BLOGOSFERA

„The Washington Post”: Tradycja czy niewolnictwo?

Kayan_woman_with_neck_ringsPodróżując po świecie możesz zobaczyć niemal wszystko – to tylko kwestia ceny. Dlatego byłem naprawdę zaskoczony, kiedy znane biuro podróży z północnej Tajlandii odmówiło mi zorganizowania wyjazdu do wsi Kajanów (Padaung). „Prosimy nie wspierać łamania praw człowieka!” – przeczytałem w mailu od pracownika.

Okazuje się, że jeśli chodzi o Kajanów, nic nie jest tak proste, jak się wydaje.

Kajanowie, znani przede wszystkim ze swoich „kobiet o długich szyjach”, są uchodźcami z Birmy. Mosiężne koła noszone na szyjach kajańskich kobiet wyglądają, jakby podtrzymywały ich głowy.

W rzeczywistości optyczne wydłużenie szyi polega na tym, że ciężar naszyjników zgniata obojczyki i deformuje górną część żeber. Od kiedy po raz pierwszy, jeszcze jako dziecko, zobaczyłem zdjęcie Kajanów w „National Geographic”, marzyłem o zobaczeniu tych niezwykłych kobiet.

Nie miałem jednak pojęcia o ostrej dyskusji na temat etycznej strony odwiedzania Kajanów.

Okazuje się, że niektóre firmy turystyczne i organizacje obrońców praw człowieka uważają, że te rozrzucone po całej północnej Tajlandii wioski stanowią rodzaj „ludzkiego zoo”, a ich zwiedzanie równoznaczne jest z wykorzystywaniem żyjących tam kobiet. Niektóre raporty donosiły nawet, że część Kajanów to niemal niewolnicy przetrzymywani w wioskach przez „biznesmenów”, zarabiających na ich specyficznej kulturze.

„To haniebna praktyka!” – napisała mi w mailu Annette Kunigagon, właścicielka firmy Eagle House Eco-sensitive Tours. „Od 22 lat organizujemy wyprawy z poszanowaniem ekologii i lokalnych kultur, dlatego nigdy nie zabieramy naszych klientów do wiosek Kajanów. Uważamy, że byłoby to wykorzystywanie tych ludzi, którzy przecież także mają swoje prawa.”

Czy rzeczywiście turyści w wioskach Kajanów oglądają „ludzkie zoo”, pełne „niewolników”? A jeśli tak, to czy moja wizyta przyczyniłaby się do umocnienia się niewolnictwa? A może przeciwnie – może mógłbym o tym napisać i zwrócić uwagę świata na przypadek łamania praw człowieka?

Ostatecznie uznałem, że jeśli rzeczywiście jest tak źle, to moja obecność – i artykuł na ten temat – mogą pomóc Kajanom. Zdecydowałem się pojechać.

Każdy chyba turysta w krajach rozwijających się ma podobne dylematy. W czasie podróży po północnej Tajlandii przekonałem się, że te dylematy są konkretnym, realnym problemem. W wielu przypadkach lokalne tradycje podtrzymywane są już tylko po to, by wyciągnąć kilka dolarów od turystów.

Po wielu odmowach znalazłem wreszcie biuro, które zorganizowało mi dwudniowy wyjazd do wiosek Kajanów i czterech innych plemion żyjących w okolicy.

I tak znalazłem się w dżungli, jakieś 50 kilometrów od granicy między Tajlandią a Birmą. Po długiej przeprawie przez morze zieleni doszliśmy do pierwszej wioski, zamieszkałej przez Karenów, plemię pochodzące z Birmy.

Jakie egzotyczne widoki mieliśmy okazję zobaczyć? Kilka kobiet w t-shirtach i krótkich spodenkach cięło drewno na koszyki. – Nie lubią nosić swoich ludowych strojów – powiedział mój przewodnik Jakrapan Saengpayom.

Później powędrowaliśmy do wioski Lisu, plemienia pochodzącego z Tybetu, którego członkowie ubierają się w ciężkie, kolorowe tkaniny. W kolejnej wsi mieszkali Akha, pochodzący z Mongolii, słynni z pięknej, srebrnej biżuterii. Kilku mieszkańców nosiło tradycyjne stroje – ale większość ubrana była we współczesne ubrania.

Dopiero w wiosce Kajanów zobaczyliśmy więcej tradycyjnie ubranych kobiet z rattanowymi obręczami wokół talii. Mężczyźni w większości ubrani byli po tajsku.

52-letnia Nae Naheng, matka rodziny, u której spędzam noc, tłumaczy mi, że według wierzeń Kajanów kobiety były niegdyś aniołami, a mężczyźni łapali je za pomocą rattanowych obręczy, aby sprowadzić na ziemię.

Dziś kobiety noszą te obręcze przez cały czas. Naheng zdejmuje je tylko pod prysznicem. – Kiedyś, w młodości zdjęłam je i od razu poczułam się chora i smutna – mówi. – Jeśli ich nie nosisz, twoje dusza choruje. Możesz umrzeć.

Ale nie wszyscy w liczącej trzystu mieszkańców wiosce myślą tak samo. 28-letnia Joy Thaijun nosi zwykłe szorty i koszulkę. Najbardziej niezadowolony jest mój przewodnik. Tłumaczy mi, że jeśli miejscowi przestaną nosić tradycyjne stroje, turyści przestaną przyjeżdżać.

– Ta Kajanka chyba się leni! – rzuca żartobliwie w kierunku kobiety. Zakłopotana Thaijun szybko się przebrała. Później zapytałem ją, dlaczego nie nosi tradycyjnego stroju.

– Należę do młodego pokolenia, nie lubię tego – odparła. – Tradycyjne ubrania są gorące i niewygodne.

Zaraz jednak dodała, że w przyszłości może być zmuszona do ich noszenia, bo naczelnik wioski chciał nakazać tradycyjny strój wszystkim jej mieszkańcom. – Jeśli naczelnik tak każe, posłucham go – mówiła.

Naczelnik, 52-odwuletni Nanta Asung, powiedział mi później że Thaijun była jedyną kobietą we wsi, która ubierała się inaczej. – To niedopuszczalne – mówił. – Jeśli jesteś Kajanem, musisz ubierać się jak Kajan! – komentował krojąc mięso na obiad.

Tłumaczył, że nie chodzi tylko o tradycję, ale także o turystów, którzy – jak podkreślał z podnieceniem – są źródłem połowy z 30 tysięcy dolarów rocznego dochodu wioski. W jego chacie mieszkała właśnie jakaś australijska rodzina, która płaciła za to 15 dolarów.

Później, kiedy szliśmy przez wioskę, głos Asunga zabrzmiał z głośników: „Przypominam, że wszystkie kobiety mają obowiązek nosić tradycyjne stroje. Turyści skarżyli się, że niektóre tego nie robią!”

Wróciłem do naczelnika, żeby wytłumaczyć że nie narzekałem, tylko zadawałem pytania – ale nie sprostował tego przez radiowęzeł…

Spytałem później moją gospodynię, czy czuje się zmuszana do noszenia tradycyjnych strojów z uwagi na turystów. – Nie obchodzą mnie turyści – odparła. – To nasza tradycja. Gdyby nie było turystów, nadal bym się tak ubierała.

Następnego dnia dotarliśmy wreszcie do celu naszej podróży – do wioski „kobiet o długich szyjach”. Każdy z nas musiał zapłacić za wejście 300 bahtów (około 9 dolarów).

To miejsce w ogóle nie wyglądało jak wioska, raczej zbieranina niewielkich bud, przed którymi dwadzieścia parę kobiet siedziało szyjąc lub sprzedając pamiątki. W polu widzenia nie było mężczyzn. W czasie dwugodzinnej wizyty widziałem tylko garstkę turystów.

Wygląd kobiet rzeczywiście zapierał dech w piersi. Ich głowy wyglądały jakby eterycznie unosiły się nad ciałami. Nie wyglądały jak żyrafy, jak często się o nich mawia, raczej jak łabędzie, królewskie i pełne wdzięku. Co nie zmienia faktu, że aby osiągnąć taki wygląd, konieczna była bolesna deformacja ich ciał. Czy chciały tego? Czy robiły to z własnej woli?

– Nie możemy zdjąć obręczy, to nasza tradycja – mówi 33-letnia Malao, która, jak większość kajańskich kobiet, ma tylko imię. Mówiła, że zdejmuje obręcze tylko raz w roku, aby je wyczyścić i umyć szyję. – Jeśli zdejmuje je na dłużej, źle się czuję – tłumaczyła. Boli mnie głowa, czuję, jakby była za ciężka dla mojej szyi.

Kilkuletnie dziewczynki zaczynają nosić na szyi obręcze ważące około półtora kilograma. Z czasem dochodzą kolejne, aż łączna masa dochodzi do pięciu kilogramów. Czy to boli? Kobiety twierdzą, że tylko na początku, po jakimś czasie ból ustępuje i obręcze nie wywołują żadnych negatywnych skutków zdrowotnych.

Żadna z nich nie umiała mi powiedzieć, skąd wziął się ten zwyczaj. To po prostu tradycja, mówiły. Niektóre źródła mówią o legendzie, jakoby pierścienie miały chronić przed atakiem tygrysa, który zwykle skacze na kark ofiary.

– Dlaczego je nosimy? – zdziwiła się 52-letnia Mamombee. – Żeby turyści mieli na co patrzeć!

Nie byłem pewien, czy to żart. Ale moja rozmówczyni zaraz dodała, że zdejmuje swoje obręcze tylko raz na trzy lata. – Źle się bez nich czuję – mówiła. – Czuję się brzydka.

Wokół wioski nie było żadnych strażników, nie wyglądało na to, żeby ktoś zatrzymywał kobiety, które chciałyby stąd wyjść. Zapytałem, jak się tu dostały – powiedziały mi, że niejaki U Dee, nazywany przez nie „pośrednikiem”, przywiózł tu pierwsze kobiety trzy lata temu. Dziś w wiosce żyje około 50 rodzin.

Niektóre rodziny mówiły mi, że dostają wynagrodzenie, około 45 dolarów miesięcznie. Innym płacono workami ryżu. Jakaś dziewczyna – sierota – w ogóle nie dostawała zapłaty. Kobiety i dziewczęta starały się dorabiać, sprzedając ozdoby i pobierając opłaty za pozowanie do zdjęć.

Kobietom nie wolno opuszczać wioski. Jedzenie i zaopatrzenie dowozi się tu na motocyklu. – Gdybym stąd odeszła, pośrednik mógłby zawiadomić urząd imigracyjny – tłumaczyła mi Mamombee. Czy chciałaby stąd uciec?

– Nie mam wyboru – odparła. – Jeśli ucieknę, aresztują mnie.

Mogą więc zostać tutaj, albo zapłacić pośrednikowi za powrót do Birmy, a tego nie chcą. Birma to wojskowa dyktatura i jedno z najbiedniejszych państw na świecie.

Co nie znaczy, że nie chciałyby mieć większej wolności. – Chciałabym móc oglądać sklepy, spotykać się z ludźmi – mówiła jedenastoletnia Maya, która uciekła z Birmy trzy lata temu. – Ale nie mogę.

Z samym U Dee nie udało mi się porozmawiać, nie odpowiedział też na wiadomość, jaką zostawiłem mu w wiosce.

Czy zatem odwiedzanie wiosek „kobiet o długich szyjach” jest moralne? Nie ulega wątpliwości, że pieniądze wydane na wstęp podtrzymują istnienie sztucznej wioski, z której kobiety te nie mogą wyjechać.

Z drugiej strony, wiele z nich nie ma nic przeciwko temu, dopóki są bezpieczne i mają za co żyć. Według ich własnych słów to lepszy los niż życie pod władzą autorytarnego reżimu, w biedzie i głodzie.

Nie czuję się winny, ale pojechałem tam jako dziennikarz, a nie jako zwykły turysta. I nie podoba mi się ich sytuacja. Każdy człowiek zasługuje na prawdziwą wolność.

Amit R. Paley
Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
„The Washington Post”: Tradycja czy niewolnictwo? Reviewed by on 26 października 2009 .

Podróżując po świecie możesz zobaczyć niemal wszystko – to tylko kwestia ceny. Dlatego byłem naprawdę zaskoczony, kiedy znane biuro podróży z północnej Tajlandii odmówiło mi zorganizowania wyjazdu do wsi Kajanów (Padaung). „Prosimy nie wspierać łamania praw człowieka!” – przeczytałem w mailu od pracownika. Okazuje się, że jeśli chodzi o Kajanów, nic nie jest tak proste,

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź