Wywiad z polskim przedsiębiorcą Maciejem Walenciakiem na temat biznesu i życia w Tajlandii oraz perspektyw na przyszłość

 ›  ›  › Wywiad z polskim przedsiębiorcą Maciejem Walenciakiem na temat biznesu i życia w Tajlandii oraz perspektyw na przyszłość

Publicystyka,Wywiady

Wywiad z polskim przedsiębiorcą Maciejem Walenciakiem na temat biznesu i życia w Tajlandii oraz perspektyw na przyszłość

Damian Stasiak (Współpracownik Centrum Studiów Polska-Azja): Witam.

Mac Walen (Maciej Walenciak – polski przedsiębiorca i inwestor mieszkający od ponad 16 lat w Tajlandii): Witam.

DS: Proszę przedstaw się czytelnikom Polska-Azja. Jak to się stało, że tu jesteś [W Tajlandii]?

MW: Nazywam się Maciej Walenciak, ale jestem znany od ponad 20 lat jako Mac Walen i mieszkam w Tajlandii od 16,5 lat. Znalazłem się tutaj w sumie przypadkowo. Wcześniej mieszkałem w Australii i odwiedzając rodzinę wiele lat temu zatrzymałem się na stopover-a w Tajlandii. Spędziłem tutaj wakacje: najpierw 2 tygodnie na południu a potem 2 tygodnie na północy. Spodobało mi się tutaj bardzo i wymyśliłem sobie, że będę tutaj robił biznes. Przyjechałem tu w czerwcu 2001 roku na wywiad biznesowy i zostałem.

DS: Czy mógłbyś coś więcej powiedzieć o tym wywiadzie biznesowym? Teraz jak o tym opowiadasz to wyobrażam sobie, że to było pierwsze zauroczenie krajem, jednak przecież nie znałeś języka i tutejszych realiów.

MW: Zgadza się. Będąc jeszcze w Australii wymyśliłem sobie, że chcę prowadzić szkołę językową. Jednak ani nie znałem kraju z tego punktu widzenia, nie miałem żadnej lokalizacji, żadnych kontaktów poza jakąś osobą poznaną w internecie. Jak tutaj przyjechałem, to robiłem podstawowe rzeczy jak: odwiedzanie księgowych, zwiedzanie różnych miejsc pod kątem lokalizacji szkoły. Ogólnie chciałem wyrobić sobie pojęcie o otoczeniu biznesowym. W końcu znalazłem miejsce na Silom [dzielnica Bangkoku] i pomyślałem sobie, że to dobre miejsce na otworzenie szkoły. Od tego wszystkie inne rzeczy się zaczęły. Rejestracja, przygotowanie szkoły, zatrudnienie nauczycieli. O większości rzeczy nie wiedziałem jak je się robi ,więc improwizowałem i brałem je na zdrowy rozsądek. Zastanawiając się jak to powinno być zrobione. Nauczyłem się słowa mai dai, które znaczy tyle, że nie można czy się nie da. Tej frazy nauczyło mnie tajskie ministerstwo oświaty. Gdzie każdą odpowiedzią na mój pomysł zarejestrowania szkoły był kwitowany: mai dai. Jednak odwiedzając to miejsce dzień w dzień, po skompletowaniu wszystkich potrzebnych dokumentów wreszcie szkołę zarejestrowałem i na początku września 2001 roku zacząłem szkolić nauczycieli i zapraszać ludzi na darmowe zajęcia. Chciałem aby ludzie poznali to, poznali inne podejście (bezpośrednia metoda nauki która mocno różni się od tradycyjnych metod nauki języków).

DS: To co usłyszałem, o „mai dai”, to dla mnie człowieka z Polski trochę brzmi w polskim urzędzie. Odbijasz się od urzędnika do urzędnika. Nic się nie daje w Twojej sprawie zrobić, ale ja w końcu przy mojej determinacji daję radę to zrobić.

MW: Na początku też nie wiedziałem z jakimi trudnościami będę się musiał zmierzyć. Po Australii wyobrażałem sobie, że biznes powinien być bardzo uregulowany. Spełniasz wymagania, dostarczasz odpowiednie dokumenty, spełniasz wymogi i odpowiednie pozwolenia jesteś w stanie dostać. Tutaj wiele rzeczy jest uznaniowych. Do niedawna w tajskim ministerstwie oświaty pracował pewien Pan, który od samego początku mnie nie lubił. Minęło chyba z 15 lat a on dalej mnie nie lubił. Czasem spotyka się w Tajlandii osoby z nastawieniem Tajlandia tylko dla Tajów. Jednak powoli udało się wszystkie bariery pokonać i szkoła zaczęła funkcjonować.

DS: Maćku powiedz nam jak widzisz Tajlandię wtedy, kiedy tu startowałeś w 2001 roku, a jak dzisiaj w 2017 roku. Wielu naszych czytelników było w Tajlandii ale nie mają doświadczeń sprzed 16 lat. Co się tutaj w tym czasie zmieniło w tym kraju o tak bardzo różnej kulturze od naszej polskiej, o wielkich rozbieżnościach, wielkich kontrastach. Jaką masz percepcję zmian jako osoba z ponad 16 letnim doświadczeniem tutaj. Gdzie ten kraj był wtedy, gdzie jest teraz i dokąd zmierza?

MW: Przede wszystkim było taniej, ale w Polsce 16 lat temu też było taniej więc nie wiem jak się do tego odnosić, ale w porównaniu do Australii, z której wówczas przybyłem, moje pierwsze wrażenie było takie, że jest tu znacznie taniej. Zarobienie pieniędzy w środowisku, gdzie klienci mieli znacznie mniejszą siłę nabywczą było trudne. Szybko zdałem sobie sprawę, że pieniądze zarabiać tutaj będę mógł jeśli będę miał dużą ilość studentów gdyż jednostkowo studenci nie mogli dużo płacić. Wtedy również było łatwiej o nauczycieli. Nie było tak dużo wizowych obostrzeń jak teraz. Dzisiaj w Tajlandii znacznie trudniej długoterminowo tutaj zostać niż kiedyś. Obecnie popularną formą są wizy studenckie natomiast kiedyś na wizie turystycznej można było w Tajlandii siedzieć dosłownie latami. Kiedy ja zaczynałem, nawet za bardzo z miejsca nie trzeba było się ruszać, wystarczyło dać paszport do zaufanego biura podróży i wracał z pieczątką i nigdy z tym problemów nie było. W tamtym czasie było niedawno po kryzysie z 1997r., kiedy tajska ekonomia dosłownie się rozsypała. Wszędzie jeszcze wokół można było zobaczyć niedokończone budynki. Tętno finansowe jednak powoli wracało, aktywność ekonomiczna powoli rosła. Jeśli chodzi o różne formalne wymogi, pozwolenia na pracę itp. itd. to z roku na rok jest trudniej. Trzeba spełniać coraz bardziej rygorystyczne wymogi. Z pewnym sensie rozumiem ten kraj. Jest to fajne miejsce i to spowodowało, że napłynęło tutaj dużo ludzi i wielu z nich, całkiem obiektywnie, może być uważana za niezbyt pożądane tutaj jednostki. Toteż Urząd Emigracyjny oraz Urząd Pracy pozbył się dość efektywnie wielu niepożądanych mieszkańców. Jeśli chodzi o ludzi to nie zmienili się. Tajowie jak byli mili tak są mili. Inna sprawą jest, że bardzo przybyło samochodów na ulicach co akurat w moim przypadku posiadania sieci szkół w całym kraju i dojeżdżania z miejsca na miejsce jest bardzo uciążliwe. Coraz trudniej się po kraju poruszać. Taki przykład z wyspy Samui. Nakupili Tajowie dużo samochodów, natomiast portów nie przybyło, promów nie przybyło. Kiedyś na łódź czekało się 1-2 godziny, dziś czasem nawet pół dnia żeby wjechać na Samui. Ogólnie dużo więcej zmian w Tajlandii nie widać. Kraj po prostu wzbogacił się. Więcej samochodów, więcej zamożnych ludzi widać na ulicach. Pensje od tego czasu urosły o ok. 100% od tamtego czasu w ujęciu nominalnym. Piwo w pubie można było wypić za 40 THB teraz za THB. Ja mieszkając tutaj specjalnie się nie przemieszczam w sensie zamieszkania. Od czasu mojego przyjazdu mieszkam dopiero w 2 lokalizacji. Prowadząc biznes czas mija bardzo szybko.

Widzę zmiany technologiczne. Kiedyś więcej osób chciało się uczyć języka angielskiego w szkołach. Natomiast dzisiaj dzięki dostępowi do aplikacji typu Facebook, Google Translate ludzi, którzy czują potrzebę chodzenia do szkoły, żeby się języka uczyć jest mniej. Kiedyś wizyta w szkole języków obcych to był jeden z nielicznych sposobów aby spotkać obcokrajowców i np. mieć nauczyciela Native speakera. Dziś łatwo kogoś poznać przez Facebooka, utrzymywać kontakt ze znajomymi z innych krajów.

DS: Powiedz nam coś o pracy w międzynarodowym środowisku, zarówno z Tajami jak i z cudzoziemcami w Tajlandii. Jak to wygląda od strony formalnej jak i różnic międzykulturowych w komunikacji z ludźmi. Jak byś porównał to do Polski.

MW: Jeśli chodzi o obcokrajowców w Tajlandii, to ja, zatrudniając nauczycieli muszę spełnić dużo mniej formalności, gdyż nauczyciele w Tajlandii są specjalnie traktowani. Pozwolenie na pracę dla nauczycieli nie jest trudne do uzyskania. Nie trzeba spełniać wymagań typu czterech pracowników do jednego albo jakiejś bardzo wysokiej kapitalizacji.

DS: Mówimy tutaj o specyficznych dla nauczycieli obcokrajowców wymaganiach, jeśli chodzi o pracę w Tajlandii w porównaniu do innych zawodów?

MW: Zgadza się. Jeśli się zatrudnia obcokrajowca w innym zawodzie niż nauczyciel, to zdobycie pozwolenia na pracę, i potem jego przedłużania, jest trudniejsze. Często bardzo trudne. Dla nauczycieli jest to w miarę normalne, zakładając, że ci nauczyciele rzeczywiście pracują… Obecnie kary nakładane przez urząd imigracyjny są dużo wyższe w przypadku nielegalnego zatrudnienia. Przy czym nielegalna to również praca, która nie jest taka, jaka została zdeklarowana. Ogólnie można powiedzieć, że pozwolenie na pracę jest place specific i job specific. Czyli i miejsce i praca jest konkretnie zdefiniowana. Tajski Urząd emigracyjny może być problemem, chociaż to zależy od miejsca. Do tego dochodzi korupcja i nie zawsze z pewnymi osobami da się normalnie porozmawiać. Zdarzają się sytuacje, gdzie te wymogi emigracyjne, wedle naszego zrozumienia są rozsądne.

DS: A wróćmy jeszcze do zatrudniania Tajów przez Ciebie jako obcokrajowca. Jak wygląda praca z nimi?

MW: Zajmuje to nieco czasu, aby nauczyć się z Tajami pracować. Brak mi też punktu odniesienia. Nie mogę porównywać pracy z Tajami do pracy z Polakami czy Australijczykami, gdyż moje główne biznesowe doświadczenia są z Tajlandii. Jeśli chodzi ogólnie o ludzi, którzy są niesumienni, do pracy się spóźniają, kłamią czy kradną to te wszystkie rzeczy przerabiałem. Ale również miałem dużo dobrych pracowników. Część z nich pracowała ze mną wiele lat, część do dziś. Z wieloma ludźmi pracowałem 7-8 lat. Czasem 12. Z jednym pracownikiem, który pracuje w tym biurze gdzie jesteśmy, pracuje od samego początku. Oczywiście każdemu zdarza się czasem zrobienie czegoś niesumienne czy nie do końca uczciwie.

DS: A jak Ty widzisz dzisiaj swoją pracę i biznes?

Obecnie patrzę na życie i pracę nieco inaczej. Pracuję bez takiego ciśnienia jak kiedyś, nie mam już takiej presji. Chciałem dojść do poziomu bycia finansowo wolnym i do takiego poziomu doszedłem i jestem z tego bardzo zadowolony. Nie stawiam sobie celów typu „zostać najbogatszym człowiekiem na cmentarzu”. Dopóki praca nie stresuje mnie za bardzo, dopóki daje mi radość, zadowolenie, satysfakcję, dopóty będę to prowadził. Jeśli z jakiegoś powodu rynek nauczania angielskiego czy tajskiego by się załamał to po prostu podsumował bym ten okres. Zrobiłem kawał dobrej roboty z korzyścią dla wszystkich, jednych nauczyłem języków, innym dałem pracę i sam przy tym zarobiłem. Dzisiaj bardziej podoba mi się praca online. Świat i technologia bardzo się rozwija. Daje możliwości pracy jakich jeszcze do niedawna nie było.

W biznesie specjalnie nie mam na co narzekać. Niektóre rzeczy mi nie wyszły, ale inne znowu wyszły dużo lepiej od oczekiwań. Dużo się zmieniło; od 2014 roku zaczęło się dużo problemów z całym rynkiem szkoleniowym. Ekonomia zaczęła się załamywać. Wielu ludzi do dzisiaj nie wyzdrowiało finansowo. Nie mają pieniędzy na takie rzeczy jak np. nauka. To uczy, że w biznesie kiedy koniunktura jest dobra, kiedy biznes jest dobry to trzeba zakasać rękawy i dawać z siebie wszystko. Niewiele jest takich biznesów, które mają dobry model i potrafią przez całe lata dobrze działać. Może pamiętasz, jedną przecznicę od nas był taki stary pub, nazywał się Hemingway w stylu kolonialnym. Wspaniała miejscówka. Owner miał dobry biznes. Jednak cały ten kawałek ziemi został sprzedany jakiemuś dużemu deweloperowi. Był biznes i biznesu nie ma. Niewielka szansa, że właściciel znajdzie drugą taką fajną lokalizację zaraz obok stacji BTS. Właściciel tego pubu zarobił dobre pieniądze, ale być może już nigdy takiego biznesu nie będzie miał. Dlatego nie lubię jak ludzie marnują swoje okazje. Wielu ludzi mówi że była okazja, będzie następna…Często jest tak, że to jest ta jedna okazja, że Bóg dał nam jedną szansę. Więc jak idzie dobrze, jest dużo klientów, to czasem trzeba pracować 16 godzin na dzień. Często miałem tak, że w jednym tygodniu przejeżdżałem samochodem 5000 km po całej Tajlandii od północy przez centralną część na południe i jeszcze miałem jakiś lot np. do Chin, gdzie miałem oddział czy na Filipiny gdzie też miałem szkołę.

DS: Czy Tajlandia to dobre miejsce, gdzie można przyjechać na wakacje i uczyć się języków? Pytanie retoryczne.. Jak Ty to widzisz z twojego punktu widzenia osoby, która na tym zarabia.

MW: Kiedyś biznesowo bardziej się na to nastawialiśmy. Teraz jednak zaostrzone przepisy emigracyjne mocno to ograniczają. Nie możemy za bardzo mówić studentom, można przyjechać i otrzymać wizę edukacyjną. Teraz raczej mamy sporo studentów, którzy już nas znają jakiś czas i są również nie pierwszy raz w Tajlandii. Samo łączenie wakacji z nauką języków ma jednak swoje ograniczenia, np. ktoś przyjeżdża na Phuket. Słońce, plaża i .. uczyć się za bardzo w takich warunkach nie chce. Tak więc tajski klimat nie do końca sprzyja nauce. Co innego jak ktoś przyjeżdża na dłużej i chce nauczyć się tajskiego lub poprawić angielski. Jest spora grupa ludzi, którzy przyjeżdżają i chcą się uczyć, np. Chińczyków i Koreańczyków. Jednak staram się na to bardzo nie nastawiać z uwagi na to, że otoczenie biznesowe potrafi być mocno niestabilne, szybko się zmienić i można się zawieźć w swoich planach. Tak więc jest to elementem moich interesów, ale nie najważniejszym.

DS: Jak się poznaliśmy 3 lata temu, to o tym, że prowadzisz szkoły językowe dowiedziałem się w drugiej kolejności, ale w pierwszej kolejności dowiedziałem się, że jesteś skutecznym inwestorem na rynkach kapitałowych z, nazwijmy to tak, specjalizacją w tym rejonie świata. Powiedz nam jak to się zaczęło?

MW: Zacząłem w 2005 roku inwestować na giełdzie, a zainteresowała tematem mnie moja studentka, która oprócz tego, że uczyła się w mojej szkole języka angielskiego, to również była inwestorką. Zainteresowałem się tym tematem i tak od nitki do kłębka zacząłem ten rynek poznawać. Na początku było to dodatkowym zajęciem. Potem w miarę zarabiania coraz większej ilości pieniędzy i dalszego reinwestowania dzisiaj stało się to w zasadzie moim podstawowym biznesem. Przede wszystkim utrzymuję się z inwestowania.

DS: Czyli osiągnąłeś pozycję, w której procent z twojego zainwestowanego kapitału utrzymuje Twoje życie?

MW: Dzisiejszymi czasy zarabiam z inwestowania znacznie więcej niż zarabiam ze szkół. Jestem bardzo zadowolony, że ten biznes tak się rozwinął. Obecnie już nie muszę mieć takiej presji, że znowu coś się w kraju zmieni czy coś takiego. Tajlandia to kraj, który ma długie okresy stabilności, po czym nagle coś się trudnego do przewidzenia wydarza. Ja się cieszę, że ten czas dobrze wykorzystałem. Do 2014 roku szkoły językowe to był wspaniały biznes, dzisiaj po prostu dobry dochód mi daje, ale większość pieniędzy na giełdzie zarabiam. W szczytowym okresie miałem 12 placówek szkół i planowałem więcej. Dzisiaj mam 3 i jednego agenta w Chinach. Jeśli liczyć szkołę online, to w zasadzie 4. Do tego szkoła online inwestowania, którą traktuje jako osobną szkołę. Tak więc szkoła językowa dziś nie jest już filarem mojej działalności. Trochę tak jak byś otwierał nową restaurację w okolicy. Na początku jest efekt nowości. Wielu klientów chce Cię odwiedzić, rezerwują stoliki. Potem wszyscy Cię znają, po iluś latach skala biznesu spada, jednak ciągle się kręci. Nie ma nie wiadomo jakich kokosów, ale co miesiąc jakiś fajny pieniądz wpada.

DS: Wracając do giełdy… Na początku to była tajska giełda?

MW: Tak. Tajska giełda. Potem powoli zacząłem się interesować rynkami międzynarodowymi. Teraz to tak pół na pół. Połowa mojego działania jest na rynku tajskim i połowa na międzynarodowym.

DS: A powiedz skąd pomysł na inną naukę, tzn. żeby uczyć ludzi nie języków, ale tego co sam się nauczyłeś na rynkach kapitałowych. Czyli jak budować i zarządzać swoim portfelem aby go pomnażać.

MW: Było to tak, że mam znajomych w Bangkoku, którzy wiedzieli czym się zajmuję.

DS: Mówimy o naszych wspólnych znajomych?

MW: Tak. Była konferencja dotycząca przedsiębiorczości i zostałem poproszony, abym zrobił godzinny wykład nt. tajskiego rynku i powiedział dlaczego warto na tym rynku inwestować. Kilka osób się tym tematem zainteresowało. Zwrócili się do mnie, abym ich tego biznesu uczył. Rozwinęło się to całkiem fajnie, rozwinęło nawet lepiej niż myślałem. Dzisiaj mam kilkudziesięciu studentów, którzy uczą się inwestowania.

DS: To już biznes typowo online?

MW: Tak. To biznes typowo online, gdzie uczę poprzez webinary, poprzez zamkniętą grupę gdzie robię live-y, posty, ogólne dyskusje, analizy… To biznes, którego nie planowałem, a który całkiem fajnie się rozwija. W tym roku 2 razy zaproszono mnie na konferencję w Polsce. Jedna to była impreza FxCuffs, a druga to impreza Wall Street w Karpaczu. W międzyczasie też utworzyłem grupę na Facebook-u, która stała się bardzo popularna i ma obecnie kilka tysięcy członków. Mam informacje zwrotne od wielu osób, że dużo się nauczyli o sposobie myślenia inwestorów. Przede wszystkim dałem też ludziom jakąś perspektywę. Wiele osób ma wyrobiony sposób patrzenia tylko w jednym kierunku jak np. Forex czy Real Estate. Ja pokazuję, że giełda może być solidnym podejściem do inwestowania i można fajnie zarabiać. Uczę sposobu myślenia osób, które mają pieniądze. Bycia czujnym, aby nie dać się naiwnie oszukać, umieć rozpoznać coś co przedstawiają jako okazje a to zakamuflowany scam. Obecnie stabilnie staram się krąg osób zainteresowanych tematem poszerzać. Jak to będzie się rozwijać to czas pokaże.

DS: A jak wygląda środowisko do prowadzenia biznesu w Tajlandii?

MW: Wiesz, bo jak prowadzisz biznes to możesz skupić się na wykonywaniu dobrze swojej pracy. W zasadzie wszystkie biznesy, które prowadzę jak nie ma kogoś kto potrafi mocno przeszkodzić w tym biznesie, to one się rozwijają. Ale jak są rzeczy od Ciebie niezależne np. Polska jest dobrym przykładem. Ktoś ma dobry biznes, a nagle mu każą zapłacić podatek VAT za wiele lat wstecz bo jakaś tam interpretacja prawa się zmieniła. Różne takie nonsensy słyszałem. Albo podejrzewanie z zasady, że jak jesteś polskim przedsiębiorcą to pewnie coś kręcisz. Słyszę od wielu osób, że prowadzenie biznesu w Polsce potrafi być bardzo stresujące. W Tajlandii gdy urząd skarbowy wzywa Cię to jest to zwykle tak, że musisz coś wyjaśnić. Czasem może zapłacisz nawet jakąś karę za coś ale to nie jest tak, że ktoś z zasady chce Cię pognębić. Że chcą poblokować Ci konta itd. W Polsce wydaje się, że urzędnicy czerpią satysfakcję z tego, że mają nad tobą jakąś kontrolę. W Tajlandii nie ma takiego klimatu. Jeśli potrafisz rozgryźć tutejsze otoczenie, masz pomysł na coś co jest ludziom potrzebne, to możesz odnieść duży sukces. Akurat w moim interesie jest dużo spraw prawnych trochę nietypowych. Jest on zarejestrowany w ministerstwie oświaty. Ma to swoje plusy np. od szkoły nie płacę podatku dochodowego. Płacę pokrewne podatki typu od swojej pensji, pensji pracowników. Od samego zysku szkół jednak nie mam żadnego podatku. Z drugiej strony mam uciążliwości typu różne audyty czy spełnianie różnych wymogów prawnych przy pomaganiu z wizami dla studentów. Teraz od ok. 2 lat jest znowu stabilnie, ale wcześniej było takie trzęsienie ziemi, że wiele osób powyjeżdżało z kraju. Przepisy potrafią się szybko zmieniać w moim biznesie, szczególnie jeśli chodzi o wizy studenckie. Kiedyś wiele osób w Tajlandii z takimi wizami żyło sobie z jakiejś doraźnej pracy typu statysta na planie filmowym, model itp. itd. Tak z dnia na dzień byleby zapłacić rachunki i wieczorem wyjść ze znajomymi na piwo. Nie mieli jakiegoś większego motywu zawodowego. Obecnie urząd imigracyjny chce mocno ukrócić ten proceder. Sporo osób zostało aresztowanych za nielegalną pracę. Obecnie teraz przy wielu tych dorywczych pracach musisz mieć pozwolenie na pracę. To wszystko bezpośrednio wpływa na prowadzenie biznesu przeze mnie. Inna sytuacja to co dzieje się w kraju, z którego pochodzą studenci. Np. miałem sytuację, że miałem dużo Rosjan. Po nałożeniu sankcji na Rosję przez Europę i USA rubel drastycznie spadł na wartości w stosunku do bata. Co wpłynęło na ilość studentów z Rosji, po prostu siła nabywcza ich pieniędzy bardzo osłabła. Reasumując, szybko odczuwam, kiedy moi studenci mają jakieś problemy w swoim własnym kraju. Nie mogę się więc nastawiać na klientów tylko z jednego kraju. Gdybym chciał uczyć tylko Tajów, to do mojej placówki oni by mogli np. przyjść tylko wieczorem bo w ciągu dnia pracują. Np. miałem dużo klientów z Afryki i zarabiałem dużo pieniędzy dzięki temu, ale w którymś momencie Afrykańczycy stali się mniej pożądani w kraju i coraz mniej ich przyjeżdżało. Wyrobili sobie trochę złą opinię jako parających się ciemnymi interesami, sprzedażą narkotyków. Oczywiście nie wszyscy, ale kilka zepsutych jabłek zepsuło cały kosz. Innym kierunkiem napływu studentów był Iran. Potem jednak jacyś Irańczycy zdetonowali gdzieś bombę, potem sankcje nałożone na ten kraj i…

DS: Czyli można powiedzieć, że to co się dzieje w kraju Twoich studentów, to co dzieję się ekonomicznie i politycznie w ich kraju, od razu wpływa na Twój biznes?

MW: Tak zgadza się. Dlatego po tych różnych doświadczeniach w pełni rozumiem ludzi, którzy chcą mieć internetowy biznes na który polityka, sankcje itp. itd. nie mają wpływu. Natomiast często jest tak, że są klienci, jest jakiś czas, w którym jakiś biznes jest możliwy do robienia i wtedy trzeba to robić. Zresztą na tym biznes polega, czyli jest jakiś klient, który ma jakąś potrzebę a Ty jesteś w stanie temu klientowi tę potrzebę zaspokoić w zadowalający dla niego sposób i następuje wymiana ekonomiczna. Klient płaci Ci pieniądze za produkt lub serwis i obie strony są zadowolone.

DS: Mówiliśmy o internecie i to naprowadza nas powoli na temat roli technologii. Mamy XXI wiek. Ty tutaj w Bangkoku prowadzisz swoje interesy. Jak technologia wpływa na Twoją codzienną rzeczywistość?

MW: Na pewno prowadząc biznes trzeba brać pod uwagę, że technologia może na ten biznes wpłynąć. Nawet chociażby tylko planując biznes musisz o tym myśleć. Masz dobry przykład w USA, gdzie Amazon odebrał wielu klientów centrom handlowym. Trzeba być mocno świadomym tego co się dzieje. Mamy teraz nowe sposoby reklamy. Zawsze trzeba dobrze planować. Jeśli jesteś początkujący, masz niedużo pieniędzy, Twój kapitał na ryzyko jest bardzo mały, to masz większą presję że to się musi udać, bo jak się nie uda to nie masz dalej środków na prowadzenie biznesu. Po prostu masz mniejszą możliwość robienia eksperymentów. Ja np. teraz pracuje nad bardzo dużym projektem. Wszystko wskazuje, że będzie to duży sukces.

DS: To ten projekt finansowo technologiczny o którym wspomniałeś we wcześniejszej rozmowie?

MW: Tak. Buduję kryptowalutę, która jest oparta o wartość czyli waluta za którą stoją rzeczywiste aktywa a nie tylko „wartość cyfrowa”. Jej nazwa to Walen dolar. Kończymy w tej chwili pracę nad technologią. Sama podstawa technologiczna tzn. blockchain jest bardzo dobra. Takie cechy jak łatwość przechowywania, to, że nikt Ci tego nie może skonfiskować są bardzo dobre. Ale chcę, żeby to było oparte o rzeczywiste aktywa. Tak więc gdyby coś się niedobrego działo, to jest jakaś wewnętrzna wartość poniżej której to nie może spaść ponieważ to jest wartość aktywów, które za tym stoją. Staram się stworzyć na tyle dużą wartość tej waluty aby w przyszłości na giełdach kryptowalutowych była to poważnie traktowana waluta, która się może stać częścią jakiegoś solidnego finansowego systemu.

DS: To jest waluta, która jeszcze nie istnieje?

MW: Prawie istnieje. Nie istnieje w sensie, że jeszcze nie jest w obrocie.

DS: Kiedy przysłowiowy Kowalski będzie mógł kupić Walen Dolara?

MW: Myślę, że najpóźniej styczeń/luty 2018. Muszę też powiedzieć, że ten mój projekt jest prowadzony bardzo dojrzale. Ma się za sobą pewne doświadczenie i kapitał. Jestem pełen podziwu dla młodych ludzi startujących coś nowego, jednak większość biznesów upada. Startowanie bez doświadczenia jest ogólnie obarczone dużym ryzykiem porażki. Za mną stoi doświadczenie w pomnażaniu kapitału. Operuję dość dużymi kwotami. Znacznie wyższymi niż początkowa kapitalizacja tej waluty. Mam nadzieję, że z pomocą innych osób, które widzą w tym sens, jesteśmy w stanie coś dużego zbudować. Natomiast jak w każdym biznesie będziemy mieć dużo przeciwności.

Co do samych kryptowalut, to mam teraz bardzo otwarty umysł i wierzę, że wiele z nich stanie się częścią systemu finansowego. Nawet jeśli to nie są te, które są dzisiaj. Sama technologia blockchain, która za nimi stoi, jest świetnym rozwiązaniem wielu problemów. Natomiast też wiem, że co najmniej 95% tych projektów skończy w śmietniku. Jeśli czytasz white paper i masz pierwsze wrażenie, że to jest jakiś kryptowalutowy bełkot i nic z tego nie rozumiesz, to zazwyczaj jest to celowo tak napisane żebyś nic nie rozumiał. Słyszałem o kryptowalutach, gdzie white paper mają długość 36 stron. Co można w tak długim wywodzie tłumaczyć? Często to pomieszanie różnych koncepcji z jakimś technologicznym żargonem.

DS: OK a jak skomentujesz sytuację, które miała miejsce jakiś czas temu, gdzie wypowiedź przedstawiciela rządu Chin o planach dotyczących zamknięcia czy regulacji giełd kruptowalutowych spowodowało tąpnięcie kursu bitcoina o chyba kilkadziesiąt procent.

MW: Takie rzeczy będą miały miejsce. Ja sam nie wykluczam, że bym zatradował na bitcoinie, natomiast jest to spekulacja. Ja w bitcoinie jako tako wartości nie widzę. Można zrobić sobie klon bitcoina i otrzymać to samo tyle, że tutaj ktoś już więcej tego „wykopał”. A nowym tworze jeszcze nie wykopał. Obiektywnie na to patrząc nie ma w tym wartości, ilość osób które używają bitcoina do kupna i sprzedaży realnych usług i produktów jest minimalna. Większość po prostu to trzyma. Czysta spekulacja. Co innego jednak wpływ na wartość, a co innego sama idea kryptowalut i technologii blockchain. Dostajemy możliwość przesyłania środków finansowych z jednego miejsca do drugiego. Jest to coś co jest trudne do kontroli przez rządy. Można łatwo przerzucać się z jednej kryptowaluty na inną. Ogólnie zatrzymanie tej idei jest bardzo trudne.

DS: Powiedz nam na koniec jak widzisz perspektywy Tajlandii i szerzej całej Azji i starego zachodniego, europejskiego i amerykańskiego świata. Jak to wygląda z Twojego punktu widzenia?

MW: Myślę, że Azja ma dużą przewagę. Wydaje się, że ludzie tutaj są bardziej materialistyczni, chcą więcej osiągnąć, bo może mniej mają na chwilę obecną.

DS: Czyli to, że wielu jeszcze ma mniej wywołuje większy głód sukcesu?

MW: Tak, zgadza się. Inną sprawą jest duża ilość młodych ludzi, np. Filipiny, gdzie większość społeczeństwa jest bardzo młoda. Do tego Chiny, które wpływają na rozwój tutaj.

DS: Byłem niedawno na targach w Bangkoku, gdzie całe targi były Chińsko-Tajskie. A mianowicie producenci różnych maszyn z Chin, którzy oferowali swoje produkty. Była dla mnie to ciekawa obserwacja jako turysty w Tajlandii, który przeszedł się po targach. Wygląda to tak, jakby wzrost Chin ciągnął wszystko wokół.

MW: Tak. Nawet jeśli chodzi tylko o samą liczbę ludzi to jak byśmy popatrzyli na cały świat, to większość ludzi mieszka tutaj. Chiny, Indie, Indonezja ma ponad 200 milionów ludzi. Kilka miliardów ludzi mieszka tutaj w okolicy, 2 do 4 godzin samolotem z Bangkoku. I w tym promieniu tych 4 godzin z Bangkoku masz większość ludzi mieszkających na całym świecie. Wyobraź sobie, że Ci wszyscy ludzie chcą mieć jakiś lepszy motorower, dom, telefon, trochę pieniędzy w banku. Chcą wysłać dzieci do jakiejś szkoły. Ci ludzie będą pracować, żeby to osiągnąć. Też są bardziej pracowici, może dlatego, że tutaj nie ma jakichś socjali i tym podobnych rzeczy. Po prostu wiadomo, że jak się nie pójdzie do pracy i czegoś nie zrobi to się nic nie ma. Ktoś mówi, że w Tajlandii jest najniższy procent bezrobocia na świecie. To proste, nie pracujesz, to nie jesz. Nie ma tak, że rząd Ci coś da. Że jesteś młody, zdrowy i możesz sobie nic nie robić.

DS: Trochę poruszyliśmy pewną kontrowersyjną cechę, która bardzo jest widoczna na Zachodzie, a mianowicie socjalizmu.

MW: Tutaj socjalizmu za bardzo nie ma. Tu kiedyś ten socjalizm testowali. Też Chinach doszli do tego, że to nie działa. W Wietnamie doszli do tego, że to nie działa. Po prostu doszli do tego, że jeśli jakiś kraj chce mieć wpływy na świecie to musi mieć pieniądze. Gdyby Chiny dalej nie miały gospodarki, à la kapitalistycznej jak teraz i byłyby biednym krajem to Amerykanie, Japończycy i inni mogliby dalej ich upokarzać. Byli by dużym narodem z ogromną ilością ludzi i byliby zwykłymi popychadłami. A tak jak się dorobili, mają dużo pieniędzy, teraz ich stać na to by się uzbroić po zęby, kupić technologie. Już nie są popychadłem. Przypuszczam, że za naszego życia zostaną ekonomią numer jeden na świecie w sensie GDP.

DS: Niektórzy twierdzą, że już są.

MW: No tak. Zrobili ogromny postęp w porównaniu np. do Rosji, która nie zrobiła żadnego postępu. Gdyby nie ropa i gaz to Rosjanie by jedli trawę… Oni nic praktycznie nie produkują, oprócz paru zbrojeniowych rzeczy. Natomiast jeśli chodzi i inne rzeczy to jest to typowa petro ekonomia oparta o to co wygrzebią z ziemi. Natomiast Chiny to zupełnie inna inszość. Spójrz zresztą na Bangkok. Ile budynków, stacji metra wybudowano w ostatnich latach. Gdzieś się przejedziesz i wszędzie praktycznie coś się buduje. Tutaj wokół nas chociażby. I to się dzieje super szybko. Nawet to miejsce o którym mówiliśmy, że był pub też coś nowego budują. Jak jeździsz po kraju to ciągle widzisz nowe inwestycje. Jeszcze się nie zaczęły mega projekty.

DS: Co masz na myśli mówiąc mega projekty?

MW: mówię na przykład o planach budowy super szybkiej kolei, takiej w typie chińskiej. Wyobraź sobie, że wsiadasz do takiej w Bangkoku i możesz śmignąć do Chiang Mai na północy Tajlandii w 2 godziny. Na razie to się rodzi. Jeszcze nie zaczęli budować, natomiast jak wszystko będzie ustalone, wszystkie kontrakty podpisane to zapewne będą jechać z tym koksem bardzo szybko. Szczególnie jak jacyś Chińczycy czy Japończycy dostaną kontrakt, będzie oczywiście kilku Tajów pro forma tak żeby to wyglądało, chodzących w klapkach na budowie. Od tego momentu to pójdzie bardzo szybko.

DS: Ok, dzięki Mac za poświęcony czas.

MW: Nie ma problemu.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Wywiad z polskim przedsiębiorcą Maciejem Walenciakiem na temat biznesu i życia w Tajlandii oraz perspektyw na przyszłość Reviewed by on 22 stycznia 2018 .

Damian Stasiak (Współpracownik Centrum Studiów Polska-Azja): Witam. Mac Walen (Maciej Walenciak – polski przedsiębiorca i inwestor mieszkający od ponad 16 lat w Tajlandii): Witam. DS: Proszę przedstaw się czytelnikom Polska-Azja. Jak to się stało, że tu jesteś [W Tajlandii]? MW: Nazywam się Maciej Walenciak, ale jestem znany od ponad 20 lat jako Mac Walen i

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

KOMENTARZE: 1

  • Bardzo ciekawy wywiad. A odnośnie tworzonego krypto to jakiś giveaway zrobić dla Polaków, żeby rozpropagowač ją wsród Polaków. Może ona stanie się naszą „narodową” krypto. Było już kilka prób, niestety żadna nie wypaliła.

Pozostaw odpowiedź