Japonia

Wybory po japońsku

W listopadzie śledziliśmy zmiany na szczytach władzy w pierwszej i drugiej gospodarce świata. W grudniu przyjdzie czas na trzecią gospodarkę świata – Japonię (oczywiście pomijając Unię Europejską jako całość i biorąc poprawkę na Indie, które według parytetu siły nabywczej prawdopodobnie już wyprzedziły Kraj Kwitnącej Wiśni, ale nominalnie wciąż są jeszcze daleko za Japonią). O ile w przypadku Stanów Zjednoczonych i Chin ukazało się sporo materiałów na temat funkcjonowania mechanizmów wyborczych w tych krajach, o tyle na temat Japonii trudno jest zgłębić wiedzę na podstawie dostępnych tekstów napisanych w języku polskim.

W związku z tym chciałbym podzielić się osobistymi obserwacjami dotyczącymi wyborów parlamentarnych w Japonii, które miałem okazję obserwować z bliska. Przy czym zamierzam skoncentrować się przede wszystkim na wyborach do Izby Reprezentantów, które odbędą się 16 grudnia 2012 r., a o wyborach do pozostałych organów władzy napiszę przy innej okazji. Należy przy tym pamiętać, że podobnie jak w Polsce, w Kraju Kwitnącej Wiśni największa władza koncentruje się w izbie niższej parlamentu, czyli odpowiednio w Sejmie i Izbie Reprezentantów.

Kampania od zaplecza

Oficjalna kampania wyborcza w Japonii trwa bardzo krótko (w przypadku Izby Reprezentantów jest to 12 dni), co przekłada się na jej intensywność. Kampania kończy się w dniu poprzedzającym głosowanie, czyli w przypadku najbliższych wyborów potrwa od 4 do 15 grudnia. Co zatem charakteryzuje japońską kampanię wyborczą? Jej symbolem jest niewątpliwie samochód wyborczy, którym najczęściej jest osobowy van z zainstalowanym na dachu systemem głośników. Ten hałaśliwy wehikuł krążący po ulicach okręgu wyborczego może wyprowadzić człowieka z równowagi, ale na szczęście prawo ogranicza tego typu działania do ściśle określonej pory, od godz. 8 rano do godz. 8 wieczorem.

Przygotowując się do napisania niniejszego tekstu skontaktowałem się z moją japońską znajomą, która w przeszłości pracowała w samochodzie wyborczym i powiedziała mi, iż jest to bardzo dobrze płatna praca dorywcza, a stawki zależą od wykonywanej roli. Generalnie praca polega na machaniu dłonią w białej rękawiczce przez otwarte okno, albo na wykrzykiwaniu krótkich haseł zachęcających do głosowania na danego kandydata. W pierwszym przypadku można było dziennie zarobić 14000 jenów (przy obecnym kursie walutowym jest to 550 złotych), w drugim natomiast 28000 jenów (1100 złotych). Co ciekawe, osoby krzyczące przez megafony mają swoje ptasie określenia. Na kobietę mówi się uguisu, czyli słowik, a na mężczyznę karasu, czyli wrona.

Kulisy japońskiej kampanii wyborczej świetnie oddaje film dokumentalny pod angielskim tytułem „Campaign!”, który można odnaleźć w sieci. Oprócz funkcjonowania sztabu od zaplecza, akcji z wykorzystaniem samochodów wyborczych i typowych dla Kraju Kwitnącej Wiśni happeningów, podczas których kandydat nosi charakterystyczną szarfę ze swoim nazwiskiem, film ukazuje mocno zhierarchizowany świat japońskiej polityki. Pod tym względem Japonia i Polska (a nawet Europa) to zupełnie dwa różne światy polityczne.

Archaiczne ograniczenia

Czy można obecnie wyobrazić kampanię bez social media? Tak, i to w jednym z najbardziej zaawansowanych technologicznie krajów świata. Podczas zbliżających się 12 dni oficjalnej kampanii wyborczej kandydaci nie będą mogli prowadzić aktywnych działań w internecie. A wszystko za sprawą archaicznego prawa, które nie zostało w tym zakresie zreformowane. Oznacza to, że kandydaci nie będą mogli w czasie kampanii aktualizować swoich stron internetowych, wysyłać maili do wyborców oraz prowadzić kampanii za pośrednictwem Facebooka, czy Twittera. W Polsce można to porównać do ciszy wyborczej, kiedy również tego typu działania są zabronione, ale takie ograniczenia w czasie oficjalnej kampanii wydają się być w dzisiejszym świecie nieuzasadnione.

W ostatnich miesiącach sprawę internetu głośno podniósł burmistrz Osaki Tōru Hashimoto, który sam jest zapalonym użytkownikiem Twittera. Natomiast wcześniej próbę zmian próbował podjąć były premier Yukio Hatoyama, ale nie zdążył, bo podał się do dymisji. Później była katastrofa w Fukushimie i nikt nie zaprzątał głowy tym problemem. Ale nie tylko internet jest ułomnością japońskiego prawa wyborczego. W Kraju Kwitnącej Wiśni podczas kampanii nie można np. prowadzić akcji typu „door-to-door”, będących dla porównania esencją systemu brytyjskiego. Niemniej jednak zdarzają się przypadki, że kandydaci łamią obowiązujące zakazy i tym samym narażają się na surowe kary.

Głosowanie, czyli podobieństwa i różnice między Japonią a Polską

16 grudnia br. Japończycy wybiorą 480 deputowanych do izby niższej parlamentu, czyli o 20 mniej niż w Polsce. Wybory do japońskiej Izby Reprezentantów odbywają się według ordynacji mieszanej, gdzie 300 posłów wybieranych jest w okręgach jednomandatowych, a pozostałych 180 w 11 okręgach wielomandatowych. W pierwszym przypadku kandydat z największą liczbą głosów zdobywa mandat, w drugim przypadku podział mandatów, podobnie jak w wyborach do polskiego Sejmu, odbywa się na zasadzie proporcjonalności przy zastosowaniu metody d’Hondta. Jednakże istnieje zasadnicza różnica między Polską a Japonią w ostatecznym przydziale mandatów w systemie proporcjonalnym. W Polsce o miejscu w Sejmie decyduje liczba oddanych głosów na konkretnego kandydata, natomiast w Japonii liczy się pozycja danego kandydata na liście wyborczej (przypomina to trochę „listę krajową”, która w przeszłości była elementem polskiej ordynacji, z tą różnicą, że w Japonii zamiast jednej listy krajowej jest jedenaście list regionalnych). Japoński wyborca oddaje zatem dwa głosy, jeden na konkretnego kandydata, drugi na partię polityczną.

Ponadto ordynacja mieszana do Izby Reprezentantów zezwala na tzw. „podwójną kandydaturę”, czyli kandydat może jednocześnie wystartować w okręgu jednomandatowym i okręgu wielomandatowym, dzięki czemu zwiększa swoje szanse na uzyskanie mandatu. Jeśli taki kandydat zwycięży w okręgu jednomandatowym, automatycznie wykreślany jest z listy regionalnej, w wyniku czego o jedną pozycję w górę przesuwa się kolejny kandydat na liście. W przypadku, gdy przegra wybory w okręgu jednomandatowym, ale wejdzie do Izby Reprezentantów z listy regionalnej, musi liczyć się z tym, że może być traktowany jako deputowany gorszej kategorii.

Powodem do chwały jest jedynie bezpośrednie zwycięstwo w walce z innymi kandydatami, ale nie zawsze. Film „Campaign!” pokazuje, że kandydat bywa czasem tylko cieniem całej machiny partyjnej, gdzie przeciętny wyborca podczas głosowania często kieruje się jedynie nazwą partii, a nie osobistymi poglądami danego kandydata. Znamy to zresztą z Polski. Innymi słowy, nie ma systemów idealnych, są tylko lepsze i gorsze, wokół których zawsze będzie się toczyć zacięta dyskusja. Kogo wybiorą Japończycy? Prawdopodobnie do władzy powróci Partia Liberalno-Demokratyczna (ugrupowanie o poglądach konserwatywno-liberalnych), ale nie będzie zdolna do utworzenia rządu bez koalicjanta. Zatem najciekawsze będzie nie to kto wygra wybory, ale kto wejdzie w skład koalicji, o czym przekonamy się już wkrótce.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Wybory po japońsku Reviewed by on 23 listopada 2012 .

W listopadzie śledziliśmy zmiany na szczytach władzy w pierwszej i drugiej gospodarce świata. W grudniu przyjdzie czas na trzecią gospodarkę świata – Japonię (oczywiście pomijając Unię Europejską jako całość i biorąc poprawkę na Indie, które według parytetu siły nabywczej prawdopodobnie już wyprzedziły Kraj Kwitnącej Wiśni, ale nominalnie wciąż są jeszcze daleko za Japonią). O ile

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Ekonomista, konsultant polityczny, autor wielu szkoleń dotyczących rynku japońskiego oraz japońskiej kultury biznesu. Rodzinnie związany z Japonią, szczególnie z prefekturą Fukushima, skąd pochodzi jego małżonka. Wielokrotnie był cytowany lub komentował wydarzenia dotyczące Japonii oraz polsko-japońskiej współpracy gospodarczej, w takich mediach jak: Japan Today, TVN24 Biznes i Świat (poprzednio TVN CNBC), Polsat News, TVP, Polskie Radio, Radio PiN, Radio TOK FM. Ekspert CSPA: Japonia.

komentarzy 6

  • Hashimoto właśnie zapowiedział, że nie ma zamiaru przestać tweetować podczas kampanii wyborczej, tak a propos :) Ciekawe, jak sprawa się potoczy

    • Zakładam, że nie przestanie tweetować, przynajmniej ja bym tak zrobił na jego miejscu :-)

    • Powiedział, że będzie Tweetować ale jednocześnie zapewnił, że wpisy nie będą zachęcały do głosowania na niego. Wydaje mi się, że przez to chce podciągnąć swoją aktywność internetową pod zwykłą „działalność polityczną”, która podczas wyborów nie jest ograniczona. Zobaczymy jak zinterpretuje to japońskie prawo:)

  • „W Polsce można to porównać do ciszy wyborczej, kiedy również tego typu działania są zabronione, ale takie ograniczenia w czasie oficjalnej kampanii wydają się być w dzisiejszym świecie nieuzasadnione.”
    W wielu krajach europejskich funkcjonuje cisza wyborcza, która zaczyna się ok.48 godzin przed dniem wyborów, ale np. w Hiszpanii czy we Włoszech już na kilkanaście dni przed ciszą wyborczą w dużym stopniu ograniczana jest możliwość prowadzenia kampanii w mediach. Korea Płd. również wprowadza swoje surowe zasady w czasie kampanii, nawet osoby prywatne nie mogą nakłaniać innych do oddania głosu na danego kandydata. Proszę więc pamiętać, że ten „dzisiejszy świat”, o którym Pan pisze, to nie tylko Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i ich kampanie, które trwają cały rok (ba!, nawet całą kadencję), wykorzystują nowoczesne metody marketingu politycznego (głównie poprzez media) i angażują całe społeczeństwo. Moim zdaniem, Japoński styl prowadzenia kampanii jest tu zbyt demonizowany, a to, że ograniczenia „wydają się być w dzisiejszym świecie nieuzasadnione” brzmi odrobinę imperialistycznie – kto powiedział, że ma być tak jak w „reszcie świata”?

    „Niemniej jednak zdarzają się przypadki, że kandydaci łamią obowiązujące zakazy i tym samym narażają się na surowe kary”. Zgadza się, ale proszę zauważyć, że te kary w większości przypadków nie są w ogóle egzekwowane. Przykład: http://newsonjapan.com/html/newsdesk/article/99891.php
    I owszem, pan Hashimoto zapewnił, że nie będzie używał Internetu aby prosić o głosy, ale właśnie tu jest sedno sprawy: w Japonii istnieje bardzo cienka granica między „kampanią wyborczą” a zwykłą „działalnością polityczną”. Ponieważ zwykła działalność polityczna nie jest ograniczana prawem wyborczym, o ile dane działanie podczas kampanii jest podciągnięte pod kategorię „działalności politycznej” – co jest wykonalne – konsekwencji można uniknąć.

    „Oprócz funkcjonowania sztabu od zaplecza, akcji z wykorzystaniem samochodów wyborczych i typowych dla Kraju Kwitnącej Wiśni happeningów, podczas których kandydat nosi charakterystyczną szarfę ze swoim nazwiskiem, film ukazuje mocno zhierarchizowany świat japońskiej polityki. Pod tym względem Japonia i Polska (a nawet Europa) to zupełnie dwa różne światy polityczne.” Zastanawiam się co dokładnie miał Pan na myśli, bo jeżeli to, że w Japonii kampanią zajmują się sztaby/grupy wsparcia, a polityk jest tylko produktem, to nie do końca zgodzę się z tym, że w Polsce jest inaczej…Chętnie podyskutuję na ten temat :)

    • Z wielką przyjemnością również podejmę dyskusję :-) Nie demonizuję japońskiego stylu prowadzenia kampanii wyborczej, ale uważam, że momentami prawo wyborcze, albo jego interpretacja nie pasują do współczesnego świata internetu. Moim zadaniem tego typu ograniczenia mogą być nawet szkodliwe, ponieważ wyborcy mają przez to ograniczony dostęp do informacji. Myślę, że wielu Japończyków zgodziłoby się ze mną w tym punkcie. Generalnie jestem przeciwnikiem ciszy wyborczej, ponieważ jest to okres, w którym największe możliwości i najłatwiejszy dostęp do środków masowego przekazu ma partia rządząca. W wyniku czego opozycja jest zawsze w gorszej sytuacji. Poza tym nie rozumiem dlaczego zdanie „wydają się być w dzisiejszym świecie nieuzasadnione” brzmi odrobinę imperialistycznie? Jestem wręcz przekonany, że ograniczenia dotyczące internetu w Japonii pewnego dnia zostaną dopasowane do zmieniającej się rzeczywistości. Stanie się to chociażby za sprawą wymiany pokoleniowej..

      Z drugim akapitem się zgadzam, więc chyba nie mam czego komentować :-)

      Co do ostatniego akapitu muszę coś wyjaśnić, bo rzeczywiście użyłem w tekście chyba zbyt dużego skrótu myślowego. W filmie dokumentalnym, o którym wspominam, była scena kiedy na platformie wyborczej pojawił się premier Koizumi. Kandydat, którego dotyczyła ta kampania, nie mógł stać na tym samym poziomie co stojący znacznie wyżej w hierarchii polityk. Proszę sobie wyobrazić, że np. premier Tusk przyjeżdża wesprzeć konkretnego kandydata, a kandydat nie może stać obok przemawiającego premiera. Taka sytuacja jest u nas nie do pomyślenia i to właśnie miałem na myśli pisząc o zupełnie dwóch różnych światach politycznych. Przyznaję, że powinienem to rozwinąć w tekście.

      • Paulina

        Zgadzam się, scena z Koizumim była dość ciekawa i pokazuje hierarchizację :) I też się zgadzam, że ograniczenia zapewne zostaną złagodzone czy to z powodu wymiany pokoleniowej, czy z powodu nacisków ze strony państw zachodnich – UE co jakiś czas przypomina Japonii, że ograniczenia podczas kampanii są brakiem poszanowania wolności słowa i utrudnieniem dla przepływu informacji. Chociaż z drugiej strony, swobodna kampania np. w Stanach Zjednoczonych jest krytykowana za zbyt wiele niekontrolowanych kanałów przekazu, co wg niektórych źródeł również zagraża demokracji. Sama jestem ciekawa co z tego wszystkiego wyniknie.

Pozostaw odpowiedź