BLOGOSFERA

Wiesław Pilch przedstawia: Jaki scenariusz napiszą nam Chiny?

Jako że codziennie czytam wypowiedzi analityków giełdowych dotyczące nie pojedynczych spółek, a pewnych krótko lub rzadziej: średnioterminowych trendów giełdowych, więc pozwolę sobie zająć Państwa uwagę tym, czego nigdy żaden analityk  do tej pory nie powiedział i nie napisał. I to nie jest tak, że ja jestem taki wspaniały, a moja wiedza sięga Himalajów.  Po prostu żaden szanujący się analityk nie będzie się wypowiadał w kwestiach, w których można się poślizgnąć jak na skórce od banana. A ja nie jestem analitykiem giełdowym, jeno entuzjastą Państwa Środka i nie mam nic do stracenia, bo nie jestem żadnym ekspertem, więc mogę. Poza tym sprawa którą, chcę Państwa zająć, zbyt ociera się o szeroko rozumianą politykę, aby można przyłożyć do niej jedynie „mędrca szkiełko i oko”. A chcę mianowicie zastanowić się nad tym, jaki scenariusz piszą lub napiszą nam Chiny w najbliższej i nieco dalszej przyszłości. Jaki będzie scenariusz dalszego awansu i czy na pewno awansu? A jeśli będzie to awans, to w jakim kierunku będzie się on rozwijał.

Z góry przepraszam wszystkich, którzy sądzą, że będzie to jakiś naukowy elaborat. W rozważaniach tych postaram się wziąć pod uwagę podstawowe elementy układanki, które będą najprawdopodobniej decydowały o sukcesie na drodze awansu światowego Chin.

No więc nie ulega wątpliwości, że dwa podstawowe uwarunkowania będą to: droga, którą pójdzie chińskie kierownictwo w polityce wewnętrznej oraz drogi i meandry polityki zagranicznej. Oczywiście obydwa elementy składają się na jedną całość  i tworzą system naczyń połączonych, niemniej jednak dla pewnej przejrzystości logicznej będę o nich pisał oddzielnie.

Polityka wewnętrzna jest najważniejsza, zarówno dla KPCh (Komunistycznej Parii Chin), ale również dla prezydenta jak i oczywiście dla rządu. Jest jasne, że tutaj KPCh rozdaje i będzie rozdawało karty – teraz i w dającej się przewidzieć przyszłości. I kolejne posiedzenia plenarne, zjazd, wybory prezydenckie to zdarzenia, przez pryzmat których będziemy widzieli zmieniającą się chińską rzeczywistość. Już ostatnie Plenum KC  w październiku 2010 mówiło o konieczności zmian modelu rozwoju gospodarczego i społecznego Chin.  Kluczowym elementem stało się hasło „całościowego rozwoju czy harmonijnego rozwoju” oraz próba znalezienia drogi do „sprawiedliwości społecznej”. Wprowadzenie sprawiedliwych zasad winno opierać się głównie na poszerzeniu wolności gospodarczych oraz większej odpowiedzialności rządu za sprawy socjalne. W komunikacie wydanym po plenum pisze się o problemach do rozwiązania takich jak: dysproporcje w rozwoju gospodarstw miejskich i wiejskich, dysproporcje w przychodach tychże gospodarstw domowych,  zanieczyszczeniu środowiska, czy wreszcie o ograniczonym dostępie do publicznej oświaty i służby zdrowia na wsi. Nie ulega wątpliwości, że to najbliższy zjazd XVIII KPCh  w 2012 r. ustali polityczne, społeczne i gospodarcze ramy, w których Chiny będą poruszały się w najbliższych 5-10 latach. I będą to zmiany idące w kierunku z jednej strony urynkowienia, zwiększenia swobody gospodarczej, zmian kierunków rozwoju z proeksportowego na konsumpcję wewnętrzną, ale również zmian społecznych takich jak większa uwaga poświęcana 200 milionom migrantów, przemieszczających się ze wsi do miast, ich prawom w miastach (bo na razie nie mają prawie żadnych), zwiększonemu zakresowi opieki społecznej dla wszystkich. Bez wątpienia kierunek tych zmian będzie prosocjalny. Oczywiście pozostaje pytanie o koszty tej drogi. Bo nie ma możliwości dokonania tych zmian, bez znalezienia sposobów na ich sfinansowanie. Już teraz eksperci przewidują, iż gospodarka chińska ma zwolnić z 9% w 2011 r. do 6% w 2013 r. Wszystko za sprawą konieczności reorientacji gospodarki proeksportowej  na konsumpcyjną. Ale taka jest konieczność. Dotychczasową drogą iść się już nie da. Oczywiście na tej nowej drodze trzeba będzie znaleźć sposób na np. zwiększenie wynagrodzeń tak, aby nie wywrócić dotychczasowego modelu gospodarczego, czy też zmiana hukou (restrykcyjny system zameldowania wprowadzony w latach 50. XX wieku w Chinach kontynentalnych i na Tajwanie. Odnosi się do zezwoleń na pobyt stały opierających się na prawnie wymaganej rejestracji gospodarstwa domowego. Wikipedia). To nie będzie proste, ale na pewno będzie konieczne.

Można spokojnie założyć, iż zmiany te w pełnej lub nieco okrojonej postaci zostaną wprowadzone w życie.  Wtedy życie dla niespełna 1,5 mld ludzi  w Chinach stanie się łatwiejsze.

Pozostaje sprawa polityki zagranicznej. Podobnie jak w przypadku polityki wewnętrznej, będą na pewno ścierały się ze sobą różne koncepcje jej prowadzenia. Od bardzo umiarkowanej prezentowanej przez prezydenta Hu Jintao i premira Wen Jiabao, aż po  konfrontacyjną reprezentowaną przez część aparatu partyjnego i wojskowego. Sfer konfliktogennych jest aż nadto: począwszy od problemów granicznych z sąsiadami np. z Indiami, Wietnamem, Japonią, poprzez problem rzek transgranicznych, „problem” Dalajlamy, Tajwanu, ruchów separatystycznych w Xizangu i Xinjiangu, problem Korei Płn, stosunki z Japonią i Koreą Płd., strefa wolnego handlu ASEAN, zwiększanie się obszaru „chińskiej strefy wpływów” w skali globalnej, w końcu stosunki gospodarczo-polityczne z UE i USA. Ten ostatni problem będzie nabrzmiewał jak ropień i nic nie wskazuje na istnienie jakiegokolwiek wyjścia z tej patowej sytuacji. Zapewne w wielu miejscach na świecie będzie dochodziło do konfrontacji między chińską ofensywą gospodarczą realizowaną poprzez dziesiątki wielomiliardowych inwestycji w krajach: Afryki takich jak Ghania, Namibia, Angola, Rwanda, RPA, Uganda i wiele innych, jak również Ameryki Południowej  takich jak Brazylia, Wenezuela, Boliwia, Ekwador, Peru, Chile i innych, a krajami, które dotychczas miały profity związane z częstokroć wielowiekową obecnością na tych terenach. Tyle, że umiejętna polityka rządu chińskiego spowodowała całkowite odwrócenie się tych społeczności w stronę Chin. I myślę, że można być absolutnie spokojnym o ten globalny eksport „chińszczyzny”, ponieważ jak na razie nie ma żadnych symptomów wskazujących na „przegrzanie”. A więc w następnych latach będziemy świadkami jeszcze większej, na niespotykaną dotychczas skalę, wymiany międzynarodowej z udziałem Chin. Sądzę, że dotychczasowa klasyczna polityka eksportowa zostanie, być może, zastąpiona przez intensyfikację eksportu inwestycyjnego w połączeniu z importem surowców.

Zatem odpowiadając na zadane na wstępie pytanie:  czy na pewno będzie to awans, mówię jednoznacznie TAK. Skala tego awansu będzie wielka, przyrastanie potęgi Chin równie szybkie jak do tej pory, rozwój zrównoważony zarówno w polityce wewnętrznej jak i zagranicznej.

Jak ja im zazdroszczę!

Wiesław Pilch

Opinie wyrażone w opublikowanych tekstach wyrażają poglądy autorów i nie reprezentują stanowiska CSPA.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Wiesław Pilch przedstawia: Jaki scenariusz napiszą nam Chiny? Reviewed by on 26 stycznia 2011 .

Jako że codziennie czytam wypowiedzi analityków giełdowych dotyczące nie pojedynczych spółek, a pewnych krótko lub rzadziej: średnioterminowych trendów giełdowych, więc pozwolę sobie zająć Państwa uwagę tym, czego nigdy żaden analityk  do tej pory nie powiedział i nie napisał. I to nie jest tak, że ja jestem taki wspaniały, a moja wiedza sięga Himalajów.  Po prostu

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Z historii biorę wskazówki dla teraźniejszości z myślą o przyszłości. Makroekonomia którą się fascynuję, pozwala mi na ogląd rzeczywistości gospodarczej takiej, jaka ona jest naprawdę. Niezafałszowana. Sinoligia to namiętność, pewnie ostatnia w moim życiu- więc tym ceneniejsza. "Wiesław Pilch przedstawia" autorski blog p.Wiesława Pilcha. Redakcja portalu polska-azja.pl, będącego platformą swobodnej wymiany myśli na tematy azjatyckie, nie ponosi odpowiedzialności za publikowane na blogu autora treści.

komentarzy 8

  • Niewątpliwie Chiny czekają cięższe czasy. Powoli kończy się okres szybkiego
    rozwoju opartego na b.niskich kosztach siły roboczej. Do tego dojdzie też zaostrzo-
    na rywalizacja gospodarcza z Zachodem, który po okresie soft relations z Chinami,
    obudził się i powoli (Unia) lub szybciej (USA) ma zamiar stopować chińską eks-
    pansję gospodarczą a także polityczną.

    • Jeśli np. wskutek wzrostu ceł chińska koszula zdrożeje z 15 do 25 zł, to wszyscy rzucą się na Wólczankę? Nie sądzę. Taka demagogiczna polityka gospodarcza uderzy, ale nie tyle w Chińczyków, ile w najuboższych Europejczyków i Amerykanów.

      • Avatar wute

        Taka polityka gospodarcza uderzy w obie strony. Na razie
        uderza w jedną.

    • „Jeśli np. wskutek wzrostu ceł chińska koszula zdrożeje z 15 do 25 zł, to wszyscy rzucą się na Wólczankę? Nie sądzę.”

      Myślę, że właśnie się rzucą. W przypadku zwykłych koszulek o zakupie decyduje głównie cena. Kupiona zostanie więc koszulka tańsza. Owszem, będą konsumenci którzy wybiorą droższą, ale na pewno nie chińską. Warto zauważyć, że obecnie na produktach nie stosuje się już zawsze słynnego zwrotu Made in China, ale Wykonano w ChRL, albo Made in PRC. Jest to celowe działania producentów w reakcji na zachowanie konsumentów, dla których chińskie pochodzenie oznaczało niższą jakość tychże koszulek.
      Nie każdy wie co to znaczy ChRL, a tym bardziej PRC.

      Nawiązując jeszcze do koszulek czy ogólnie pojętych produktów tekstylnych to coraz mniej jest tych chińskich, a coraz więcej indyjskich, pakistańskich czy pochodzących z Bangladeszu.
      Czasem globalizacja zatacza koło i produkcja przeniesiona do biedniejszych krajów z czasem wraca do macierzy, kiedy różnica w kosztach produkcji (np. na skutek rosnących płac) nie równoważy już rosnących kosztów transportu. Na koszty transportu największy wpływ mają ceny ropy, dlatego mówi się, że po przekroczeniu pewnej granicy handel na ogromne odległości przestanie być już tak opłacalny.

      • Avatar Zyggi

        Cyt. „Myślę, że właśnie się rzucą.”
        A wie Pan, ile kosztuje koszula z Wólczanki? Niech Pan namówi jakiegoś polskiego rencistę, emeryta czy w ogóle kogoś o niezbyt wysokich dochodach do zakupu takowej. Miejmy nadzieję, że jego odpowiedź nie byłaby niecenzuralna. :-)
        Co do reszty w zasadzie się zgadzam, Chiny pomału stają się zbyt drogie dla pracochłonnych działów wytwórczości (przemysł obuwniczy, tekstylny). Ten etap przechodziły już Korea Pd., Tajwan, Hong Kong, potem Malezja, a ostatnio Tajlandia. A także niektóre kraje spoza Dalekiego Wschodu, np. Turcja, Kolumbia, Peru itd.

  • Jako że nie jestem ekspertem, przywołuję opinie tychże. W swoim artykule nie napisałem, jakich to ekspertów miałem na myśli pisząc np. o 6 % PKB w 2013. Naprawiam ten błąd: „Przyjęty 12 plan 5-letni, zdaniem chińskich ekspertów, m.in. sekretarza Makroekonomicznego Towarzystwa Naukowego Wang Jiana, to pakiet antykryzysowy. Opinie o bezproblemowym wyjściu chińskiej gospodarki z kryzysu światowego są nader przesadzone. Na łamach 21st Century Business Herald eksperci przewidują, iż gospodarka chińska ma zwolnić z 9% w 2011 r. do 6% w 2013 r” Stąd oto wzięło się zdanie w moim artykule. Nie odniosłem siędo tej liczby, którą uważam istotnie za mocno zaniżoną, ale „kudy mi tam do eksperta”.

  • P.S. Korci mnie, by podkreślić trafne spostrzeżenie Pana Wiesława Pilcha: „Zapewne w wielu miejscach na świecie będzie dochodziło do konfrontacji między chińską ofensywą gospodarczą realizowaną poprzez dziesiątki wielomiliardowych inwestycji w krajach: Afryki takich jak Ghania, Namibia, Angola, Rwanda, RPA, Uganda i wiele innych, jak również Ameryki Południowej takich jak Brazylia, Wenezuela, Boliwia, Ekwador, Peru, Chile i innych, a krajami, które dotychczas miały profity związane z częstokroć wielowiekową obecnością na tych terenach..”
    Przykładem tego jest np. Irak, gdzie Chiny są dziś jednym z czołowych zagranicznych inwestorów (Sinopec, chińskie firmy drogowe, rynek zbytu chińskiej stali, cementu itd). Amerykanie i Brytyjczycy liczyli na szybką wygraną i wielkie profity – zebrali stosy trupów i powszechną nienawiść. Tym większą, że znienawidzeni Bush, Cheney, Rumsfeld i inni chodzą sobie na wolności i zdają się drwić ze swoich ofiar… Natomiast nikt w Iraku o nic nie obwinia Chin. Poza tym na skutek proizraelskiej polityki USA w całym świecie arabskim i w ogóle muzułmańskim barwy narodowe USA są używane do publicznego palenia, a niewykluczone, że i w bardziej intymnych celach… Ostatnia dekada przyniosła wzrost wrogich wobec USA nastrojów w Turcji, Pakistanie, Indonezji i innych tradycyjnie przychylnych Ameryce krajach.
    Podobnie jest w Ameryce Łacińskiej, gdzie po tylu dekadach dominacji Wielkiego Brata z północy mnóstwo ludzi żywi niechęć do USA i w ogóle do „gringos”. Nawet przedstawiciele latynoskich elit wypowiadają się z większą sympatią o Castro niż o Bushu. Castro pozostaje dla nich „swój”, do tego jest „macho”, bo miał odwagę postawić się Stanom. Nawet jeśli go nie znoszą ze względów ideowych to przynajmniej szanują. A kto szanuje takiego np. Busha? To nie Amerykanie budzą respekt a ich pieniądze (jeszcze) i siła militarna. Nawet w teoretycznie proamerykańskim Meksyku tzw. ulica zwyczajnie szydzi z Amerykanów. Meksykańscy mężczyźni uważają „gringos” za zniewieściałych „maricones”, którzy mają fioła na punkcie molestowania seksualnego.
    Inne przykłady z latynoskiego podwórka: Pinochet ani myślał oddać Amerykanom tego, co zabrał im Allende. Wypłacił tylko odszkodowanie. Wychodził z założenia, że niech Stanom wystarczy, że armia obaliła lewicowe zagrożenie. Zresztą antykomunizm Pinocheta nie przeszkadzał mu w zbliżeniu z Chinami (stosunki Santiago z Pekinem były chłodne w czasach Allende).
    Inna migawka: Amerykański reporter William Stewart został po wylegitymowaniu zastrzelony przez członka Gwardii Narodowej dyktatora Nikaragui Anastasio Somozy – sojusznika USA. Morderca wiedział więc, do kogo strzela i że to wielkie ryzyko, ale najwyraźniej nie potrafił sobie odmówić wpakowania kilku kul w przedstawiciela znienawidzonej nacji. Ostatnim chwilom dziennikarza towarzyszyły pogardliwe komentarze i śmiechy innych gwardzistów…
    Tak to Latynosi kochają Amerykanów za sprawą przywódców tych ostatnich. O Afryce nawet nie ma co wspominać, tam Biały to wciąż synonim kolonializmu i niewolnictwa, ewentualnie „chodzący bankomat”, który można sterroryzować nożem i oskubać do skarpetek. I jakkolwiek gdzieniegdzie (np. w Kongo) czasy kolonialne kojarzą się niektórym ze względną stabilnością, to już nie nie z uszanowaniem miejscowej obyczajowości i tradycji. Tymczasem Chińczycy oferują pomoc gospodarczą bez niezgrabnego włażenia z butami w miejscowe sprawy polityczne, społeczne czy obyczajowe, jak robił to Zachód. Poza tym chińskie oferty współpracy i pomocy są znacznie korzystniejsze niż krajów zachodnich. No i chińscy inżynierowie czy inni specjaliści przybywający do Afryki, nie mają irytującej skłonności do patrzenia z góry i pouczania miejscowych. Po prostu – robią to, czego się od nich oczekuje – tylko tyle i aż tyle.

  • Panie Wiesławie, świetnie, ciekawie napisany artykuł – jak zawsze Pańskiego autorstwa. Bardzo dziękuję!
    To oczywiste, że Chiny pisząc scenariusz u siebie, piszą go zarazem dla całego świata. W końcu to dziś lider w dziedzinie produkcji i eksportu. Kraj, który – jak żaden inny zmienił się w najnowszej historii i to w takiej skali. Milton Friedman kiedyś zauważył, że nigdy w dziejach tak wiele ludzi nie wydźwignęło się z ubóstwa w tak krótkim czasie jak to miało miejsce w Chinach po zainicjowaniu polityki reform i otwarcia przez Deng Xiaopinga. Jeden fragment jednakowoż budzi moje zastanowienie. Otóż, pisze Pan: „Już teraz eksperci przewidują, iż gospodarka chińska ma zwolnić z 9% w 2011 r. do 6% w 2013 r. Wszystko za sprawą konieczności reorientacji gospodarki proeksportowej na konsumpcyjną.”
    Nie bardzo rozumiem, dlaczego wzrost gospodarczy miałby być uzależniony od wzrostu eksportu. Otóż przykładem, że tak nie musi być, jest Japonia w latach 60-tych. Kraj ten notował wówczas 10-11% wzrostu gosp. rocznie, przy czym gros tego wzrostu był generowany przez konsumpcję WEWNĘTRZNĄ. Zdaję sobie sprawę, że Chiny to nie Japonia. Ale przecież w Chinach, na ich własnym podwórku jest wciąż dużo więcej do zrobienia niż było w Japonii 40-50 lat temu. Mam tu na myśli zwłaszcza infrastrukturę. Na tej podstawie uważam, że 6% wzrostu w 2013 r. to prognoza dość pesymistyczna. No, chyba, że jest jeszcze inna przyczyna, o której eksperci nie wspominają. Cóż, pożyjemy, zobaczymy. W każdym razie dziś to Chiny piszą scenariusze, a jak kiedyś pisał Sołżenicyn w ostrzegawczym liście do sowieckiego politbiura – kto kiedykolwiek stanie Chinom na drodze, ten zostanie wyrwany z korzeniami.
    Artykuł bez wątpienia ciekawy, na czasie i rzeczowy, co dziś, w dobie „macdonaldyzacji” mediów nieczęsto się zdarza!

Pozostaw odpowiedź