BLOGOSFERA,Chiny news

Wiesław Pilch przedstawia: Kwestia chińska, wczoraj i dziś.

Chciałbym, aby tak było.

Bogdan Góralczyk
Wybitny intelektualista brytyjski Bertrand Russell w początkach lat 20. XX wieku przez rok wykładał w Chinach i uwieńczył ten pobyt tomem „The Problem of China”, który w maju 2011 r. w oryginale ponownie wydano w Chinach. Dlaczego teraz?
W miarę lektury sprawa staje się jasna. Brytyjski filozof nie tylko chwali Chińczyków, a gani na przykład Japończyków, ale też – w świetle niedawnego (wtedy było to raptem dziesięć lat) obalenia Cesarstwa i przejścia na rządy republikańskie – zastanawia się, jak Chiny reformować, no i co one, już zreformowane, mogłyby ze sobą przynieść sobie i światu. Przyjrzyjmy się bliżej tej argumentacji, bowiem jest nie tylko interesująca, ale też na nowo aktualna.

Problem(y) modernizacji Chin republikańskich

Teza wyjściowa B. Russella jest następująca (wszystkie cytaty z jego dzieła w tłumaczeniu autora niniejszego tekstu): „W ciągu następnych dwóch stuleci wydarzenia w Chinach istotnie wpłyną na cały świat, o ile w ogóle nie będzie to decydujący czynnik dla świata, na dobre i złe”. Innymi słowy, to co się dziejach w Chinach ma nie tylko wewnątrzchińskie konotacje. Chodzi o państwo czy mocarstwo zawsze bogate w zasoby ludzkie, czemu B. Russell poświęca sporo uwagi. Co więcej, Chiny to niezwykle bogata, ogromna cywilizacja, którą brytyjski uczony uznaje za „wyższą od naszej” (a civilization superior to ours), także i w tym sensie, że jej przedstawiciele „myślą kategoriami stuleci, podczas gdy inne narody posługują się dekadami”.

Russell nie kryje, że liczy na chińską modernizację i wiąże, z nowoczesnymi już Chinami, nadzieje na lepsze, co uzasadnia tak: „Problem przekształcenia Chin w nowoczesne państwo jest trudny, a obcokrajowcy powinni okazać nieco cierpliwości w trakcie, gdy Chińczycy będą chcieli tego dokonać. Albowiem oni rozumieją swój kraj, podczas gdy my ich nie rozumiemy. Jeśli damy im spokój, to oni w końcu znajdą rozwiązanie zgodne z ich charakterem, czego my na pewno nie dokonamy. Takie powolnie zaprowadzane rozwiązania własne będą stabilne, podczas gdy przedwczesne rozwiązania narzucone przez obce mocarstwa będą sztuczne i tym samym nietrwałe”. Autor uzasadnia zatem tezę stale podkreślaną przez Chińczyków, którzy nie tylko, co zrozumiałe, chcą być panami we własnym domu, ale też, co nie mniej istotne, urządzać ten dom według własnych pomysłów.

Ciekawy jest długi – i nie do końca przekonujący – wywód B. Russella na temat pokojowych intencji chińskiej cywilizacji, ale zarazem otwarcie postawiona przestroga, zgodnie z którą: „Chiny silne militarnie byłyby katastrofą” (a strong military China would be a disaster). Ewentualna potęga Chin miałaby polegać na ich dynamice, sile gospodarczej, potędze intelektualnej czy wyższości cywilizacyjnej. W ocenie autora, o ile Chiny przede wszystkim poszukiwały na Zachodzie wiedzy i natchnienia, o tyle Zachód w Chinach zachowywał się tak jak „żołnierz, handlarz i misjonarz”, tzn. „kierowały nim trzy motywy: walczyć (z Chińczykami), zarabiać u nich pieniądze oraz przekonywać ich do naszej wiary”. Jak widać, w tej konkurencji autor również przyznawał wyższość Chińczykom, co potwierdza zdaniem konkludującym cały tom: „Sądzę, że oni (Chińczycy) są jedynym narodem na świecie, który wyżej sobie ceni mądrość niż rubiny. To dlatego Zachód uznaje ich za niecywilizowanych”.

Chińscy wydawcy obecnego wydania eksponują jednak, nawet na okładce, inną argumentację, zgodnie z którą: „Z ducha renesansu, jaki obecnie panuje w Chinach może wyłonić się, o ile obce państwa nie narobią zamieszania, nowa cywilizacja, która będzie lepsza od wszystkich, jakie dotąd znał świat. To właśnie jest cel, jaki powinny postawić przed sobą młode Chiny: zachowanie, tak charakterystycznych dla Chińczyków, ogłady i kurtuazji, otwartości i pokojowego nastawienia, a równocześnie przejmowanie wiedzy z Zachodu w celu stosowania jej w rozwiązywaniu praktycznych problemów Chin”. Po czym autor apeluje jeszcze, by Chińczycy w trakcie prowadzonych przez siebie reform zachowali umiar, nie szukali ekspansji na zewnątrz, a nade wszystko nie poświęcali za dużo miejsca i czasu dobrom materialnym, do czego mają skłonność. Jeśli tak będą postępowali, to – w jego ocenie – „Chiny odegrają w świecie rolę, do jakiej są predestynowane”.

Po tych kilku cytatach jest już chyba jasne, dlaczego książkę B. Russella wydano po blisko stu latach ponownie w Chinach. Jak wiemy, Chiny znowu, jak po upadku Cesarstwa (w 1911 r.), stają przed problemami i dylematami modernizacji i transformacji. Już udowodniły, że od 1978 r., gdy na tę ścieżkę wkroczyły, idą własną drogą, nie oglądają się na innych, chociaż tam, gdzie mogą, stosują obce rozwiązania, a więc postępują zgodnie z dyrektywami brytyjskiego filozofa. Czy jednak przyniosą ze sobą nową, lepszą cywilizację i system wartości pożyteczny dla świata?

Zachód dziś nie wie, jak postępować z Chinami

Na ten temat toczą się już – i zapewne będą toczyć jeszcze długo – poważne spory. Jeśli chodzi o Zachód, mamy tam w stosunku do obecnych Chin i procesów w nich zachodzących kilka „szkół”. Pierwsza przepowiada, niczym B. Russell, świetlaną przyszłość Państwa Środka. Przykładowo brytyjski dziennikarz Martin Jaques zapowiada, już w tytule swojej książki, epokę „Gdy Chiny rządzą światem”, co uzupełnia podtytułem „Koniec zachodniego świata i narodziny nowego ładu globalnego”. Inny autor, Amerykanin Robert Lawrance Kuhn, zresztą więcej czasu spędzający ostatnio w Chinach niż w USA, przedstawia zachodniemu odbiorcy w obszernym tomie „Co myślą liderzy Chin”. Chwali ich poglądy, a przede wszystkim wskazuje na rosnącą przejrzystość w podejmowaniu decyzji oraz kolektywne rozstrzyganie problemów przez partię władzy, w jaką w ramach reform przekształciła się Komunistyczna Partia Chin (KPCh), niegdyś rewolucyjna. Do tego grona warto jeszcze dodać autora głośnych niegdyś „Megatrendów” Johna Naisbitta, który teraz też niemal na stałe przebywa w Chinach i kreśli nowe trendy dla chińskich władz, chwaląc je przede wszystkim za „otwartość myślenia”.

Na drugim biegunie jest „szkoła”, mówiąca o „chińskim zagrożeniu”. Zainicjowali ją jeszcze w latach 90. dwaj amerykańscy autorzy, Richard Bernstein i Ross H. Munro, którzy już wtedy wróżyli światu (zachodniemu) konflikt z Chinami, a ostatnio w ich ślad poszło dwóch francuskich ekonomistów, Jean Paul Giuchard i Antoine Brunet, którzy – w książce, która właśnie została wydana po polsku – przypisują dzisiejszym władcom Chin same złe intencje i uważają, że ich nadrzędnym celem jest nic innego, jak hegemonia nad światem.

Są wreszcie inni autorzy, jak sędziwy Henry Kissinger, który, w książce wydanej w maju 2011 r., zatytułowanej „O Chinach” (On China), dostrzega rosnącą asertywność w niektórych kręgach chińskich, a równocześnie niepokój w wielu kręgach amerykańskich, powodowany szybko rosnącą siłą dzisiejszych Chin. Wzywa do wzajemnego, pogłębionego dialogu i zaangażowania, obawiając się wybuchu nowej ”zimnej wojny”.

Chińczycy też mają dylematy

Co ciekawe, a o czym znacznie mniej wiemy, również po stronie chińskiej nie ma jednomyślności. Przez niemal dwie dekady obowiązywały strategiczne dyrektywy wizjonera obecnych reform Deng Xiaopinga, który zalecał swym następcom, aby nie występowali przed szereg, nie byli zbyt pewni siebie, postępowali powściągliwie i ograniczali zaangażowanie, ale zarazem uważnie obserwowali i chłodno analizowali Chiny i cały świat, a przy okazji należycie zabezpieczali swoje pozycje i interesy.

Kryzys z 2008 r. i – trwające do dziś – perturbacje w gospodarkach Zachodu sprawiły, iż ten dotychczasowy konsens został zachwiany. Pojawiły się pozycje książkowe, jak praca zbiorowa „Chiny nie są zadowolone” (Zhongguo bu gaoxing) czy „Chińskie marzenie” (Zhongguo meng) Liu Mingfu, otwarcie mówiące o „końcu ery amerykańskiej” i sugerujące Chinom pozycję lidera w nowym świecie. Odrzucono, co prawda, w Pekinie koncepcję innego Brytyjczyka, Joshua C. Ramo, który wieszczył, że liberalny „konsens z Waszyngtonu” zostanie zastąpiony autorytarnym „konsensem z Pekinu” (Beijing gongshi), ale równocześnie w ostatnim roku pojawiły chińskojęzyczne prace, otwarcie mówiące o „Chińskim stuleciu” (Zhongguo Shiji) Liu Tao, czy „Chińskim modelu” (Zhongguo moshi) Zhang Weiweia, a nawet „Chińskim wstrząsie” (Zhongguo zhenhan) Zheng Yongniana, jaki mogą zaproponować światu.

Wygląda na to, że właśnie nową eksplozją prac – podważających dotychczas przyjętą strategię – należy tłumaczyć fakt, iż władze centralne 6 września 2011 r. zdecydowały się opublikować nową wersję Białej Księgi, w której zapewniono wszystkich zainteresowanych o pokojowych intencjach rosnącego mocarstwa, które w 2009 r. zamieniło się w największego eksportera na globie, wyprzedzając Niemcy. Ponadto w 2010 r. Pekin osiągnął status drugiej gospodarki świata wyprzedzając Japonię, a na stał się krajem o największych rezerwach walutowych (szacowanych na 3,2 bln dolarów).

Odnosi się wrażenie, że władze chińskie same są zaskoczone tym, co się na świecie dzieje. Po pierwsze, doskonale wiedzą, jak wiele jeszcze problemów mają do rozwiązania na drodze transformacji (reformy polityczne, państwo prawa, ekologia, nadmierne rozwarstwienie społeczne, korupcja, itd.) i absolutnie nie są (jeszcze?) gotowe do roli światowego lidera. Po drugie, na fali niebywałych i powszechnie odczuwalnych sukcesów, nacjonalistyczny dżin wyskoczył z butelki. Trzeba go szybko okiełznać, o ile się da. Stąd najpierw zmieniono, stosowane od połowy minionej dekady, pojęcie „pokojowej ekspansji” (heping jueqi), zamieniając je w „pokojowy wzrost” (heping fazahan), który ma być jeszcze wprowadzany stopniowo i w oparciu o naukowe opracowania, a więc nie ideologiczne pomysły czy utarte schematy. W ten nurt wpisuje się także wspomniana Biała Księga o pokojowym rozwoju.

Wnioski
1. Rosnąca rola Chin, które nie są już tylko mocarstwem regionalnym, lecz po 2008 r. przerodziły się w mocarstwo globalne, nie jest jeszcze należycie przyswojona przez świat zewnętrzny.
2. Partnerzy Chin muszą zrozumieć, że z zewnątrz tego kolosa kształtować się nie da. Chiński program reform i transformacji był, jest i będzie prowadzony samodzielnie.
3. Znaczenie Chin, sięgających teraz świadomie do źródeł swojej bogatej cywilizacji i otwarcie mówiących o „renesansie chińskiej nacji”, będzie w najbliższym czasie rosło.
4. Trudno jednoznacznie orzec, czy Chiny są już gotowe do globalnego rządzenia/zarządzania (global governance) światem. Wydaje się, że na razie nie są nawet na drodze do bycia – używając słów prezesa Banku Światowego Roberta Zoellicka – „odpowiedzialnym współudziałowcem” (responsible stakeholder) na światowej scenie. Chiny nie są już tylko „(największym) państwem rozwijającym się”, jak ciągle chętnie się prezentują, lecz szybko rosnącym mocarstwem o bogatym dorobku i zapleczu cywilizacyjnym, na dodatek tak bardzo odmiennym od zachodniego, na co tak często zwracał uwagę przed blisko stu laty B. Russell.

Bogdan Góralczyk – Senior Fellow Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego, sinolog. Profesor Uniwersytetu Warszawskiego, były ambasador RP w Królestwie Tajlandii. Przedruk za wiedzą i zgodą Fundacji Pułaskiego

Wiesław Pilch:

Powtarzam jeszcze raz zdania Russella, albowiem uważam je za kluczowe dla zrozumienia kwestii chińskiej:

„Problem przekształcenia Chin w nowoczesne państwo jest trudny, a obcokrajowcy powinni okazać nieco cierpliwości w trakcie, gdy Chińczycy będą chcieli tego dokonać. Albowiem oni rozumieją swój kraj, podczas gdy my ich nie rozumiemy. Jeśli damy im spokój, to oni w końcu znajdą rozwiązanie zgodne z ich charakterem, czego my na pewno nie dokonamy. Takie powolnie zaprowadzane rozwiązania własne będą stabilne, podczas gdy przedwczesne rozwiązania narzucone przez obce mocarstwa będą sztuczne i tym samym nietrwałe”.

Na codzień spotykam się jednak z całkowicie odmiennym zdaniem wielu, b.wielu Polaków. Stąd zresztą wziął się ten blog. Teksty w nim zawarte mają propagować NORMALNOŚĆ. A normalnością jest fakt rządzenia się Chińczyków u siebie wg. własnych norm. I zachowywania wg. własnych standardów. Zatem, nie wmawiajmy Im konieczności robienia tego co my uwazamy za stosowne, podczas gdy Oni uważają, że wiedzą lepiej jak się mają zachowywać. Ponadto nieszczęściem, które mam okazję obserwować dzień w dzień na polskich portalach interenetowych jest maniera przypisywania Chinom i Chińczykom wszelkich możliwych i niemożliwych złych intencji.

Cokolwiek i gdziekowlwiek robią- robią źle lub jeszcze gorzej: kupują Volvo- tragedia bo będą produkowali tandetę, zbudowali JEDEN malutki lotniskowiec treningowy- zawojują świat i zniszczą zachodnie wybrzeże USA, budują drogi i mosty w Tybecie- szykują się do inwazji na Indie (czołgami przez Himalaje) i wynarodowią miejscowych itp, itd, itp. Takich bzdur mogę przytaczać 5 godz. bez przerwy! A co to oznacza i skąd się to bierze? Z NASZEJ NIEZNAJOMOŚCI CHIN! Więc spróbujmy spokojnie, po trzoszeczku uczyć się tych Chin. Co jakiś czas przeczytajmy coś, co nie jest wymierzone w nich, tekst, który nie jest Im wrogi. Trudno znaleźć takie teksty- to prawda. Ale na tym blogu znajdą się one na pewno.

Pamiętajcie Państwo- Oni idą do przodu jak burza, rozwijają sie w tempie tak niesłychanie szybkim, takim, że sami się temu dziwią. W tempie w którym nikt nigdy się nie rozwijał. Więc, po pierwsze mają prawo do robienia błędów które widzimy, a po drugie z racji tego niesłychanego wzrostu, na pewno wcześniej czy później zawitają do Polski w większej ilośći. Wtedy dobrze będzie mieć w nich przyjaciół. Rozumieć Ich. Szanować Ich kulturę. Doceniać umiejętności. Ale aby tak było w przyszłości- teraz trzeba się uczyć. Czytać. Starać się zrozumieć. Pytać.

Od dawna pisałem o tym, że chińska cywilizacja „staje się na nowo”. Że ta cywilizacja – bo to coś znacznie więcej niz Państwo- jest TERAZ w trakcie stawania się. Jako, że to „stawanie się” odbywa się z oszałamiającą prędkością, więc pewnie i kłopotów w trakcie wzrostu nie zabraknie. Ale patrzmy na ten wzrost przychylnie, kibicujmy mu. Skoro- decyzją władz politycznych naszego kraju- nie uczestniczymy w Ich wzroście, nie postrzegajmy go jako zagrożenia. Bo zagrożeń- tu i teraz – mamy aż nadto. U siebie samych i u sąsiadów. Chiny nie były, nie są i nie będą zaszym zagrożeniem. Mogą być szansą- której na razie nie wykorzystujemy.

„Czy jednak przyniosą ze sobą nową, lepszą cywilizację i system wartości pożyteczny dla świata?”

Tego nikt nie wie. Nie jestem pewien w jakiej formie Ich cywilizacja do nas dotrze. Może będzie tak jak z Imperium Rzymskim? Które emanowało KULTURĄ? Nie wiem. Brak mi odniesień. Patrząc się na Ich postawę w miejscach do których przychodzą robić interesy- bo tak właśnie wygląda ich „zawojowywanie świata”- to bedzie to w przyszłości raczej cywilizacja myśląca kategoriami handlowymi jak w przeszłosci Fenicjanie, jak Genueńczycy czy Wenecjanie. Chińczyków jest więcej, ale też Ich polem działania jest już cały swiat. Co do wartości to mamy zupełnie różne. Tyle, że My Polacy o tym nie wiemy. Sądzimy- w każdym razie tak myśli olbrzymia większość- że Oni powinni zaabsorbować nasz system wartości. Problem polega na tym , że My tego systemu już prawie nie mamy. My go tracimy w takim szalonym tempie w jakim Oni odzyskują swój. Więc może zaproponują nam coś mądrzejszego niż dewiacje na każdym kroku? Ich system wartosci jest w trakie rewaluowania się- mówiąc językiem ekonomicznym. A więc znowu „stawania się”.

Panta rei.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Wiesław Pilch przedstawia: Kwestia chińska, wczoraj i dziś. Reviewed by on 29 listopada 2011 .

Chciałbym, aby tak było. Bogdan Góralczyk Wybitny intelektualista brytyjski Bertrand Russell w początkach lat 20. XX wieku przez rok wykładał w Chinach i uwieńczył ten pobyt tomem „The Problem of China”, który w maju 2011 r. w oryginale ponownie wydano w Chinach. Dlaczego teraz? W miarę lektury sprawa staje się jasna. Brytyjski filozof nie tylko

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Z historii biorę wskazówki dla teraźniejszości z myślą o przyszłości. Makroekonomia którą się fascynuję, pozwala mi na ogląd rzeczywistości gospodarczej takiej, jaka ona jest naprawdę. Niezafałszowana. Sinoligia to namiętność, pewnie ostatnia w moim życiu- więc tym ceneniejsza. "Wiesław Pilch przedstawia" autorski blog p.Wiesława Pilcha. Redakcja portalu polska-azja.pl, będącego platformą swobodnej wymiany myśli na tematy azjatyckie, nie ponosi odpowiedzialności za publikowane na blogu autora treści.

komentarzy 17

  • Wute. Niestety nie mogę się z Panem zgodzić w większości kwestii. Myślę, że pytanie, ile pozostanie w Chińczykach konfucjonizmu zdecyduje się w dekadach a nie teraz. To proces. I wcale nie taki marginalny jak by tego chciał Zyggi. Ten konfucjonizm jest w ludzich, którzy tego mogą nawet nie umieć nazwać. Tak jak nasza religia jest w nas, bez względu na to jak się zachowujemy i jakie mamy poglądy. Bo ona tkwi w nas tak głęboko, że nawet gdyby się ją chciało wyrwać, to się nie da. Uświadowmiłem sobie to w czasie gdy moja córka studiowała historię sztuki. Możecie mi wierzyć- to była ciekawa konstatacja. Ponadto Chińczycy- jak sądzę- bogacąc się, w pewnym momencie zaczynają odczuwać potrzebę czegoś więcej niz tylko zarabiania i wydawania pieniędzy. Ale to chyba jednak nie miejsce do takich rozważań. Ponadto mamy w Polsce grono znakomitych sinologów, którzy moglby odpowiedzić na to i podobne pytania.

    • @ p.Pilch
      „Myślę, że pytanie, ile pozostanie w Chińczykach konfucjonizmu zdecyduje się w dekadach a nie teraz”
      Zgadzam się z tym stwierdzeniem. Sam napisałem: „Społeczeństwo konsumpcyjne – ten proces dopiero się zaczął…”
      Konfucjanizm ze względu na jego oddziaływanie można podzielić na: polityczny, społeczny i duchowy.
      K. polityczny – został zdemontowany w pierwszej połowie XIX w. w skutek
      upadku cesarstwa,likwidacji egzaminów i reform wprowadzających równość obywateli
      K społeczny – tu największy cios i bardzo skuteczny zadał chiński komunizm, głownie Mao przez bardzo skuteczne zburzenie dotychczasowej struktury społecznej oraz relacji podporządkowania jednych ludzi drugim zgodnie z wielowiekową hierarchią społeczną., ale
      jego demontaż zaczął się już przed wojną np. poprzez prawną likwidację
      konkubinatu.
      K. duchowy – jest on zazwyczaj najbardziej trwały, ale też ulega przemianie.
      W Chinach został mocno naruszony przez doktrynę marksistowską, ale
      jego największym wrogiem jest konsumpcjonizm. Chinach pozostanie
      nacjonalizm, który z konfucjanizmem nie ma nic wspólnego, oraz system
      zachowań społecznych i międzyludzkich coraz bardziej odległy od K.
      Sinolodzy – znam personalnie kilku sinologów, w tym tych najwybitniejszych
      Moje poglądy na te sprawy są zbieżne z ich poglądami.
      PS.
      Ta doktryna nazywa konfucjanizm a nie konfucjonizm.
      Pozdrawiam

  • Zyggi, Wute
    Mój punkt widzenia na zmiany kulturowe jest jednak inny, chociaż zbliżony do myślenia Zyggiego. Otóż, jest oczywiste, ze mamy do czynienai z carte blanche. Ale nie do końca. Nie wszędzie. Na terenach wiejskich które stanowiły gros zaludnionego terytorium ChRL zmiany nastąpiły, ale nie takie radykalne jak w miastach. Ponadto, ktoś mądry powiedział, że to Deng wyplenił z Chin konfucjonizm. Niechcący, stwierdzeniem „bogaćcie się”. I wynikającymi z tego konsekwencjami. Ale to mniej istotne. Myślę, że młode pokolenie: po pierwsze nie jest jednorodne, po drugie: nie wszyscy mieszkają na wschodnim wybrzeżu, po trzecie: rośnie poziom nacjonalizmu w szczególności wsród wykształconej częsci młodzieży, po czwarte to o czym pisał Zyggi, że się westernizują ZEWNĘTRZNIE, ale wewnątrz pozostają Chińczykami, Azjatami.
    A jeśli o szpiegostwo chodzi to jedyny system operacyjny do tel. mobilnych mamy z USA. I tam są zaszyte funkcje szpiegowskie. Jesli nie wierzycie sprawdźcie w internecie. Chińczycy nie rozpowsechniają swojego systemu operacyjnego…bo go jeszcze nie mają. Więc nie mogą na masową skalę szpiegować. Ale to są szczegóły. Chociaż dla mnie na tyle istotne, że niczego z Androidem nie będę miał.

    • @ p.Pilch
      Szpiegostwo obejmuje cały system informacyjny, nie tylko telefony. Wyraźnie pisałem o cyberatakach. Amerykanie od czasu piszą o tym, oskarżając zazwyczaj Rosjan lub Chińczyków. Tamci, jak jest to w zwyczaju państw autorytarnych, unikają raczej poruszania takich kwestii.
      Konfucjanizm wyplenił Mao podczas różnych kampanii politycznych, nie tylko podczas „rewolucji kulturalnej”.
      Społeczeństwo konsumpcyjne – ten proces dopiero się zaczął i idzie od
      dużych miast przez miasta na wieś i od wschodniego wybrzeża na
      zachód. Nie mam wątpliwości, że będzie się rozszerzał. Jego głównymi
      czynnikami będą: urbanizacja kraju i wzrost dobrobytu. Takie procesy
      trwają latami.
      Żadne pokolenie nie jest jednorodne. Nacjonalizm czy pozostanie
      wewnętrznie Azjatami nie ma nic do tego. Doskonałym przykładem jest
      tu Japonia, której społeczeństwo zachowało w/w cechy, as jednocześnie
      stało się pełnym społeczeństwem konsumpcyjnym z „wzorowym” jak
      przystało na takie społeczeństwo przyrostem naturalnym 1,3 promila.

      • Avatar Zyggi

        @ Wute.
        Dobry przykład. Ale z drugiej strony niski przyrost naturalny wynika w dużej mierze z systemu emerytalnego. W krajach ubogich, gdzie ich nie ma, albo korzysta z nich mało osób, rodzi się dużo dzieci – jak w przedwojennej Europie. A dziś w bogatych krajach po co mieć gromadkę dzieci, skoro na starość ma się środki do utrzymania? NB kwestia, czy system emerytalny będzie wydolny czy też nie, słabo trafia do świadomości większości ludzi.

      • Avatar wute

        @ Zyggi
        Też dobry przykład z emeryturami.
        Generalnie istnieje związek pomiędzy zamożnością a przyrostem naturalnym, religią i obowiązkami.
        Zamożność powoduje chęć używania życia. Daje do tego
        narzędzia w postaci możliwości zaspokojenia swoich potrzeb.
        Dlatego też społeczeństwa zamożne starają się ograniczać to
        co przeszkadza im w używaniu życia i zmusza do poświęceń.
        A więc ograniczają liczbę dzieci bo panie z elit nie chcą być
        uwiązane do gromadki dzieci i odchodzą od religii bo ona
        wymaga poświęcenia swojego czasu i ograniczenia swoich
        namiętności i w ogóle propaguje skromne i moralne życie.
        W starożytnym Rzymie od III w. rozpoczęła się deromanizacja
        armii rzymskiej, z tego powodu, że bogate jak na ówczesne
        warunki społeczeństwo rzymskie nie chciało się już poświęcać
        i walczyć w mrozach Germanii czy w skwarze Mezopotamii.
        W V w. legiony rzymskie stacjonujące w Europie składały się już niemal w stu procentach z Germanów, wliczając w to korpus
        oficerski. Zofia Kossak w książce Krzyżowcy opisując elity
        bizantyjskie pisała, że mają po jednym dziecku, żeby większa
        ilość nie przeszkadzała damom w prowadzeniu „światowego
        życia.”. Dodawała, że ten zwyczaj nie dotyczył plebsu.
        Ludzie biedni mają zazwyczaj więcej dzieci. Na to składają się
        kwestie emerytalne w krajach ubogich, pozycja żony, która
        zawsze musi „dać”, brak edukacji seksualnej no i sex, który jest często jedyną dostępną rozrywką dla ubogich.
        Myślę, że mechanizmy są uniwersalne w czasie i przestrzeni.

  • Sądzę, że ekspansja „kulturowa” różnych Twitterów, Facebooków, Black Berry i im podobnego badziewia szpiegowskiego jest kolejną formą neokolonializmu. Tylko, że ten neolkolonializm obejmuje już wszystkich- za wyjatkiem wybranych. Ale jest on nieporównaie groźniejszy od swojego poprzednika. Jest subtelniejszy, trudno go zrozumieć, trudno oszacować szkody jaki robi i jakie zrobi. Jest jak cichy zabójca. Zabójca kulturowy. Dlatego, wejście Chin z Ich starożytną kulturą w obręb kultury masowej, globalnej jest- mam nadzieję- kwestią czasu. Ale, żeby tak się stało, musimy- jako społeczeństwa- wykonać pewną pracę. Pracę umysłową. Zrozumieć Chiny.

    • @ p.Pilch
      W kwestii szpiegowania można powiedzieć, że robią to wszyscy. Z obu
      stron płyną cyberataki. Najszerzej to robią zapewne Amerykanie bo oni są
      mają największe możliwości technologiczne.
      Wątpię tez czy „wejście Chin z Ich starożytną kulturą w obręb kultury masowej, globalnej” coś zmieni.
      Przede wszystkim trzeba zdać sobie sprawę, że nowe pokolenie Chińczyków w bardzo szybkich tempie przyjmuje wzorce zachodniej
      kultury masowej. Padają one na wyjątkowo dobrze przygotowany na to
      grunt, ponieważ „rewolucja kulturalna” w sposób niemal dogłębny wyczyściła stare wzorce kulturowe czyniąc z kraju prawiel carte blanche.
      Dlatego też zachodnia kultura masowa i zachodni styl życia wśród elit
      i klasy średniej szybciej i głębiej przyjmie się w Chinach niż to było
      np. w Japonii, ponieważ ci ostatni mimo przegranej wojny nie stracili
      ciągłości kulturowej.
      Pokolenie ich dziadków, ostatnie wychowane w tradycji konfucjańskiej,
      niemal już odeszło. Pokolenie ich ojców, których wczesna młodość lub
      młodość przypadła na okres szaleństw, to stracone pokolenie. Obecne
      młode pokolenie ludzi wykształconych, nie zna dawnych Chin ani dawnej chińskiej kultury, zna natomiast wszystkie blaski i cienie obecnego świata
      w postaci szybkich pieniędzy, szybkich dziewczyn, konsumpcji, dyskotek,
      prostytucji, korupcji..itd. Te wyrwanie tradycyjnej chińskiej kultury i
      zastąpienie jej „kulturą proletariacką” przez okres ca. dwóch pokoleń
      spowodowało, że obecne pokolenie nie jest zakotwiczone w starej chińskiej kulturze.
      Poza tym cywilizacja zachodnia ma pewną cechę, która daje jej przewagę
      nad innymi cywilizacjami. W odróżnieniu od cywilizacji Azji Wschodniej czy
      muzułmańskiej jest cywilizacją indywidualistyczną a nie kolektywistyczną.
      Daję jednostce o wiele więcej praw w życiu społecznym i przeto więcej
      możliwości realizowania się samemu. Ten zachodni styl życia przyciąga
      i budzi zazdrość.
      Kiedy kilka lat temu prezydent Hu Jintao ogłosił katalog wartości jakim
      powinno hołdować społeczeństwo (w dużej mierze oparty na wartościach
      konfucjańskich) to młode pokolenie przyjęło to bez entuzjazmu, delikatnie
      mówiąc.
      Poza jednostkami nikt nie będzie wykonywał pracy umysłowej w tym
      względzie. Owszem ludzie uczą się chińskiego, zapoznają się z kulturą
      chińską, ale to tak jak z JP II, który zresztą sam powiedział:: „wy mnie
      słyszycie, ale nie słuchacie.”. Zresztą Polska jest dobrym przykładem
      tego co się stało. Czy po dwudziestu kilku latach wolności nasze społeczeństwo jest bardziej religijne, bardziej konserwatywne, bardziej
      patriotyczne niż w czasach PRL? Na wszystkie pytania odpowiedź
      brzmi nie.
      Chiny nie wrócą do swojego systemu dawnych wartości, tak jak nie wróciła Polska. Społeczeństwo chińskie wybierze drogę konsumpcyjną
      tak jak wybrało nasze. Oczywiście powróci Konfucjusz, ale będzie on
      raczej symbolem niż człowiekiem, którego system wartości społeczeństwo będzie chciało uskuteczniać.
      Myślenie, że starożytna kultura chińska zmieni kulturę masowa jest pięknym snem, ale tylko snem.

      • Avatar Zyggi

        @ Wute.
        Tu zgadzam się z Tobą w całej rozciągłości – tak w ocenie szpiegostwa jak i rozwoju cywilizacji. Szpiegostwo, zbieranie informacji wszelkimi metodami – tu każdy działa i nie przebiera w środkach. Tak to już jest i nie ma się o co boczyc. Radzę więc uważac na to co się mówi o polityce na Blackberry jak i na Huawei. :-)

        @ P. Wiesław Pilch, Wute.
        Co do cywilizacji. Chiny nie wrócą do konfucjanizmu, tak jak Europa nie wróci do renesansu, baroku, czy to tam komu się bardziej podoba. Nie widac na to szans. Z drugiej strony Chiny pozostaną Chinami. Tak jak były Chinami przed 1949 r. NB wtedy Szanghaj bywał nazywany „burdelem Azji”, watażkowie bili się dopóki przebiegły Czang Kai-Szek nie zaczął walic łbem jednego o łeb drugiego. Konfucjanizmu było więc tam, co kot napłakał. A może po prostu jest tak, że konfucjanizm przez wieki stał się zbyt oderwany od rzeczywistości, by na nią konstruktywnie wpływac.
        Wute ma rację gdy mówi, że Chiny wybiorą kulturę konsumpcyjną. Mimo to, cały czas się modernizując, pozostaną sobą, tzn. nie umrze opera pekińska, wspaniała kuchnia, sztuki walki, poczucie przynależności do najstarszej istniejącej do dziś cywilizacji. Będą łączyc zachodnie i własne środki do umacniania swojej potęgi. Widzę tu pewne analogie z Japonią sprzed wieku. Japończycy porzucili kimona i riksze na rzecz zachodnich strojów i automobili. Z początku Zachód i Rosja patrzyły na to z pobłażliwym uśmieszkiem, dopóki carat nie dostał bolesnej lekcji pokory w 1905 r. Azjaci pokonali Białych i to w sposób druzgocący. Okazało się, że uczeń przewyższył mistrza. Ale czy Japończycy przestali byc sobą? Wcale nie, przeciwnie, przyśpieszyli swój awans do światowej elity gospodarczej i w wielu gałęziach zdystansowali dotychczasowych liderów z Zachodu. To z kolei pozwoliło upowszechnic w świecie wiele elementów japońskiej kulturę. Podobnie jest teraz z kulturą Chin. Niemniej pamiętajmy, że są to tylko ELEMENTY kultury. W jakiś sposób one oddziałują na nasze życie ale go nie determinują. Nie mają szansy zmienic rzeczywistości, w jakiej żyje dany naród. Tak jak japońskiej rzeczywistości i charakteru narodu nie zmieniło to, że ludzie tam noszą to, co na Zachodzie, tak ludzie w Polsce nie będą myślec po chińsku, amerykańsku czy arabsku tylko po swojemu. Przejmujemy obce elementy jak strawę, czujemy się po tym lepiej lub gorzej, ale nawet jeśli całe życie jedlibyśmy tylko marchewki, to nie przekszatałcimy się w jedną z nich. Tak jak oglądając codziennie filmy z Hollywood nie staniemy się mentalnie Amerykanami. Dlatego myślę, że Chiny nie upowszechnią w świecie konfucjanizmu, ale też nigdy nie będą kopią Ameryki.

      • Avatar wute

        @ Zyggi
        Interesująco napisałeś.W pełni się zgadzam.

  • Wychodzi na to, że nie tylko Bertrand Russell miał rację. Także inny znany mieszkaniec Wysp Brytyjskich, Rudyard Kipling miał (niestety) słuszność gdy stwierdził, że Wschód jest Wschodem, Zachód Zachodem i nigdy się nie zejdą. Otóż Zachód – mimo rozbratu z kolonializmem – nadal nie potrafi myśleć, nie tylko o Chinach, ale w ogóle o Azji, Afryce, Ameryce Łacińskiej, a może nawet o Europie Środkowo-Wschodniej jako o partnerach. Tak jak XIX-wieczni Brytyjczycy wierzyli w „brzemię białego człowieka”, tak dziś Zachód zdaje się żyć w podobnym „wishful thinking”, w przekonaniu, że ludzkość niczego nie potrzebuje tylko naśladowania Zachodu oraz ciągłych rad i tyrad. A od czasu do czasu interwencji zbrojnej w obronie ropy, ehm… to znaczy.. demokracji. :-)
    Ciekawe, jak zareagowałby Zachód, gdyby np. Rosja, Indie lub Brazylia (o ChRL nie mówię, bo ma sporo „za uszami” w Tybecie) zagroziły interwencją zbrojną w jakimkolwiek miejscu na świecie, np. w obronie Palestyńczyków, Kurdów lub innych prześladowanych mniejszości. Albo gdyby próbowały wymóc na pewnym bliskowschodnim państwie przestrzeganie rezolucji ONZ. Jaki rejwach by podniosły CNN, Fox News, Financial Times itp. wyrocznie, zgodnie z zasadą „co wolno wojewodzie”…
    Jest jasne, że Zachód zarezerwował sobie nie tylko prawo światowego mentora ale i światowego policjanta. To arogancja porównywalna tylko z bezczelnością b. ZSRR, którego oficjele lubili wymądrzać się na tematy pokoju i praw człowieka.

    • @ Zyggi
      Fakt, że Zachód świetnie się czuje w roli mentora pouczającego wszystkich, sam często na to zwracam uwagę. Niemniej nie należy popadać w przesadę. Pisanie, że Zachód nie potrafi myśleć o całych kontynentach jako o partnerach to gruba przesada. Na Zachodzie nie tylko traktują Chiny jako partnera, ale narasta tam obawa jak długo jeszcze Chiny będę traktowały Zachód (Unia) jako partnera.
      Klasycznym przykładem była tez chyba dwa lata temu wizyta niemieckiego
      ministra spraw zagranicznych w Indiach, który chciał widzieć się prezydentem Indii. Prezydent go nie przyjął, a niemieckie media nie
      kryły oburzenia, nie przyzwyczajone, że ktoś tak potraktował ich ministra.
      Wzrost potęgi Indii kraju liczącego ca. 1,2 mld ludzi pokazuje zmieniające
      się relacje. Dla Indii, tego gigantycznego kraju, ktoś taki jak minister SZ
      jednego z krajów Unii, nie jest kimś specjalnie ważnym, żeby ich głowa
      państwa musiała poświęcać mu czas.
      Jak widać kraj Azji, który stanął na nogi, zaczyna robić pierwsze kroki w
      stylu zachodnim. Kiedy Indie lub Chiny już dobrze staną na nogi to będą
      się zachowywać tak jak Zachód. Co o tego nie mam żadnej wątpliwości.
      O partnerstwie można mówić wtedy gdy obie strony reprezentują zbliżony
      potencjał. W przypadku wyraźnej ich różnicy zawsze to w ten czy w inny
      sposób silniejsza strona zajmie pozycje protekcjonalną.

      • Avatar Zyggi

        @ Wute.
        To, że Zachód wciąż nie umie (czy chce, to odrębny temat)traktowac innych krajów jak partnera wnioskuję właśnie z tego mentorskiego tonu. Wyobraźmy sobie biznesmena, który częśc czasu poświęconego na rozmowy o interesach poświęca uwagom a propos tego, jak jego partnerzy biznesowi powinni traktowac żony i dzieci albo jak się odnosic do sąsiadów. Jeśli pozwoli sobie na coś takiego, albo co gorsza, nabierze takiego zwyczaju, to w najlepszym razie uslyszy cos mało przyjemnego. W najgorszym – zrazi do siebie wielu ludzi i interesy mocno na tym ucierpią.
        Co do ministra Westerwellego w Indiach. Takie a nie inne potraktowanie go przez prezydenta Indii to jeszcze nie to samo, co mentorstwo. Hindusi może i są homofobami, że olali męża pana Mronza (bardzo możliwe, że niejeden Niemiec tak sobie to tłumaczył), ale nie pouczali Niemców w ich sprawach wewnętrznych. W ogóle Indie mimo, że są krajem demokratycznym, o dziwo nie odczuwają potrzeby „eksportu” demokracji ani głośnego oceniania standardów demokratycznych w innych krajach. Nie mówiąc o interwencjach zbrojnych „w imię demokracji”. Stąd nie dostrzegam przesłanek, by Indie miały w przyszłości przybrac pozę protekcjonalną polegającą na ingerowaniu w politykę innych państw globu.
        Dlaczego więc tylko kraje zachodnie odczuwają takie parcie na pouczanie innych? To nie tylko pozycja protekcjonalna będąca efektem mocarstwowości. To coś więcej, coś co zakrawa na kulturowy szowinizm, na przekonanie, że „my wiemy lepiej”.

      • Avatar wute

        @ Zyggi
        Przyznaję, że w tym co napisałeś jest dużo racji. Być może
        odmowa przyjęcia niemieckiego ministra spowodowana była
        jego orientacją seksualną, ale jest faktem, że Niemców pierwszy raz to spotkało. Faktem też jest, że Hindusi zdaje się są mniej skłonni do pouczania innych. Natomiast to, że Azjaci Wschodni potrafią to robić to wystarczy spojrzeć na historię Japonii od momentu gdy pod koniec XIX w stanęła na nogi. Taką pogardę jaką zaprezentowali w stosunku do swoich sąsiadów, to w Europie mogli się z nimi równać chyba tylko naziści i komuniści.
        A swoją drogą opinia wiceburmistrza Chongqingu o pracowitych Chińczykach i nierobach we Francji, z której
        zresztą się śmieliśmy, to nie jest elementem pouczania ?.
        Poczekajmy, zobaczymy, ja nie mam wątpliwości.. .

      • Avatar Zyggi

        @ Wute.
        Co do Japończyków, to zgadzam się z Tobą. Z tym, że Japonia wykazywała skłonności ekspansywne już w XVI w. (próby aneksji Korei). Dwa i pół wieku izolacji zmieniło ten stan rzeczy tylko tymczasowo. Chiny miały inne tradycje, o czymś świadczy chocby wznoszenie, i to w różnych epokach, Wielkiego Muru. Chiński ekspansjonizm na ogół następował na drodze asymilacji i sinizacji mniejszych narodów (vide: ludy Południa Chin), dużo radziej na drodze zbrojnej inwazji (to ostatnie najczęściej pod rządami obcych dynastii).
        W opinii tego Chińczyka słyszy się moralizatorstwo, ale prawda jest też taka, że z grubsza to samo powiedziałby Europejczyk żyjący 100 lat temu, gdyby wstał z grobu. Tzn. powiedziałby o tym socjalu, o leniach wygrzewających się w parku itd. Z drugiej strony, wątpię, by Chiny lub Indie kiedykolwiek chciały ingerowac w np. cudze kwestie obyczajowe, jak to robiła Bruksela, ingerując w edukację seksualną na Litwie czy w kampanie antyaborcyjne na Węgrzech.

    • Zyggi, ciekawe jest to ze poruszyles pewne podobienstwa swiatowego policjanta do b. ZSRR. Jest to temat, ktory coraz wyrazniej jest widziany (a takze dyskutowany) w aspekcie na przyklad mieszania funkcji wojskowych i wywiadowczych w Stanach, mozliwosci ograniczania praw jednostki (bardzo gleboko idacych) w sytuacjach tak zwanych kryzysowych (Patriot Act). Sami Amerykanie zaczynaja dostrzegac, ze coraz bardziej wojskowi ufaja informacjom wywiadu (jak wyszlo w sprawie Iraku wszyscy wiemy), bez weryfikacji tychze. Podobnie teraz dzieje sie w sprawie Iranu niestety, gdzie z weryfikacja jest co najmniej ciezko.
      Co do arogancji to powiem tak w mediach mainstreamowych widac non-stop gledzenie o Syrii, Egipcie i Arabskiej Wiosnie. Ciezko znalezc cos o Bahrajnie (gdzie protesty wciaz sa krwawo tlumione), lub Arabii Saudyjskiej, ale to sa sojusznicy. Dla mnie to nie arogancja, a raczej hipokryzja.

      • Avatar Zyggi

        @ PZ.
        Albo raczej jedno i drugie: i arogancja i hipokryzja. Kobiety w Arabii mogłyby pomarzyc o wolności, jaką miały za Kadafiego w Libii, nie mówiąc już o czasach Husajna, gdy niemało irackich kobiet ubierało się po europejsku, kończyło studia (to dotyczy także Libii), wyjeżdżało za granicę bez kurateli męża jak to jest w zaprzyjaźnionej z Zachodem Arabii. No, ale o tym wiedzą tylko ci, którzy chłoną wiedzę, względnie ci, którzy byli w Iraku i Libii lub słyszeli opowiadania pracujących tam rodaków.

Pozostaw odpowiedź