Artykuły,Publicystyka

W. Tomaszewski: Filipiński Trump wygrywa prezydenckie wybory

 

Filipiny są jak Polska. To kraj, któremu ze względu na potencjał przepowiada się znakomitą przyszłość. Od lat mają progres, ale nie widać generalnego przełomu. Ich geopolityczna  sytuacja, tak jak nasza, uległa pogorszeniu. Tak jak u nas, nadzieją na zmianę były wybory, tak i teraz Filipińczycy wiążą nadzieję na wielką zmianę z wyborami prezydenckimi, które właśnie się odbyły. Wygrał człowiek określany filipińskim Trumpem. To Rodrigo Duterte, kontrowersyjny burmistrz miasta Davao leżącego na samym południu kraju. Zwycięstwo tego outsidera i to w ogromnych rozmiarach, niech będzie kolejnym ostrzeżeniem dla elit w wielu krajach, szczególnie dla elit dawnego i obecnego protektora Filipin.  

Gospodarka jak w Polsce

 Polska przez lata była i jest chwalona za gospodarczy rozwój. Dane makroekonomiczne były powodem do optymizmu. Lider lub jeden z liderów największego wzrostu PKB w UE. Mało za to z zewnątrz widoczny jest fakt, że na tym wzroście zyskują nieliczni. Przyrost zarobków ludności  jest 3,5 razy niż przyrost produkcyjności. To potwierdza, że na wzroście wydajności korzystają właściciele i management firm. Taką samą sytuację mamy na Filipinach. Ten kraj rozwija się w szybkim tempie, notując jeden z najwyższych przyrostów PKB w Azji Wschodniej. W tej chwili wynosi on ok. 6% rocznie, a więc procentowo  jest zbliżony do poziomu Chin. PKB Filipin liczone wg parytetu siły nabywczej pozycjonuje ten  kraj pod koniec trzeciej dziesiątki w świecie. Filipiny mają jednak ten sam problem, ale jeszcze bardziej pogłębiony niż u nas, którego imię brzmi: bieda. Ocenia się, że 1/3 pracującej populacji zarabia kilkaset złotych miesięcznie. Bieda wydaje się powszechna. To wielki problem Filipin. Nie potrafiono mimo całkiem wysokiego od lat przyrostu PKB wyrwać z biedy i nędzy milionów ludzi, tak jak to zrobiono w Chinach. Wydaje się, że przy tym, ten kraj podobnie jak my wpadł w pułapkę średniego dochodu. Ona nie polega tylko na tym, że nie rosną płace, ale przede wszystkim na tym, że po jakimś czasie szybkiego rozwoju gospodarka zaczyna zwalniać, ponieważ nie jest w stanie przejść od modelu naśladowania liderów gospodarczych i przewodniej roli inwestycji zagranicznych do stworzenia modelu opartego na własnym kapitale i innowacyjności. Pod względem innowacyjności jesteśmy na przedostatnim miejscu w UE wg prestiżowego The Global Innovation Index. Filipiny pod tym względem są o wiele gorsze od nas. W świecie zajmują 83 pozycję. To bardziej niż inne wskaźniki determinuje przyszłość Filipin. To niepokojący sygnał, wskazujący przewidywania, które pozycjonują Filipiny w 2030 r. w dwudziestce największych gospodarek świata, są pod znakiem zapytania. Pod jeszcze większym znakiem zapytania są jeszcze niedawne prognozy stawiające Filipiny w pierwszej piętnastce w świecie w 2050 r.

Korupcja

Według wielu to największy problem Filipin. Niektórzy uważają, że korupcja jest tam po prostu stylem życia lub kulturą społeczną. Wcale tak jednak nie jest. Filipińczycy są bardzo uczuleni na punkcie skorumpowania elit. Z tego powodu potrafili usnąć ze stanowiska prezydenta Josepha Estradę i skazać go na dożywocie. Każda kampania prezydencka czy parlamentarna toczy się w cieniu oskarżeń o korupcję i zapewnień walki z nią. Obecny odchodzący prezydent Benigno Aquino podczas swojej kampanii wyborczej szczególnie obiecywał walkę z korupcją i słowa dotrzymał. Jego administracja uchodzi za najmniej skorumpowaną w ciągu tych 30 lat od obalenia dyktatury Marcosa. Niemniej rezultaty walki z tą plagą nie są w pełni zadowalające. Filipiny ciągle znajdują się prawie na setnym miejscu w rankingu Transparency International, a więc zaliczane są do krajów bardzo skorumpowanych.   M.in. z tego powodu popularność prezydenta w drugim okresie jego kadencji nie jest już tak wysoka, jak w pierwszych latach.

Źródło: commons.wikimedia.org

Źródło: commons.wikimedia.org

Nowa nadzieja

To oczywiście nowy prezydent. Wybory prezydenckie na Filipinach odbywają się co 6 lat, zgodnie z konstytucją, w drugi poniedziałek maja. One odbyły się w tym roku 9 maja. Konstytucja, poza jednym wyjątkiem, nie przewiduje reelekcji, wiec prezydent Aquino nie startował w wyborach. Głównymi kandydatami byli: doświadczony sekretarz (minister) Manuel Roxas, popierany przez obecnego prezydenta i Jejomar Binay, obecny wiceprezydent i. b. burmistrz Makati City, centrum finansowego Filipin. Pozostali kandydaci mieli mieć mniejsze szanse, jak się okazało teoretycznie. Gdyby Roxas wygrał wybory, to kontynuowałby tradycję dość częstą występującą w Azji, sprawowania władzy przez potomków poprzednich liderów. Obecny i poprzedni prezydent Filipin mieli rodziców prezydentów, a sam Manuel Roxas jest wnukiem prezydenta o tym samym imieniu i nazwisku. Wybory zakończyły się dla elity ogromnym wstrząsem, wygrał, dla wielu zupełnie niespodziewanie, Rodrigo Duterte znany z bardzo kontrowersyjnych wypowiedzi. W kampanii merytoryczną dyskusję zastąpił wulgaryzmami. Duterte nie jest bynajmniej nieudacznikiem. Podobnie jak Trump na personalne sukcesy. On jest po pierwsze, długoletnim burmistrzem trzeciego po względem wielkości populacji, miasta na Filipinach. Davao. Po drugie, zyskał uznanie w kraju za bezwzględną i wykraczającą poza prawo, walką z przestępczością co przyniosło mu przydomek „Dirty Duterte”. Zwycięstwo Duterte jest tym bardziej szokujące, że uzyskując prawie 40% głosów zdeklasował Roxasa, na którego głosowało trochę powyżej 23%. Drugi establishmentowy kandydat, Binay, nawet nie załapał się na pudło.  Nowy prezydent będzie musiał kontynuować ten proces, który zaczął  Acquino: walka z ubóstwem przez tworzenie miejsc pracy, industrializacje kraju (1/3 ludności pracuje w rolnictwie), stworzenie o wiele lepszych warunków dla rozwoju średniego i małego biznesu, dokończenie procesu pokojowego z mniejszością muzułmańską i oczywiście walka z korupcją i tradycyjną protekcją w biznesie. Filipiny jeszcze nie straciły swojej szansy awansu do wyższej ligi, ale rozwój kraju musi być dokonywany nie tylko przez wzrost ilościowy w gospodarce, ale i jakościowy w sferze politycznej i społecznej. To tylko część wyzwań, a największym z nich może będą sprawy polityki zagranicznej.

Geopolityka

Polska pozbywając się baz Armii Sowieckiej i stając się członkiem NATO w końcu XX w., uważała, że rozwiązała swoje problemy geopolityczne. Ponowny wzrost potęgi militarnej Rosji, głęboka reforma jej armii polegająca na odejściu od modelu sowiecko-bolszewickiego wraz z agresją na Ukrainę zaskoczyło nas. Efektem jest pospieszna modernizacja polskiej armii i żądanie utworzenia baz NATO (czytaj amerykańskich) w Polsce.

 Podobnie Filipiny. Najpierw, niemal dokładnie tak jak my pozbyły się baz obcych wojsk, amerykańskich. uznając, że są już bezpieczni. Zamknięcie tych baz spotkało się z poparciem ogromnej większości Filipińczyków, którzy uważali je za pozostałość kolonializmu. Jednakże nasilający się od kilku lat konflikt z Chinami zmusił ich do rewizji stanowiska. Filipiny są, w wielokrotnie opisywanym, konflikcie terytorialnym z Chinami o część wysp Archipelagu  Spratly, leżących na Morzu Południowochińskim, nazywanym na Filipinach Morzem Zachodniofilipińskim oraz w mniej znanym o mieliznę Scarborough. Ta ostatnia to według Chińczyków wyspa Huangyan.  Filipińczycy opierając się na Konwencji o Prawie Morza oraz na zasadzie terra nullus imperia (terytorium bez niczyj władzy) wystąpili o rozstrzygnięcie sporu do Stałego Trybunału Arbitrażowego, jednocześnie apelując do Chin o uznanie wyroku tego trybunału. Chińczycy odmówili, żądając bilateralnych rozmów, podczas których z pewnością mieliby silniejszą pozycję niż przed sądem. Ten spór z pewnością nie zostanie rozstrzygnięty, ponieważ Chiny budują tam swoją wojskową infrastrukturę i z góry oświadczyli, że nie będą uznawali wyroków trybunału, twierdząc, że te tereny od starożytności były chińskie. Chińczycy nie są tam jedynymi obecnymi. Do Archipelagu Spratly liczącego kilka wysp i kilkaset wysepek rości prawa kilka państw. Wietnam i Tajwan mają tam także swoje bazy. Konflikt się zaognia, ponieważ Amerykanie, powołując się na prawo o wolnej żegludze, wpływają swoimi okrętami wojennymi na wody koło wysp zajętych przez Chiny, które Pekin uważa za swoje wody terytorialne. USA nie uznały ogłoszonej przez Pekin dwustumilowej strefy wód terytorialnych. Tak więc Filipiny chcąc czy nie chcąc staną się frontowy państwem, w przypadku jakiegoś zbrojnego konfliktu, tak jak my możemy być. Jeśli można byłoby porównać sytuację Polski z Filipinami niezależnie od tego, kto w tym sporze o wyspy ma racje, to naszymi Spratlami jest Obwód Kalinigradzki. Można też znaleźć jeszcze jedną analogię. Także nie wnikając, kto tu ma rację w amerykańsko-chińskim prężeniu muskułów dokonywanym przez okręty obu flot na Morzu Południowochińskim, można to porównać ze wzrostem napięcia spowodowanym przez niedawne przeloty rosyjskich myśliwców koło amerykańskiego niszczyciela podczas ćwiczeń NATO na Bałtyku.

O intensywności sporu chińsko-filipińskiego świadczy „zamieszanie” związane z wizytą prezydenta Aguino w Chinach, która miała się odbyć kilkanaście miesięcy temu. Jak podała strona filipińska, Chiny zwróciły się o przysłanie na targi w Nanningu, delegacji wysokiego szczebla. W związku z tym Aquino zadecydował, że sam pojedzie. Wtedy Chińczycy dali znak, że nie życzą sobie jego wizyty. Co więcej, oświadczyli, że w ogóle go nie zapraszali. We wschodniej Azji, gdzie problem tzw. utraty twarzy ma szczególne znaczenie, w ten sposób potraktowanie głowy państwa jest wyjątkowo upokarzające.

Filipińscy Polacy

Pół wieku temu Polska i Filipiny miały podobną wielkość populacji. Dziś my mamy 38 mln i się zwijamy, a Filipiny mają ponad 100 mln mieszkańców, a w 2030 r. prawdopodobnie będą mieli 128 mln. Polska jest już w głębokiej recesji demograficznej, której skutki będą coraz bardziej widoczne w nadchodzących latach. Wiek XXI wydaje się pod tym względem stracony dla Polski. Niezbędne a wręcz konieczne dla utrzymania tempa rozwoju kraju i standardu życia, będzie masowa imigracja do naszego kraju. Najlepszymi imigrantami wydają się ludzie najbliżsi nam etnicznie. Niestety nasi słowiańscy sąsiedzi ze Wschodu, przeżywają podobny dramat populacyjny. Na trwałą emigrację z stamtąd, możemy liczyć w ograniczonym zakresie. Nie ma co liczyć na emigrację z innych krajów europejskich. Pozostają kraje pozaeuropejskie. Filipińczycy w ogromnej większości tak jak Polacy są katolikami, więc nie byłoby konfliktów na tle religijnym. Ponadto ich cywilizacja w swoim rdzeniu zawiera wiele elementów europejskich. Język angielski jest tam językiem urzędowym, więc teoretycznie istniałaby możliwość łatwiejszego porozumiewania się niż w przypadku innych nacji z Azji czy z Afryki. Filipińczycy to jeden z najlepszych wyborów zapełnienia luki populacyjnej w Polsce.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
W. Tomaszewski: Filipiński Trump wygrywa prezydenckie wybory Reviewed by on 8 czerwca 2016 .

  Filipiny są jak Polska. To kraj, któremu ze względu na potencjał przepowiada się znakomitą przyszłość. Od lat mają progres, ale nie widać generalnego przełomu. Ich geopolityczna  sytuacja, tak jak nasza, uległa pogorszeniu. Tak jak u nas, nadzieją na zmianę były wybory, tak i teraz Filipińczycy wiążą nadzieję na wielką zmianę z wyborami prezydenckimi, które

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź