po obaleniu monarchii i zagadkowej śmierci króla, utworzono tam muzeum. Przechowywany jest w nim wykonany ze złota, srebra i brązu 83- centymetrowy posążek Buddy – Pha Beng. Niektórzy uważają jednak, że to tylko kopia, a prawdziwy posąg znajduje się w.. Moskwie. Laotańczycy wieżą, że muzeum jest nawiedzone przez duchy wygnanej w 1975 roku rodziny królewskiej i mało który mieszkaniec miasta odważy się wejść do jego sal po zmroku. Jednak Luang Prabang to przede wszystkim miasto świątyń. Jest ich w nim aż 66, pochodzących sprzed czasów kolonizacji francuskiej. W 32 wciąż mieszkają buddyjscy mnisi. Kieruję się na północno-wschodni kraniec miasteczka, gdzie na skraju cypla, u zbiegu Mekongu i rzeki Nam Khan położona jest perła wśród śwątyń – Wat Xieng Thong.Wybudowana w 1560 roku jest jedną z najstarszych w mieście i dodatkowo jedną z niewielu, która przetrwała najazd Tajów pod koniec XIX wieku. Sim – czyli zasadnicza część świątyni – to doskonały przykład architektury stylu Luang Prabang: spadzisty, opadający niemal do samej ziemi dach, osadzony na bogato zdobionych drewnianych kolumnach. Wracam do centrum główną ulicą – Thanon Sisavangvong, mijając po drodze liczne, mniejsze świątynie, wciśnięte między urokliwe profrancuskie budynki, w których mieszczą się dziś liczne hoteliki i restauracje. Południowy skwar to dobry moment, by zatrzymać się w jednej z restauracyjek i ugasić pragnienie wyśmienitym laotańskim piwem – Lao Beer. Na liście rankingowej stworzonej przez „plecakowiczów”, znajduje się ono w czołówce najlepszych piw regionu.Siadam zatem w wygodnym fotelu i bacznie przyglądam się życiu ulicy. Mijają mnie ubrane w biało-niebieskie mundurki dzieci wracające ze szkoły i odziani w pomarańczowe szaty mnisi. Tuż przed zachodem słońca wchodzę na znajdujące się w centrum miasta wzgórze Phu Si. Na szczyt prowadzą 329 schody – upał i duchota powodują, że po dotarciu do celu odczuwa się zmęczenie. Na szczęście widoki roztaczające się ze wzgórza wynagradzają trudy wspinaczki. Luang Prabang położone jest w dolinie otoczonej górami porośniętymi gęstym lasem, przez które niespiesznie przepływa Mekong. Niestety trudno tu o chwilę spokoju. Z każdą minutą pojawiają się kolejni uzbrojeni w aparaty turyści, którzy niemal biją się o kawałek miejsca, by rozłożyć swój statyw. Koniec dnia, ale nie koniec atrakcji. Po zmroku główna ulica miasteczka jest zamykana dla ruchu i zamienia się w targ. Można na nim kupić wyroby z jedwabiu i bawełny oraz oczywiście pamiątki. Należy pamiętać o targowaniu.
Dzień kończę w jednej z licznych restauracyjek, delektując się grillowaną rybą, wyłowioną prosto z płynącego niżej Mekongu. Następnego dnia wcześnie rano wynajmuję tuktuka (indochińską taksówkę) i jadę nad Tat Kuang Si – położony 32 km na południe od miasta urokliwy wodospad.

Droga z Luang Prabang prowadzi przez malutkie wioski otoczone niewiarygodnie zielonymi polami ryżowymi.  Okolice wodospadu to idealne miejsce na odpoczynek po dniu intensywnego zwiedzania. Zahartowani mogą też popływać w licznych znajdujących się tu jeziorkach. Wracam do miasta, by tym razem wyruszyć w górę Mekongu do oddalonych o 25 km grot Pak Ou. W widocznej z rzeki jaskini Tham Ting znajdują się posągi Buddy, których pochodzenie jest nieznane. Setki stojących, siedzących i leżących posążków spogląda na płynący w dole Mekong.
W drodze powrotnej do Luang Prabang zatrzymujemy się w małej wiosce Ban Xang Hai. Kiedyś słynąca z wyrobów ceramicznych, głównie dzbanów, dziś jednak zawdzięcza sławę głównie produkcji lao-lao, czyli narodowego whisky robionego z ryżu. W porównaniu walorów smakowych laotańskich alkoholi, lao beer zdecydowanie wygrywa. Ale należy pamiętać, że goszcząc w laotańskim domu, jest wielce prawdopodobne, że zostaniemy przywitani właśnie lao-lao, – miejscowy zwyczaj nakazuje wypicie choć jednego kieliszka, by nie rozłościć duchów opiekujących sie ogniskiem domowym.W końcu opuszczam Luang Prabang na dobre. Kolejny etap mojej podróży to malutkie miasteczko Van Vieng, położone wśród krasowych gór. Składa się z nie więcej niż kilku ulic. Mimo tego, pełno tu małych hotelików, uroczych restauracyjek i agencji turystycznych gotowych spełnić każde życzenie przybysza.

Jedną z atrakcji jest spływ kajakiem lub na dętce od samochodu ciężarowego po powolnej rzece Nam Song. Wybieram kajak. Za 6 dolarów wykupuję trwającą  pół dnia wycieczkę. Razem z moim przewodnikiem jedziemy kilkanaście kilometrów za miasto, gdzie zaczynamy powolny spływ.  Pomimo, że rzeka jest płytka, a nurt niezbyt szybki, lepiej cały czas mieć na sobie kamizelkę ratunkową – nieplanowana kąpiel nie należy bowiem do rzadkości.

Wientian

Ostatnim miejscem na mojej trasie jest jedna z najmniejszych azjatyckich stolic – Wientian. Na pierwszy rzut robi mizerne wrażenie. Urok miasta odkrywa się dopiero od momentu, gdy przebywając tu dłużej, zaczynamy doceniać normalność toczącego się w nim życia. Rozpoczynam od odwiedzin w świątyni Si Saket.

To najstarsza, choć licząca niecałe 200 lat świątynia w stolicy i jedna z niewielu, które przetrwały tajską inwazję na miasto na początku XIX wieku. W niszach umieszczonych w murach otaczających budowlę, znajduje się ponad 2000 srebrnych i ceramicznych wizerunków Buddy, a na ścianach w środku głównej świątyni wymalowane są sceny z jego życia. Najważniejszym miejscem dla wszystkich Laotańczyków jest jednak Pha That Luang, czyli Wielka Święta Stupa. To symbol buddyjskiej religii i suwerenności Laosu. Widoczna z wielu punktów miasta, z oddali wygląda jak lśniący w słońcu złoty pocisk skierowany ku niebu. W XIX wieku otoczona została cienkim murem z malutkimi oknami, by chronić święte miejsce przed najeźdźcami.  Mimo to, podczas najazdu Tajów, została zniszczona. Odnowili ją dopiero na początku XX wieku Francuzi. Ciekawym miejscem jest też Patuxai, monument w centrum miasta zbudowany na wzór paryskiego Łuku Triumfalnego, z cementu kupionego od Amerykanów na budowę płyty lotniska.Tutaj kończę mój pobyt w Laosie. Ostatni wieczór, ostatnia kolacja. Wybieram się nad rzekę. Liczne restauracyjki oferują grillowane ryby i oczywiście pyszne zimne Lao beer. Siedzę spoglądając na niespiesznie płynącą  „Matkę wszystkich wód”, jak w Laosie nazywany jest Mekong. Czas wracać. Sabaidee.

Artykuł ukazał się na portalu Yalla Yalla, jego autorem jest Bartek Gosztyła.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
„Yalla Yalla”: Laos – brama do Indochin Reviewed by on 6 czerwca 2010 .

Wciśnięty pomiędzy indochińskie kraje, bez dostępu do morza i pięknych dzikich plaż, z bardzo słabo rozwiniętą infrastrukturą transportową, długo znajdował się poza szlakami turystycznymi. Kilka lat temu otworzył swe granice dla globtroterów i podróżników. Obecnie jedyne, co potrzeba, by odwiedzić ten wspaniały i mało znany kraj to wiza, kilkanaście dolarów w portfelu (oczywiście bez kosztów

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź