BLOGOSFERA

Wiesław Pilch przedstawia: Po wizycie Hu w Waszyngtonie

W artykule „Amerykańsko-chińskie modus vivendi” napisałem w konkluzji: „Słowem, spotkanie przywódców tych dwóch wielkich państw musi zakończyć się fiaskiem”. No i tak się stało, co nie oznacza, że stało się coś złego. Wręcz odwrotnie. Każda ze stron zobaczyła i usłyszała w tym spotkaniu to, co chciała zobaczyć i usłyszeć.

Amerykanie chcieli usłyszeć, że w Chinach nie funkcjonują prawa człowieka, że tłumiona jest wolność, słowem klasyka i mantra demoklepców. Prezydent Hu powiedział na to, że: „Chiny uznają i szanują zasadę uniwersalności praw człowieka”. Przyznał, że jego kraj „ma jeszcze wiele do zrobienia w zakresie praw człowieka”. Można by sądzić, że obydwa państwa nie mają większych problemów. Ale mają.

Chińczycy chcieli usłyszeć, że ich prezydent mówi o tym, że ich kraj jest mocarstwem i mówił. Bo jakżeż inaczej można odczytać stwierdzenia, że jego wizyta “otworzy nowy rozdział w partnerskiej współpracy”. Partnerstwo z USA – na tym poziomie Chińczycy są w stanie zaakceptować stosunki z USA.

No i prezydent Hu przywiózł pakiet umów handlowych na 45 mld.$. To raczej kiepski żart, ale Amerykanie go „łyknęli” mówiąc, że to stworzy 235 tys. miejsc pracy. Całe szczęście, że nikt im nie przypomniał, ile wyniósł deficyt handlowy za 2010 między tymi krajami.

To spotkanie zasygnalizowało wolę poprawy wzajemnych stosunków. Tylko tyle i aż tyle. Szefowie obydwu krajów pomniejszali lub bagatelizowali stojące przed nimi problemy. Też dobrze. Ale chyba rację ma „Wall Street Journal” pisząc że „niespokojna równowaga między obu państwami, nie będącymi dla siebie ani wrogami, ani przyjaciółmi, staje się praktyczną zasadą ich wzajemnych stosunków, najważniejszych obecnie dla świata”. I to właśnie zdanie najlepiej obrazuje stan stosunków chińsko-amerykańskich. Taka właśnie „niespokojna równowaga” będzie moim zdanie charakteryzowała te stosunki tak długo, aż wyczerpie się ich potencjał w tym zakresie. To znaczy, że gdy jedna ze stron uzna, że może posunąć się dalej niż powinna – w dowolnej dziedzinie – wtedy wyjdziemy z tego obszaru „niespokojnej równowagi” i przejdziemy do innego etapu.

fot: HELENE C. STIKKEL, CCBY

fot: HELENE C. STIKKEL, CCBY

Tak się może zdarzyć, gdy Amerykanie zechcą np. wysłać w rejon Pacyfiku, czy też ściślej Azji Południowo-Wschodniej więcej wojsk, pod pozorem przygotowania się do reakcji na ewentualną militarną akcję Korei Płn. Oczywiście to byłoby jedynie kamuflowanie rzeczywistego celu, jakim jest umacnianie za wszelką cenę ich malejących wpływów w tym regionie i rzeczywista obawa przed szybko rosnącymi wpływami gospodarczymi ChRL.

Tak się może zdarzyć również w sytuacji, gdy Japonia lub Korea Płn. – naciskane przez Amerykanów – zaczną same naciskać politycznie na Pekin, aby ten „coś zrobił lub uspokoił” Phenian. Naciski te mogą przybrać różne formy. Nieszczęście polega na tym, że nie mamy żadnych danych, które mogłyby dać odpowiedź na pytanie ”co takiego może zrobić Pekin aby Phenian się uspokoił?”

Tak się również może zdarzyć, gdy USA nie dadzą sobie rady w sferze gospodarczej, tzn. gdy ostatnie poluzowanie finansowe FED-u, o którym już wszyscy zapomnieli (ok. 900 mld.$), niewiele da, bo wszystko wskazuje na to, że tak będzie.  Wtedy trzeba będzie na gwałt szukać winnego – po raz kolejny. I znowu tym winnym będą Chiny z ich „niedoszacowanym juanem”. Bzdura jak się patrzy, ale kogo to obchodzi. Trzeba będzie wyjaśnić Amerykanom i innym, dlaczego Ameryka tonie. A tonie przecież nie dlatego, że nie potrafi pływać, tylko dlatego, że Chińczycy…itd.

Tak się również może zdarzyć – aczkolwiek ta wersja jest dla mnie na poziomie science fiction – gdyby Pekin, z sobie tylko znanych powodów, zacząłby naciskać na sąsiadów i tworzyć fakty dokonane w przypadkach terytoriów spornych. Jest tych spraw sporo i to temat na inny artykuł, ale problem istnieje w sferze realnej i kiedyś, ktoś będzie musiał się nim zająć. Mam nadzieję, że te spory terytorialne zostaną z biegiem czasu załatwione z uwzględnieniem szacunku dla wszystkich układających się stron.

Ale na razie „ zasada niespokojnej równowagi” działa i niech działa tak długo, aż obydwa mocarstwa będą gotowe do ułożenie sobie stosunków na innym poziomie.

Wiesław Pilch

Opinie wyrażone w opublikowanych tekstach wyrażają poglądy autorów i nie reprezentują stanowiska CSPA.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Wiesław Pilch przedstawia: Po wizycie Hu w Waszyngtonie Reviewed by on 23 stycznia 2011 .

W artykule „Amerykańsko-chińskie modus vivendi” napisałem w konkluzji: „Słowem, spotkanie przywódców tych dwóch wielkich państw musi zakończyć się fiaskiem”. No i tak się stało, co nie oznacza, że stało się coś złego. Wręcz odwrotnie. Każda ze stron zobaczyła i usłyszała w tym spotkaniu to, co chciała zobaczyć i usłyszeć. Amerykanie chcieli usłyszeć, że w Chinach

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Z historii biorę wskazówki dla teraźniejszości z myślą o przyszłości. Makroekonomia którą się fascynuję, pozwala mi na ogląd rzeczywistości gospodarczej takiej, jaka ona jest naprawdę. Niezafałszowana. Sinoligia to namiętność, pewnie ostatnia w moim życiu- więc tym ceneniejsza. "Wiesław Pilch przedstawia" autorski blog p.Wiesława Pilcha. Redakcja portalu polska-azja.pl, będącego platformą swobodnej wymiany myśli na tematy azjatyckie, nie ponosi odpowiedzialności za publikowane na blogu autora treści.

komentarze 2

  • Gwoli wyjaśnienia. Facet jest czystym Amerykaninem, a mówił o reakcji zwykłego Chińczyka na tę wizytę.

  • To post scriptum dopisało życie. Wiecie co o tej wizycie powiedział facet ,który z racji swoich funkcji -były prezes Amerykańskiej Izby Handlowej w Chinach, teraz starszy radca APCO Worldwide z siedzibą w Pekinie- jest dla mnie ekspertem?
    „Wszystko czego Hu Jintao potrzebuje to sprawnego zorganizowania wizyty bez zakłopotania.” Jeśli czytasz to czytelniku i rozumiesz co ten facet powiedział- to znaczy, że rozumiesz sposób myślenia Chińczyka.

Pozostaw odpowiedź