BLOGOSFERA

Wiesław Pilch przedstawia: O aprecjacji juana

Ten tekst będzie traktował o juanie. Czyli będzie to mój ulubiony temat. A zatem będę starał się w miarę prosto wytłumaczyć rzeczy skomplikowane. Mam nadzieję że mi się uda, albowiem zetrę się z opowieściami i przekazami tak masowo powielanymi przez amerykańską propagandę, że to co robię teraz można uznać za bicie głową w ścianę.

Ad rem. Chodzi o mantrę, którą propaganda amerykańska, a za nią mass media europejskie powtarzają do znudzenia: winę za niemożność podniesienia się z upadku gospodarki amerykańskiej a co zatem idzie wyjście z globalnej recesji ponoszą Chiny, a w szczególności ich niechęć do aprecjacji(wzmocnienia) RMB (renminbi) czyli popularnego juana (Aprecjacja pieniądza – wzrost kursu waluty krajowej względem walut zagranicznych, powstały w wyniku przewagi popytu nad podażą, oznaczający wzrost siły nabywczej waluty; wg. Wikipedii).

Tok takiego sposobu myślenia jest następujący: jeśli Chińczycy podwyższyliby wartość swojej waluty w stosunku do dolara, wówczas eksport chiński stałby się mniej opłacalny a amerykański bardziej, import chiński byłby większy a amerykański mniejszy, a więc i bilans handlowy zarówno Chin jak i USA bardziej zrównoważony. Wszystkim opłacałoby się eksportować do Chin. I o to tym „wszystkim” chodzi. Poza tym- kontynuują- ludność Państwa Środka dostałaby pieniądze o większej wartości rynkowej, co przełożyło by się na większe zakupy. Zatem popyt wewnętrzny by wzrósł i nastąpiła by powszechna szczęśliwość.

I tak to wygląda gdy o tym mówią politycy- głównie amerykańscy- ale nie tylko. Również część ekonomistów, którzy są na usługach tych pierwszych.

W każdym razie przeciwko Chinom i ich polityce monetarnej wypowiada się w sposób nie pozostawiający żadnej wątpliwości Kongres amerykański, który zarzuca Im niedoszacowanie juana i manipulowanie jego kursem. Senatorów przekonuje argumentacja Peterson Institute, który opublikował raport, że juan jest niedowartościowany od 15 do 30 proc. Może to skutkować przyjęciem przez administrację Obamy i tenże Kongres kroków zmierzających do nałożenia dodatkowych ceł na chińskie towary. Jednym z najważniejszych wyrazicieli tych nastrojów jest senator ze stanu Nowy Jork Charles Schumer. W marcu 2005 roku był współautorem projektu ustawy, która wprowadzała 27,5-procentowe cło na import wszystkich towarów z Chin do czasu, gdy kurs renmimbi zostanie podniesiony. Projekt wycofano w październiku 2006 roku, kiedy prawnicy pokazali, że jest on w oczywisty sposób niezgodny ze zobowiązaniami Ameryki w ramach Światowej Organizacji Handlu. Schumer grozi jednak, że w tym roku przygotuje nowy projekt, który nie będzie naruszał wymogów WTO. Czyli innymi słowy Amerykanie grożą Chinom protekcjonizmem.

Pojawiają się zatem pytania:
1. czy istotnie juan jest niedowartościowany od 15 do 30 proc.?
2. jeśli nie- bo taka jest moje teza- to dlaczego kwestia kursu wymiany juana stała się przedmiotem takich kontrowersji?
3. czy nagłe wzmocnienie juana „uleczy” gospodarkę amerykańską i światową i jaki będzie miało wpływ na gospodarkę Chin?
4. jakie są argumenty za utrzymaniem dotychczasowej polityki chińskiej względem juana?

Odpowiadam zatem na pytanie 1. Twierdzenie, iż juan jest niedowartościowany wynika stąd, iż przy określonym kursie przeciętne ceny towarów w Chinach są niższe niż u ich partnerów handlowych. Analitycy kursów walutowych nie biorą jednak pod uwagę różnic w poziomie życia i rozwoju gospodarczego. W krajach rozwijających się ceny są najczęściej niższe niż w rozwiniętych i nie ma sensu się temu przeciwstawiać ani ich porównywać. Pomysł, że można wyrównać średnie ceny towarów w Chinach i Stanach Zjednoczonych przez majstrowanie przy wartości kursu waluty, jest szaleńczy.

Odpowiadam zatem na pytanie 2. Powodem dla którego mamy do czynienia z tak ogromnym naciskiem na Chiny, nie jest wcale wysokość kursu juana względem dolara. Jeśli prześledzimy historię wymiany od 2005 r.- między z jednej strony USA a z drugiej strony Arabią Saudyjską i Chinami to zobaczymy ciekawe rzeczy. Otóż, oba te kraje wiążą swoje waluty z dolarem i notują nadwyżki w handlu ze Stanami Zjednoczonymi. Jeśli porównamy kurs saudyjskiego riala i juana względem dolara począwszy od 2005 roku, to juan stopniowo wzmacniał się o 19 proc., a rial nie wzmocnił się w ogóle. A czy słyszeliście Państwo o tym, aby władze USA naciskały na Arabię Saudyjską aby wzmocniła swoją walutę? Ja nie! O co zatem idzie? Nic prostszego- jest to forma promowania swojego eksportu do Państwa Środka w warunkach kryzysowych. Bo jeśli spojrzeć na to co się działo z kursem wymiany juan/dolar przed kryzysem- to wszystko było w jak najlepszym porządku. Słowem- polityka Panie dobrodzieju. A więc żadnego związku z realiami.

Odpowiadam zatem na pytanie 3. Naprzód powiem, jaki wpływ miałoby umocnienia się juana na gospodarkę Chin. Otóż fatalny, gdyż inwestycje krajowe napędzane są po części przez firmy międzynarodowe, a te są wrażliwe na kurs wymiany. Załóżmy, że RMB zdecydowanie umocniłoby się wobec dolara. Potencjalni inwestorzy – krajowi i zagraniczni – zobaczyliby, że Chiny są teraz droższym, a Stany Zjednoczone tańszym krajem do inwestowania. Strumień pieniędzy inwestycyjnych skierowałby się do USA. Mogłoby to uruchomić mały boom inwestycyjny w USA, gdzie wydatki inwestycyjne rosłyby, ale od stosunkowo niskiego poziomu wyjściowego, a z drugiej strony w Chinach, mielibyśmy spore tąpnięcie w gigantycznym chińskim sektorze inwestycyjnym – obejmującym dzisiaj około 45 proc. PKB. Spadłyby chińskie wydatki inwestycyjnie, wzrost gospodarczy i być może import. Tak było z Japonią od lat osiemdziesiątych do połowy dziewięćdziesiątych, kiedy jen ciągle się umacniał. Koszty inwestycji w tym kraju wzrosły, toteż wielkie firmy japońskie uciekły z inwestycjami do innych krajów azjatyckich i do USA. I chociaż aprecjacja jena spowolniła wzrost eksportu, nadwyżka handlowa jeszcze się zwiększyła.

Teraz rynek międzynarodowy. „To jest decyzja Chin, co zrobić z kursem wymiany, są przecież suwerennym krajem” – powiedział Geithner na spotkaniu z Boeingiem i innymi eksporterami, które odbyło się 23 maja 2010 roku w stanie Waszyngton. „Uważam jednak, że zdecydowanie jest w ich interesie z czasem pozwolić, aby kurs wymiany odzwierciedlał siły rynkowe, i jestem przekonany, że postąpią zgodnie ze swoim interesem” – dodał. Tyle że Geithner studiował w Chinach, a tabuny amerykańskich polityków, biznesmenów, związkowców i ekonomistów – nie. On zna chińskie realia, Oni –nie. Chiny mają dużą i trwałą nadwyżkę w bilansie handlowym , którą trzeba gdzieś ulokować, czyli pożyczyć cudzoziemcom, ale renmimbi nie jest (jeszcze) walutą akceptowaną na rynkach międzynarodowych. Rosnące wierzytelności wobec zagranicy (czyli to co pożyczono) są zatem denominowane głównie w dolarach. Co więcej, w związku z groźbą przyszłej nagłej aprecjacji RMB cudzoziemcy są jeszcze bardziej niechętni do pożyczania w tej walucie. Mamy więc podwaliny poważnego niedopasowania walutowego w sytuacji, gdyby Ludowy Bank Chin wycofał się z międzynarodowego rynku wymiany walut, to jest przestał kupować dolary konieczne do ustabilizowania kursu juana czyli gdyby zdecydował się na aprecjację (wzmocnienie) juana. A proszę nie zapomnieć o roli – ogromnej – jaką pełnią Chiny i ich system finansowy we współczesnym świecie. Gdyby tenże system został narażony na perturbacje – światowa gospodarka mocno lub bardzo mocno by to odczuła. A jako, że płyniemy już po wystarczająco wzburzonym morzu, nie potrzebne są gospodarce światowej nowe „atrakcje”.

Odpowiadam zatem na pytanie 4. Argumentów tych dostarczył już jakiś czas temu prof. Robert Mundell, noblista i twórca teorii optymalnych obszarów walutowych, który sugerował rządowi chińskiemu, aby wykorzystując sztywny kurs wymiany z dolarem lub inaczej- pod jego sołoną, niejako naturalnie grawitowali w sferze cen i płac w kierunku poziomu osiągniętego w USA. Ponadto- co jest oczywiste- w bardzo zaawansowanych międzynarodowych kontaktach handlowych jest niezwykle cenną rzeczą utrzymywanie w miarę stabilnego kursu wymiany walut. Wiedzą coś na ten temat uczestnicy wymiany międzynarodowej- w szczególności Ci, którzy muszą na co dzień „szarpać” się wymianą Euro/PLN. „Last but not least”- w ten właśnie sposób rozwijały się Niemcy i Japonia w epoce systemu z Bretton Woods w latach 1946–1971 czyli historycznie udowodniona słuszność takiego sposobu postępowania.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Wiesław Pilch przedstawia: O aprecjacji juana Reviewed by on 5 marca 2011 .

Ten tekst będzie traktował o juanie. Czyli będzie to mój ulubiony temat. A zatem będę starał się w miarę prosto wytłumaczyć rzeczy skomplikowane. Mam nadzieję że mi się uda, albowiem zetrę się z opowieściami i przekazami tak masowo powielanymi przez amerykańską propagandę, że to co robię teraz można uznać za bicie głową w ścianę. Ad

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Z historii biorę wskazówki dla teraźniejszości z myślą o przyszłości. Makroekonomia którą się fascynuję, pozwala mi na ogląd rzeczywistości gospodarczej takiej, jaka ona jest naprawdę. Niezafałszowana. Sinoligia to namiętność, pewnie ostatnia w moim życiu- więc tym ceneniejsza. "Wiesław Pilch przedstawia" autorski blog p.Wiesława Pilcha. Redakcja portalu polska-azja.pl, będącego platformą swobodnej wymiany myśli na tematy azjatyckie, nie ponosi odpowiedzialności za publikowane na blogu autora treści.

komentarzy 17

  • Sprawa jest ewidentnie polityczna. Trzeba było znaleźć winnego więc się znalazł. Najwygodniejszy politycznie oczywiście. Chiny mają niezależną walutę i mogą juana zdewaluować, co też zdaje się skutecznie czynią. Kwestia peg-a do dolara jest formą ochrony przed manipulacjami FED-u. Inne kraje, mniej niezależne politycznie i słabsze, jak Brazylia np., stosują podatki od napływu kapitału spekulacyjnego.
    Obecnie świat, w mojej ocenie, stał się tak mały (kwestia transportu) i mobilny gospodarczo, że kluczową sprawą nie jest nierównowaga handlowa (bo ta jest zwykle tylko skutkiem), a nierównowaga w kosztach pracy. Kraje wystarczająco niezależne politycznie i posiadające duże zasoby taniej siły roboczej stoją więc na potencjalnie wygranej pozycji. Chiny, Indie, Brazylia. Japonia nie miała luksusu politycznej niezależności i doskonale widać czym to skutkowało.
    Kryzys azjatycki z 1997 r. również świetnie pokazuje, jakimi środkami posługuje się światowa finansjera. Chiny stały się niewygodne w momencie, gdy okazało się, że stają się zbyt silne i mogą zagrozić dominacji dotychczasowego establishmentu. W 1997 r. Japonia ponoć chciała wykorzystać część swoich dolarowych rezerw na pożyczki dla dotkniętych kryzysem krajów. I nie uzyskała zgody.Dzisiaj MFW nie ma już wstępu na teren Azji dalekowschodniej. Chiny takiej zgody nie potrzebują. To już jest różnica kolosalna.
    Międzynarodowa finansjera traci wpływy i potężne obszary wymykają się jej spod kontroli. Co więcej, nie jest już jedyną alternatywą. Powoli krystalizuje się, co najmniej, dwubiegunowość. I to jest główny problem, w mojej ocenie, i siła sprawcza obecnych wydarzeń.

    • Bardzo, bardzo słuszne uwagi. Rzucił Pan snop światła na kilka niezwykle istotnych spraw. A każda z nich jest problemem sama w sobie.

      • Avatar szpak

        Coś zjadło moją odpowiedź. Tutaj to się zdarza?

      • Avatar szpak

        Teraz poszło bez problemu więc ad rem. Obecny układ polityczny i model finansowy świata zachodniego się sypie. Coraz więcej ludzi zdaje sobie z tego sprawę.
        Warto zatem zastanowić się nad konsekwencjami i spróbować przewidzieć możliwe scenariusze oraz świat jaki wyłoni się z tej zawieruchy. Moim zdaniem nadchodzą historyczne czasy i w miarę prawidłowa ocena przyszłych wydarzeń może dać spory bonus

    • Międzynarodowa finansjera traci wpływy i w Europie. Grecki wiceminister spraw zagranicznych już w ub. r. stwierdził: „Chińczycy (…) nie są jak ci wszyscy przeklęci goście z Wall Street, wciskający inwestycje na papierze. Tymczasem Chińczycy robią realne rzeczy, towary. I mogą pomóc prawdziwej ekonomii – namacalnej, rzeczywistej produkcji”.

  • tekst jest w porzadku, jednak nie jest specjalnie odkrywczy, poniewaz w prasie zagranicznej temat ten istnieje on od pewnego czasu. nie jako oddzielny watek, ale przewija sie miedzy wierszami i mozna go wylapac.

    „Ale doskonale wiemy wszyscy, że jeśli Oni coś robią przez dłuższy czas i z niesłabnącą premedytacją to MUSI to coś oznaczać. Musi mieć to swój sens.” no to jak to sie ma do faktu, ze sie wladze chinskie tak wkopaly ze skupowaniem amerykanskiego dolara? gdyby to ich dzialania mialy sens, to by sie nie wladowali w ten problem, tylko zawczasu go unikneli.

    • „(…) to jak to sie ma do faktu, ze sie wladze chinskie tak wkopaly ze skupowaniem amerykanskiego dolara?” Wie Pan, rezerwy walutowe Chin w relacji do ich PKB liczonego parytetem siły nabywczej są mniejsze niż np. tajwańskie czy singapurskie. Tak więc kwestią dyskusyjną jest, kto się bardziej wkopał. :-) Natomiast pewne jest, że posiadając taką obfitość dolarów i obligacji federalnych, Pekin może użyć ich jako instrumentu nacisku na Waszyngton, czego o pozostałych krajach posiadających rezerwy walutowe i obligacje powiedzieć się nie da.
      Co do odkrywczości artykułu. W prasie różnych krajów temat faktycznie istnieje od jakiegoś czasu, jakkolwiek na ogół z amerykańskiego punktu widzenia. Natomiast w prasie polskiej nie istnieje praktycznie w ogóle. No, może poza „Najwyższym Czasem” i „Opcją na prawo”, ale tego pospólstwo raczej nie czytuje (bo gdyby czytało, to nie głosowałoby na etatystów :-)). Dlatego biorąc pod uwagę krajowe podwórko, artykuł Pana Pilcha uznaję za odkrywczy.

  • Panie JG. Pisze Pan że nie dość podkreśliłem polityczny wymiar dyskursu o juanie. Ma Pan rację. Tyle że ja zrobiłem ” a priori” założenie, że cała ta afera ma podtekst polityczny. I starałem się pokazać jej merytoryczny, pozapolityczny „nihilizm”.
    Panie Zyggi. Pańskie pytanie: „-jak długo jeszcze Stany powalczą z Chinami?” jest-jak sądzę – pytaniem na które najtrudniej znaleźć odpowiedź. Tym bardziej, że- jak dowodzą tego dane amerykańskie z końca stycznia- chińskie inwestycje w wszelkiej maści amerykańskie instrumenty dłużne zwiększają się i przekroczyły 1bln. $. W tej sytuacji można by o Chińczykach zacząć wyrażać się…brzydko. Ale? Ale doskonale wiemy wszyscy, że jeśli Oni coś robią przez dłuższy czas i z niesłabnącą premedytacją to MUSI to coś oznaczać. Musi mieć to swój sens. I ma, również w kontekście juana. Mam nadzieję że wkrótce napiszę o tym kolejny tekst.
    Na razie dziękuje Panom za pozytywne opinie o tekście.

  • Panie Wiesławie, ciekawi mnie jak długo jeszcze Stany powalczą z Chinami. 3w.chron.com/disp/story.mpl/ap/tx/7458661.html
    Niezła bomba, co? Tym większa, że nudziarze z TVN o tym ani bąkną ze strachu przed zwolnieniem z roboty. :-D

  • No niestety napisalem tekst o wojnach walutowych (niedlugo wrzuce go na strone), ale takze posluzylem sie tam Big Mac Index :)

    • PPP służy do mierzenia długoterminowego, a nie krótkoterminowego jak napisałem w swoim komentarzu. Przepraszam za pomyłkę. Do krótkoterminowego wykorzystuje się różnice w stopach procentowych stąd też popularny carry trade na japońskim jenie (stopy procentowe około 0 procent) i australijskim dolarze. Wyższe stopy procentowe w danym kraju silniejsza waluta.

      Jest więcej przykładów na „słabość” Big Mac Index:
      – różne wynagrodzenia w różnych krajach,
      – odmienne kampanie reklamowe i promocyjne,
      – w USA czy Australii hamburger to jedzenie dla mas, w niektórych krajach to luksus jak pisałem powyżej,
      – ilość obcokrajowców w danym kraju,
      – rozporządzalny przychód, np. w dzielnicy gdzie mieszkają sami Chińczycy nikt nie zapłaci za kanapkę 5 USD (ponad 30RMB), natomiast dla obcokrajowca w Chinach będzie to OK.
      – nawyki żywieniowe, itd.

      Big Mac Index jest nadal przydatny politycznie o czym można się było przekonać podczas ostatniego szczytu G20:)

      Czekam z niecierpliwością na tekst:)

  • Dobre argumenty. Kruczkowska z Wyborczej powinna go codziennie czytać na śniadanie pisząc swoje teksty o yuanie i Chinach.

    Powinien Pan bardziej podkreślić, że cały ten walutowy dyskurs ma wymiar polityczny. Powiedziała mi to też jedna profesorek, która całe życie przepracowała w Reutersie pisząc o walutach.

    Przykłady:
    – około dwuprocentowe umocnienie yuana w 2010 w momencie, gdy kongres USA rozpoczął pracę nad ustawą nakładającą nowe cła i podatki na import towarów z Chin,
    – umocnienie yuana przed szczytami grupy G20, kiedyś to śledziłem i okazało się, że kurs yuana wzrastał dość mocno zarówno przed szczytem w Toronto w czerwcu 2010 i Gyeongju w październiku 2010.

    Większość z gazet prowadzących anty-chińską politykę powołuje się na Big Mac Index. Według tego wskaźnika w 2010 yuan był niedowartościowany w stosunku do USD o około 50 procent. Ba, nawet wielcy ekonomiści się na niego powołują. Tylko, że już nikt nie pisze, że ten wskaźnik ma wiele wypaczeń i nie można go używać do bezbłędnego mierzenia PPP np. w wielu krajach McDonald’s do dobro luksusowe albo, że mierzy PPP tylko krótkoterminowo.

    Dorzucę jeszcze cytat od Eswar Prasad, a former top China expert at the International Monetary Fund, który dla Wall Street Journal powiedział “If the world now says, “Let your currency float against the dollar,” the Chinese could say: “Do you really want it to depreciate?””
    Ponad 1/4 handlu chińskiego jest już rozliczana w Euro. Wg niego jeśli Chiny będą zwiększać procent transakcji w Euro może dojść do sytuacji, że yuan będzie się osłabiać, a nie umacniać w stosunku do USD.

    Argument o równoważeniu bilansu handlowego USA poprzez umacnianie yuana to jedna wielka ściema. USA mają deficyt handlowy z wieloma krajami, z którymi handlują. W tekście świetny argument o Arabii Saudyjskiej.

  • P.S. I jeszcze krótki film o upadku Detroit: realia.blox.pl/2010/02/Film-o-updaku-Detroit.html.
    Ciekawe, czy po jego obejrzeniu ktoś jeszcze będzie wierzył, iż USA bronią wolnego rynku… :-)

    • Ten film zalatuje propagandówą na kilometr – przyczyn upadku Detroit jest więcej. Innych przyczyn nie chcą widzieć dogmatycy sponsorujący podobne filmy- dla dogmatyków istnieje zawsze prosty obraz świata i prosta recepta do jego naprawienia.
      Inne przyczyny upadku Detroit ?
      – uzależnienie od koniunktury jednej branży – szybki wzrost branży powoduje szybki wzrost miasta i przeciwnie
      – napływ ludności czarnoskórej ze stanów Południa
      – wysoka mobilność Amerykanów – Amerykanie żyją tam gdzie są aktualnie najlepsze warunki do życia. Częste są przeprowadzki (statystycznie co 7 lat) co sprawa, że miasta rosną tam jak na drożdżach i jednocześnie kurczą się jak przebity balon. Amerykanie nie przywiązują się do miejsca zamieszkania co sprawa, że miasta są nieodporne na dekoniunkturę. Mobilność odbywa się kosztem miast, ale z drugiej strony ludzie nie staczają się wraz z miejscem zamieszkania, jak to bywa w Polsce – np. Wałbrzych i wiele innych miast z monokulturą jednego zakładu bądź branży, które upadły w latach 90.

      • Avatar Zyggi

        Facet jest prawicowcem, zapewne o paleorepublikańskich poglądach. Nie zmienia to faktu, że jego słowa to nie propaganda. Owszem przyczyn upadku Detroit jest więcej, ale główne przyczyny film pokazał. Koszty programów socjalnych wdrożonych przez administrację Johnsona i kolejne w niemal 3/4 pochłonął aparat urzędniczy, a ledwo 1/4 trafiła do adresatów, z których – znając życie – zapewne spora część żadnej pomocy nie potrzebowała. Skoro tak wyglądało to w USA, to może Pan sobie wyobrazić, jak sprawa wygląda w Polsce…
        Osobna sprawa to przywileje socjlne pracowników amerykańskiej branży motoryzacyjnej. Tak dobrze to chyba nawet Szwedzi nie mieli w szczytowym okresie welfare state. :-)
        Wymienia Pan napływ ludności murzyńskiej z Południa oraz wysoką mobilność Amerykanów wśród przyczyn upadku Detroit. Ale przecież ludność czarna (tak samo jak i biała) napłynęła do Detroit wtedy, gdy była tam praca. Po cóż innego mieliby tam przyjeżdżać? A że Afroamerykanie są najmniej mobilni ze wszystkich grup ludności USA, więc to właśnie głównie oni tam pozostali, na resztkach dawnej chwały stolicy amerykańskiej motoryzacji.

      • Avatar ciekawy

        Nie zaprzeczam, że jedną z głównych przyczyn był socjal i związki zawodowe. Chodziło mi o to, że dogmatycy jak komentator tego filmu widzą czarno – biało zjawiska, na które idąc tą metaforą potrzeba by było tysiąca barw.
        Mobilność przyczyniła się zarówno do niezwykłego rozkwitu miasta jak i do szybkiego upadku. Ameryka to niezwykle dynamiczny i jeszcze młody kraj – w porównaniu do podstarzałych państw Europejskich. W Ameryce skurczenie się ludności dwumilionowego miasta o połowę jest jedynie powodem do kręcenia jednostronnych filmów prezentujących światopogląd sponsorów. W Europie ciężko sobie wyobrazić miasto prawie dwumilionowe (np. Warszawa) kurczące się w ciągu 30 – 40 lat o połowę do rozmiarów np. Krakowa.

  • Ten artykuł czytałem już bodajże przedwczoraj. Ale ponieważ jest bardzo ważny, a przy tym staranny pod względem merytorycznym, więc warto, żeby go „podbić” w górę, uczynić bardziej widocznym.
    Czy wyobraża sobie ktoś z Państwa, że jakiś kraj naciska na Polskę, żeby „coś zrobiła” ze swoją walutą, bo jest „niedowartościowana”? A w obliczu takich nacisków stoją Chiny. Zachód (a zwłaszcza USA) twierdzi, że kurs juana jest sztucznie zaniżany. Jest faktem, że jest określany centralnie. Ale to dlatego, by nie manipulowała nim banda hochsztaplerów, od jakich roi się na Wall Street jak od much w okolicach szamba. Natomiast nikt nie umie powiedzieć konkretnie o ile juan niby jest zaniżony. A ile miałby juan kosztować, żeby towary amerykańskie były konkurencyjne z chińskimi? Np. ile dolarów miałaby wynosić dniówka robotnika w zakładach Hondy w Chinach, by była porównywalna z dniówką w Stanach? Nie mówiąc o pozostałych kosztach ich wytwarzania, transportu itd!
    Dlaczego Niemcy i Japonia, kraje o kosztach produkcji również znacznie wyższych niż Chiny, mają w handlu z nimi względnie wyrównane saldo, a w całościowych obrotach z zagranicą ogromne nadwyżki, a USA – gigantyczny deficyt? Czy czasem nie jest tak, że towary z USA są niekonkurencyjne m.in. dlatego, że znakomita ich część to niskiej jakości masówa o jakości często bliższej chińskiej niż niemieckiej czy japońskiej, tyle że w odróżnieniu od chińskiej droga? GM, Ford, Chrysler, Kodak, Vivitar, Motorola, Lexmark, Black & Decker – kiedyś to były marki będące symbolem wysokiej jakości. Przed 30, 40 laty mówiło się o amerykańskiej solidności, jakości wykonania. A dziś, gdy w USA dewizą jest ilość, wydajność, zyskowość, a nie tak staromodne pojęcia jak solidność, trwałość, rzetelność?… W efekcie dziś nikt nie zapłaci za Forda lub Chevroleta tyle, co za Mercedesa czy nawet Toyotę o porównywalnym silniku i wyposażeniu. Kto chciałby jeszcze zabłysnąć Cadillakiem – autem z amerykańskiej górnej półki? :-) Nie ta epoka, dziś nawet w Stanach ludzie wolą jako symbol prestiżu Mercedesy, BMW, Lexusy itd. Niebawem Amerykanie będą mieli nie lada problem, gdy auta z Chin dogonią jakościowo pojazdy marek amerykańskich. Głupia, krótkowzroczna polityka amerykańskich koncernów na dłuższą metę słono kosztuje…
    Biorąc to wszystko pod uwagę amerykańskie pretensje a propos kursu juana można określić jako propagandowy bełkot. Naprawę stanu rzeczy trzeba bowiem zawsze zacząć od siebie, a nie wtykać nos w nie swoje sprawy.

Pozostaw odpowiedź