BLOGOSFERA

Wiesław Pilch przedstawia: Zmieniające się relacje USA-Chiny

Jestem świeżo po przeczytaniu starego tekstu http://the-diplomat.com/2010/07/28/how-china-gambit-backfired/. Przeczytałem go przed chwilą, ale tekst pochodzi z lipca zeszłego roku. I można by rzec, że cóż to ciekawego można znaleźć w starych tekstach. A jednak. Tym bardziej, że osią rozważań są relacje – diametralnie zmieniające się relacje – w stosunkach Waszyngton- Pekin. I znowu: co w tym ciekawego, stara piosenka w nowej interpretacji? No, nie zupełnie. To nie jest byle jaki tekst, z byle jakiego medium, pisany przez byle kogo. I dlatego, wart jest dogłębnej analizy, tym bardziej, że wnioski wysnuwane przez autora są realizowane- jak widać- przez dyplomację amerykańską (lub raczej autor opisuje strategie postępowania Białego Domu w polityce zagranicznej wobec Chin).

Tekst jest interesujący w kilku warstwach:

1. Pokazuje, że USA w swojej polityce zagranicznej nie zamierza zmieniać swojego standardu postępowania który został zapoczątkowany przez Nich z końcem II W.Ś. Chodzi oczywiście o „kierowniczą rolę” w światowym porządku. A więc będziemy mieli- tak sobie wykoncypowali myśliciele z „białej chatki”- świat wielobiegunowy w którym „wschodzące mocarstwa „ jak Brazylia i Chiny zapewnią stabilność gospodarczą, nie rozprzestrzenianie energii nuklearnej, przeciwdziałanie terroryzmowi, pandemii i …głupocie ludzkiej. W każdym razie USA posunęły by się na tej ławeczce dla pierwszoligowców, zdjęłyby z siebie część obowiązków (uff, jak ciężko) i przekazały zadania w/w zachowując „przewodnictwo w porządku międzynarodowym”. Żeby ta cała koncepcja wypadła bardziej wiarygodnie poczyniono pewne ruchy jak np. „ w 2009 roku prezydent USA nie spotkał się z Dalaj Lamą i zaakceptował ściśle wyreżyserowaną wizytę w Chinach, natomiast jego administracja początkowo uchyliła się od sprzedaży defensywnej broni Tajwanowi i badała możliwość korekt w stosunkach z Indiami”. A więc z jednej strony mowa o tym że dla Chin- jako drugiego supermocarstwa- robi się wyjątek i traktuje się Go inaczej, a z drugiej strony- żeby się Chińczykom w głowach nie poprzewracało- kolejnymi supermocarstwami mianuje się Indie i Brazylię. A gdzież -z całym szacunkiem- Indiom i Brazylii do Chin? No ale w myśl starorzymskiej zasady- devide et mipera czyli skłócić i rządzić. Ponadto zanalizujmy to ostatnie zdanie w cudzysłowiu: -„prezydent nie spotkał się z Dalej Lamą”, przecież za wyjątkiem Polski nikt się z tym świetnym dyplomatą nie spotyka, bo świat jest pragmatyczny i woli robić interesy z Chinami niż nabawić się kłopotu po spotkaniu z owym Panem. Kolejna rzecz:-„wyreżyserowana wizyta w Chinach”. A przepraszam za niedyskretne pytanie: która to wizyta na najwyższym szczeblu nie jest wyreżyserowana i to w najdrobniejszych szczegółach? Kolejne słowa:-„ administracja początkowo uchyliła się od sprzedaży defensywnej broni Tajwanowi” czyli był kij i marchewka: albo zrobicie jak chcemy i nie sprzedamy tej broni albo nie zrobicie i sprzedamy. No i „…badała możliwość korekt w stosunkach z Indiami”. Czyli to samo co powyżej.

A teraz popatrzmy na to z drugiej strony, oczyma Chińczyków. Idą do przodu jak burza, gospodarka kwitnie, relacje z całym światem takowóż, nikt ich od „światowych żandarmów” nie wyzywa, nie wtykają nosa w nie swoje sprawy, wszyscy chcą z nimi robić interesy- a tutaj Amerykanie, których gospodarka zwija się jak w ukropie żeby się zwinąć, wrogów narobili sobie tyle co wszy na wielbłądzie i nikt ich nie chce u siebie- ciż Amerykanie mówią łaskawym tonem- posuniemy się trochę, ale to my rozdajemy karty. Widocznie z perspektywy Waszyngtonu tak świat wygląda, ale to nie oznacza że on taki jest! Bo nie dziwię się, że z perspektywy Pekinu wygląda on inaczej. Ale w tym tekście omawiamy punkt widzenia Waszyngtonu.

  2.  A teraz popatrzmy się na Chiny i Ich stosunek do w/w/ amerykańskiej wizji zmieniającej się rzeczywistości. Otóż zamiast zaakceptować ten sposób widzenia świata- nazwany „pełnym partnerstwem”- poszerzyły One swoje roszczenia na Morzu Południowo- chińskim (które to morze jak widać na mapie i wynika z nazwy, jest wewnętrznym morzem Stanów Zjednoczonych), nie zgodziły się z Departamentem Skarbu USA w kwestii aprecjacji juana, pozwoliły sobie na krytykowanie amerykańskiego przywództwa, nie zgodziły się na dyktat ekoterrorystów w czasie negocjacji w.s. zmian klimatycznych w Kopenhadze, beszczelnie wyrzuciły firmę Google za drzwi itp. bezeceństwa. Co oczywiście musiało skutkować retorsjami ze strony USA. A więc sprzedanie Tajwanowi broni „defensywnej” w postaci samolotów myśliwskich i rakiet średniego zasięgu, pokazu siły w postaci manewrów floty amerykańskiej i południowo- koreańskiej tuż pod chińskim nosem, wzmocnieniem pozycji Indii w ich relacjach z Chinami na Oceanie Indyjskim, zainicjowaniem rozmów ze swoim byłym wrogiem Wietnamem w celu zwiększenia jego asertywności w rozmowach z Chinami itp.

3.  Czyli innymi słowy powrót do polityki kija i marchewki- jakimikolwiek słowy nie byłoby to opakowane. I zdumiewające w tym sposobie myślenia jest jedno: amerykańskie zadufanie w sobie. Amerykanie nie przyjmują do wiadomości bądź niesłychanie trudno im to przychodzi, iż po 2008 roku świat się zmienił. Gigantyczny kryzys finansów światowych który wyszedł z USA i zmiótł globalny porządek, kryzys który wcale się nie skończył- jak chcieli by tego demiurgowie z obszaru consensusu waszyngtońskiego- lecz kwitnie i przybiera różne formy, choćby w postaci szalonej podwyżki cen surowców na całym świeci czy początek końca wspólnej waluty w Europie- to i wiele innych następstw amerykańskiego szaleństwa finansowego spowodowało niewidziany do tej pory spadek prestiżu i zaufania do USA. I pytanie za 10 punktów: dlaczego wschodzące potęgi azjatyckie i nie tylko, miałyby w dłuższej perspektywie widzieć w USA siłę mogącą stabilizować świat? Skoro to mocarstwo robi absolutnie wszystko, aby ten świat destabilizować? No cóż, Chiny, Indie, Brazylia i wiele innych mniejszych tygrysów gospodarczych nie widzi długofalowo w Stanach Zjednoczonych siły będącej w stanie utrzymać międzynarodową równowagę. Jesteśmy właśnie w trakcie przeorientowywania się sił w skali globalnej. A więc mamy do czynienia z sytuacją, gdy wymienione wyżej państwa będą definiować swoje interesy w sposób stojący w konflikcie z interesami USA. I to jest novum, które amerykańska administracja musi zaakceptować i nauczyć się z nim żyć.

4.   I tu dochodzimy do sedna sprawy. Albowiem do tej pory sytuacja w której były USA była prosta: było jedno imperium i wszyscy musieli w mniejszym lub większym stopniu podporządkować się jego racjom. Teraz sytuacja się zmienia na bardziej skomplikowaną: USA muszą rywalizować z Chinami na arenie międzynarodowej w kształtowaniu porządku międzynarodowego i próbować utrzymywać istniejącą przewagę geopolityczną. Próbować- to kluczowe słowo. Myślę że na próbach się zakończy. Pytanie: co się stanie w momencie, gdy Stany Zjednoczone dojdą do wniosku, że próby spełzły na niczym?

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Wiesław Pilch przedstawia: Zmieniające się relacje USA-Chiny Reviewed by on 14 kwietnia 2011 .

Jestem świeżo po przeczytaniu starego tekstu http://the-diplomat.com/2010/07/28/how-china-gambit-backfired/. Przeczytałem go przed chwilą, ale tekst pochodzi z lipca zeszłego roku. I można by rzec, że cóż to ciekawego można znaleźć w starych tekstach. A jednak. Tym bardziej, że osią rozważań są relacje – diametralnie zmieniające się relacje – w stosunkach Waszyngton- Pekin. I znowu: co w tym

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Z historii biorę wskazówki dla teraźniejszości z myślą o przyszłości. Makroekonomia którą się fascynuję, pozwala mi na ogląd rzeczywistości gospodarczej takiej, jaka ona jest naprawdę. Niezafałszowana. Sinoligia to namiętność, pewnie ostatnia w moim życiu- więc tym ceneniejsza. "Wiesław Pilch przedstawia" autorski blog p.Wiesława Pilcha. Redakcja portalu polska-azja.pl, będącego platformą swobodnej wymiany myśli na tematy azjatyckie, nie ponosi odpowiedzialności za publikowane na blogu autora treści.

komentarze 83

  • Jako że nie mam gdzie podać tej- wydaje mi się ważnej- wiadomości, a więc zamieszczam ją tutaj. To jedna z tych wiadomości które skrzętnie chowa się pod dywan, bo nie pasują do obrazu malowanej przez mainstreamowe media rzeczywistości. Otóż chiński juan po raz pierwszy od 1993 roku przekroczył wartość 6,5 dolara i jest ona najwyższy od 17 lat. Jego aprecjacja zachodzi w tempie 0,9 proc. miesięcznie. Ileż to naczytaliśmy się lamentów nad tym, że juan jest niedowartościowany, a tu masz „babo placek”! Jest odwrotnie! No i co mają robić ci którzy nie znają się „ani ch,chu” na ekonomi?

  • Jeśli funkcją celu dla organów państwa jest dobro państwa i jego obywateli, to na pewno Chiny z ich kształtującym się ustrojem, spełniają dobrze (obywatele) lub bardzo dobrze (państwo) tę funkcję. I bardzo bym sobie życzył, aby w moim kraju rządzący tak potrafili dbać zarówno o obywateli jak i o państwo jak tam. Ciekawe, że w tej kwestii słowo „upokorzenie” natychmiast nasunęło mi się na myśl.
    Pan Wute. Ma Pan po stokroć rację pisząc:- „W zasadzie jedynym wyjściem wydaje mi się dyktatura w wersji soft”. Pytanie do konstytucjonalistów- jak to zrobić?

    • Wyobraźmy sobie taką sytuację czysto hipotetyczną:
      W Polsce przyjmuje się ustrój Chin, taka sama konstytucja, przewodnia rola partii etc. etc.
      Tyle, że zamiast KPCh władzę autorytarną pełni któraś z polskich partii – niech będzie dla imaginacji PO, SLD, PSL czy PiS. Oczywiście każda z tych partii posiadałaby odmienną wizję dobra państwa czy dobra obywateli. Dla każdej partii przede wszystkim dobro państwa i obywateli byłoby dobrem członków partii. Na drugim miejscu w przypadku np. PSL dobrem obywateli byłoby dobro ich elektoratu, a dla PiS dobrem państwa byłoby dobro kościoła.
      Proszę podzielić się jak Pan to widzi.

      • Avatar Wiesław Pilch

        Proszę Pana. Jako że całe moje dorosłe życie przypadło na PRL i nieboszczkę PZPR, a od 20 lat dociekliwe śledzę rozwój wydarzeń również na polskiej scenie politycznej, więc nie mam zadnych wątpliwości i złudzeń, że w Polsce- zarówno onegdaj jak i w systemie politycznym jaki obecnie obowiązuje, NIE MA CIENIA SZANS na postawienie kraju „na nogi” tak jak to się odbywa w Chinach, na Tajwanie, w Korei Południowej czy chociażby w Niemczech. Potrzebny jest- moim zdaniem- MĄŻ STANU w rodzaju marszałka Piłsudskiego i z jego prerogatywami. Ale warunkiem są owe „prerogatywy” czyli zmiana porządku konstytucyjnego. Dlatego moje myśli tak często biegną w kierunku Chin, bo jestem już zmęczony tym co się dzieje w kraju. A tam sprawy biegną lub pędzą w znakomitym – dla chińskiego społeczeństwa- kierunku. I tego Im ogromnie zazdroszczę.
        Bo widzi Pan, ja doskonale pamiętam skąd się wzięły tzw. prawa człowieka jako instrument walki politycznej, skąd się wzięli „zieloni”, dlaczego tak ważne dla świata są Xizang i Xinjiang. Ale jak się jakiegoś Polaka zapyta czy widzi paralerę między np. Xizangiem a Ziemiami Odzyskanymi to …nic! No cóż, żyję już długo, mam dobrą „długą pamięć” i czasami ta pamięć uwiera. A w ’89 miało być tak pięknie.

      • Avatar wute

        @ p. Wiesław Pilch
        Podzielam Pana zdanie co do systemu panującego wczoraj i
        dziś. PRL skończył w niesławie jako bankrut z długami. III RP
        zawiodła nasze nadzieje. 2 – 2,5% przeciętnego rocznego PKB, bo tyle zdaje się osiągnięto od roku 1989, to dramatycznie mało jak na kraj, który ma wszystko poza ropą. Ale jeszcze gorsze jest poczucie niemocy i przekonanie, że żyje się w kraju, w którym najsmaczniejsze kąski sprzedano obcym, a własna bezkarna elita smiejąc się nam w twarz poucza nas jak należy żyć.
        Chiny – jestem wielkim fanem cywilizacji chińskiej tej klasycznej. Ale badając ją staram się zachować obiektywizm.
        Nie zapominam, że np. za czasów dynastii Sung, najbardziej
        kulturalnej i najbardziej „rozwojowej” gospodarczo, z jednej
        strony dokonano wynalazków: prochu, druku i kompasu, a
        z drugiej strony upowszechniono barbarzyński zwyczaj
        krępowania stóp dziewczynkom czyniąc je kalekami na całe
        życie lub też wprowadzono ortodoksję konfucjańską tzw.
        neokonfucjanizm, który propagował zakaz wychodzenia za
        mąż wdółw (dla kobiet bezdzietnych była to katastrofa
        finansowa).
        Myślę, też, że podziwiając współczesne Chiny za rezultaty gospodarcze ca. 10% PKB rocznie, należy chłodnym okiem
        spojrzeć na inne sprawy, tymbardziej że chiński eksperyment jeszcze nie dotarł do połowy drogi.

  • Panowie. Po pierwsze przepraszam za nieswój błąd. Otóż w moim ostatnim poście nie było zdania :-„Dolar amerykański: quantitative easing w nieskończoność?”. To był link do artykułu. Moim zdaniem ważnego.
    A teraz wracając do meritum. Napisałem w poprzednim poście zdanie, które wydaje mi się istotne, ponieważ może wskazywać na sprawy które właśnie się rodzą. Przytoczę jeszcze raz to zdanie:-„ Nie wiem co zastąpi tę „spraną” formację (mowa oczywiście o demokracji), ale myślę że coś zdecydowanie bardziej totalitarnego w formie i nacjonalistycznego w treści. Coś co zaczyna nabierać kształtu nie tylko w Chinach- z racji tradycji, ale np. również w Izraelu”. Żeby nie być gołosłownym: oto link do informacji PAP-u – jakże interesujący. Szkoły w Izraelu mają być bardziej syjonistyczne – Szukaj w Google. Jako, że wahadło poprawności politycznej osiągnęło było już swój kres- na co wskazał Pan Wute- i zaczyna ruch w stronę przeciwną, więc wcale nie jest powiedziane, że te sygnały które pochodzą z Chin i Izraela nie dają nam wskazówki, np. co do drogi jaką obiorą państwa europejskie w przyszłości. I myślę, że taka forma totalitaryzmu i nacjonalizmu- wcale nie burząca a budująca- występująca już obecnie w umysłach wielu Europejczyków (a nie tylko Izraelczyków i Chińczyków) może być bardzo ciekawym rozwiązaniem postdemokratycznym ( i znowu zastrzegam- że demos TAK, wypaczenia NIE).
    Te ostatnie słowa wprawiły mnie w osłupienie- że ja coś takiego mogę napisać. Jest to zdecydowanie najgorszy skrót myślowy. Ale taki mi wyszedł. Kropka.
    Gdyby sygnały o których mówię, miały wystąpić w naszej części świata- sądzę, że wszystkim narodom których by dotyczyły przyniosły by korzyści, albowiem nastąpiłby powrót do źródeł. Bo byt państwowy to również Naród świadomy swojej odrębności i cieszący się nią.
    I w ten przedziwny sposób, dwa zupełnie różne narody, ale jakże świadome właśnie swojej odrębności, mogły by pociągnąć za sobą kraje które ze swoją tożsamością- w elitach rządzących- mają problemy.

    • Poruszył Pan b.ważny problem. Jak znaleźć klucz do przyszłości tzn.
      stworzyć system, który będzie efektywniejszy od obecnej demokracji.
      Moim zdaniem wszystkie próby tzw. twardej dyktatury: teokracja, nazizm, faszyzm i komunizm nie zdały egzaminu i spowodowały niezliczone cierpienia ludzi.
      W zasadzie jedynym wyjściem wydaje mi się dyktatura w wersji soft, tzn.że na czele państwa stoi silna władza wykonawcza, która zaprowadza porządek i bezwzględnie egzekwuje sprawiedliwość.
      W takim systemie odsunięci są od władzy wszelkiego rodzaju politykierzy, aferzyści, demagodzy. Świat biznesu jest odseparowany
      od polityki, w tym sensie, że uniemożliwia się mu sterowanie polityką..
      Przywódcy państwa porozumiewają się ze społeczeństwem bez
      pośrednictwa pasożytów społecznych. Społeczeństwo jest słuchane i
      wysłuchiwane.
      W historii były już takie próby. Wymienię trzy:
      – Oktawian August w Rzymie
      – Ieyasu Tokugawa w Japonii
      – Józef Piułsudski w Polsce
      Co ich łączyło:
      1. Zdobycie władzy drogą zbrojną
      2. Odsunięcie od władzy rządzącej elity politycznej:
      a. Oktawian – Senat
      b. Tokugawa – daimyo (władcy feudalni)
      c Piłsudski – partie polityczne
      3. Rządy osobiste mające na celu naprawę państwa – bez nadużywania
      władzy ani przemocy (to ostatnie nie do końca się udało).
      Jednakże taki system jest bardzo kruchy, w tym sensie, że łatwo
      zboczyć w kierunku prawdziwej dyktatury lub pożegnać się ideałami.
      1. Po Oktawianie przyszedł tyran Tyberiusz, a potem psychopata
      Kaligula
      2. Po Ieyasu, który zrezygnował na rzecz syna, jego potomkowie
      szoguni zarzucili wielką idee zreformowania państwa i stworzyli
      z Japonii skansen.
      3. Po śmierci Piłsudskiego, jego paladyni przekształcili się w klikę.
      W zasadzie wydaje się, że jedyną następczynią demokracji może być
      demokracja, ale gruntownie zreformowana.

  • P.S. Przepraszam za błąd „oba są wykorzystwane. Pkt 2 i 3 najpierw stanowił całość i nie dostrzegłem, że nie naniosłem poprawki w tym jednym miejscu.

  • @ P. Wiesław Pilch.
    Pisze Pan: „Wiem, że obydwa słowa tzn. totalitarny i nacjonalistyczny budzą w Panach grozę, ale we mnie nie. Wystarczy że rozumie się te słowa inaczej niż chciałyby tego „elity”.”
    Wydaje mi się, że problem w postrzeganiu polityki Chin przez Zachód ma trzy źródła. Oba są skwapliwie wykorzystywane przez zachodnie „elity” – to akurat zresztą świadczy na ich korzyść; widać, że niekoniecznie nie są tak naiwne na jakie nieraz wyglądają i nie do końca się podłożyły konkurencji. Walczą o swoje, choć ich metody chwilami przypominają zachowanie faceta, który wydał wszystko kupując „na krechę” i teraz grozi wierzycielom, że wysadzi chałupę w powietrze jak go komornik ruszy. :-)
    Otóż: 1) różnica w pojmowaniu pojęcia „nacjonalizm” między współczesnym Zachodem a Chinami. W Chinach nacjonalizm to idea, którą rozwinął na tamtejszym gruncie najsłynniejszy Kantończyk, dr Sun Jat-Sen (Sun Zhongshan) – architekt Republiki Chińskiej i twórca Kuomintangu, postać wielce szanowana tak w ChRL jak i na Tajwanie (NB, wdowa po Sunie, była przez wysokiej rangi członkiem KPCh, podczas gdy jej młodsza siostra była żoną Czang Kai-Szeka). Na Hawajach zetknął się z zachodnią kulturą, a w Japonii widział efekty modernizacji w oparciu o wzorce zachodnie przy zachowaniu własnej tożsamości. Obserwując to wszystko dr Sun wykrystalizował swój program, który obejmował: nacjonalizm, demokrację oraz aktywizację społeczną i ekonomiczną wszystkich grup ludności. Przy czym nacjonalizm obejmował równe prawa dla poszczególnych obywateli bez względu na narodowość przy jednoczesnej wiodącej roli Chińczyków Han w polityce. Niestety, konflikty wewnętrzne oraz brutalna dyktatury, najpierw Czang Kai-Szeka a potem Mao, nie pozwoliły na realizację wizji Sun Jat-Sena w praktyce.
    Dla odmiany w Europie po 2 wojnie światowej pojęcie nacjonalizmu z reguły kojarzy się z takimi postaciami jak Hitler, Mussolini, Franco, nie mówiąc o takich rzezimieszkach jak Bandera czy Pavelić. Na to nakładają się doniesienia o hordach skinheadów gotowych sprać na kwaśne jabłko każdego o „niearyjskim wyglądzie”, podpalić schronisko dla azylantów, wszczynać burdy itd. Stąd wpadliśmy w drugą skrajność: usilnej tolerancji dla elementów obcych kulturowo, mało tego, rozsadzających nasz model społeczeństwa – tolerancji podbudowanej obsesyjną poprawnością polityczną. Wykorzystują to bez skrupułów tacy np. islamiści: w Paryżu potrafią zakorkować ulice tłumami facetów klęczących na dywanikach. Policja już boi się interweniować. Najpierw dlatego, że w imię poprawności politycznej im pozwalano, dziś już po prostu dlatego, że są ich tam miliony. Ot, dostali palec, wzięli całą rękę. Dziś dzielą i rządzą w niektórych dzielnicach Paryża, Lyonu, Marsylii, Brukseli. Ani myślą dostosować się do miejscowych reguł, bo poczuli siłę. Oni władzę zwyczajnie – jak to się mówi na Pomorzu – pozbadli. Robią, co chcą i śmieją się Europejczykom prosto w twarz.
    2) Zupełnie różne tradycje rządów w Chinach. Np. w XIX wieku, gdy w W. Brytanii i USA kwitła wolność słowa, a prasa nieraz bezceremonialnie obchodziła się z wszelkimi niedociągnięciami rządfzących, w Chinach dogorywał konfucjański model rządów. Jego różne mankamenty w ciekawy sposób opisuje Polka o chińskim rodowodzie, Irena Sławińska – Hu Pei-Fang w swej niezwykłej książce „Chińszczyzna”.
    3) Zakorzeniona w Chińczykach świadomość, że KPCh jest tą siłą, która przywróciła Chinom wielkość. Mówię to bez jakichkolwiek emocji, bez cienia sympatii do KPCh po krwawych ekscesach Mao, poparciu Mao i Denga dla Pol Pota itd. Ten czynnik wiąże się z drugim i w Chinach mało kto czyni KPCh wyrzuty, że jedyną legitymizacją jej władzy jest wygrana wojna domowa z Kumintangiem. Przecież w podobny sposób przychodziły i odchodziły w tym kraju cesarskie dynastie.

  • Ciekawe uwagi. Jeśli Obama faktycznie jest człowiekiem wielkiego biznesu (bo na pewno nie tego drobnego), to wiele rzeczy by to wyjaśniało. Tak czy inaczej, po raz kolejny widać, że interesy tuzów wielkiego kapitału niekoniecznie są zbieżne z interesami narodu. Wbrew temu, co głoszą apostołowie tzw. neoliberalizmu. Ich recepty już w wielu krajach szlag trafił (Argentyna, Indonezja, Boliwia etc.) i okazało się, że nie mają oni klucza do zrozumienia ekonomii. Jeśli gdzieś ten klucz istnieje, to już raczej w pracach Adama Smitha, wybitnego XVIII-wiecznego ekonomisty i myśliciela. A swoją drogą, czy nie wydaje się Wam, Drodzy, podejrzane, że po 1989 r. nie opublikowano w Polsce żadnej z publikacji Adama Smitha, mimo, że istnieje w Warszawie Centrum nazwane jego imieniem?

    • Zyggi, bardzo celna uwaga dot. prac Smitha.
      W Polsce też uskuteczniano politykę noeliberalną wykonaniu p.Balcerowicza i Sachsa, którzy nie mieli żadnego mandatu na prowadzenie tego, jak Klaus nazwał, eksperymentu na własnym narodzie.

    • PS.
      PWN wydał w 2007- Badania nad naturą i przyczynami bogactw narodów..
      Niemniej przez prawie 20 lat Smitha nie wydawano.
      Pozdawiam

  • Pisząc o Chinach odnośnie nepotyzmu/skostnienia elit miałem przede wszystkim na myśli system społeczny (być może nie zaznaczyłem tego wyraźnie). Ten system klanowości występuje w całej Azji Wschodniej z większym (Japonia) lub mniejszym natężeniem (Chiny). W Chinach rzeczywiście ciągłość elit zostala przerwana 60 lat temu, a dodatkowo nowo powstałe zostały mocno przetrzebione w Rewolucji Kulturalnej (część potem wróciła).
    Problemem Chin jest ogromna władza urzędników i tu od wieków się nic nie zmieniło, która sprzyja nepotyzmowi.
    Historycznie urzędnicy szczebla lokalnego na poziomie prefektury czy powiatu, odpowiadający za dany obszar (prefekt czy starosta) mieli od kilkunastu.do kilku urzędników na tzw. etacie, to byli ci którzy zdali egzaminy i otrzymali nominacje.. Oprócz tego np.”starosta” powiatu zatrudniał około setki pomocników nie opłacanych z budżetu, których sam wybierał i utrzymywał (odbijał sobie potem to
    na podatkach, opłatach). Byli to przede wszystkim ludzie z jego rodu, klanu czy rodziny. Mniej więcej tak ten system funkcjonował.
    Stąd też ten system kastowo-urzędniczy, jeśli nawet ma mniejsze powiązania z
    biznesem niż w Japonii stanie się na pewnym etapie rozwoju hamulcem. Poza
    tym wraz z rozwojem gospodarczym zacieśniają się więzi między elitami
    politycznymi i gospodarczymi. Ponieważ w Chinach elitę polityczną stanowili
    wyłącznie członkowie KPCh to ci ludzie mający olbrzymią przewagę na starcie
    nad resztą społeczeństwa:
    – mają pieniądze
    – mają doświadczenie
    – są grupą o wzajemnych powiązaniach
    bardziej niż inni będą tworzyć elitę biznesową i przeto ich związki z władzą
    polityczną będą ścisłe.
    Dobrym przykładem jest Polska, gdzie człowiek z poza układu, Roman.Kluska
    próbował robić biznes poza tym układem. Polska to też taka Japonia odnośnie
    nepotyzmu.
    Ale dla porównania z Chinami lepszym przykładem niż Polska jest Rosja, kraj
    zbliżony do Rosji pod względem kultury politycznej w niedawnej przeszłości.
    W Rosji karierę biznesową porobili ludzie związani z aparatem władzy lub
    dobrani na zasadzie przynależności etnicznej (Bierezowski, Gusinski, Abramowicz, Chodorkowski)
    Korea – rzeczywiście wyszli obronną ręką, ale dostali pomoc z zagranicy, o ile
    pamiętam 50 mld usd od MFW. Tymczasem USA w 2008 wybronili się głownie
    za pomocą własnych pieniędzy.
    Niemniej Korea to ciekawy kraj i mam wrażenie, że poświęcamy mu za mało
    miejsca na naszym forum.
    USA
    1. zaraz pop otrzymaniu pomocy jeden z podmiotów gospodarczych zorganizował
    szkolenie w jednym z najbardziej drogich hoteli w Kalifornii na sumę niemal 0,5
    mln usd
    2. Apanaże szefów tych spółek/banków wskazują na kompletny upadek moralności
    i jawny bezwstyd tej elity.
    3. Obama – czytałem gdzieś jakiś artykuł, gdzie autor udowadniał, żę Obama tak
    naprawdę to od dawna wyselekcjonowany człowiek wielkiego biznesu,
    podstawiony społeczeństwu jako trybun ludowy, który nabrał ludzi wizją zmiany
    Ameryki, a faktycznie realizuje pomysły wielkiego biznesu na koszt
    przeciętnego Amerykanina. Autor pisał, że grono ludzi odpowiadających
    za gospodarkę i programy społeczne (jego ekipa, doradcy, ukryci doradcy) to nie
    żadni populiści, ale same grube ryby biznesu. Efektem tych pomysłów miało być
    „skręcenie” Ameryki jeszcze bardziej w kierunku zaspokojenia interesów
    wielkiego kapitału niż to było za Bushów.
    Skutkiem tego miało być oburzenie tradycyjnego elektoratu demokratów i
    przegranie rok temu wyborów do senatu w stanie Massachusetts, gdzie
    demokraci wygrywali od „zawsze”.

  • Panie Wute, Panie Ziggi, Panie PZ. Po raz kolejny mam przyjemność podziękować za ucztę intelektualną, którą bez wątpienia jest czytanie Panów komentarzy. Poruszacie Panowie w nich tak dużą ilość spraw i tak ważnych, że jak sądzę warto było by się kiedyś spotkać w tzw. realu i zorganizować panel na którym moglibyśmy w jakichś rozsądnych ramach czasowych wymienić poglądy na dwa lub trzy tematy z poruszonych powyżej. U mnie, na wsi pod Warszawą. Mam nadzieję, że znajdziemy czas, aby to uczynić.
    Ale wracając do tych różnorodnych, poruszonych przez Panów tematów. Ujmę to tak. Ustrój Państwa Środka jest w trakcie tworzenia się. Stawania się tu i teraz. I jeszcze przez dłuższy czas- nie wiem czy 10 czy 15 lat- będzie się tworzył. Porównywanie tego ustroju: politycznego, gospodarczego czy militarnego z innymi, osadzenie go w realiach istniejącego świata to jak próba oceny stanu geofizycznego Słońca. Oceniamy ten stan teraz i w tym samym momencie jest on już inny. Tym bardziej takie próby sytuowania go są skazane na niepowodzenie, im bardziej sytuacja krajów które Panowie uważacie za stabilne i do których chętnie wszystko porównujecie, staje się niestabilna. USA toną na naszych oczach, a w każdym razie na oczach ludzi zajmujących się makroekonomią. Dolar amerykański: quantitative easing w nieskończoność?
    Strefa Euro zaczyna przypominać bardziej hinduskich zaklinaczy węży niż jakąkolwiek realną sferę monetarną i nie tylko. http://forsal.pl/artykuly/508218,eurostat_sytuacja_gospodarcza_grecji_jest_gorsza_niz_przewidywano.html. A to tylko dwa artykuły z dzisiejszego dnia.
    Słowem: świat jaki znamy, ten „zachodni” zwija się w nieprawdopodobnym tempie. Za chwilę padnie hasło- ratuj się kto może i to nie będzie wesoły widok. Bo setki milionów ludzi w naszym świecie, świecie którym znamy, zacznie mieć problemy. Najwyższej miary. A będą miejsca na świecie, gdzie te problemy będą minimalne o ile w ogóle wystąpią. Ja nie jestem Kasandrą, ja tylko dużo czytam, z wielu źródeł czerpię wiedzę. I boję się.
    Demokracja, która ponoć występuje w wielu krajach jest również formacją schyłkową (zakładając, iż nie jest to tylko sposób wyboru władz). I to co powiedział p. Churchill nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia- to powiedzenie znam od b. dawna. Poczynania owego Pana również. Nie wiem co zastąpi tę „spraną” formację, ale myślę że coś zdecydowanie bardziej totalitarnego w formie i nacjonalistycznego w treści. Coś co zaczyna nabierać kształtu nie tylko w Chinach- z racji tradycji, ale np. również w Izraelu. Wiem, że obydwa słowa tzn. totalitarny i nacjonalistyczny budzą w Panach grozę, ale we mnie nie. Wystarczy że rozumie się te słowa inaczej niż chciałyby tego „elity”.
    Myślę, że aby Chiny mogły w przyszłości dominować w świecie- co daj Boże- będą musiały być spełnione warunki których -częściowo- jeszcze nie znamy. Ponieważ za kilka lat, nasz świat zmieni się nie do poznania i wprawdzie nie będzie- mam nadzieje- jakichś katastrof naturalnych, ale władcy tego „demokratycznego” świata sprowadzą na nas takie klęski o jakich się nikomu nigdy nie śniło. Tyle, że w tym naszym świecie „zmieniającego się wszystkiego” w/w Chiny będą oazą spokoju i stabilizacji.
    Czy tak będzie? Zobaczymy gdy dożyjemy.

    • Panie Wieslawie, przyznam ze dopiero dzisiaj przeczytalem ten post, stad tez nieco pozna odpowiedz.
      Jesli chodzi o panelowe spotkanie, to z wielka ochota uczestniczylbym w inicjatywie gdzie zarowno Pan osobiscie, a takze Zyggi, Wute, Ciekawy, Pan Pyffel jak rowniez inni komentatorzy oraz wspolpracownicy CSPA byliby obecni w jak najszerszym gronie, gdyz bardzo sobie cenie mozliwosc osobistego spotkania. W obecnej chwili jestem ograniczony logistyka niestety i tylko okazjonalnymi wizytami w Polsce.
      Jesli zas chodzi o meritum, to rzeczywiscie sytuacja zarowno w USA jak i UE sytuajca nie wyglada rozowo, aczkolwiek nie jest az tak zle jakby sie moglo wydawac. To ciagle sa funkcjanujace ekonomie (niektore nawet calkiem niezle), ale z chorym sektorem finansowym (i zbyt duzym przede wszystkim). Kroplowka w postacie quantitative easing, czy europejskim stabilization fund robi swoje (choc cena kuracji dla spoleczenstwa jeszcze nie jest znana). Natomiast Chiny takze nie sa zupelnie niezalezne od tego co dzieje sie na swiecie i coraz bardziej zdaja sobie z tego sprawe.

    • Bardzo Pana przepraszam, ale w natłoku różnych spraw umknął mi Pana post i dopiero dzisiaj rano go zauważyłem.
      Bardzo chętnie spotkam się z Panem oraz kolegami komentatorami.
      Mieszkam w Warszawie, więc pewnie dojazd dla mnie nie będzie problemem.

      Zgadzam się, że ustrój Państwa Środka jest w trakcie tworzenia się. Ten gwałtowny rozwój będzie miał też swoją cenę. Niektóre skutki już widać:
      – ekologia (np. słynny smog w Pekinie)
      – nierównowaga ilościowa płci i rewolucja obyczajowa (polecam film w
      Onecie pt. Chińska rewolucja seksualna)
      Do tego dojdą napięcia związane z rozwarstwieniem społecznym,
      tendencje decentralizacyjne (tradycyjnie bardzo silne w Chinach).
      Następnym krokiem, rozszerzającej się klasy średniej będzie też
      żądanie reform politycznych. Wszystko to będzie ewoluowało.
      Wyniku tego nikt rozsądny nie jest w stanie przewidzieć.
      Co do cywilizacji zachodniej to ona się, w moim przekonaniu, obroni.
      Może bardziej w USA niż w UE.
      Będzie inna – mniej biała bardziej kolorowa.
      Widzę, też, że w UE następuję pewne otrzeźwienie
      Np. Zaczęto rozumień, że walka z religią to bezsens, to podcinanie
      gałęzi na której się siedzi (wyrok w sprawie krzyży we Włoszech,
      Rezolucja PE o prześladowaniu chrześcijan).
      Drugim przykładem jest „ogłoszony” przez p.Merkel i Sarkoziego koniec
      multikulturalizmu.
      Generalnie demokracja zachodnia jest zbudowana na bardzo trwałym
      podstawach, której korzenie sięgają aż do starożytności:
      – prawo rzymskie
      – demokracja grecka i republikańska w Rzymie
      – etyka grecka
      – chrześcijaństwo
      Przez wieki, bazując na powyższym, doskonalono model organizacji państwa i społeczeństwa. Demokracja zachodnia przetrwała nazizm i komunizm i nie łatwo będzie ją zniszczyć mimo istnienia tam różnego rodzaju politycznych kretynów.
      USA – $ quantitive easing – to nie tonięcie tylko strategia walki z chińskim juanem i własnym długiem.
      Znam bolączki demokracji, nie mniej ma ona jedną niepodważalną zaletę – swobodną wymianę poglądów i informacji. Za te informacje,
      które wymieniamy pomiędzy sobą i za nasze poglądy w ustroju
      niedemokratycznym dawno byśmy już siedzieli.

  • 1. O ile system w Chinach różni się od takiego w Japonii a cywilizacja jednych i
    drugich wykazuje różnice to wspólną cechą jest klanowość/nepotyzm w obu tych
    krajach bez względu na system społeczny i skład elit..
    2. Co do systemu konwojowego to nie mam jakiś specjalnych wiadomości odnośnie Chin, niemniej gdy gospodarka jest zależna od władzy politycznej to można domniemywać, że ta ostatnia nie będzie przyglądała się upadkowi przedsiębiorstw, zarówno ze względu na nastroje społeczne jak i ideologię.
    3. W Japonii panujący system nie przeszkadzał….na początku, kiedy trzeba było
    odbudowywać kraj. Zaznaczyłem wyraźnie, że staje on się przeszkodą po
    osiągnięciu pewnego poziomu.
    4. Różnica pomiędzy USA a JP polega na tym, że w stanach zdecydowano się
    na taki krok, kiedy groziła katastrofa ogólnonarodowa (może też światowa).
    Poza tym te banki mają oddawać i z tego co wiem oddają.Nie jest to tam cechą
    systemu. Natomiast w Jp jest to cecha systemu.
    5. Podałem przykłady działań obronnych w Unii, przeciw napływowi(/wykupowaniu)
    chińskiego kapitału. Nie wartościowałem tych działań.
    PS.
    Niedawno zaproponowałem przejście na ty w naszych postach. Ale skoro nadal
    zwraca się Pan do mnie per pan, to rozumiem, że nie zaakceptował Pan mojej
    propozycji. Ok.

    • Ze wstydem przyznaję, że przez te parę dni zdążyłem zapomnieć, kto zaoferował mi przejście na Ty. Za to przepraszam!
      A teraz do meritum.
      1. W Chinach (i w ogóle krajach chińskich, jak nazywam na prywatny użytek Tajwan czy Singapur z uwagi na ich skład etniczny) nie ma czegoś takiego jak keiretsu. Kapitał jest dużo bardziej rozdrobniony niż w Japonii czy nawet Korei Pd. To w naturalny sposób sprawia, iż spora część gospodarki pozostaje poza kontrolą systemu klanowego. A w sytuacji gdy Chińczycy (zwłaszcza ci z Południa) to ludzie wprost stworzeni do wszelkiej działalności gospodarczej, sytuacja gdyby jakaś grupa chciała stworzyć przywileje ekonomiczne tylko dla siebie, prawdopodobnie rodziłaby niebezpieczeństwo wybuchu społecznego. Zwłaszcza przy istniejących w Chinach wielkich kontrastach społecznych.
      2. Jak na razie w Chinach załamanie gospodarcze nie grozi. Co do japońskiego systemu konwojowego, jakkolwiek on istnieje, to nie zawsze i nie każdy koncern z niego korzystał. Niektórym firmom pozwolono pójść na dno, zostały one przejęte przez podmioty krajowe lub zagraniczne (jak znany u nas kiedyś Akai Electric). Myślę, że w tych przypadkach zadecydował pragmatyzm, bo w końcu nawet w 130-milionowym kraju ile firm może produkować telewizory czy sprzęt hifi bez wchodzenia jeden drugiemu w drogę? Natomiast zgadzam się, że japońskiej gospodarce przydałoby się więcej „świeżego powietrza”, nawet gdyby kosztowałoby to kilka spektakularnych bankructw. Problemem jest to, że w Japonii pracownicy większości keiretsu są wciąż przyzwyczajeni do opieki ze strony firmy – aż po grób. W obecnej sytuacji zaostrzającej się globalnej konkurencji przyczynia się to do spadku konkurencyjności japońskich firm.
      3. Powtarzam przykład Korei Pd. – kraju, który niebawem prześcignie Japonię w PKB per capita i ani myśli zwalniać tempa wzrostu. To pokazuje, że Azjaci potrafią uporać się z mankamentami swoich systemów socjoekonomicznych. I że południowi Koreańczycy okazali się tu bardziej elastyczni od Japończyków. Pozwolili upaść np. Daewoo oraz kilku innym koncernom, a w innych przeprowadzali konieczne restrukturyzacje, ale dzięki temu kryzys 1997-98 przeszli obronną ręką. Nie tracili środków na ratowanie tego, co ciągnęłoby w dół całą gospodarkę.
      4. Już jesienią 2008, mówiłem półżartem (ale i półserio), że pora, by BŚ i MFW zaaplikowały Stanom Zjednoczonym kurację (które z taką lubością aplikowały wschodnim Europejczykom, Azjatom, Afrykanom i Latynosom). :-) Niestety, stało się inaczej i Amerykanie nie mieli okazji zasmakowania własnych recept. A przecież Korea Pd., jak wspomniałem, dobrze wyszła pozbywając się balastu Daewoo i paru innych czeboli. Czy AIG albo Citibank zwrócą kasę państwu? Być może, o ile znów nie nastąpi jakiś pożyteczny kryzysik… Co do GM, ten dawny symbol amerykańskiego kapitalizmu stał się jednym z największych państwowych pracodawców na świecie. Wychodzi na to, że Amerykanom kapitalizm dobry, ale jak co do czego, to sięgamy po „Kapitał” Marksa czy jak? Nie dziwota, że Hugo Chavez w rozmowie z Raulem Castro żartował, że pod rządami Obamy sprawa rewolucyjna zwycięża w USA. :-) Osobiście uważam, że w wypadku akurat tak wadliwie zarządzanych przedsiębiorstw jak amerykańskie banki czy firmy samochodow nie byłoby grzechem pozwolić im na dokonanie żywota. Że na dłuższą metę Amerykanie wyszliby dobrze pozwalając zbankrutować GM, Fordowi i Chryslerowi, tak jak Koreańczycy pozwolili na to Daewoo. To być może uzdrowiłoby amerykański świat biznesu (a zwłaszcza finansowy półświatek). Jak mawiał Sołżenicyn, człowiek, który posmakował darmowego rubla, ulega wewnętrznej przemianie – na gorsze. To pokazały podwyżki apanaży szefów i inne fanaberie bankrutujących banków i ubezpieczalni, zaraz po udzieleniu im pomocy. I jaka gwarancja, że te tzw. środki ratunkowe nie stanie się cechą systemu aż do „pełnego zwycięstwa socjalizmu”? Przecież ten nieogolony facet co stoi na czele FED straszy, że jest gotów zrzucać dolary z helikoptera. Komu chce je dać? Przecież nie zwykłym Amerykanom! Nie tym, którzy wskutek kryzysu stracili pracę i zdolność obsługi kredytu, ku chwale banków-autorów tegoż kryzysu wywalanym z domów prosto na ulicę, niczym Argentyńczycy w 2001 r. przeklinającym kraj, do którego przybyli ich przodkowie…
      5. Zwracam honor, źle zrozumiałem intencje w tej części Twojego postu!
      Pozdrawiam.

  • @ Wute
    Przepraszam, że się nieco wtrącam. Przykład Japonii jest dla mnie nieprzekonywający. W relacji do Chin bardziej adekwatny byłby przykład Korei Pd., nie mówiąc już o etnicznie i kulturowo chińskim Tajwanie. Cywilizacja japońska różni się pod wieloma względami diametralnie od chińskiej. Poza tym Chiny to kraj, który w ciągu ostatnich 100 lat kilkakrotnie zmieniał ustrój (niebawem setna rocznica proklamowania Republiki Chin). Dawne elity zostały tam zupełnie zmiecione. Tymczasem Japonia to cesarstwo, w którym demokratyzacja została de facto narzucona z zewnątrz, aczkolwiek pewne elementy zachodnich systemów rządów istniały jeszcze przed 2 wojną światową. Owszem, istnieje tam system konwojoiwy, ale nie sądzę, by było to gorsze rozwiązanie niż „pomoc” federalna dla bankrutujących banków w USA, przy czym spora część owej pomocy „wsiąkła”, a dyletant piastujący rolę sekretarza skarbu nie wiedział gdzie… W Japonii panujący system ekonomiczny nie przeszkadzał ludziom zdolnym i innowacyjnym w zrobieniu spektakularnej kariery. Przykładem tego są biografie założycieli takich firm jak Honda czy Sony (obie powstały po 1945). Wyobraża Pan sobie, żeby po 1989 r. tacy „ludzie znikąd” mogli u nas zaistnieć i do tego zrobić tak oszałamiającą karierę? Pan Roman Kluska próbował ze swoim Optimusem – zniszczono go za pomocą aparatu państwa, typowa „robota na zlecenie” jakich wiele w skorumpowanych bananowych republikach…
    Pisze Pan: „(…) państwa cywilizacji Azji Wschodniej mają tak skonstruowane systemy społeczne, że po osiągnięciu pewnego poziomu rozwoju, stają się one
    przeszkodą w dalszym rozwoju.” A czy jakikolwiek kraj Zachodu rozwija się z choćby podobną dynamiką jak np. dzisiejsza Korea Pd. czy Tajwan? Uważnie obserwuję zwłaszcza gospodarkę Korei Pd. i nie widzę tam przesłanek do załamania tempa wzrostu – najwyraźniej Koreańczycy dobrze odrobili „lekcję” z kryzysu w 1997 r. (nawiasem mówiąc, Chiny i Tajwan przeszły go niemal bez szwanku).
    Cyt. „Podbój ekonomiczny Zachodu jest moim zdaniem mało prawdopodobny. Zachód zaczyna powoli organizować się w obronie przed chińską ekspansją.
    1.Próby wprowadzenia barier ochronnych przed przejmowaniem podmiotów gospodarczych przez instytucje poza Unii.
    2.Coraz częstsze oskarżenia firm chińskich o dumping w przetargach
    3.Próby bojkotu przez rynek, chińskich inwestorów szukających podwykonawców
    (np. autostrada w Polsce)”
    I co z tego? Przecież UE zmaga się już nie z kryzysem a z katastrofą demograficzną, pogłębia się kryzys systemów emerytalnych. Taka np. Grecja już teraz utrzymuje się na powierzchni m.in. dzięki chińskim zakupom greckich obligacji. Co będzie jutro, gdy zaczną się „sypać” Hiszpania i Portugalia? Pisze Pan o coraz częstszych oskarżeniach chińskich firm o dumping w przetargach. I co z tego, europejskie i amerykańskie firmy też bywają oskarżane i to nieraz przez Chińczyków. Dziwiłbym się gdyby tak nie było, w końcu Francuzi czy Holendrzy są znani z hojnego dotowania swojego rolnictwa, a Niemcy – z dotacji do przemysłu samochodowego (Opel!). We Włoszech Fiat zawsze cieszył się specjalntymi względami państwa. O USA nawet nie warto wspominać – wszyscy wiemy, ile pieniędzy wpompowano tam w sektor finansowy i w branżę motoryzacyjną. Więc oskarżanie Chin o dumping nie jest niczym innym jak objawem moralności Kalego. A zabranianie Polsce budowy autostrad przez wykonawców spoza UE i próby bojkotu polskich firm, które chcą skorzystać z takiej możliwości trudno nazwać inaczej niż bezczelnym ograniczaniem naszej suwerenności (jak kiedyś w RWPG). W imię interesów Zachodu mamy płacić 2-3 razy więcej za 1 km autostrady. „Magister” Kwaśniewski miał rację, gdy przed referendum akcesyjnym mówił, że „po wejściu do Unii zyskamy nowych przyjaciół…”. Nie dodał tylko: „… w miejsce Rosjan”.

    • „Przecież UE zmaga się już nie z kryzysem a z katastrofą demograficzną”

      Generalnie nie jest problemem samo starzenie się ludności czy nawet jej ubywanie. W epoce rozwoju technicznego do wykonywania tych samych czynności potrzebnych jest coraz mniej rąk. Przykładowo winda dekarska zastąpiła dodatkowego robotnika do noszenia materiałów budowlanych. Problemem są coraz większe wydatki budżetowe na emerytury (widoczne) czy wydatki domowego budżetu na utrzymywanie zniedołężniałej osoby starszej (ukryte). Likwidacja systemu emerytalnego jest logicznym posunięciem, ale trzeba uwzględniać w rachubach, że koszt utrzymania tych osób spada na potomków (w przypadku kiedy takie osoby nie poczyniły oszczędności). Obecnie wiele osób pracując na czarno (czyli nie będąc obdzieranym przez ZUS) i tak wydaje swoje pieniądze na konsumpcję i co gorsza przepija je.
      Wprowadzona polityka jednego dziecka gwałtownie obniżyła dzietność (obecnie 1,5 ; Polska 1,4) obniżając jednocześnie . Równie gwałtownie przyjdzie kryzys demograficzny. To co do Europy przychodzi stopniowo, na Chiny spadnie jak grom z jasnego nieba, zwłaszcza jeżeli zwiększać się będzie długość życia.
      Tutaj piramida: http://www.census.gov/ipc/www/idb/country.php
      Za ok. 20 lat przestanie pracować najliczniejsze pokolenie obecnych 40 – latków. Czy ich dzieci, obecni dwudziestolatkowie (często jedynacy) wezmą na siebie ciężar opieki nad rodzicami ?
      Czy z problemu zdaje sobie sprawę KPCh ?

  • Dziękuję za komentarz do moich punktów.
    Niemniej jednak odczuwam pewien intelektualny żal, że kwestionując nadrzędność systemu demokratycznego nie podał Pan, jakie inne systemy są co najmniej równe (albo i lepsze) systemowi demokratycznemu. Gdyby Pan je wymienił wraz uzasadnieniem oraz przykładami, to nasza dyskusja byłaby jeszcze bardziej ciekawa. W tym przypadku chętnie poczekam na Pana stanowisko puentując ten punkt znanym zdaniem Churchilla+, że demokracja to jeden z najgorszych ustrojów, ale dotąd nie wymyślono nic lepszego.
    Zasada non-violence nie oznacza, że dane państwo nie będzie używać w ogóle siły. W pewnych sytuacjach jest ona potrzebna.
    Oznacza ona, że państwo nie będzie używać argumentu siły w relacjach międzynarodowych, ani nie będzie próbowało straszyć swoją siłą innych używając takich czy innych pogróżek.
    Co do rzymskiego przykładu, to nie jest on, moim zdaniem przekonywający. Rzym narzucił swoją cywilizacje ludom stojącym w Europie (poza Grecją) na niższym stopniu rozwoju. Tymczasem w przypadku Chin, jej głowni adwersarze: USA, UE, Japonia znajdują się obecnie nas daleko wyższym stopniu rozwoju.
    Podbój ekonomiczny Zachodu jest moim zdaniem mało prawdopodobny. Zachód zaczyna powoli organizować się w obronie przed chińską ekspansją.
    1.Próby wprowadzenia barier ochronnych przed przejmowaniem podmiotów gospodarczych przez instytucje poza Unii.
    2.Coraz częstsze oskarżenia firm chińskich o dumping w przetargach
    3.Próby bojkotu przez rynek, chińskich inwestorów szukających podwykonawców
    (np. autostrada w Polsce)

    Po drugie, państwa cywilizacji Azji Wschodniej mają tak skonstruowane systemy społeczne, że po osiągnięciu pewnego poziomu rozwoju, stają się one
    przeszkodą w dalszym rozwoju. Niedawno podawałem przykład Japonii, który pozwolę sobie tutaj przytoczyć:
    1.Skostnienie elit i brak dopływu świeżej krwi
    Japonią rządzi przysłowiowe sto rodzin. To potomkowie rodzin, które półtora wieku temu pomogli cesarzowi obalić władze szoguna i jego samurajów. Ludzie ci następnie kierowali przyśpieszoną modernizacją kraju znaną jako epoka Meiji. Ich potomkowie wciągnęli Japonię najpierw w wojnie światową, a po wojnie ich następne pokolenie stworzyło partię Liberalno-Demokratyczną, która rządziła Nipponem przez półwieku, z mała przerwą w latach dziewięćdziesiątych…..
    Taki system obowiązuje w całej Japonii, urzędy centralne i lokalne są obsadzane przez kilka rodzin i przekazywane następnym pokoleniom co powoduje, że dobór na stanowiska, w tym najważniejsze odbywa na podstawie przynależności klanowej, a nie na podstawie zdolności i kwalifikacji.
    2. Drugi powód to system konwojowy.
    Japoński system solidarności klanowej i społecznej oddziaływuje negatywnie na wolność gospodarczą. W Japonii nie ma wielkich bankructw na miarę USA (Lehman Brothers, Washington Mutual, Enron, GM). Jeżeli ktoś finansowo pada, to reszta w łańcuchu (klienci, dostawcy, banki) holuje nieszczęśnika nie pozwalając mu umrzeć. Siłą rzeczy taki konwój musi zwolnić, bo ciągnięcie trupa zabiera siły.
    Ten system skostnienia elit dotyczy także Chin (czytałem kiedyś, że krytykowani jacyś funkcjonariusze na szczeblu prefektury/powiatu, ustąpili gremialnie, po czym okazało się, że następcami są ich synowie.
    Do tego dochodzą olbrzymie koszty dogonienia standardu życia na Zachodzie, które jak powyżej przekonywująco uzasadniał kolega Ciekawy czynią osiągnięcie tego samego poziomu niemożliwym przy obecnych zasobach.
    Kokludując: Zachód nie zostanie zdominowany cywilizacyjnie na wzór rzymski.
    Pozdrawiam

    • @wute
      Interesujace obserwacje dotyczace systemu spolecznego i powiazania takowego z rozwojem gospodarczym przede wszystkim. Z moich prywatnych obserwacji swiata biznesowego (ograniczona probka zatem) wnioskuje, ze temat jest duzo bardziej zglebiony na zachodzie, gdzie powazne firmy (oraz instytucje panstwowe) selekcjonuja kadre zarzadzajaca nie tylko ze wzgledu na wiedze, ale takze ze wzgledu na cechy osobowe (nie ma to nic wspolnego z testami osobowosciowymi obecnymi w Polsce). System „klanowy” ma swoje ograniczenia, co takze w Polsce jest widoczne na szczeblu panstwowym (tym bardziej ze czasami brak zarowno i kompetencji i cech osobowych).
      Dodam, ze niektore bolaczki Stanow takze obecnie wynikaja z faktu, ze system polityczny nieco skostnial (o UE nawet nie wspominam).

      Jesli chodzi o zasade non-violence to uwazam podobnie. Koniecznosc posiadania silnego wojska nie warunkuje jego naduzywania. W tym wypadku chodzi takze o to, ze powtarzane przez Chiny zapewnienia o dazeniu do „harmonijnego” rozwoju stanowia po czesci ich „soft power”. Z pewnoscia jest coraz wiecej panstw, ktore maja dosyc „szeryfowania” Stanow i z checia zajma sie robieniem biznesu z Chinami. Takie podejscie cechuje rowniez UE, co wedlug mnie rowniez jest jednym z elementow rozbieznosci interesow.
      Jesli zas chodzi o poziom zycia, to wydaje mi sie ze ten na zachodzie bedzie powoli, ale systematycznie spadal (na pewno w UE), co do czego zgadza sie wiekszosc wywiadowni gospodarczych. Nie zmienia to faktu, ze usredniajac wciaz bedzie wyzszy niz w Chinach.

  • Panowie. pan Wute był tak uprzejmy i wymienił cztery warunki, które Chiny powinny spełnić aby dominować w świecie. Przypomnę je, powinny:
    1. stać się krajem pierwszym krajem innowacji technologicznych
    2. stać się liderem w ochronie środowiska
    3. być krajem w pełni demokratycznym
    4. stosować w stosunkach międzynarodowych zasadę non-violence.Nie mogę się zgodzić w żadnym wypadku z punkatami 3 i 4.
    Punkt trzeci zakłada nadrzędność systemu demokratycznego nad innymi- co nam, przywykłym do myślenia w kategoriach tego systemu, uniemożliwia myślenie w kategoriach innego. Nie tylko dla mnie ta nadrzędność jest nieprawdą.
    Punkt czwarty jest niewykonalny dla każdego wielkiego państwa. Aby dojść do wielkości trzeba przeciwników/wrogów trzymać na dystans. Gdy się dojdzie do wielkości trzeba umieć ją utrzymać.W mojej opinii, wielkość Imperium Rzymskiego stąd właśnie się wzięła- potrfili po podboju fizycznym zasymilować warstwy srednie i wyższe. Mieli do dyspozycji wspaniałą kulturę, która przyciągała narody podbite. I teraz przechodząc do Chin. Współczesny „podbój” może być „podbojem” ekonomicznym i dopiero ten pierwiastek wyższy który wystąpi lub nie wystąpi później, zdecydować może o atrakcyjności „najeźdźcy”. Co Pan na to?

  • Panowie. Dziękuję za wiedzę, morze wiedzy którą wylaliście komentując mój skromny artykuł. Sądzę że czytelnicy CSPA (w tym i ja) uzyskali dzięki Waszym wypowiedziom ogrom wiedzy na temat współczesnego świata z odniesieniami- zawsze koniecznymi- do historii.
    Czytając Wasze komentarze zacząłem zastanawiać się nad problemem- pytaniem o ogromnym kalibrze- które nasunęło mi się (po raz kolejny) po przeczytaniu tekstu prof. Rybińskiego. A mianowicie: czy Historia zatoczy ponownie krąg i Chiny tak jak w czasach dynastii Ming będą starały się „zawojować” świat stosując wymianę handlową jako podstawowy atrybut swojej potęgi? Czy sądzicie, że taka miękka metoda postępowania na arenie międzynarodowej w dobie cynicznych i nacechowanych groźbą użycia siły, stosunków między państwami- ma szanse na realizację? Czy to czego jesteśmy obecnie świadkami w relacjach Chin ze światem, nie narzuca takiego wariantu Ich postępowania jak to „drzewiej bywało”? Bardzo chciałbym, aby Pax Sinica tak właśnie wyglądał. A jakie jest Wasze zdanie?

    • To pytanie strategiczne. Postaram się w ramach mojej skromnej wiedzy, bo przecież nie jestem zawodowym analitykiem, spróbuję odpowiedzieć na to pytanie.
      Na pojęcie Pax Sinica składały się, moim zdaniem, trzy elementy:
      1. Koncepcja Chin jako państwa środka wyrażona w powiedzeniach:
      mitologicznym – Wewnątrz czterech mórz
      konfucjańskim – Wszystko co pod Niebem
      2. Konfucjańskie zasada harmonii, współpracy i porządku
      3. Konfucjańska zasada rozstrzygania sporów drogą non violence
      Po raz pierwszy Pax Sinica został „uskuteczniony” ca. 750 lat przed
      dynastią Ming, za czasów dynastii Tang, która jest uważana za
      największą chińską dynastię. W 630 r. Japonia uznała Chiny za centrum świata. Wtedy to słynny kodeks dynastii Tang stał się wzorem
      dla innych kodeksów prawnych w Korei, Japonii i w Wietnamie.
      Japończycy przyjeżdzali do Chin i kopiowali całą architekturę. Dziś kiedy nie ma już pałacy i świątyń Tangów w Chinach, to ich dokładne
      odwzorowanie można zobaczyć w Japonii, w miastach Kioto i Nara.
      Milionowe Changan (obecnie Xian), stolica Tangów było miastem
      kosmpolitycznym gdzie znajdowały się świątynie: chrześcijańskie,
      muzułmańskie i żydowskie. Tysiące cudzoziemców mieszkało w wielu
      chińskich miastach. Chinki miały o wiele więcej wolności osobistej niż
      za jakiejkolwiek wcześniejszej lub późniejszej dynastii. Chińskie statki
      już wtedy docierały do Zatoki Perskiej (Eufratu) i Morza Czerwonego.
      Nigdy Chiny w swojej historii nie miały tak dominującej pozycji
      świecie, zbudowanej na przewadze cywilizacyjnej jak za czasów dynastii Tang. Niestety nie trwało to długo. W połowie VIII w. dwa wydarzenia rozbiły zupełnie pozycje tego państwa. W 751 t. w bitwie
      nad rzeką Tales (obecny Kazachstan) armia chińska została całkiem rozbita przez Arabów. Ta bitwa, jedna z najważniejszych w dziejach
      świata (pomijana w Polsce przez speców układających różne rankingi
      najważniejszych bitew) zadecydowała, że Azja Środkowa, która do tej
      pory była buddyjska, stała się w ciągu kilku wieków nieodwracalnie
      muzułmańska. Kilka lat później wybichło w Chinach powstanie generała
      An Luszana, które przekształciło się w kilkunastoletnią wojnę domową,
      po której populacja zmniejszyła się z 53 mln do ca. 19 mln w/g spisów.
      Potem Tangowie odbudowali swoją świetność, ale nie do końca.
      Niemniej okres dynastii Tang uważa się za Golden Age.
      Dynastia Ming próbowała naśladować Tangów, ale była tylko ich odbiciem.

      Obecnie Chiny żeby dominować w świecie muszą spełnić następujące
      warunki:
      1. stać się krajem pierwszym krajem innowacji technologicznych
      2. stać się liderem w ochronie środowiska
      3. być krajem w pełni demokratycznym
      4. stosować w stosunkach międzynarodowych zasadę non-violence.
      Wydaje się, że najszybciej mogą w przyszłości spełnić warunki punktu
      pierwszego. Najtrudniej będzie z punktem drugim.
      Tylko wtedy świat uzna dobrowolnie dominującą pozycję Chin, kiedy
      staną się wzorem dla innych cywilizacji. Ogrom i potęga nie dają takiego komfortu. ZSRR się bano, ale świat się na nich ani nie wzorował ani też szanował.
      Jeszca jedna uwaga. Chińska cywilizacja była z natury pacyfistyczna.
      Gdy rządzili Chinami konfucjanie, to w zasadzie państwo nie prowadziło wojen zaczepnych. Niemal wszystkie wielkie chińskie podboje i ekspansje miały miejsce gdy Chinami rządzili nie-Konfucjanie: Mongołowie (dynastia Juan), Mandżurowie (dynastia Qing ) i komuniści (głównie Maoiści). Jeżeli w Chinach zaczną do
      wladzy dochodzić ludzie o orientacji szanującej dawne wartości, a na
      to powoli zdaje się wyglądać (np. deklaracja Hu Jintao o wartościach)
      może to przyśpieszyć i wzmocnić plany ustanowienia Pax Sinica, ale
      oparte o rzeczywistą współpracę i szacunek dla każdego państwa,

      • Avatar Zyggi

        Gratuluję świetnego postu. Rzeczywiście, epoka dynastii Tang to złoty wiek Chin. Nie ulega wątpliwości, że bitwa nad rzeką Tales, gdyby zakończyła sie inaczej, zmieniłaby oblicze sporej części Azji. Jednak co się stało, to się nie odstanie.
        Zgadzam się ze wszystkimi konkluzjami, w tym także 4. punktami, które wymienił Pan jako warunki zdobycia przez Chiny pozycji globalnej potęgi nr 1. Zgadzam się również, że pkt. 2 będzie najtrudniejszy do realizacji. Ogrom chińskiego przemysłu i wzrost konsumpcji z całą pewnością sprawia, że w kwestiach ekologicznych niektóre obszary Chiny to istna Stajnia Augiasza. Natmiast chcę tu jeszcze raz zwrócić uwagę (co już niedawno na Forum uczyniłem), że i pod tym względem dokonuje się postępu. Chiny są już dziś jednymi z liderów w badaniach i pozyskaniu energii wiatrowej (firmy Xinjiang Goldwind, Sinovel, Dongfang) oraz słonecznej (Guofei Green Energy, Suntech Power, Yingli Solar, Anwell).

      • Avatar Zyggi

        P.S. Zapomniałem wspomnieć też o pierwszym chińskim samochodzie z silnikiem hybrydowym, produkcji firmy BYD (model F3DM). Oczywiście „jedna jaskółka wiosny nie czyni”, ale takich „jaskółek” wśród chińskich firm samochodowych będzie zapewne coraz więcej, o ile już jakieś kolejne się nie pojawiły.

      • Avatar ciekawy

        @ Zyggi

        Problemy ze środowiskiem wynikają w Chinach z próbą osiągnięcia życiowego standardu Amerykanów czy Europejczyków. Następuje gwałtowny rozwój motoryzacji, zmieniają się nawyki żywieniowe (hodowla zwierząt znacznie bardziej energochłonna). W połączeniu z nieograniczoną chciwością (wybieranie najtańszych, ale nieobojętnych dla środowiska sposobów pozbywania się odpadów przemysłowych) otrzymujemy sytuację obecną. Chińczycy chyba nie zdają sobie sprawy (a rządzący zapewne zaczynają), że przy obecnych zasobach Chińczycy (statystyczni) nie będą mogli żyć na tym samym poziomie co ludzie Zachodu. Energetyka to tylko jeden element całej skomplikowanej układanki, bo zwiększa się zapotrzebowanie na każdy surowiec. Krótkowzroczna polityka teraz, doprowadzi do ogromnych kosztów w przyszłości. Rozwój cywilizacji jest zawsze okupiony zniszczeniem dla otoczenia. Państwom europejskim łatwo mówić o ochronie środowiska, w sytuacji kiedy sama własne naturalne środowisko w przeszłości zniszczyła, a teraz tkwi w stagnacji zarówno demograficznej jak i gospodarczej. Kto wie czy za kilkadziesiąt lat to Chińczycy będą przyjeżdżać do Europy w poszukiwaniu natury, o której usłyszeli w przekazach dziadków i pradziadków.

      • Avatar wute

        W nawiązaniu do Pana postu gdzie pisał Pan o gospodarczym
        rozwoju Rosji przed I WŚ w mojej odpowiedzi zapomniałem
        dodać o interesującym eksperymencie, który zrobiono kiedyś
        na jednym z amerykańskich uniwersytetów. Wrzucono dane do
        komputera i wyszło im, że gdyby nie było rewolucji i wojny
        domowej to Rosja przegoniłaby USA, w PKB gdzieś w połowie
        lat trzydziestych XX w.

      • Avatar ciekawy

        @wute
        Zapewne nie uwzględniając Wielkiego Kryzysu, który ZSRR nie dotknął, a dla Rosji carskiej byłby nie mniejszym obciążeniem niż dla innych państw. Jednocześnie daje to do myślenia jak długoterminowe prognozy są zwodnicze i jak bardzo przyszłość jest nieprzewidywalna.

      • Avatar wute

        @ Zyggi @ Ciekawy

        Panowie, proponuje skończyć z panowaniem i przejść na ty.

      • Avatar wute

        @ Ciekawy
        Słuszna uwaga.
        A propos długoterminowych prognoz to jeden najwybitniejszych
        rosyjskich uczonych, Łomonosow czy Mendelejew przewidywał
        że Rosja w XXI w. będzie miała 800 mln ludzi.

      • Avatar Zyggi

        Nie brak też chybionych prognoz i szumnych zapowiedzi ekonomicznych, które skompromitowały się z upływem czasu i w zderzeniu z realiami.
        Brazylijscy wojskowi w czasie gospodarczego „cudu” lat 70. zapowiadali, że rządzona przez nich Brazylia do 2000 r. stanie się trzecią potęgą gospodarczą świata. Za pieniądze podatników tworzyli wielkie państwowe koncerny hutnicze, lotnicze, stoczniowe, zbrojeniowe, ze zmiennym szczęściem działające na światowych rynkach. Wykreowali nawet koncern komputerowy, który w zderzeniu z konkurencją zagranicy padł jak domek z kart, chyba jeszcze w latach 80, zanim komputery PC definitywnie trafiły pod strzechy. Ze wszystkich tych producentów chyba tylko lotniczy Embraer można określić jako firmę, która odniosła spektakularny sukces.
        Z kolei szach mówił o piątym miejscu Iranu w świecie do 1985 r., jak się skończyło – dobrze wiemy. Z szacha i jego zapowiedzi zostały tylko nieliczne punkty na gospodarczej mapie Persji.
        Japończycy w latach 70. i 80. zapowiadali, że do 2000 r. dogonią USA pod względem całkowitej wartości PKB (aczkolwiek w 1989 r. byli na poziomie ok. 70% PKB USA). Dziś niektóre japońskie firmy walczą o przetrwanie (i często przegrywają). Japońskie „success stories” jak Toyota i Canon to dziś raczej wyjątki niż reguła.
        Chińczycy są na tym tle stosunkowo skromni. Niezbyt wiele zapowiadają, mówią raczej „dążymy do…” niż „osiągniemy…”. I chyba słusznie, w końcu mówienie o przyszłości w trybie życzeniowym a nie dokonanym nie grozi publicznym ośmieszeniem. :-)

  • Tak na marginesie dodam odnosnie konkurowania o zasoby i zmiany stosunkow USA-Chiny, ze dzisiaj w Chinach rozpoczyna wizyte prezydent Brazylii. Jest to jak najbardziej istotne, ze gra miedzy USA i Chinami idzie o rope z niedawno odkrytych zloz. Prezydent Obama pielgrzymke do Brazylii jak pewnie wiecie juz odbyl i zaoferowal „strategiczny dialog energetyczny” oraz chec bycia glownym klientem (czyli w wolnym tlumaczeniu worki zielonych). Chiny zaoferowaly inwestycje 12 mld USD przez Foxconn w infrastrukture telekomunikacyjna, zakup embraerow oraz przyklepalo joint-venture Petrobrasu i Sinopec. Cos mi sie wydaje, ze konkurecja o zasoby bedzie jeszcze ciekawsza niz moglo sie mi wydawac. :)
    Na dodatek Pani prezydent ma zamiar napomknac w Chinach, ze nie podoba jej sie manipulowanie kursem wymiany RMB (to nie nowosc) a takze USD (ale to juz jest zaskoczenie).

    • Bardzo interesująca informacja

    • Czy na pewno Foxconn i telekomunikacja? Może jestem niedoinformowany, ale z tego co wiem, Foxconn to firma tajwańska wyspecjalizowana w OEM dla firm komputerowych. Nie chodzi czasem o chińskie firmy telekomunikacyjne jak Huawei lub ZTE?

      • Avatar PZ

        Masz racje Foxconn ma zainwestowac 12 mld USD (w elektronike), natomiast Huawei w telekomunikacje (m.in. centrum badan i rozwoju w Sao Paulo).
        Tu jest oryginalna wiadomosc:
        blogs.ft.com/beyond-brics/2011/04/16/us-and-china-compete-for-brazils-oil/

      • Avatar Zyggi

        @ PZ
        Dzięki za wyjaśnienie i za link. Sinopec wchodząc we współpracę z Petrobrasem wyprzedza zachodnią konkurencję w dostępie do brazylijskich złóż roponośnych (chyba chodzi o te niedawno odkryte). Ciekawe, co na to Anglosasi i reszta „peletonu”.

      • Avatar PZ

        Anglosasi chca przepchnac wspolprace rosyjskiego TNK-BP z BP tyle, ze TNK chce joint venture. Joint ventures to wedlug mnie pod wieloma wzgledami ciekawszy model biznesowy (pewnie to tez ma wplyw na obecnie obserwowane sukcesy Chin), ktore w porownaniu z korporacyjnymi przejeciami ma wiecej do zaoferowania obydwu stronom.

  • @ Zyggi @ wute

    Poruszyliscie Panowie kilka ciekawych watkow w swoich postach, odniose sie do kilku z nich.

    1. Ochrona sektorow strategicznych w Unii.
    W glownej mierze mowa oczywiscie o energetyce, aczkolwiek nie tylko (na przyklad sektor obronny tez pewnie zostanie do tej definicji wlaczony).
    Prym w tych dzialaniach wioda Niemcy, ale wedlug mojego przekonania bardziej dzialania sa ukierunkowane na Rosje (w energetyce przynajmniej) niz na Chiny.
    Rosji oplaca sie byc na europejskim rynku, gdyz po pierwsze dywersyfikuje to baze klientow (gdzie po drugiej stronie konkurencja sa Chiny), co pozwala Rosji miec kontrole nad procesem komu i za ile sprzedac. W przypadku gdy (tak jak obecnie) sa sa tylko dostawca (czy gazu czy ropy) bardziej oplacalna czesc wartosci dodanej jest po stronie UE i Chin. Natomiast jesli udaloby sie Rosji przejac czesc sektora energetycznego (produkcji) w UE to pozwoli to na zintegrowanie lancucha wartosci po stronie rosyjskiej (dostawca surowcow + producent energii). Dlatego tez zaloty tocza sie wokol Litwy i Bialorusi o budowe wspolnej elektorowni atomowej (a wiec takze sprzedazy technologii rosyjskiej) i sprzedazy energii dla UE. To takze dlatego lakomym kaskiem spogladaja na Lotos. Natomiast dla samych Niemcow (w tym wypadku akurat ten kraj jest kluczowy w ukladance) takie rozwiazanie jest to bardzo nie na reke, stad proba ograniczenia takiej opcji.
    Tak na marginesie konkurencja o zasoby (wszelkiego rodzaju od paliw po zywnosc) wydaje mi sie, ze bedzie bardzo ostra w nadchodzacej dekadzie.

    2. Nabucco
    W nawiazaniu do powyzszego takze dlatego Niemcy (pod przykrywka UE) lobbuja za Nabucco, a Rosja tak bardzo chce ten ruch wyprzedzic budujac South Stream.
    Z Nabucco jest kilka problemow jednak, wylaczajac ten ze gazociag wciaz jest na papierze. :)
    Najwazniejszy z nich to fakt, ze aby zagwarantowac oplacalnosc budowy nalezaloby powaznie rozwazyc kupowanie gazu z Iranu, co w obecnej sytuacji jest niezykle drazliwe (kolejny punkt wyraznej sprzecznosci interesow pomiedzy USA oraz UE). Kolejny problem to fakt, ze gazociag przechodzilby przez Turcje (ktora sama potrzebuje surowcow energtycznych) co przy jednoczesnym ostrym oporze Niemcow wobec akcesji Turcji do UE raczej nie ulatwia negocjacji.
    W tym wzgledzie wydaje mi sie, ze kto pierwszy ten lepszy (albo Nabucco albo South Stream), ale na tym etapie ciezko powiedziec jak to sie zakonczy.

    3. Azja Centralna
    Oczywiscie, ze kraje takie jak Azerbejdzan czy Turkmenistan chetnie sprzedalyby gaz UE, ale na razie nie maja innej mozliwosci niz przez Rosje tylko i wylacznie (co z pewnoscia jakos nadzwyczajnie ich nie cieszy) dlatego tez dywersyfikuja swoje kierunki wybierajac Chiny (aczkolwiek nie nazwalbym tego uzaleznieniem od Chin). Dopoki wiec Nabucco jest na papierze, zadnej jednostronnej deklaracji popierajacej ten projekt nie spodziewalbym sie z krajow dostawcow w Azji Centralnej, bo w razie niewypalu (i sukcesu South Stream) Rosja z pewnoscia o takowych deklaracjach sobie przypomnie i poprosi o odpowiednia znizke na tranzycie. Do tego dochodzi aspekt finansowy ukladanki, a chodzi o cos co nazywa sie “money recycling” (i nie chodzi o odzysk papieru :) ) i co stara sie robic kazdy kraj rozwiniety kupujacy surowce od kraju mniej rozwinietego. Chodzi o to, zeby pieniadze wydane na zakup nosnikow energetycznych wrocily do kraju pochodzenia (w formie gotowki) jako zaplata za towary i uslugi wyprodukowane w tymze kraju (strategia od wielu dekad swietnie aplikowana przez USA w krajach arabskich, stad tam tyle zabawek wojennych).
    Rosja Azji Centralnej moze zaoferowac tylko mnostwo latajacego i jezdzacego zelastwa, ktore strzela i nic poza tym, natomiast Chiny, no to zupelnie inna historia (oferta obejmuje praktycznie wszystko co moze podniesc komfort zycia, a w dodatku po atrakcyjnych cenach).
    Tego nie zmieni nawet Nabucco, natomiast dopoki tej rury nie ma to Chiny beda Azji Centralnej oferowac rozsadna mozliwosc dywersyfikacji i oslabienia dominacji Rosji w regionie.

    4. Rosja-Chiny-USA-UE
    Juz wute wspomnial, ze Rosja jest najbardziej chora z BRICow. Dodalbym takze, ze najbardziej nieprzewidywalna takze, a to ze wzgledu na fakt, ze wiele obecnych problemow moze rozwiazac sie na niekorzysc Rosji. O powolnym wymieraniu dalekiego wschodu takze wute juz napisal, a jesli dodac do tego wypychnie Rosji przez Chiny z Azji Centralnej to na surowcowo bogatym dalekim wschodzie Rosja traci wplywy kosztem Chin. Jak na razie zadne zachety finansowe Kremla nie pomagaja zachecic Rosjan do zasiedlania dalekiego wschodu, ale za to bez zachet coraz wiecej Rosjan osiedla sie w Londynie i Amsterdamie. :) Jesli chodzi o proby przeciwdzialania ekspansji Chin to tutaj co ciekawe interesy Rosji i USA, sa czesciowo zbiezne i pewnie tym takze mozna tlumaczyc niedawny reset (ze szkoda dla Polski, ale tak rozgrywa sie real politik).
    UE jest takze jak najbardziej zainteresowane wspolpraca z Rosja, ale na swoich warunkach (czyli upraszczajac gaz dla z Rosji do UE-kasa z UE do Rosji-Europejskie pociagi dla Rosji-kasa z Rosji do UE – czyli money recycling jak w podreczniku ekonomii). I dodatkowo UE chetnie wezmie dla siebie co lepiej wyksztalconych Rosjan, aby choc troche poprawic wlasny bilans demograficzny, wlasna konkurencyjnosc (nauka w Rosji nie stoi jeszcze az tak zle jak by sie moglo wydawac).
    Ja w tym wszystkim widze wielobiegunowy koncert mocarstw w pelni.

    Tak na marginesie od dzisiaj bank HSBC od dzisiaj oferuje mozliwosc rozliczania transakcji dla polskich firm handlujacych z Chinami. Tak tez w praktyce odbywa sie powolny proces ograniczania USD jako jedynej waluty rozliczeniowej, co wedlug mnie jest jednym z najistotniejszych elementow ukladanki co zrobia Stany, jak zauwaza ze ich proby utrzymania obecnego porzadku nie sa tak skuteczne jak tego by chcieli.

    • Generalnie bardzo interesująco Pan zanalizował sytuację.
      1. Mam nadzieję, że Rosjanie nie dostaną Lotosu. W ogóle nie chciałbym
      żeby ta grupa została sprzedana. Sprzedaż Lotosu, który ma udziały
      w Porcie Północnym (na szczęście nie większościowe) to z punktu
      widzenia naszego bezpieczeństwa rzecz niezmiernie niepomyślna.
      2. Faktycznie Nabucco jest jeszcze napapierze, podobnie jak South
      Stream. Ostatnio czytałem, że Rosjanie rozważają zastąpienie SS
      gazoportami, ponieważ nie mogą dogadać się z Bułgarią. Sądzę, że
      opór Bułgarii, w świetle tegoi co się dzieje w Unii nie jest przypadkowy
      3. Bardzo dobra analiza
      4. Tak to już jest koncert macarstw w pełni
      Co zrobią Stany.?
      W dawnych czasach UK wiedziało jak to się robi. Wojny z Napoleonem
      oraz obie światowe prowadzili cudzymi rękami, nigdy sami, zawsze w
      koalicji..
      Myślę, że obecną wojnę gospodarczą, USA też będzie chciało tak
      zrobić. Orężem będą niezadowoleni Chińczycy, toteż przewiduję
      intensyfikacje polityki USA nakierowaną na wzmacnianie niezadowolenia chińskiego społeczeństwa. To jest proces żmudny
      i długotrwały ale jak pokazuje przypadek Europy Wschodniej może
      być skuteczny.

      • Avatar Adam Izydorczyk

        Rząd amerykański dysponuje wyjściem awaryjnym, które było już ćwiczone w okresie powojennym, kiedy to udało się w sześć lat sprowadzić zadłużenie z poziomu 118% PKB do 80% w 1951 roku. Zadłużenie rządu USA jest denominowane w dolarach, a tej akurat waluty amerykanie mogą mieć łatwo pod dostatkiem. Wystarczy więc, że obligacje zacznie masowo skupować Fed, a problem zadłużenia publicznego zniknie. Ceną za takie posunięcie byłaby wielka inflacja i potężna deprecjacja amerykańskiej waluty. W latach 1945-51 ceny wzrosły o 46%, co oznaczało roczną inflację na poziomie ok. 6,5%. Monetaryzacja długu wydaje się jednak i tak bardziej dyplomatycznym rozwiązaniem niż odmowa jego zapłaty.

        Coś odnośnie relacji USA – Chiny i wyjścia z problemu spłaty swoich zobowiązań do czego prawdopodobnie pije autor :+)
        Historia lubi się powtarzać, a rozwiązania przeważnie są powtarzalne i tutaj jest dokładnie tak samo

        @wute

        Tak naprawdę nie trzeba mieć większości społeczeństwa za sobą, aby przeprowadzić rewolucję… jakie poparcie miał Lenin i komuniści na przełomie rewolucji … z 30 % ?!
        Tak naprawdę liczy się kwestia zorganizowania oraz umiejętność wykorzystywania nadarzających się sytuacji … i tak też może być w przypadku dowolnego państwa .. czy to Chiny Polska NRDowo etc.etc.

        Dokładnie tą samo informację można przedstawić na 10 różnych sposobów .. pokazać 100 rolników A. Leppera z 10 lat temu dobrze opisać i już połowa Polski myślała, że „rolniki strajkują” … a pochód UPR w Warszawie na 3000 osób przedstawić jako marsz 100 oszołomów lub całkowicie pominąć w mediach :+)

        Rozliczne grupy nacisku już wiedzą jak zdestabilizować sytuację, aby wyjść na swoje, a w przypadku Chin znam przynajmniej z 10 problemów, które można wykorzystać przeciwko KPCH :+)

        pozdrawiam

      • Avatar wute

        W Rosji kiedy dokonywała się rewolucja bolszewicka, a więc
        na jesieni 1917 r. liczyły się tylko trzy miejsca: Piotrogród,
        Moskwa i front z Niemcami. Reszta tego ogromnego kraju nie
        miała większego znaczenia.
        Otóż wbrew pozorom Lenin i jego towarzysze mieli większość kiedy dokonywali puczu.
        Od końca lata 1917 r.Rząd Tymczasowy oraz wspierające go partie rewolucyjne: mieńszewicy i eserowcy systematycznie tracili poparcie. We wrześniu w wyborach municypalnych w Moskwie bolszewicy uzyskali większość. Na jesieni 1917 w wyborach do Piotrogrodzkiej a także do Moskiewskiej Rady Delegatów Robotniczych i Żołnierskich
        bolszewicy wygrali wybory i opanowali obie rady.
        Jak wielką władzę miała Rada Piotrogrodzka świadczy fakt,
        że jej rozkaz nr.1 wydany na początku rewolucji lutowej
        (zniesienie dyscypliny w wojsku, nieoddawanie honorów,
        wybór dowódców przez żołnierzy) był respektowany i
        wszystkie jej rozkazy były bardziej honorowane niż rozkazy
        Rządu Tymczasowego.
        Na jesieni 1917 r. armia na froncie była w rozkładzie.
        Zdezerterowało 2 mln żołnierzy. Nawet Kozacy przypinali
        sobie czerwone kokardy i wracali do domu. Nastrój w kraju
        w tych dniach był wybitnie probolszewicki wszędzie tam
        gdzie byli jeszcze ludzie aktywni. Ludzie chcieli zmian.
        Skompromitowal się car, którego obalono. Skompromitował
        się Rząd Tymczasowy a z nim partie, które go popierały:
        – Socjal-Rewolucjoniści (Eserowcy)
        – Socjaldemokraci (Mieńszewicy)
        – Konstytucyjni Demokraci (Kadeci)
        – Oktriabriści (Konserwatyści)
        Podczas puczu zwanego Rewolucją Październikową siły
        bolszewickie liczyły 12 tys. (żołnierze, marynarze, Gwardia
        Czerwona). Rząd Tymczasowy przeciwstawił 2 tys. z czego
        część: żołnierze inwalidzi, batalion kobiecy, oddział cyklistów,
        trochę Kozaków i uczący się rzemiosła wojskowego (junkrzy).
        Żołnierze i podoficerowie na froncie przyjęli pucz bolszewicki z zadowoleniem.
        W momencie puczu bolszewicy mieli poparcie większości
        społeczeństwa, wbrew temu co się powszechnie sądzi.
        Inna sprawa, że wystarczyło parę tygodni ich rządów, żeby
        ta większość utracić.

        Nie wystarczy mieć umiejętność wykorzystywania sytuacji.
        W wielu wypadkach po prostu takich sytuacji może nie być.
        To że żyjemy w wolnej Polsce to jest efektem tego że
        władcy na Kremlu/w Warszawie sami zdecydowali się
        zlikwidować system, który przynosił im więcej kłopotów niż
        profitów. Gdyby nie chcieli to do dzisiaj żylibyśmy w PRL a
        naszym sąsiadem byłoby NRD.
        Destabilizacja Chin z zewnątrz będzie w moim przekonaniu,
        czynnikiem drugorzędnym, na pewno nie decydującym.
        Jeżeli ten kraj zostanie zdestabilizowany to głównie z
        powodów kłopotów wewnętrznych wywołanych taką a nie
        inną polityką gospodarczą i jej skutkami społecznymi.
        Pozdrawiam.

    • Jeszcze pozwolę sobie coś dodać od siebie :)

      Trzeba brać pod uwagę korzyści krótko i długo – terminowe z podjętych działań destabilizujących sytuację. Kilka przykładów z historii pokazuje, że o ile krótkoterminowo kraj X może zyskać coś względem kraju Y to o tyle w relacjach długo-terminowych zawsze tracisz szczególnie, jeśli firmy z kraju X inwestują w kraju Y ( a tak jest w przypadku USA- Chiny )
      Przykład Rosji, a potem Związku Radzieckiego … początkowo korzyści ( wycofanie z wojny, utworzenie banku centralnego i inne pomniejsze lub większe korzyści uzyskiwane przez różne grupy nacisku), a potem jedna wielka strata, bo destabilizowanie kraju od 1850 roku przyniosło koniec końców ( tutaj chyba każde wie co )
      Potem relacje USA – Kuba USA – Somalia etc.etc. większość interwencji USA w krajach ameryki południowej czy też afryki to jedna wielka porażka .. próba zdestabilizowania sytuacji -> zmian ( może krótko okresowo kilku korzyści ), a potem znów strata !!
      Dokładnie każda historia kończy się tak samo … i w przypadku dzisiejszych Chin może być dokładnie tak samo … nawet jeśli coś opłaca się USA na najbliższe 3 lat … nie oznacza to, że będzie się opłacało na 20-30 lat ( szczególnie biorąc pod uwagę powrót twardogłowych lub całkowitego zwrotu sytuacji w relacjach Chiny – Japonia, Chiny Korea Południowa )
      Już „zachód” przegrał z Chinami na polu projektu ” AFRYKA ” i de facto możemy stracić ostatnie miejsca wpływów czyli Libia Egipt Algieria oraz RPA …

      czy warto było destabilizować Afrykę przez ostatnich 30 lat ?

      • Avatar Zyggi

        Klasycznym przykładem tego, o czym mówisz jest Iran. To wręcz książkowy przykład tego, jakie są rezultaty określonych poczynań. W 1953 r. USA i UK obaliły tam niewygodny anglosaskim nafciarzom rząd Mossadeka, oskarżany o lewicowość (co było kompletną bzdurą, bo Mossadek zwalczał komuchów jak mało kto w tej części świata). W efekcie władzę objął szach Mohammad Reza Pahlavi, a jak sprawy dalej się potoczyły, to można przeczytać w „Szachinszachu” Ryszarda Kapuścińskiego. Na ćwierć wieku Amerykanie i Anglicy zabezpieczyli swoje interesy, a poza tym zyskali kolejnego po Pakistanie i Turcji sojusznika w rejonie na południe od ZSRR. Nie przewidzieli tylko, że ich pupil Pahlavi może okazać się takim głupkiem, że obróci przeciw sobie niemal cały naród.

      • Avatar Zyggi

        P.S. „Możemy stracić ostatnie miejsca wpływów czyli ?Libia Egipt Algieria oraz RPA”? A co MY (Polska) mamy tam za wpływy? Żytnią tam eksportujemy czy co? ;-)

      • Avatar Adam Izydorczyk

        Dokładnie tak jak mówisz Zyggi .. Iran jest najlepszym przykładem .. tylko tutaj dochodzi jeszcze okłamywanie się nawzajem wśród sojuszników .. tzn. UK robiło USA w wała .. przekazując im sfabrykowane informację na temat Iranu .. powątpiewam, aby CIA przeprowadziło akcję znając faktyczny stan rzeczy …. ale ten przykład jest dobitny .. zresztą z Irakiem o ile pamięć mnie nie myli było podobnie

      • Avatar Adam Izydorczyk

        „P.S. “Możemy stracić ostatnie miejsca wpływów czyli ?Libia Egipt Algieria oraz RPA”? A co MY (Polska) mamy tam za wpływy? Żytnią tam eksportujemy czy co? ;-)”

        Zyggi chodziło mi raczej o kraje zachodu z punktu widzenia lat po roku 1945 .. czyli USA, UK Francja Niemcy Włochy Hiszpania Belgia :+)

      • Avatar Zyggi

        Z tą Żytnią to był rzeczywiście żart, ale warto przemyśleć czy rzeczywiście nasze interesy są tożsame z interesami krajów zachodnich. Gdybyśmy nie mieli kryzysu przywództwa, już 20 lat temu mogliśmy spróbować coś ugrać w Afryce bez oglądania się na pozwolenie Zachodu. Teraz jest już cokolwiek późno, przecież w porównaniu z takimi Niemcami my NIC nie znaczymy jako eksporter do Chin i Afryki. Nawet w siermiężnych czasach PRL mogliśmy coś zaoferować takiej Libii, Algierii czy Nigerii: inwestycje pod klucz, sprzęt budowlany i górniczy, ciągniki, kombajny i inne maszyny rolnicze. Jak to dziś wygląda, każdy widzi. Nawet cement u nas inni produkują, tak samo stal – podstawowe materiały inwestycyjne. W międzyczasie w Afryce pojawili się Chińczycy, którzy oferują miejscowym dosłownie wszystko i to w cenie, która nokautuje konkurencję (co w ubogiej Afryce ma kluczowe znaczenie), od odzieży poprzez różnego rodzaju maszyny i sprzęt po inwestycje drogowe, przemysłowe itd.
        Pozostały nam już praktycznie tylko branże zbrojeniowa, górnicza i paliwowa. A jeśli chodzi o polskie inwestycje w Afryce, to „Polska Miedź” w Copper Belt (Dem. Rep. Konga i Zambia) jest dziś chyba jedynym miejscem w Afryce, gdzie nasza obecność jest zauważalna.

      • Avatar wute

        Nie można obarczać winą USA i UK, że obalając Mossadeka
        nie przewidziały, że ich protegowany doprowadzi swoją
        polityką do rewolucji islamskiej, która kompletnie wyeliminuje
        wpływy Anglosasów w Iranie.
        To tak jakby zarzucać Sobieskiemu, że ratując Austrię pod
        Wiedniem, nie przewidział, że ta wiek póżniej dokona rozbioru
        Polski.

      • Avatar ciekawy

        Zgadza się p. wute, w szachach będąc myślami cztery ruchy dalej, nie zauważamy potencjalnego zagrożenia za dwa ;)

      • Avatar Zyggi

        @ wute
        Tu akurat nie obarczam winą USA i UK za to, że w dalszej perspektywie doprowadziły do szyickiej rewolucji (która NB z pczątku nie miała charakteru religijnego, a społeczno-polityczny). Raczej obarczam je winą za zdławienie pierwszego w dziejach Iranu rządu demokratycznego, co utorowało drogę politycznej przemocy: najpierw tyranii szacha, potem ajatollachów.

      • Avatar wute

        2 p.Zyggi
        Nie całkiem podzielam Pana zdanie, że USA/UK w dalszej
        perspektywie doprowadziły do rewolucji szyickiej.
        O ile w polityce zagranicznej szach do końca prowadził
        stałą politykę, to w sprawach wewnętrznych w pewnym
        momencie wyzwolił się z pod kurateli sojuszników i zaczął
        prowadzić własną politykę. Savak stała się państwem w
        państwie podlegała tylko szachowi, ale praktycznie jej szef
        gen. Nassiri stał się zbyt niezależny zarówno od Szacha
        jak od Amerykanów. Szacha zgubiła wszechobecna
        korupcja i zachodni model życia zbyt jawnie narzucany
        społeczeństwu, którego większa część nie chciała i nie
        rozumiała.

      • Avatar Zyggi

        @ wute.
        Gdyby Mossadek pozostał u władzy, to moim zdaniem nie doszłoby potem do islamskiej rewolucji. Mossadek i zapewne jego demokratyczni następcy pomału modernizowaliby kraj, przybliżając go cywilizacyjnie do Europy. Być może czyniliby to tak umiejętnie i z wyczuciem społecznych nastrojów jak to czynili Kemal Atatürk i İsmet İnönü w Turcji.
        Szach postępował inaczej. Był człowiekiem nie znoszącym sprzeciwu jak Piotr I, ale w odróżnieniu od słynnego Romanowa był słabeuszem. Co gorsza nie znał swojego kraju i nie zależało mu na tym, by go poznać. Podobnie jak jego ojciec Reza (z pochodzenia chłop, były dowódca perskich kozaków, który w latach 20-tych dokonał puczu i obwołał się szachem), gardził starym Iranem, chciał go upodobnić do Zachodu tak szybko jak to było możliwe, głównie po to, by zaspokoić własne ambicje. Chciał by go słuchano i realizowano jego zamierzenia, nawet jeśli były głupie i niedorzeczne jak import myśliwców i helikopterów z Zachodu, które bezużytecznie stały na pustyni, bo nie było hangarów ani nawet wyszkolonych pilotów… Czy wie Pan, że kilkumilionowy Teheran za czasów szacha prawie nie miał kanalizacji, nie mówiąc o metrze? No bo cóż za blask potęgi szacha mógłby bić z wagonów metra albo rur wodno-kanalizacyjnych? Toż to czołgi i myśliwce się do tego nadawały, nie jakieś tam metro! Ludzi mających inną wizję kraju szach wolał likwidować lub skazywać na banicję niż „zniżać się” do dyskusji z nimi. To iż ten tyran wolał upajać się własną chwałą niż interesować się tym, co mówią i myślą poddani, musiało doprowadzić do problemów. Być może coś dałoby, gdyby Amerykanie doradzili mu coś niecoś, choć w to wątpię. Zresztą oni znali realia irańskie chyba nie lepiej niż ten wystrojony w mundur, jak ruski generał obwieszony medalami kabotyn.
        Chomeini wypłynął na fali niezadowolenia ortodoksyjnych szyitów w latach 60-tych, gdy szach zaczął konfiskować majątki szyickiego kleru i rozdawać chłopom (a także swoim zausznikom). Na to nakładały się reformy obyczajowe szokujące szerokie kręgi społeczeństwa, zwłaszcza poza Teheranem, przeprowadzane z dnia na dzień zamiast stopniowo. Potem były krwawo tłumione protesty, korupcja, ostentacyjny przepych dworu, wzrost nierówności społecznych, nieudolne inwestycje, niepotrzebne zbrojenia i w ogóle marnotrawstwo funduszy publicznych, wyrzucenie Chomeiniego z kraju, kolejne protesty a z nimi represje, i tak aż do upadku reżimu szacha. To co się stało, było więc oczywiście rezultatem polityki wewn. Pahlaviego, a pośrednio niezamierzonym efektem przewrotu w 1953 r. Gdyby bowiem szach, ten megaloman i dyletant, nie doszedł wtedy do władzy, eksplozja społecznego buntu świerć wieku potem najpewniej by nie nastąpiła. Nie byłoby ku niej przesłanek.
        Dzisiejszy Iran jest inny niż w czasach szacha, podejrzewam, że mentalnie bliższy Zachodowi niż wtedy. Po prostu spora część Irańczyków (zwł. młode pokolenie) ma dość wszechobecnej policji obyczajowej oraz powtarzanych w kółko obiecanek, które nijak mają się do rzeczywistości i około 20 – 25 %-owego bezrobocia. Czy znów dojdzie tam do politycznego trzęsienia ziemi, które zmiecie status quo jak w 1978-79? Czas pokaże…

      • Avatar wute

        @ Zyggi
        Gratuluje dobrego komentarza, który mógłby być artykułem na forum. Pozwolę sobie jednak dodać do tego pewne uwagi.
        Nie wiadomo jak by potoczyły się dalsze losy Mossadeka, szczególnie wtedy gdy zacząłby wprowadzać swoje reformy (one zawsze kosztują) a entuzjazm społeczny by gasł. Wielu liderów na Bliskim Wschodzie zaczynało jako reformatorzy a kończyli jako dyktatorzy lub tyrani (Kadafi,
        Nasser, liderzy BAAS z Syrii i Iraku).
        Kemal Ataturk nie liczył się z nastrojami społecznymi. Swoje reformy wprowadzał krwią i żelazem.
        Byłem kilkakrotnie w Teheranie – sprawa metra jest mi znana. Teheran to jedno z moich ulubionych miast. Zawsze tam się czułem dobrze.
        Pana opis rządów szacha przypomina mi Szachinszacha Kapuścińskiego, na którego poprzednio Pan się powoływał. Jednakże ostatnio jego wiarygodność została poważnie zakwestionowana. Artur Domosławski zwiedził kawałek świata śladami Kapuścińskiego, a następnie wydał książkę pod tytułem: „Kapuściński non-fiction” , w której udowadniał, że RK w swoich książkach miał bardzo luźny stosunek do rzeczywistości. Kilkanaście miesięcy temu członek b.elity etiopskiej w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”, oskarżył RK, że w „Cesarzu” podał wiele zmyślonych rzeczy, które w ogóle nie miały miejsca.
        Proszę też zauważyć kontekst Szachinszacha. Książka była wydana w stanie wojennym, w 1982 r., kiedy cenzura była szczególnie dokuczliwa. Książka zawierała dokładne opisy wielomiliardowych strat gospodarczych, nietrafnych decyzji, wyrzuconych w błoto pieniędzy. Czytając to miało się
        odczucie, że czyta się o niedawnej epoce Gierka i zmarnowanych pieniądzach. Czytając Szachinszacha miałem wrażenie, że ta książka została napisana na zamówienie polityczne, że komuś zależało, żeby pokazać, że nie tylko u nas marnuje się pieniądze. Z tego względu należy z rezerwą podchodzić do opisu szacha i jego rządów u Kapuścińskiego.
        W czasie pobytów w Teheranie spotykałem się z dużą ilością miejscowych biznesmenów i wiele rozmawiałem z nimi nie tylko o biznesie. Byli b.chętni do rozmów szczególnie podczas rewizyt w Warszawie. Wśród nich byli tacy, którzy jako dzieci pamiętali armie gen.Andersa. Rozmawiałem też z gościem, który osobiście znał szacha.
        Moimi rozmówcami byli biznesmeni reprezentujący różne opcje polityczne i poglądy: od monarchistów, poprzez demokratów w stylu zachodnim, umiarkowanych islamistów i islamskich fundamentalistów (z tymi ostatnimi trzeba było być ostrożnym).
        Opinie o szachu, poza nawiedzonymi islamistami (którzy we wszystkich widzieli amerykańskich szpiegów) znacznie odbiegały od opinii, którą Pan zaprezentował. Szach nie był żadnym kabotynem.
        1.Szach nie palił się do obalenia Mossadeka. Sam został monarchą po obaleniu ojca przez ZSRR/UK i w rządach Mossadeka widział szansę wyrwania się Iranu spod obcej dominacji. Przystał do spisku pod naciskiem swojej siostry-bliźniaczki, manipulowanej przez wywiad amerykański, zdając sobie sprawę, że odmowa oznaczałaby w najlepszym wypadku zastąpienie go przez jednego z braci.
        2.zmiany obyczajowe czy parcelacja majątków szyickiego kleru, same z siebie nie wyprowadziłyby ludzi na ulicę, tak jak w Polsce nie wyprowadzi je np. prawna akceptacja
        małżeństw osób tej samej płci czy np. parcelacja majątku kościoła. Co najwyżej ludzi rozłości.
        3.Prawdziwą plagą która zniszczyła szacha była korupcja i skrajnie niesprawiedliwy podział dochodu narodowego. Przecież przez parę lat przed rewolucją na rynkach
        światowych był boom na ropę i PKB Iranu zwiększał się o dobrych kilkanaście procent rocznie. Tylko, że większość z tego zgarniała bardzo wąska elita ludzi. Nad ich interesami czuwała okrutna tajna policja Savak, która zresztą niczym się nie różniła od innych takich formacji w krajach muzułmańskich.
        4.Szach będąc osoba ambitną i przewrażliwioną systematycznie uwalniał się od kurateli Anglosasów. Mając duże wpływy z eksportu ropy mógł sobie pozwolić na pewną
        niezależność. Stosunki z USA się pogorszyły kiedy w 1976 r. prezydentem został Carter
        kładący nacisk na prawa człowieka. Iran był sojusznikiem USA, ale szach nie był ich klientem. Miał pieniądze mógł sobie zapewnić niezależność dostaw przez ich
        dywersyfikacje z Niemiec, Francji, Japonii itd.
        5.Zgodzę się z Panem, że szach nie był twardy. Był na swój sposób wrażliwy, czego dowodzi jego słynne przemówienie przed grobem założyciela imperium perskiego, Cyrusa. Ostentacyjny przepych dworu, o którym Pan piszę, jak to kiedyś Szach wyjaśniał zachodnim dziennikarzom, był normą na Bliskim Wschodzie. Tak tam władcy żyli i takie tam było zapotrzebowanie społeczne na wizerunek władcy.
        Na Zachodzie zarzucano mu, że wydał wiele pieniędzy na koronacje i zorganizowanie uroczystości 2500-lecia państwa perskiego. To tak jakby w Europie nie wydawano dużo
        pieniędzy na podobne uroczystości.
        Kiedyś byłem podczas urlopu na wyspie Korfu. Kilka lat przede mną na Korfu odbywało się dwudniowe posiedzenie Rady Europy. Żeby władcy Europy mogli mieć przyjemny widok to odnowiono całe miasto liczące 40 tys. ludzi. Na to pieniądze z Unii bez problemów się znalazły. (przypomina mi to malowanie trawy na zielono przed wizytami dygnitarzy w PRL).
        Reasumując – upadek szacha to problem gigantycznej korupcji i buntu społeczeństwa odsuniętego od profitów państwa, fatalnej redystrybucji dochodu narodowego. Reszta to była tylko dodatkiem. Szach nie był kabotynem. Był nieudolnym dyktatorem.

      • Avatar Zyggi

        @ Wute.
        Również gratuluję Panu dobrego komentarza. Przyznaję, że pod jego wpływem na pewne sprawy mam nieco inne spojrzenie. To prawda, moja opinia o szachu w niemałym stopniu bazowała na „Szachinszachu” Kapuścińskiego. Pańskie spostrzeżenia są chyba bliższe wnioskom, jakie wysnuwa Wojciech Giełżyński. To, co Pan pisze o Etiopczykach kwestionujących prawdziwość jego opisów w „Cesarzu” pokazuje, że niekoniecznie autorzy słynni i nagradzani są najbardziej miarodajni.
        Natomiast chcę się ustosunkować do jednego punktu. Cyt. „(…) wszystko wskazuje, że zmiany obyczajowe czy parcelacja majątków szyickiego kleru, same z siebie nie wyprowadziłyby ludzi na ulicę, tak jak w Polsce nie wyprowadzi je np. prawna akceptacja
        małżeństw osób tej samej płci czy np. parcelacja majątku kościoła. Co najwyżej ludzi rozłości.”
        Otóż nie sądzę, by poszczególne narody reagowały tak samo. Inaczej przeżywają swoją religijność irańscy szyici, inaczej zaś polscy katolicy. To, co jest Polakom raczej obojętne z racji polskiej dość powierzchownej religijności, to w Iranie mogło być dość ważne. Przykładem jest Hiszpania, wstrząsana wielotysięcznymi manifestacjami w obronie życia poczętego. O ile w dzisiejszej Hiszpanii nikt do takich manifestacji nie strzela, o tyle w Iranie jest inaczej. W czasach szacha takie strzelaniny przeradzały się w masowe rozruchy, a zabici stawali się męczennikami – podobnie jak w czasach reżimu Saddama Husajna, tyle że ten ostatni miał zaplecze w postaci sunnitów. W ten sposób de facto ruch protestu „karmił się” represjami reżimu szacha.

      • Avatar wute

        Ma Pan racje. Problemy religijne i ich percepcja w szyickim
        Iranie były o wiele mocniejsze niż u nas. Dodatkowo jeszcze
        szach bezmyślnie ranił uczucia ludzi wierzących, np. w filmie
        propagandowym o rodzinie cesarskiej pokazano szacha z królową, dziećmi i z dobermanem na spacerze. Jak wiadomo
        pies jest w islamie zwierzęciem „wyklętym”.

      • Avatar Zyggi

        Co do mojej tezy o kabotyństwie szacha (oczywiście mimowolnym), to myślę, że to kwestia interpretacji jego zachowań. Ktoś, kto twierdził, że z Iranu w ciągu 10 lat zrobi piątą potęgę gospodarczą globu, a demokratyczny, wysoko rozwinięty Zachód chciał doganiać średniowiecznymi metodami (tortury, strzelanie do demonstrantów), wg mnie zasłużył na miano nie tylko tyrana ale i kabotyna, człowieka zupełnie niepoważnego – podobnie jak niektórzy afrykańscy kacykowie. Pahlavi kompletnie się nie znał na rządzeniu – tu zauważam podobieństwa do Mikołaja II. Tyle, że za coraz większą władzę za tego ostatniego mieli premierzy (np. zręczny i energiczny Stołypin), do I wojny Rosja rozwijała się dość stabilnie (jej PKB w latach 1900-1913 wzrósł 2-krotnie) i była największym w świecie eksporterem żywności. Tymczasem źle zarządzana irańska gospodarka zaczynała się sypać już w około r. 1977 (raptem 4 lata po skokowym wzroscie cen ropy, po którym szachowi „odbiła palma”). Kraj ten według dętych zamierzeń monarchy miał produkować wszystko, a de facto sporo pobudowanych fabryk stało w miejscu z braku przeszkolonego personelu. W efekcie Iran po staremu produkował niewiele poza ropą i dywanami. Do dziś z tamtych czasów pozostały chyba tylko zakłady samochodowe Iran Khodro.

      • Avatar wute

        Proponuję ustalić definicje kabotyna. W internecie znalazłem
        opis: pozer, zgrywający się, lubiący tanie efekty, komediant, lichy aktor. Krótko mówiąc ta definicja odnosi się do zachowania zewnętrznego i moim zdaniem oznacza błazenadę.
        Szach w żaden sposób nie podpadał pod tą definicję. Zewnętrzne zachowanie szacha było pełne godności osobistej i majestatu.
        Prawdopodobnie wierzył, że uda mu się zbudować nowoczesny Iran, który będzie piątą potęgą. To, że nie udało
        mu się oznacza, że był nieudacznikiem, a nie kabotynem.
        Nie był on jedynym, który miał ambitne plany, które się nie
        zrealizowały.
        W Polsce w tym samym czasie rzucono hasła: budowy
        drugiej Polski (Gierek), a potem drugiej Japonii (Wałęsa).
        Czy Gierek był przeto kabotynem. Na pewno nie. Myślę, że
        przez pierwsze lata gdzieś do 1974/75 prawdopodobnie
        wierzył, że uda mu się zbudować wymarzoną drugą Polskę.
        W obu tych krajach plan się nie powiódł., m.in. na skutek
        ogromnego marnotrawstwa użytych środków. W obu tych
        państwach struktury: polityczne (brak demokracji, przepływu
        informacji), gospodarcze (Polska), społeczne (Iran) stanowiły
        nieodłączny balast modernizacji kraju, który zniszczył ambitne planu obu tych reformatorów (Szacha, Gierka). Ale
        ta klęska nie oznacza, że byli kabotynami.
        Biorąc pod uwagę fakt, że określenie kabotyn dotyczy przede
        wszystkim zachowania zewnętrznego danej postaci to
        wśród polityków za wzór kabotyna (niedościgniętego) należy
        uznać Benito Mussoliniego. Kabotynem jest też Kadafi oraz
        Fuehrer. Elementy kabotyństwa u Hitlera zauważyli artyści.
        Został świetnie sparodiowany w filmie Chaplina: Dyktator oraz w sztuce Brechta: Kariera Arturo Ui.

        Poruszył Pan postać Mikołaja II. To jest temat mi bliski z racji
        napisania pracy magisterskiej z historii o rosyjskiej wojnie
        domowej. Postać ostatniego cara, chyba jak żadna inna była
        zupełnie zmanipulowana przez propagandę sowiecką.
        Sowieci, zwłaszcza przed wojną, przedstawiali go jako idiotę,
        kretyna, kabotyna. Dopiero pierwszy raz pokazali go jako
        normalnego człowieka w filmie Klimowa „Agonia” w 1981 r.
        Poniżej przedstawiam urywek mojej magisterki dotyczący
        tego cara.:
        ” Mikołaj II był osobą, która ze względu na cechy swojego charakteru, w ogóle nie nadawała się do sprawowania władzy, szczególnie przy takim jej zakresie, jaki miał rosyjski cesarz, i to w czasach na jakie przypadło jego panowanie. 
            Mikołaj II był osobą o tzw. defensywnej psychice, prostych upodobaniach, nie lubił splendoru władzy. Najlepiej czuł się w gronie najbliższej rodziny. Nie były to niestety cechy charakteru jakich wymaga się od władcy. Jego ojciec Aleksander III nazywał go dziewczątkiem a co gorsza w ogóle nie przygotował go do przyszłej roli.  
          „Nie jestem jeszcze przygotowany do tego, żeby być carem! Nie mogę rządzić Imperium! Nawet nie wiem, jak trzeba rozmawiać z ministrami.” – tak w dniu śmierci swego ojca miał powiedzieć Mikołaj II do swego kuzyna – Aleksander Michajłowicz Romanow – Koniec dynastii – s.168   
            Po swoich przodkach i poprzednikach, którzy rządzili Rosją w XIX wieku nie odziedziczył żadnej wyróżniającej ich cechy. Nie posiadał  żelaznych charakterów Mikołaja I i Aleksandra III, ani politycznych wizji Aleksandra II, ani też politycznego sprytu swego stryjecznego pradziadka  
          Aleksandra I. „Miękkość” charakteru Mikołaja II-go była w rodzinie cesarskiej dobrze znana. 
          Zaraz po objęciu tronu próbowała „rządzić” za niego matka, cesarzowa Maria Fiodorowna a potem niemal od początku swoich rządów dostał się pod wpływ swoich stryjów, arcy- konserwatywnych wielkich książąt Wwłodzimierza i Sergiu- sza, którzy traktowali go bez żadnego respektu, wręcz grubiańsko, tak jakby sami byli carami.  
            „W obecności osób trzecich, adiutantów czy ministrów, wszyscy stryjowie zachowywawali się z pełnym respektem. Na osobności rozmawiali zupełnie inaczej. Częstym argumentem było walelenie pięścią w stół – potężną rosyjską pięścią…Dopiero po wielu latach panowania Mikołaj potrafił stawić im opór.” – Skott – Romanowowie – s.69 
            Gdy wreszcie pozbył się wpływu krewnych, to dostał się pod wpływ swojej małżonki, cesarzowej Aleksandry, która będąc Niemką z urodzenia (księżniczka heska) nigdy w pełni psychicznie nie zaadoptowała się w Rosji i w dodatku była osobą pozbawioną talentów politycznych ale za to posiadała talent do zrażania do siebie ludzi. 
            Mikołaj nie był jednak zupełnym beztalenciem. Posiadał na przykład zdolność właściwego oceniania ludzi. Z tego powołał na stanowisko premiera wybitnych polityków: Wittego i Stołypina.  
            Był doskonale wychowany i nigdy nie tracił spokoju. Posiadał też niestety, oprócz w/w wymienionych, sporo negatywnych cech, jak np. upór i fatalizm. 
            Z uporem trzymał się samodzierżawia, ponieważ uważał, że przysięga koronacyjna jak i żądanie ojca wypowiedziane na łożu śmierci nakładają na niego ten święty obowiązek dla dobra Rosji.  
          Ustępstwa w tym względzie jakie musiał dokonać w okresie rewolucji w 1905 r., traktował jako wymuszone i m.in. z tego powodu zarówno on sam jak i rząd poświęcali część swojego czasu i energii na walkę z parlamentem, z oczywistą stratą dla Rosji.”

        Mogę dodać, że po śmierci Stołypina, władza następnych
        premierów już nie wzrastała. Zresztą poza Kokowcowem
        byli w mniejszym lub większym stopniu miernotami.

         
           

      • Avatar ciekawy

        Moja wiedza z zakresu carskiej Rosji jest dość ograniczona i swoim arcyciekawym komentarzem przypomniał mi Pan o planach jej poszerzenia.

      • Avatar Zyggi

        @ Wute
        Szach oczywiście nie był kabotynem w sensie komedianta, trefnisia, aktora lubiącego puste gesty jak Mussolini. Ale z całą pewnością lubił tanie efekty, a jego politykę nazwałbym swoistym lichym aktorstwem. Czymże innym, jak nie tanim efekciarstwem były zakupy setek najnowocześniejszych brytyjskich czołgów i amerykańskich myśliwców w sytuacji gdy w całym Iranie było mnóstwo ważniejszych potrzeb? Tu może należałoby rzec: drogim efekciarstwem. Uważam, że takie próby stworzenia pozorów mocarstwowości były swoistym kabotyństwem – tanim efekciarstwem i lichym aktorstwem, które łatwo było przejrzeć. A już na pewno przejrzała je większość Irańczyków.
        To, że szach nie wygłupiał się publicznie nie zmienia meritum sprawy. Bo jego sposób prowadzenia polityki to był swoisty jeden wielki wygłup. To nawet nie było tworzenie potiomkinowskich wsi jak w Rosji za Katarzyny II czy pokazowych kołchozów za Stalina. Slumsy i nędza na wsi to była widoczna gołym okiem rzeczywistość, którą mówiąc kolokwialnie szach „olał”, bo walka z tymi problemami nie przydawała mu takich atrybutów pustej chwały jak zakupy F-14 czy organizowanie hucznych uroczystości na 2500-lecie państwa perskiego.

      • Avatar wute

        @ Zyggi
        Zgadzam się, że politykę Szacha charakteryzowało niebywałe marnotrawstwo środków. Tanie efekty, zgadzam się, ale to zwykła choroba polityków, na Bliskim Wschodzie może nawet bardziej niż w Europie.
        Tyrani i dyktatorzy na muzułmańskim Bliskim Wschodzie
        zawsze zbroili się ponad miarę, bez względu na nędzę społeczeństwa. Inna sprawa, że świadomość Persów była
        wyższa niż Arabów, w związku z czym szybciej się
        zbuntowali. Poza tym społeczeństwo Irańskie było i jest o
        wiele bardzie wykształcone niż w krajach arabskich.
        Pragnę zwrócić uwagę, że szach też miał realny powód. W 1973 Mohammad Daud Chan przy pomocy komunistów obalił króla Afganistanu. Kraj ten szybko dostał się pod wpływy Sowietów. Znając sposoby prowadzenia polityki przez the Reds, szach mógł mieć uzasadnione obawy to do przyszłości. Do tego dochodził tlący się konflikt z Irakiem o Szatt el- Arab.

  • Ma Pan rację, nie są całkowicie uzależnieni. Jednak rynek chiński jest wielki i rośnie, przez co jest zbyt lukratywny, by z niego choćby częściowo rezygnować na rzecz pogrążonej w gospodarczym marazmie Europy. Przypuszczam, że w tej sytuacji konkurencja o dostawy gazu na rynki Chin będzie coraz bardziej bezpardonowa, co niektóre kraje będzie wprost wpychać w uzależnienie od rynku Chin, jak to już dzieje się z Azją Centralną. Nabucco może ten proces zahamować, ale niekoniecznie, bo wiadomo, że jedna z jego odnóg będzie prowadzić do złóż irackich, druga do azerskich, a co dalej to już nic pewnego. Chiny, jak na kraj poważny przystało, będą tę rywalizację dostawców rozgrywać tak, by zmaksymalizować korzyści dla własnej gospodarki oraz swoich interesów geopolitycznych. Czas pokaże, jak to się będzie odbywało.

  • Nie jestem co do tego przekonany. Producenci gazu na całym świecie mają
    zazwyczaj po parę rozwiązań.
    Wenezuela eksportuje gaz do USA. Ażebyh się uniezaleznić przesyła coraz więcej do Japonii i Chin.
    Algeria – ma gazociąg do Francji a oprócz tego wysyłki.morskie.
    Rosja – wiadomo – wiele możliwości (Europa Zach, Wschodnia, Chiny, Turcja..itd)
    Azja Centralna – jest moim zdaniem w trochę gorszej sytuacji, ze względu na brak
    dostępu do morza (z wyjatkiem Kaspijskiego oczywiście). Niem,niej nie jest
    zmuszona do bycia uzależnioną. Sprzedają nie tylko do Chin, ale via Rosja do
    Europy. Turmenistan sprzedaje do Iranu. Kiedy podłączą się do Nabucco ich
    sytuacja się diametrialnie polepszy. Generalnie nie można mówić, że są uzależnieni od chińskich zamówień.

  • Dokładnie, pisząc „niektóre kraje surowcowe są już dziś uzależnione od chińskiego rynku” miałem na myśli gaz, co zresztą zawarłem w dalszej części postu. Ropa będzie traciła na znaczeniu, więc trzymanie jej w ziemi przez jeden czy drugi kraj jest niekoniecznie dobrym wyjściem. Powód jest prosty: kraje wysoko rozwinięte w miarę kurczenia się złóż ropy będą coraz intensywniej poszukiwac innych paliw i źródeł energii. Ciekawi mnie jak w tym kontekście będzie wyglądac sprawa rzekomo bogatych złóż gazu łupkowego w Polsce. Oby nie okazało się to niewypałem jak 30 lat temu ropa w Karlinie. Jednak nawet gdyby „słowo ciałem się stało”, nie liczmy, że staniemy się zamożnym narodem, jak komuś mogłoby się wydawac. Nie będziemy wszyscy jeździc Lexusami i Mercedesami jak Arabowie znad Zatoki Perskiej, bo surowcami dobrobyt można budowac w maleńkim Kuwejcie i innych Emiratach, ale nie w 35-milionowym kraju.

    • W takim razie, które kraje surowcowe są już dziś uzależnionme od
      chińskiego rynku.

      • Avatar Zyggi

        Na pewno Kazachstan i Turkmenistan. Który rynek poza Chinami jest dla nich tak korzystnie usytuowany i praktycznie nieograniczony, w dodatku o rosnącym zapotrzebowaniu? Na pewno nie Europa ani Indie, te ostatnie są oddzielone niestabilnymi, górskimi rejonami Afganistanu i Pakistanu.

  • Rozumiem, że pisząc o uzależnieniu od chińskiego rynku miał Pan na myśli gaz, a nie ropę, bo ta ostatnią producenci bez problemu mogą sprzedać ile chcą lub nie chcą, bo zasoby tej ostatniej są o wiele mniejsze niż gazu.

  • Jest jeden czynnik, o którym chyba pamiętac, a który Chiny nieźle rozgrywają. Chodzi o wykorzystywanie czynnika rywalizacji pomiędzy poszczególnymi krajami Zachodu. W ostatnich latach widac gołym okiem jak Chińczycy premiują Niemców, mniej skłonnych do poruszania kwestii praw człowieka niż Anglosasi czy nawet Francuzi. Eksport niemiecki do Chin przekracza już 50 mld euro i dalej rośnie. Chińska klasa średnia na potęgę kupuje niemieckie samochody i inne dobra: Volkswagena widac tam wszędzie, a Mercedes, BMW czy Audi to obiekty pożądania i symbole prestiżu (ważne w chińskiej kulturze). Superszybkie koleje Chińczycy też zbudowali głównie z pomocą Niemców (na bazie ICE). Chiny to jeden z głównych odbiorców niemieckich maszyn drogowych i budowlanych. Adidas i Puma produkują w Chinach miliony par obuwia sportowego, z czego coraz więcej sprzedają na miejscu. Niemieccy producenci maszyn poligraficznych też notują rekordowe wyniki sprzedaży, podobnie jak Liebherr – renomowany producent wywrotek i koparek. To tylko niektóre elementy niemiecko-chińskiej układanki, przykłady można mnożyc. Żaden kraj Europy nie ma szansy nawiązac równorzędnej konkurencji z Berlinem na chińskim rynku. Na to mogą pozwolic sobie w zasadzie jedynie USA i Japonia – dwie największe potęgi technologiczne. W tej sytuacji Niemcy nie będą ciąc gałęzi, na której siedzą i wątpię czy przyłączą się do jakiegoś antychińskiego bloku. Zresztą dziś stworzenie takowego jest raczej niemożliwe, bo po przyłączeniu Chin do WTO w 2003 r. sprawy pomknęły tak szybko naprzód, że wymknęły się Ameryce (wtedy zajętej Irakiem) spod kontroli. A rola Niemiec jest tak istotna, bo przecież właśnie ten kraj de facto przewodzi Unii Europejskiej i to jego interesom głównie UE ma służyc. W końcu po coś pompują miliardy euro do unijnej kasy, a kto jak kto, ale Niemcy wiedzą co znaczy „myślec po gospodarsku”.

    • @ Zyggi @ PZ

      Obaj panowie macie racje, że oba filary Zachodu (USA, UE) nie działają
      solidarnie, ponieważ mają nie jednoznaczne interesy, a w niektórych przypadkach sprzeczne. Pan Zyggi jak najbardziej słusznie podkreślił dodatkowy czynnik – brak jedności i solidarnej polityki Unii wobec Chin, zresztą, moim zdaniem nie tylko wobec Chin (vide – działania Francji w Libii i wielkie oburzenie Włochów, którzy jawnie posądzają sojusznika o próbę wyparcia wpływów Italii).
      Jednakże Unia potrafi też działać jak ktoś wchodzi na jej podwórko.
      Cytat – Wyborcza.biz 15.03.2011 : „Unijni prawnicy szukają we wspólnotowym prawie furtki, która pozwoliłaby utworzyć europejską instytucję odpowiedzialną za opiniowanie inwestycji w strategicznych sektorach we wszystkich państwach członkowskich . Komisja Europejska rozważa powołanie rady wzorowanej na amerykańskim komitecie ds. inwestycji zagranicznych, która nadzorowałaby, czy zagraniczne przejęcia są bezpieczne dla państw unijnych i w momencie zagrożenia miałaby prawo je blokować. Już w grudniu Antonio Tajani, komisarz ds. przedsiębiorstw i przemysłu, wspominał o potencjalnym niebezpieczeństwie, jakie niesie ze sobą zbyt duża liczba inwestycji w Unii, szczególnie w sektorach strategicznych, za którymi stoi chiński rząd. ”
      Uderzy to nie tylko w Chińczyków, ale i w Rosjan próbujących przejąć
      europejskie podmioty branży energetycznej. Nowy europejski komisarz
      d/s energii nie pozostawia Rosjanom złudzeń jaka będzie polityka Unii
      w tej dziedzinie: (PAP z 14.01.2011)
      Oettinger oświadczył, że „zna i traktuje poważnie troski” wynikające z rosnącego uzależnienia energetycznego UE od Rosji… podkreślał, że w przyszłości to Unia Europejska powinna zajmować się negocjacjami energetycznymi, nie zaś poszczególne państwa, a umowy bilateralne powinny być zastąpione umowami wspólnymi, przygotowanymi na szczeblu europejskim. „Unia Europejska powinna mówić jednym głosem w sprawie energii” – przekonywał. Jego zdaniem trzeba położyć „większy nacisk na dywersyfikację dostaw przez gazociąg Nabucco, transport morski i połączenia na Morzu Śródziemnym”.
      Nic dodać nic ując. To jest właściwe myślenie po gospodarsku.
      Niemcy moim zdaniem nie przyłączą się do jawnie do jakiegoś
      antychińskiego bloku, ani też nie wezmą udziału w jakieś izolacji
      ekonomicznej. Po prostu Zachód będzie ograniczał chińską ekspansje
      u siebie. Chiny mają przeogromny rynek wewnętrzny, to też próbu
      izolacji ekonomicznej prawdopodobnie będą koncentrowały się odcięciu
      ich opd źródeł surowców.

      .

      • Avatar Zyggi

        Rzecz w tym, że niektóre kraje surowcowe są już dziś uzależnione od chińskiego rynku. Klasycznym przykładem jest postsowiecka Azja Centralna. Rosja nie zgodziła się na oferowaną przez Chiny cenę gazu, więc Chińczycy podpięli się do złóż kazachskich i turkmeńskich. Oczywiście wepchnęło to Rosjan w ramiona Niemiec (Nord Stream), ci jednak, jak trafnie Pan zauważa, podchodzą do sprawy po gospodarsku i poprzez gazociąg Nabucco chcą także korzystac z gazu ze złóż w Iraku i Azerbejdżanie. A niewykluczone, że i ze złóż irańskich, bo skoro Niemcy robili dobre interesy z Saddamem Husajnem, to dlaczego nie mieliby ich robic z Ahmadineżadem lub – co bardziej prawdopodobne – jakimś jego bardziej umiarkowanym następcą?

  • Panowie. Dziękuję za zauważenie tego artykułu. Odczuwam jednak pewien niedosyt. Nikt z Panów nie spróbował odpowiedzieć na ostatnie pytanie- i zdanie- tego artykułu. Rzecz karkołomna, ale sądzę, ze w Waszyngtonie jest już zespół który próbuje na nie odpowiedzieć. Wcześniej czy później to pytanie musi znaleźć odpowiedź. A my jesteśmy think-tankiem. Spróbujmy.

    • Kiedyś przed paru laty gdzieś czytałem, że amerykanie mają zdefiniowane cele strategiczne na 30-40 lat, które są znane tylko bardzo wąskiej grupie ludzi.
      W Kopenhadze USA zaproponowały Chinom utworzenie grupy G2 czyli
      faktycznie zaproponowały współudział z rządzeniu światem. Chiny
      odmówiły, wymawiając się tym, że nie są jeszcze gotowe. Amerykanie
      uznali, że Chiny nie są zainteresowane układem dwubiegunowym i chcą stworzyć światowy Pax Sinica, w którym wszyscy będą żyć
      w harmonii, ale każdy będzie miał zgodnie z chińską tradycją porządku,
      swoje miejsce w szeregu, z Chinami jako zbiorowym Synem Nieba.
      Jeżeli próby utrzymania swojej przewagi, do której zaliczam:
      – przewage technologiczną
      – przewage w PKB
      – przewage militarną
      – przewagę geopolityczną (lepsi sojusznicy i obecność w świecie)
      nie zdadzą egzaminu to USA będzie starało się zepchnąć Chiny
      w stan izolacji. Co prawda kiedyś burmistrz Pekinu powiedział:
      „Nas nie da się izolować, ponieważ my jesteśmy światem sami dla
      siebie.”
      Niemniej Zachód podejmuje już pierwsze kroki:
      – przyjęcie Dalaj Lamy przez prezydentów Obamę i Sarkozego
      – Pokojowa Nagroda Nobla dla Liu Xiaobo
      – Coraz częstsza krytyka Chin przez Zachód w sprawach praw
      człowieka
      – pomysł ograniczenia/zabronienia sprzedawania firm unijnych krajom
      spoza Unii
      Świadczy to, że Zachód zaczyna przechodzić do działań ofensywnych
      ponieważ próby utrzymania swojej dominacji na zasadzie status quo
      nie dały rezultatu. Dalszym krokiem będzie ograniczenie eksportu
      chińskiego pod hasłem walki dumpingiem. Celem ostatecznym będzie
      spacyfikowanie chińskiej ekspansji gospodarczej i izolowanie tego
      kraju przez koncert mocarstw wspierany przez mniejsze państwa o czym pisałem poprzednio. Jednocześnie będą podejmowane próby
      rozbicia tego państwa od wewnątrz na zasadzie wspierania lub
      kreowania ewentualnych ruchów społecznych.
      Tak widzę odpowiedź na Pana pytanie

      • Avatar PZ

        Jesli chodzi o dzialania dyplomatyczne to rzeczywiscie widac pewna konsolidacje swiata zachodniego, ktora ma na celu zmiane postrzegania wizerunku Chin. Natomiast nie jestem do konca przekonany czy jest to calkowicie skoordynowana akcja na tym etapie. Dla przykladu podam interpretacje wiadomosci o ostatnich danych ekonomicznych z Chin – BBC podalo „booming growth and higher inflation in China”, natomiast CNN te same dane interpretuje „soaring inflation and slowing growth”. To tylko przyklad, natomiast sygnalow, ze zachod (czyli tak naprawde UE oraz USA) nie mowi jednym glosem (w kazdej sprawie) jest wiecej. Wedlug mnie wynika to z tego, ze UE inaczej definiuje swoje interesy wobec Chin wciaz majac wiecej do zyskania na wspolpracy. Natomiast co do USA to oczywiscie starania aby Chiny izolowac beda i nie jest to nawet specjalnie trzymane w tajemnicy. STRATFOR, ktory jest uwazany za wplywowa agencje doradcza administracji, w pelni otwarcie mowi o wspieraniu tendencji odsrodkowych w Chinach, tak aby rozbic obecna strukture wewnetrzna i spowodowac to co w Chinach w historii mialo juz miejsce, czyli izolacje wlasnie. Na ile dzialania te beda skuteczne na tym etapie jest trudno powiedziec wedlug mnie.
        Natomiast jesli chodzi o dzialania ekonomiczne (w tym izolacje) to tutaj opcji Amerykanskich jest duzo mniej, glownie dlatego ze bedzie to sprzeczne z tym co osiagnac chce UE, wiec mozliwosci zdefiniowania wspolnych interesow w zakresie ekonomicznym sa ograniczone bardziej niz dzialan dyplomatycznych. Nieco upraszczajac, ale wieksza klasa srednia w Chinach (a wiec bogatsze Chiny) oznacza dla UE wiecej sprzedanych towarow luksusowych. Jesli dodac do tego stopien inwestycji UE w Chinach to wedlug mnie opcji wspolpracy na linii UE USA jest mniej. W UE takze nie widac fobii oporu wobec chinskich inwestycji (vide Volvo, Fortis, udzialy w porcie w Rotterdamie), tak jak jest to widoczne w Stanach. Dodatkowo ekonomicznie Chiny wciaz moga zaoferowac Azji Centralnej, Afryce oraz Ameryce Pld. produkty i inwestycje infrastrukturalne, ktorych po konkurencyjnych cenach ani UE ani USA w tamtych rejonach nie zaoferuje, wiec o ile najbardziej lukratywny dla Chin rynek (czyli USA oraz UE) mozna probowac ograniczac, to z innymi rynkami tak latwo nie bedzie. Coraz bardziej widac iwestycje Chin poza wlasnymi granicami (nie w formie przejec ale projektow green field poza Europa i USA), co oznacza, ze produkowac mozna na przyklad w Angoli i wciaz wysylac do Stanow lub UE. Wedlug mnie dopoki zachodnia ekonomia nie wroci do rownowagi (mniej wirtualnych uslug, wiecej realnej produkcji – o czym na przyklad w Wielkiej Brytanii obecny rzad mowi bardzo wiele, a i w Stanach wcale nie mniej), a przede wszystkim nie odzyska konkurencyjnosci, to rozwiazac tego barierami ekonomiczymi nie bedzie latwo. Proces delewarowania i przestawiania ekonomii na produkcje rozpoczal sie tuz po kryzysie (zmniejszajaca sie liczba bankow, spektakularne upadlosci instytucji finansowych, a takze obserwowany proces monteryzacji dlugu) i na zachodzie jest widoczny, ale to nie jest kwestia kilu lat, a raczej kilkunastu. W tym wypadku USA sa w stanie szybciej na to zareagowac niz Europa, gdyz po pierwsze gospodarka jest tam wciaz bardziej liberalna, a co za tym idzie dynamiczna, oraz co chyba jeszcze wazniejsze problemy demograficzne Europy az w takim stopniu Ameryki nie dotyczna. Tak czy inaczej moim zdaniem nie wyglada na to, aby swiat powrocil do stanu przed kryzysem i ponownie zaakceptowal uklad z Bretton Woods jako dominujacy porzadek. Jesli chodzi a Amerykanska reakcje na taki stan rzeczy to wedlug mnie pompowanie inflacji, co juz obecnie sie dzieje, wciaz bedzie kontynuowane (nie wykluczylbym QE3 nawet), bo przybliza to ich samych do rozwiazania problemu zadluzenia, a ponadto powoduje problemy z inflacja w innych krajach (co jest USA na reke bo wymaga podnoszenia stop w tychze krajach, powodujac podniesienie wartosci innych walut wobec USD, a wiec podnoszenie konkurenyjnosci produktow Amerykanskich). W ktoryms jednak momencie inflacja pojawi sie takze w Stanach. Pytanie wtedy co dalej?

      • Avatar wute

        @ PZ
        Bardzo interesujący post. Powinien być na forum jako artykuł.

  • Słusznie p.Pilch napisał, że: „Jesteśmy właśnie w trakcie przeorientowywania się sił w skali globalnej.”
    Natomiast jest sprawą dyskusyjną: „A więc mamy do czynienia z sytuacją, gdy wymienione wyżej państwa będą definiować swoje interesy w sposób stojący w konflikcie z interesami USA.”
    Układ wielobiegunowy ma to do siebie, że tam w odróżnieniu od układu jednobiegunowego, nie walczy się z hegemonem, ale uczestnicy starają się stworzyć system zapewniający lepszą lub gorszą równowagę poprzez system formalnych lub nieformalnych sojuszy zazwyczaj skierowanych przez grupę jednych przeciw drugim, a nie wszystkich przeciw jednemu.
    Klasycznym przykładem systemu jednobiegunowego jest napoleońska Francja,
    przeciwko której sprzymierzyli się pozostali gracze i pokonali ją. Na miesiąc przed
    pierwszą abdykacją Napoleona, sojusznicy (Rosja, Austria, Anglia, Prusy) zawarli
    traktat w Chaumont, (9.3.1814 r) zobowiązujący uczestników do niezawierania
    separatystycznego pokoju z Francją i walki aż do ostatecznego zwycięstwa.
    Tymczasem na Kongresie Wiedeńskim (3.1.1815 r) Anglia, Austria i Francja
    zawarły tajny sojusz militarny przeciwko Rosji i Prusom. A więc wystarczyło
    kilka miesięcy, żeby w epoce daleko przedinformatycznej układ jednobiegunowy
    został zastąpiony układem wielobiegunowym, w którym niedawni sprzymierzeńcy
    zostali wrogami, a niedawny wróg sprzymierzeńcem.
    Tak samo będzie z grupą BRIC. Pomijam tu RPA ponieważ nie jest to gracz na
    miarę światową i długo nie będzie.
    1. Ameryka Łacińska – bardzo zyskała na współpracy z Chinami. Największe
    państwa tego regionu (Brazylia, Argentyna) z chęcią weszły w kooperacje
    Chinami, traktując to państwo jako alternatywne dla wpływów USA, które po
    2001 r. w pewnym sensie „odpuściły sobie” kontynent południowoamerykański.
    Zwracam jednak uwagę, że wymiana handlowa tych krajów z Chinami jest
    wybitnie niekorzystna dla Latynosów. Chińczycy, kupują tam prawie tylko
    surowce oraz produkty rolnicze. Ta jednostronność w pewnym momencie
    doprowadzi do nastrojów i napięć antychińskich, tak jak w przeszłości
    dominacja amerykańska doprowadziła do długotrwałej niechęci Latynosów do
    USA.
    Jednocześnie dla tanich wyrobów latynoskich, jeszcze tańsze wyroby chińskie
    są problemem na rynkach światowych. Najbardziej ucierpiał na tym Meksyk,
    tracący klientów na rzecz Chin w USA.
    Brazylia największy kraj Ameryki Południowej (47% terytorium, 52% populacji
    kontynentu) jest w ciekawej sytuacji. Z jednej strony dynamiczny wzrost
    gospodarczy, z drugiej strony rola lokalnego hegemona przeciw któremu będą
    się musiały nieformalnie organizować pozostałe państwa na czele z Argentyną.
    Te latynoskie niuanse spowodują, że Latynosi będą grali kartą amerykańską lub
    chińską z zależności od sytuacji, prawdopodobnie starając się nie dopuścić do
    nadmiernego wzrostu znaczenia jednego z tych państw.
    Brazylia systematycznie wzmacniając swój potencjał ostatecznie uwolni się od
    pozostałości dominacji USA, i nie będzie musiała definiować już swoje interesy
    z konflikcie z interesami amerykańskimi.
    2. Indie – to najszybciej rozwijająca się populacja w skali światowej. Obywateli tego
    państwa jest 1,2 mld. W 2030 r. ma ich być 1,450 mld, a w 2050 r,.- 1,750 mld.
    To najpoważniejsza przeciwwaga dla wpływów Chin w Azji, a wkrótce w świecie.
    USA są w niezręcznej sytuacji, ponieważ muszą popierać dwa zwaśnione
    państwa: Indie i Pakistan. Jednakże w rzaz z demokratyzowaniem się krajów
    arabskich i chyleniem się islamskiego terroryzmu, Pakistan stanie się coraz
    mniej potrzebny Amerykanom i wtedy zdecydowanie zacieśnią i tak już dobre
    stosunki z Indiami. Trzeba podkreślić, że generalnie USA i Indie nie mają
    sprzecznych interesów.
    3. Rosja
    To najbardziej chory gracz ze wszystkich tych graczy. Nie uwolniła się od
    przeszłości, mało inwestuje w nowoczesne gałęzie gospodarki, ma
    katastrofalna sytuację demograficzną. Staje się coraz bardziej zacofanym
    gospodarczo państwem bazującym na eksporcie surowców.
    Ma zaledwie 145 mln ludzi. Jej PKB to zaledwie kilka procent PKB Unii. Tak
    naprawdę ma status mocarstwa ze względu na terytorium, historię i broń
    nuklearną, a nie ze względu na to. co jest obecnie najważniejsze: potencjał
    gospodarczy. Jej wpływy w świecie po upadku ZSRR głęboko zmalały.
    Do tego należy dodać nieumiejętność zdefiniowania swoich interesów
    strategicznych. Rosjanie nie potrafią zdecydować się gdzie chcą być. Czy chcą
    być partnerem Unii i demokratyzować się, czy chcą być z sojuszu z Chinami i
    zostać państwem autorytarnym. Wydaje się, że chcą siedzieć na dwóch
    stołkach. Zazwyczaj kończy to się spadnięciem z jednego z nich. Ich obecny
    układ z Chinami przypomina przedwojenne porozumienie z Niemcami.
    Wówczas to dwa totalitarne molochy zawarły układ, który początkowo dawał
    obu im korzyści. Jednakże ich strategiczne interesy były nadal sprzeczne. Czym
    to się skończyło, wiemy.
    Obecna sytuacja przypomina tamtą. Układ dwóch państw o autorytarnych
    korzeniach mających sprzeczne interesy strategiczne. Oba te państwa ostro
    rywalizują o surowce naturalne w Azji Środkowej, gdzie dominacja Rosjan nad
    kontrolą przesyłu zaczyna słabnąć. Otwarty 2 lata temu gazowy jedwabny szlak
    z Uzbekistanu. Kazachstanu i Turkmenii do Chin to tylko początek rosyjskich
    kłopotów z gazem. Mimo wszelkich trudności nie upadł projekt Nabucco,
    którego budowa ma być zakończona w 2015 r. Stawia to pod znakiem
    zapytania rosyjski projekt South Stream. Prędzej czy później Europa zacznie też
    produkować gaz z łupków. Wtedy to polityczne wpływy Rosji jeszcze bardziej
    spadną. Jednak prawdziwa katastrofa czeka Rosję gdzie indziej. To Syberia,
    kraina licząca 12,7 mln km2, a więc więcej niż jakikolwiek kraj świata jest
    zamieszkała przez zaledwie 25 mln ludzi. Tam Rosja praktycznie nie ma
    żadnych atutów poza militarnymi. Tą olbrzymią krainę-pustkę, ktoś musi
    wypełnić. Sądzi się, że już ca. 5 mln Chińczyków przekroczyło granicę i
    osiedliło się na rosyjskim Dalekim Wschodzie. Sytuację Rosan pogarsza fakt,
    że ludność rosyjskojęzyczna maleje ze względu na przesiedlanie się do Rosji
    Centralnej a poza tym Rosjanki chętnie wychodzą za mąż za Chinczyków,
    ludzi ciężko pracujących i nieuzależnionych od alkoholu. Końcowy efekt tego
    trudno przewidzieć, ale niewątpliwie Rosja prędzej czy później utraci kontrolę
    nad tym gigantycznym zagłębiem surowcowym.
    4. Chiny
    W Chinach, w odróżnieniu pd Ameryki, która jest krajem jednojęzykowym
    (w tym sensie, że włada nim cała populacja) i jednoetnicznym (w tym sensie,
    że dzieci emigrantów to już Amerykanie) mogą mieć poważne problemy
    społeczne, które mogą zachwiać ich pozycją. To są: tendencje odśrodkowe
    prowincji, między którymi różnice kulturowe są większe niż między narodami
    europejskim, rozwarstwienie społeczne i materialne, nierównowaga ilościowa
    płci. Ameryka jest znacznie bardziej odporna na wstrząsy społeczne. Kryzys
    z 2007/2008 r. nie wyprowadził Amerykanów na ulicę. Oni mają taką mentalność
    że gdy jest problem to go rozwiązują (inaczej niż np. w UE, gdzie gdy jest
    problem, to zbiera się komisja).
    Innym problem Chin jest nie całkiem jeszcze dobra umiejętność ułożenia sobie
    relacji z innymi państwami. Polityka izolacji prowadzona przez wieki przez
    cesarski rząd, a potem w znacznej mierze kontynuowana przez Mao, powoduje
    że Chiny są w skali światowej nowym graczem, bez długoletniej tradycji i
    wpływów. Ich zachowanie czasami bywa obcesowe, jak np. bezsensowne
    pogróżki wobec Norwegii za przyznanie pokojowej Nagrody Noble chińskiemu
    opozycjoniście. Mimo generalnego nawoływania do harmonii pomiędzy
    państwami, wiele państw, szczególnie w Azji jest nieufne. Chińskie pretensje
    terytorialne do morskich wysp spowodowało ochłodzenie ich relacji z Japonią,
    Wietnamem i Filipinami.
    W Azji systematycznie zacieśnia się współpraca krajów na tle obaw przed
    Chinami: Indie, Japonia, Korea, Wietnam plus nieazjatycka Australia. Nie da
    się wykluczyć, że być moźe te kraje przekształcą swoją militarną współpracę
    w instytucjonalną organizację.
    W obecnym świecie, powoli, ale systematyczne demokratyzującym się
    (Europa Wschodnia, Ameryka Południowa, Bliski Wschód) system polityczny
    Chin nie jest dla nikogo atrakcją. To też prędzej czy później stanie się balastem
    dla państwa środka na arenie międzynarodowej.

    Reasumując: wzrastają potęga Chin spowoduje że powstanie nieformalna koalicja składająca się z: USA, UE, Indii i Japonii popierana przez szereg państw
    azjatyckich. Ameryka Płd zostanie na uboczu. Afryka się nie liczy. Prawdopodobnie
    sojusznikami Chin zostaną państwa muzułmańskie, second class takie jak: Iran
    i Pakistan, ale już nie Indonezja.. Nie wiadomo, co zrobi Rosja, która z mocarstw
    może czuć się najbardziej zagrożona.
    Wydaje się, że ten koncert mocarstw będzie miał charakter antychiński, a nie
    antyamerykański.

    • Bardzo wnikliwa analiza, która sama w sobie stanowiłaby wartościowy artykuł.
      Ze swej strony natomiast dodałbym jeden element układanki, jakkolwiek bardzo istotny: specjalne stosunki Rosji i Indii, której owocem jest m.in. współpraca militarna obu państw. Jej przykładem są systemy rakietowe BrahMos, czy fakt, że Rosja pozostaje czołowym dostawcą myśliwców do Indii. Jak zaznacza Press Trust of India, Indie są jedynym krajem, z którym Rosja podjęła tak bliską współpracę militarną. Jest to naturalny ciąg dalszy dawnej współpracy Indii z ZSRR. O ile jednak wcześniej stanowiła ona przede wszystkim odpowiedź Moskwy i New Delhi na dominację USA i ich wsparcie dla Pakistanu, o tyle obecnie to chyba raczej poczucie zagrożenia przez Pekin jest czynnikiem „nakręcającym” rosyjsko-indyjskie zbliżenie.

      • Avatar wute

        Rzeczywiście nie napisałem o stosunkach Rosji
        W dzisiejszej „Rzeczpospolitej” artykuł Pauliny Wilk pod tytułem: Tysiąc placów Tahrir.
        Autorka przewiduje, że 500 mln młodych Hindusów zbuntuje się
        przeciw ekstremalnej korupcji i braku pracy.

  • „USA muszą rywalizować z Chinami na arenie międzynarodowej w kształtowaniu porządku międzynarodowego i próbować utrzymywać istniejącą przewagę geopolityczną. Próbować- to kluczowe słowo. Myślę że na próbach się zakończy.”

    Stany Zjednoczone w przeciwieństwie do ChRL mają 100 – letnie doświadczenie w prowadzeniu polityki imperialnej. Stany Zjednoczone wydają sześciokrotnie więcej na zbrojenia niż ChRL., a wreszcie ChRL, w przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych nie docenia znaczenia public relations. Amerykanie prowadząc dwie wojny mają lepszą opinię i jawią się jako kraj wolności, a Chiny nie prowadząc wojen mają opinię kraju zamordystycznego. W sytuacji kiedy politykę dużej liczby państw kształtuje opinia mas ma to diametralne znaczenie. Tak więc, myślę że nie docenia Pan potencjału i możliwości tego chwilowo chwiejącego się kolosa. Mało jest takich państw na świecie, które tak świetnie potrafią zadbać o swoje interesy jak Stany Zjednoczone.

    (powtórzenia językowe użyłem celowo)

    • Owsze. Tylko że taki np. ZSRR miał (wliczając tradycje carskiej Rosji) niemal 300 lat tradycji imperialnej, a także ponad 70 lat doświadczenia w dziedzinie public relations. I Sowieci byli w tym dobrzy. Do tego stopnia, że potrafił ogłupic sporą częśc zachodnich społeczeństw (vide: francuscy i włoscy komuniści, sporo intelektualistów z Europy i obu Ameryk, uliczni zadymiarze z 1968 itd).
      Stany mają faktycznie ogromny potencjał, tyle, że w dzisiejszej gospodarce USA gołym okiem widac przerost sektora finansowego nad pozostałymi gałęziami gospodarki. W efekcie zamiast sprawowac funkcję pomocniczą w gospodarce, banki dzielą i rządzą, czemu towarzyszy podporządkowanie wszystkiego ich interesom. Gdyby np. we Francji czy Włoszech tyle ludzi wywalano na bruk co w Ameryce, doszłoby do rewolucji. Tymczasem ci wspaniali Amerykanie nic, uszy po sobie, co najwyżej pochodzą w kółko pod Kongresem i tyle. Chyba utracili zdolnośc walki o swoje prawa. To jeszcze jeden przykład degeneracji tego niegdyś silnego, niezależnego narodu. Nakładają się na to coraz silniejsze tendencje odśrodkowe w Teksasie – jednym z najbogatszych i najbardziej konserwatywnych stanów USA (w ub.r. nawet gubernator TX optował za niepodległością), gdzie przymusowe ubezpieczenia i inne pomysły Obamy budzą ostry sprzeciw.
      Mocnym punktem gospodarki USA pozostaje branża IT (Krzemowa Dolina, o której wspomniałem, gdzie pracuje więcej Azjatów niż Amerykanów), poniekąd też zbrojeniówka (w Teksasie jest jej sporo) i wciąż wiodące w świecie uniwersytety. Jak się potoczy przyszłośc USA, trudno przewidziec. Dwa lata temu w Newsweeku jakiś amerykański socjolog pisał o „argentynizacji” jego kraju – powolnym ale ciągłym upadku życia politycznego, społecznego i gospodarczego. Pewnie nie do końca tak jest, bo Argentyna nigdy nie miała takich instytucji demokratycznych jak USA, pomijając już różnice mentalne (Amerykanie pochodzą gł. z Europy Północnej i Wysp Brytyjskich, Argentyńczycy – gł. z Włoch i Hiszpanii). Jedno jest jednak pewne, czas przewagi Stanów nad resztą świata dobiega końca i jak zauważa Pan Pilch, towarzyszą temu silne napięcia, zwłaszcza na linii USA-ChRL.

    • „a wreszcie ChRL, w przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych nie docenia znaczenia public relations.”

      Chiński rząd i chińscy politycy do tej pory nie wiedzieli jak robić takie rzeczy PR, zarządzanie kryzysowe czy transparent governance. W chińskim rządzie jest coraz większe zrozumienie jak ważne są to obszary budowania wizerunku. Obecnie zajmują się tym chińscy profesorowie czy dziennikarze, wykształceni w Stanach Zjednoczonych, Anglii na najlepszych uczelniach świata, zatrudnieni jako doradcy prowadząc szkolenia po kraju.

      Jakiś czas temu odbywało się w Pekinie szkolenie z organizowania konferencji prasowych dla rzeczników prasowych każdej chińskiej prowincji.

  • Przeczytalem takze artykul do ktorego jest link, no i nawet tam zdazaja sie wpadki tak jak na przyklad ta „ensuring economic instability”. Zaiste ciekawe cele swiatowych mocarstw. :)
    Nie wiem dlaczego Amerykanom ciagle wydaje sie, ze decyduja o tym kogo i do ktorego miedzynarodowego aliansu zaprosic, a tym bardziej decydowac o tym co ktory kraj moze robic (oczywiscie w porozumieniu z USA), a czego nie. W tej chwili Chiny uwazaja sie za rownego partnera i nie wydaje sie aby w najblizszym czasie sie to zmienilo. Na dodatek Chiny coraz bardziej asertywnie buduja blok panstw, ktory ma interesy niekoniecznie zbiezne z interesami amerykanskimi (chociazby ostatnie spotkanie BRICS kilka dni temu celem ustalenia wspolnego frontu na G-20, oraz otwarty sprzeciw tegoz bloku wobec dzialan w Libii).
    Oczywiscie Chiny, obiektywnie patrzac, nie sa jeszcze ani ekonomicznie, ani militarnie tak silne jak Ameryka, natomiast USA nie jest juz tak silne (militarnie, ekonomicznie, a takze traci powoli blask soft power), aby indywidualnie akcetowac swoje interesy w kazdym rejonie w ktorym byli do tego przyzwyczajeni. Wydaje sie, ze administracja Obamy zdaje sobie sprawe z tego, ze wydatkow wojskowych (i innych) na obecnym poziomie dlugo utrzymac sie nie da (co akurat dla Polski oznacza wymierna niekorzysc w kwestii glownie militarnej, zreszta juz obserwowana). Chiny natomiast jak do tej pory sa zainteresowane swoim podworkiem i pilnowaniem tegoz (m.in. Morze Poludniowochinskie i Zolte) i doprawdy nie widze zadnego powodu, aby tego nie robily. Amerykanom zas pozostaje sie pogodzic z faktem, ze nie bedzie jak dawniej i ze maja powaznego konkurenta. Ale przeciez zawsze byli zwolennikami zdrowej (rynkowej) konkurencji, wiec powinni sie przyzwyczaic, prawda? :)

  • Panie Wiesławie!
    Długo czekałem na kolejny artykuł, ale było warto. Choc nie we wszystkim się zgadzamy, to zasadniczo podpisałbym się pod większością zawartych tu tez. Podoba mi się też Pański styl, niepozbawiony ironii. Też czasem podobnie pisuję. Pisałem już kiedyś o refleksji Zbigniewa Brzezińskiego, który stwierdził, iż USA w ciągu Zimnej Wojny w wielu dziedzinach upodobniły się do swojego komunistycznego adwersarza: przerost sektora zbrojeniowego, gigantyczne wydatki militarne m.in. wskutek kosztownych zobowiązań, ogłupiająca propaganda (czy np. o Iranie dowie się Pan z ich mediów czego innego niż tego, że to banda nieogolonych terrorystów?), oligarchizacja życia politycznego i gospodarczego, zawężanie praw obywatelskich (gł. pod pretekstem zagrożenia komunistycznego, a dziś wojny z terroryzmem). Z drugiej strony pozostają silne i dynamiczne gospodarczo rejony jak kalifornijska Krzemowa Dolina (choc sama Kalifornia tonie w długach).
    Cyt.”Ponadto zanalizujmy to ostatnie zdanie w cudzysłowiu: -„prezydent nie spotkał się z Dalej Lamą”, przecież za wyjątkiem Polski nikt się z tym świetnym dyplomatą nie spotyka, bo świat jest pragmatyczny i woli robić interesy z Chinami niż nabawić się kłopotu po spotkaniu z owym Panem.”
    Otóż oprócz Polski także Francuzi przyjęli dalajlamę, i to zapewne w pewnej mierze zaszkodziło im w interesach z Chinami, choc z drugiej strony na pewno nie wylecą z Chin całkiem. Francja to 6-7 potęga gospodarcza i technologiczna świata, toteż błędem ze strony Pekinu byłoby obrażac się na nią tylko dlatego, że Sarkozy rozmawiał z liderem jednego z wielu nurtów buddyzmu. Przypuszczam jednak, że Francuzi drugi raz dalajlamy nie ugoszczą, a w każdym razie nie nastąpi to prędko. W tej sytuacji tylko Polska będzie się „udzielac” i konsekwentnie ponosic porażki – tak jak z „pomarańczową rewolucją” na Ukrainie, z Gruzją, Kosowem czy „wspieraniem demokracji” na Białorusi. Cóż, jak mawiał mój śp. Dziadek – rodowity Pomorzanin o kaszubskich korzeniach – „Polak zawsze się da komuś podpuszczac, a potem ino kupa śmiechu z tego”…

Odpowiedz na „ZyggiAnuluj pisanie odpowiedzi