Wywiad z Prof. Bogdanem Góralczykiem o jego książce „Złota ziemia roni łzy. Esej birmański”

 ›  › Wywiad z Prof. Bogdanem Góralczykiem o jego książce „Złota ziemia roni łzy. Esej birmański”

Birma

Wywiad z Prof. Bogdanem Góralczykiem o jego książce „Złota ziemia roni łzy. Esej birmański”


Wywiad Michała Lubiny** z Profesorem Bogdanem Góralczykiem* o jego najnowszej książce „Złota ziemia roni łzy. Esej birmański”.Materiał ukazał się na portalu Mojeopinie.pl

Michał Lubina: Panie Profesorze, w swej najnowszej książce o Birmie „Złota ziemia roni łzy” kilkukrotnie powołuje się pan na Myint Thant U i jego dzieło „The River of Lost Footsteps”. Konkluduje on swoją pracę następującymi słowami: „Gdyby Birma była mniej izolowana, gdyby było więcej handlu, więcej zaangażowania – szczególnie więcej turystyki – wtedy być może warunki dla zmian politycznych pojawiłyby się za dekadę bądź dwie”. Tymczasem wymowa pańskiego działa jest zdecydowanie bardziej pesymistyczna. Czy uważa pan, że prognoza Myint Thant U jest nierealna?

Prof. Bogdan Góralczyk: Nie można być optymistą, jeśli choć trochę lepiej zna się Birmę. Moja „Złota ziemia roni łzy” jest książką autorską, owocem moich wielokrotnych podróży do Birmy z czasów bycia ambasadorem w Tajlandii (oraz Birmie-Myanmar), jak również i po tym okresie. Piszę autorsko, są to moje własne przemyślenia i sądy, a nie powtarzanie za innymi.

Myint Thant U jest jednym z najlepszych specjalistów zajmujących się Birmą. Pisze on z empatią, znajomością rzeczy i kraju. Jednakże jest on Birmańczykiem zokcydentalizowanym, praktycznie rzecz biorąc, całe życie spędził poza granicami Birmy. To zmienia optykę. Ja mam spojrzenie niejako od wewnątrz i patrząc na to, co się tam dzieje, nie widzę szans ani na szybką demokratyzację, ani na modernizację, ani tym bardziej na globalizację. Zresztą, akurat pod tym względem z tym wnikliwym autorem się zgadzamy.

Społeczeństwo birmańskie jest w 80% (a na niektórych obszarach nawet 100%) agrarne. Wyprawa do Birmy to nie tyle podróż w przestrzeni, ile przede wszystkim podróż w czasie. Dotarłem dalej niż dojeżdżają zwykli turyści, a tam jest naprawdę dramatycznie. Są tam obszary, gdzie biały człowiek się nie dostanie (chyba, że go partyzanci przemycą). Pamiętajmy, że Związek Birmański to od 125 do 135 narodowości. Mniejszości są przyduszane, gniecione, tłamszone. Podczas ostatnich wyborów kilka tysięcy Monów i Karenów przekroczyło granicę Tajlandii. To nie przypadek. To nie jest spokojny kraj.

birma_kapelusz

Tiziano Terzani, którego pan również cytuje w kilku miejscach w swej książce, pisał w swoich pracach, iż dzięki rządom Ne Wina (rządził jako dyktator w latach 1962-1988- przyp. M.L.) – który zamknął kraj na świat i pogrążył państwo w autarkii – Birma zachowała swój charakter narodowy, co do jakiegoś stopnia sankcjonowało jego dyktaturę. Terzani ma do Ne Wina, mimo jego dziwactw, coś w rodzaju empatii. Tymczasem u pana Ne Win jest „egomaniakiem”, bezwzględnym, nieudolnym i groteskowym dyktatorem. Skąd aż tak negatywna ocena?

Nie mam żadnej empatii do dyktatorów. Mam empatię do narodów. Znam Azję, wiem, że będą tam autokracje; takie, a nie inne sposoby sprawowania rządów. Ale żadna władza, podkreślam, żadna władza w Azji nie sprzeniewierzyła się swojemu narodowi tak, jak junta Ne Wina. Co więcej – nie poniosła za to żadnych konsekwencji. I pewnie obecna ekipa z gen. Than Shwe również nie poniesie, chociaż – jak mówi chińskie powiedzenie – „póki żyje, wciąż może popełnić błędy”.
Junta od 1962 r. przekształciła to bogate społeczeństwo w koszary. Rządzi strach, donos, podejrzliwość, brak zaufania, podpuszczanie jednych narodów na drugie. Wszystkie mniejszości są poniżane, z czego bodaj najstraszniejszym przykładem jest opisana przeze mnie sytuacja narodu Rohingya. Tatmadaw (nazwa armii birmańskiej – przyp. M.L.) prezentuje nacjonalizm i idee wielkobirmańskie. Armia zamieniła państwo w wielkie koszary, funkcjonujące według wojskowego drylu. W Republice Związku Myanmar, jak od listopada br. nazywa się ten kraj, armia równa się państwo. Po wyborach wojskowy przebrali się w cywilne stroje, ale żadnej zmiany nie ma. Armia po kolei wyeliminowała wszystkie instytucje w państwie. Nawet rola Sangha, buddyjskiej hierarchii, została podważona po Szafranowej Rewolucji w 2007 r. Generałowie mają karabin i budzą strach, ale nie mają rządu dusz. To Sangha je ma i dlatego to społeczeństwo, tak sponiewieranie, przynajmniej pozornie wygląda na szczęśliwe, gdyż jest buddyjskie.

U Terzaniego główny dylemat rozwoju polega na tym, że wybór jest dokonywany pomiędzy dżumą westernizacji, niszczącej dawne kultury Azji, a cholerą „birmańskiej drogi do socjalizmu” Ne Wina, zbudowanej na terrorze autarkii. Czy naprawdę nie sposób oddać – toutes proportions gardées – jakiejś dziejowej sprawiedliwości Ne Winowi za to że uchronił kraj od niszczącej sąsiadów materialistycznej okcydentalizacji?

Ne Win popełnił największy grzech: on połączył dżumę z cholerą! Dżumą była dyktatura wojskowa a cholerą realny socjalizm. Rozumiem nostalgię Terzaniego za dawną Azją, ale Birma jest skansenem. Najbogatszy kraj Azji stał się najbiedniejszym! Ten jeden fakt mówi wszystko! Kolejne denominacje waluty, pozbawiające z dnia na dzień ludzi oszczędności całego życia, wygonienie obcego kapitału, nieudolne rządy gospodarcze. Z dzisiejszej perspektywy nie ma nic dobrego do powiedzenia o Ne Winie. Zresztą, nawet obecna junta go nie broni.

 

Birma, foto Michał Lubina

W swojej książce przyrównuje pan juntę birmańską do jakobinów, nazistów i bolszewików i do najgorszych reżimów w dziejach świata. Czy nie jest to zbyt daleko idące? Przecież junta nie próbowała stworzyć żadnego „nowego człowieka” – nazwijmy to w cudzysłowie –„homo myanmariensis”.

Generał Than Shwe (obecny przywódca junty – przyp. M.L.) właśnie ku temu idzie. Chociażby zakładanie nowej stolicy w Naypyidaw jest tego dowodem. To proste nawiązanie do tradycji trzech poprzednich birmańskich imperiów. Dla nas jest to nieczytelne, dla nich: jasne. Polityka Than Shwe jest nowym, wielkobirmańskim szowinizmem. Wszyscy mają być podporządkowani państwu. To jest projekt ideologiczny!
Proszę zwrócić uwagę, jak oni się odnoszą do mniejszości narodowych. Przecież to jedne z dyplomatów reżimu Than Shwe określił Arakańczyków mianem „ciemnych ogrów”. To jest czystej wody szowinizm, brak szacunku dla innych. Gdyby Aung San Suu Kyi miała kiedykolwiek dojść do władzy, zakopanie tych podziałów będzie dla niej bodaj największym wyzwaniem.

Piszę pan o stereotypach władzy. O podziale na Bamar („nas”) i białych (czyli „obcych”, w tym także mniejszości narodowych); centrum i peryferie („my” i „oni”). Czy można by w takim razie mentalność rządzących Birmą oddać określeniem Gladney’a „orientalny orientalizm”?

Jestem bardzo ostrożny wobec pojęć zachodnich stosowanych na opisywanie Azji: Chin, Tajlandii, a już szczególnie Birmy. Szukałem, szukam i będę szukać odpowiedzi na najważniejsze pytania od wewnątrz, a nie z kategorii nauk zachodnich: czy to politologicznych, czy Said’owskich. Takie jest moje stanowisko. Sednem mentalności junty jest myślenie w kategoriach „kto kogo”. Dobrze widać to na przykładzie dwóch mniejszości. Pierwszym są Monowie: najstarsza cywilizacja, pierwsze państwo na tym obszarze. Przypomnę historię Anawrahty (król, twórca pierwszego imperium birmańskiego ze stolicą w Paganie, panował w latach 1059-1077 – przyp. M.L.), króla Manuha (król Monów, podbity i zaprowadzony do niewoli przez Anawrahtę – przyp. M.L.), XVIII wiecznych pacyfikacji króla Alungpayi (twórca trzeciego, ostatniego imperium birmańskiego, panował w latach 1752 – 1760, wsławił się m.in. brutalnymi masakrami Monów – przyp. M.L.). W oczach junty (ale nie Monów!), sprawa jest załatwiona. A tymczasem to właśnie Monowie uciekają po ostatnich wyborach w dniu 7 listopada br. To o czymś świadczy.
Drugą kluczową mniejszością są Arakańczycy. Oni do XVIII w. nie mieli nic wspólnego z Birmą. Jeśli już – to z Bengalem. Arakan jest ziemią podbitą, to tutaj pojawił się fenomen bezpaństwowca – ludzi, których nikt nie chce.
Jednym z kluczy do zrozumienia tych zagadnień jest brytyjski kolonializm. Brytyjczycy popełnili szereg kardynalnych błędów, o których piszę w książce, wynikających z niewiedzy i ideologicznego nastawienia. To z oporu wobec Brytyjczyków narodził się fenomen Bogyoke Aung Sana (przywódca partyzantki birmańskiej podczas II WŚ, twórca Unii Birmańskiej – przyp. M.L.), stworzenie Tatmadawu i dalsze losy kraju. Tylko Myint Thant U to rozumie. Reszta badaczy tego nie pojmuje, bo patrzy z zewnątrz i/lub jest przywiązana do swoich ideologicznych ocen.

W książce pojawia się porównanie Birmy do protektoratu Chin. Czy jest to ocena uzasadniona? Przecież towary chińskie zalewają całą Azję Południowo-Wschodnią, w Birmie nie ma aż tylu hua qiao („zamorskich Chińczyków”), zaś junta stara się dywersyfikować swoje uzależnienie polityczne od Pekinu. Dlaczego więc Birma miałaby być protektoratem Chin?

Birma jest protektoratem Chin w tym sensie, że bez politycznego parasola Pekinu junta by się nie ostała. Gdy w 2007 r. w konsekwencji stłumienia Szafranowej Rewolucji na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ stanęła kwestia rezolucji o łamaniu praw człowieka w Birmie, Chiny były przeciw (wspomożone przez Rosję) i zablokowały tę rezolucję. Birmę i Chiny łączy „strategiczne partnerstwo”, dla Naypyidaw zdecydowanie ważniejsze niż dla Pekinu, gdyż jest to dla junty jedyny gwarant polityczny jej istnienia na arenie międzynarodowej.
Chciałbym przypomnieć o opisywanych przeze mnie w książce niebywałych inwestycjach chińskich w Birmie. Współuczestniczą oni w budowie m.in. nowej autostrady Rangun – Mandalaj, a drugą, mającą połączyć Assam z Yunnanem, budują sami. Planuje się ukończenie dwóch równolegle idących nitek ropociągu i gazociągu idących z Sitowe(stolicy Rakhine-Arakanu) do Yunnanu, które skrócą Chinom o kilka tysięcy kilometrów drogę dostarczania surowców energetycznych z Afryki i Bliskiego Wschodu. Ta ostatnia decyzja została potwierdzona podczas wizyty premiera ChRL Wen Jiabao w Naypyidaw w czerwcu br.
Ponadto w żadnym innym kraju Azji Południowo – Wschodniej nie ma aż takiej dominacji chińskich towarów. Birma jest izolowana, a Chińczycy mają wszystko, czego Birmańczycy potrzebują. Każdy towar niższej jakości, nawet prawdziwy chłam idzie do Birmy. Przypomnę opisywaną przeze mnie w książce sytuację stolicy stanu Shan: Taunggyi: najpiękniej położonego i chyba najbrzydszego miasta Birmy. Otacza je masa zasieków i wojska, miasto przypomina wielkie koszary birmańskiej armii, a w środku siedzą Chińczycy. Stąd też moje słowa o protektoracie. Nie jest to oczywiście określenie opisujące stan de iure, lecz stan rzeczywisty. Z punktu widzenia rzeczywistości określenie to zdaje się trafiać blisko sedna, jeśli nie w samo sedno.

 

Birma, foto Michał Lubina

 

W książce opisuje pan politykę junty polegający na „birmanizacji” nazw (m.in. zmiana oficjalnej nazwy państwa z Birma na Myanmar, a także nazw miast, m.in. Rangun na Yangon). Przyznam szczerze, że nie bardzo rozumiem, dlaczego zmiana nazwy z Birma na Myanmar miałaby być „birmanizacją”. Przecież słowo „Birma” (ang. Burma) pochodzi od nazwy narodowości Bamar, dominującej w państwie. Pamiętam jedną z moich wędrówek po płaskowyżu Shan, gdy miejscowy przewodnik – narodowości Shan właśnie – uczulał mnie, bym nigdy nie mówił „Burma”, a zawsze „Myanmar”, gdyż wtedy jest to określenie całego kraju, a nie tylko tego należącego do Bamarów. Dlaczego więc jest to birmanizacja?

Dobrze panu powiedział. Jednakże obie te nazwy, Birma (Burma) i Myanmar, są równie uzasadnione. Burma rzeczywiście pochodzi od narodowości Bamar. Myanmar z kolei – jak pisze Myint Thant U – oznacza „silnych jeźdźców”, tak mówiło się zawsze na tę narodowość do nadejścia epoki nowożytnej. Dopiero Brytyjczycy wprowadzili określenia „Burma”, „Burmese” itp. To właśnie kolonializm jest kluczem. W odpowiedzi na walkę z dziedzictwem kolonialnym nastąpił nacjonalizm birmański, zaś wraz z nim – birmanizacja nazw. Kiedy gen. Than Shwe nakazał posługiwać się nazwami oficjalnymi, jej celem było wyrugowanie wszelkich elementów zewnętrznych. To, co obce nigdy nie było cenione w Birmie. Sąsiednie Indie, a przede wszystkim Hindusi na przykład zawsze byli „kala” (to bardzo nieprzyjemne słowo, oznacza coś brzydkiego, bardzo negatywnego). Tak więc birmanizacja nazw zaprowadzona przez juntę ma wymiar wewnętrzny.

W „Złotej ziemi” oprócz źródeł naukowych posługuje się pan beletrystycznymi, m.in. „Birmańskimi dniami” Orwella. Czy zgodziłby się pan ze stwierdzeniem, że Orwell kreśląc postać U Po Kyina (schwartz charakter powieści – przyp. M. L.) naszkicował archetyp władcy birmańskiego? Czy można przyrównać tę postać do gen. Than Shwe?

Tak, zdecydowanie tak. W ogóle „Birmańskie dni” to znakomita książka, doskonale opisująca zachowanie Brytyjczyków w czasach kolonialnych. Orwell jest wciąż bardzo aktualny w Birmie. Dobrze pokazuje to Emma Larkin w swym „Finding George Orwell in Burma”.

Jednakże autorka była krytykowana za nazbyt częste i wymuszone doszukiwanie się w obecnej Birmie analogii do „Roku 1984”…

Faktycznie, „Finding George Orwell in Burma” jest pisana nieco „pod tezę”, ale i tak jest to znakomity esej na temat Birmy.

A „Szklany Pałac” Amitava Gosha? Nie ma go w bibliografii pańskiej książki.

Gosh napisał książkę interesującą, szczególnie w pierwszej części. Zdobycie Mandalaj, banicja króla Thibawa, opis pierwszych lat kolonializmu brytyjskiego, eksploatacji drzew tekowych – są dobrze oddane i nawet faktograficznie się zgadzają. Jednakże ostatnia część jest zdecydowanie gorsza. Szczególnie zaś wprowadzenie do książki postaci Aung San Suu Kyi jest sztuczne. Jest to próba epatowania czytelnika pojęciami – symbolami, nie pasuje ona do układu całego tego interesującego dzieła, ciekawego spojrzenia na Birmę oczami Hindusa.

Myint Thant U stwierdził, iż Birma „miała image egzotycznego i wymarzonego zaścianka, łagodnego kraju buddyjskiego, zatrzymanego w czasie i po cichu wyizolowanego. To nie było miejsce na kryzys polityczny. Demonstracje prodemokratyczne w Birmie? To było niczym słuchanie o przewrocie w Shangri-La”. Czy zgodziłby się pan ze stwierdzeniem, że to orientalistyczne podejście na Zachodzie wciąż szkodzi Birmie?

Nie orientalistyczne! Żadne tam orientalistyczne! Mówiąc wprost: Zachód ma Birmę w nosie! Nie interesował się, nie interesuje się prawdopodobnie nie będzie się nią interesować. Ograniczył się do gestów werbalnych i wprowadzeniu sankcji. Wie pan, co robili Chińczycy, gdy Zachód wprowadzał sankcje wobec Birmy? Bili brawo!

 

Birma, foto Michał Lubina

À propos sankcji. W literaturze przedmiotu pojawia się sformułowanie, że stosowanie sankcji wobec Birmy, m.in. na turystykę, jest nie w porządku, gdyż sąsiednie kraje są niewiele lepsze od niej w przestrzeganiu praw człowieka. Podaje się przykład Wietnamu, gdzie władza również nie jest demokratyczna, a mimo to kraj ten nie spotkały sankcję i podróż tam nie jest obarczona żadnymi dwuznacznościami natury moralnej. Czy zgadza się pan z tymi opiniami?

Nie zgadzam się. Wietnam był przez wieki zdominowany przez Chiny i ich sposób sprawowania rządów. Reżim wietnamski nigdy nie był znienawidzony. To jest ogromna różnica, Wietnam jest na fali wznoszącej się, zaś Birma – na opadającej. W początkach listopada Transparency International ogłosiła swój raport na temat wskaźnika percepcji korupcji. Wynika z niego, iż Birma jest druga od końca! Jest to drugi, po Somalii, najbardziej skorumpowany kraj świata.
Porównywanie Birmy z jakimkolwiek krajem Azji Południowo-Wschodniej, nawet z Laosem, działa na niekorzyść rządu w Naypyidaw (ale nie zwykłych ludzi).

Pisze pan o obecnym przywódcy junty gen. Than Shwe że jest „szachistą ludzkich dusz”. Dlaczego? Na jego temat pojawia się wiele opinii mówiących, iż jest to miernota, biurokratyczny karierowicz.

Jakby był miernotą, to by 18 lat nie rządził. Than Shwe to chytry lis, wyszkolony w wojnie psychologicznej. Razem z gen. Khin Nyuntem dokonał on faktycznego zamachu stanu 18 września 1988 r. To nie kto inny, jak Than Shwe później odsunął od władzy Khin Nyunta, było nie było – szefa wojskowego wywiadu. To jest niezwykle wytrawny gracz. Przypomina on Stalina. Na zewnątrz osiąga sukcesy, lecz wewnątrz kraju jest to tyran. Swoje prawdziwe oblicze pokazał najbardziej podczas cyklonu Nargis w 2008 r. Junty i Than Shwe los ponad 2 mln pokrzywdzonych ludzi, w tym szacowanych na 135 tys. ofiar śmiertelnych, w ogóle zdawał się nie obchodzić. Nie chcieli wpuścić pomocy, a niektóre towary przeznaczone na pomoc poszkodowanym były rozkradane i sprzedawane na lokalnych targach. Than Shwe prezentuje sobą wyrachowaną, „nagą władzę”. Najgorszą w Azji po Korei Północnej. Porównanie o tyle uzasadnione, bo i na pograniczu Birmy ludzie umierają z głodu.

Dużą część książki zajmuje opis mniejszości narodowych Birmy i ich fatalnego położenia. Czy można by ich sytuację oddać słowami „żadnych marzeń Shanowie/ Karenowie/ Kachinowie/ Monowie/ Arakanie itp.”?

Nie, bynajmniej nie „żadnych marzeń”. W książce bardzo świadomie ukazuję plastyczny obraz sytuacji mniejszości, głównych ofiar kursu wielkobirmańskiego. Oni zachowali hart ducha, nie dali się złamać. Można co prawda powiedzieć, że wybierali złe narzędzia, metody (vide: baroni narkotykowi), ale spójrzmy prawdzie w oczy: są niewykształceni, nieobyci we współczesnym świecie. Trudno od nich wymagać, by byli sophisticated. Zapewne jakimś wyjściem byłby powrót do idei Panglong (koncepcja pochodząca od nazwy miasta, w którym Bogyoke Aung San porozumiał się z przywódcami mniejszości narodowymi Birmy co do kształtu Unii Birmańskiej – przyp. M.L.), do której nawiązuje Aung San Suu Kyi, ale czy uda się do niej doprowadzić – to jeden z wielu znaków zapytania związanych z postacią Noblistki.

Opisując Aung San Suu Kyi, pisze pan, że z punktu widzenia moralnego, nie można nie być za nią i jej nie popierać, ale, mówiąc obrazowo – polityka to nie moralność. Czy nie daje pan Aung San Suu Kyi żadnych szans?

Z serca to bym jej dał wszystkie. Jednakże rozsądek i wiedza sprawia, że nasuwa się mnóstwo pytań. 1) czy pozwolą jej działać politycznie? (bo NLD została przecież ostatnio rozwiązana), 2) czy pozwolą odbudować NLD? Kierownictwo jest wiekowe, a w młodym pokoleniu wystąpił „syndrom Dalajlamy”: młode pokolenie polityków zbuntowało się przeciw autorytetom, wyszło z partii uważając, że dotychczasowa polityka nie przyniosła rezultatów. Pragmatyka polityczna a moralność to dwa różne światy. 3) Czy pozwolą jej prowadzić dialog ze społeczeństwem i mniejszościami narodowymi? 4) Czy znajdzie ona poparcie w młodym pokoleniu Birmańczyków? I tak dalej, mógłbym w ten sposób pytać w nieskończoność.
Jedno jest ważne. To nie może być króciutki błysk medialny. Aung San Suu Kyi to wyzwanie dla nas wszystkich. Musimy trzymać rękę na pulsie, obserwować każdy ruch. Nie można jej zostawić samej. Nie można obserwować, jak sama zmaga się z totalitarnym walcem. Trzeba monitorować, informować, alarmować. Co prawda nie wpłyniemy na zachowanie władzy, ale nie można sprawy Aung San Suu Kyi zdjąć z agendy. Ona wciąż walczy, jeszcze nie wygrała i nie wiadomo, czy wygra. Na tym polega dramat jej i Birmy.

Birma nie wierzy łzom?

Nie wiem. Łzy są w tytule mojej książki. Są to gorzkie łzy, które wciąż płyną.

♦ ♦ ♦ ♦ ♦ ♦

Bogdan Góralczyk jest sinologiem, profesorem w Centrum Europejskim UW, byłym ambasadorem w Birmie, na Filipinach i w Tajlandii, redaktorem naczelnym prestiżowego rocznika naukowego „Azja-Pacyfik”. Ostatnio wydał książkę „Chiński Feniks. Paradoksy rosnącego mocarstwa”. Jego najnowsza książka: „Złota ziemia roni łzy. Esej birmański” ukaże się na dniach.

Michał Lubina, Absolwent rosjoznawstwa UJ, doktorant Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych UJ. Pisze doktorant o Rosyjskim Dalekim Wschodzie. W kręgu jego zainteresowań badawczych znajduje się przede wszystkim Azja Południowo-Wschodnia, w szczególności Birma i Filipiny. W Birmie zajmuje się głównie badaniem następstw dziedzictwa kolonialnego i „birmańskiej drogi do socjalizmu” na współczesny Związek Myanmar. Na Filipinach z kolei interesują go przede wszystkim kwestie geopolitycznej i cywilizacyjnej przynależności wysp, jak również religijność Filipińczyków.
Podróżnik, z plecakiem przemierzył większość krajów Azji. W Birmie stara się bywać przynajmniej raz w roku. Organizator wyjazdów trampingowych do Birmy, Filipin, Chin i Indonezji. Autor szeregu artykułów naukowych i publicystycznych, a także reportaży z podróży, jak również dwóch przewodników turystycznych: po Rosji i Litwie oraz przewodników internetowych po Bangladeszu, Laosie, Chinach i Hong Kongu. W latach 2009/2010 stypendysta Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego w Pekinie.

Zdjęcia z Birmy zamieszczone w tekście: Michał Lubina

Wywiad ukazał się na portalu Mojeopinie.pl

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Wywiad z Prof. Bogdanem Góralczykiem o jego książce „Złota ziemia roni łzy. Esej birmański” Reviewed by on 9 grudnia 2010 .

Wywiad Michała Lubiny** z Profesorem Bogdanem Góralczykiem* o jego najnowszej książce „Złota ziemia roni łzy. Esej birmański”.Materiał ukazał się na portalu Mojeopinie.pl Michał Lubina: Panie Profesorze, w swej najnowszej książce o Birmie „Złota ziemia roni łzy” kilkukrotnie powołuje się pan na Myint Thant U i jego dzieło „The River of Lost Footsteps”. Konkluduje on swoją

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Michał Lubina

Doktor nauk społecznych UJ, pracownik w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ, magister rosjoznawstwa oraz studiów dalekowschodnich UJ, absolwent Interdyscyplinarnych Studiów Doktoranckich UJ. Kilkukrotny stypendysta Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego (m.in. w latach 2009/2010 w Pekinie). Laureat grantu Narodowego Centrum Nauki na badanie współczesnych stosunków rosyjsko-chińskich. Oprócz tego w kręgu jego zainteresowań badawczych znajduje się przede wszystkim Azja Południowo-Wschodnia, w szczególności zaś Birma. Jest autorem czterech książek. Pierwszej w Polsce historii Birmy („Birma. Historia państw świata w XX i XXI w.”, Trio, Warszawa 2014) oraz monografii „Birma: centrum kontra peryferie. Kwestia etniczna we współczesnej Birmie 1948-2013″; (Kon-Tekst, Kraków 2014), pierwszego poświęconego temu zagadnieniu opracowaniu w języku polskim oraz – również pierwszej w Polsce – książki o współczesnych stosunkach rosyjsko-chińskich („Niedźwiedź wcieniu smoka. Rosja-Chiny 1991-2014″, Akademicka, Kraków 2014), która stała się naukowym bestsellerem. Niedawno wydał „Panią Birmy. Biografię polityczną Aung San Suu Kyi” (Wyd. PWN, Warszawa 2015). Ponadto jest autorem dwóch przewodników turystycznych po Litwie i Rosji (współautorstwo) oraz internetowych przewodników po Chinach, Hongkongu, Laosie i Bangladeszu. Publikował artykuły m.in. w „Rzeczpospolitej”(Plus/Minus), „Tygodniku Powszechnym”, „Wprost”, „Do Rzeczy”, „Nowej Europie Wschodniej”, „Nowej Konfederacji” i "National Geographic Traveller". Znajomość języków: angielski, rosyjski, ukraiński, chiński(komunikatywnie). Mieszka w Krakowie. Ekspert CSPA: Birma, Chiny-Rosja.

komentarzy 5

  • Wspaniały wywiad. Panie Profesorze – moja czapka z głowy, jestem pod wrażeniem Pana wiedzy i erudycji. Panie Michale – dawno nie widziałem wywiadu, w którym OBIE strony wiedzą o czym mówią. Czy CSPA nie mogłoby założyć sklepu internetowego z książkami i czasopismami? Już rezerwuję sobie pieniędzę na nową książkę Pana Profesora. Łyżeczka dziegciu – tradycyjnie korekta – Pan Michał „Pisze doktorat o rosyjskim Dalekim Wschodzie”.

  • Pan Profesor Bogdan Góralczyk to znawca tematu. Z przyjemnością czytam Jego trafne spostrzeżenia. Jasno widać, że uważnie obserwuje, wie o czym pisze i dzieli się z nami posiadaną wiedzą. A przy tym prostuje błędne stereotypy i założenia.
    Ze swej strony muszę też dołożyć trochę większą (niestety) łyżkę dziegciu na temat dotyczący Birmy. Tyle że chodzi o news opublikowany obok: „Birma: Generalowie nie cierpią Chin.” Pozwoliłem sobie uczynić to akurat tu, bo możliwość komentowania bezpośrdnio pod nim jest zablokowana. A poziom tego newsa nie pozwala mi milczeć.
    Otóż mam niedyskretne pytanie: Czy tak żenujące teksty przystoją poważnemu portalowi, który chce uchodzić za think-tank?!…

  • Dołączam się! Ten news „Birma:Generałowie nie cierpią Chin” jest tak bełkotliwy jakby został opublikowany na stronie prosto po przemieleniu przez jakiś translator. Wstyd.

    • Tak!! Dokładnie to samo sobie pomyślałem: translator. A jeśli tak było, to strach (albo raczej śmiech) gdy pomyśli się, co by było, gdyby w ten sposób newsy tłumaczyc nie z angielskiego a np. z jakiegoś języka uralo-ałtajskiego, gdzie jest zupełnie inny szyk zdania i nie ma rodzajów: „ONZ delegacja Budapeszt do Nowy Jork z przyjechal”… :D

  • Aż musiałem przeczytać ten artykuł – powiem tak, żaden redaktor wydania nie puściłby takiego tłumaczenia. Wspaniale się porównuje poziom obu tekstów; niestety CSPA lokuje się na drugim, negatywnym końcu skali.

ODPOWIEDZ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. ( wymagane )