BLOGOSFERA

„The Sunday Times”: Nieznane wybrzeże Wietnamu

800px-Binh_Quoi_Traditional_River_Hut_Jun2005Droga na lotnisko nie jest zbyt przyjemna. Brodząc po uda w wodzie po zalanych ulicach Ho Chi Minh, w godzinach szczytu, z torbą przewieszoną przez ramię, modlę się by zdążyć na lot do domu.
Z dala od utartych szlaków leży piękne piaszczyste wybrzeże, jeszcze nie odkryte przez turystów – zupełnie jak Bali dwadzieścia lat temu.

Jest pora deszczowa i właśnie pada deszcz. Mnóstwo deszczu.

Po tym jak utknęliśmy w korku, poruszając się z prędkością dwóch metrów na 45 minut, nie pozostało nam nic innego, jak opuścić taksówkę i ruszyć na lotnisko o własnych siłach.

Na szczęście wpadłam na pomysł by zamienić moje baletki na klapki zanim wyskoczyłam z samochodu. Po paru minutach klapki dryfowały ulicą, a ja utykałam za moim przewodnikiem Hienem. Wokół rozbrzmiewały klaksony i zawodziły syreny. – Jeszcze nigdy w życiu nie widziałem Ho Chi Minh w takim stanie – zapewniał mnie Hien. Też mi pociecha.

Dwa dni wcześniej leżałam pod bezchmurnym niebem na plaży i moim największym zmartwieniem było, czy iść popływać teraz, czy po lunchu. W końcu przyleciałam do Wietnamu, żeby sobie poleniuchować, mimo że miejsce to nie kojarzy się z tego typu wakacjami. Tajlandia czy Bali owszem, ale Wietnam?

Tymczasem ten kraj ma najpiękniejszą linię brzegową w całej południowo-wschodniej Azji. Piaszczyste plaże, szumiące palmy i ciepłe, błękitne Morze Południowochińskie, czyli wszystko to, co można było znaleźć w Tajlandii i na Bali 20 lat temu, zanim miejsca te zamieniły się w zadeptane przez turystów kurorty.

Nha Trang, nadmorska miejscowość na południowo-wschodnim wybrzeżu Wietnamu stopniowo podąża tą samą drogą, ale położone dalej na południe Mui Ne pozostaje schronieniem dla bardziej wymagających plażowiczów. Jak udało się zachować to miejsce w tajemnicy? Niełatwo tu dotrzeć. Najbliższe lotnisko znajduje się w Ho Chi Minh, pięć godzin jazdy samochodem. No i czasami pada.

Sama jazda przez ponad 2000 kilometrów autostradą z Ho Chi Minh (dawniej Sajgonu) do stolicy Wietnamu, Hanoi, jest wyjątkowym doświadczeniem. – Nie zwracaj uwagi na trąbienie – z uśmiechem poinformował mnie Hien, gdy tylko ruszyliśmy. – Wietnamczycy kochają trąbić. Czasami jest to ostrzeżenie, ale bardzo często w ten sposób pozdrawiają znajomych.

Ciągnące się wzdłuż drogi wioski pozwoliły mi przyjrzeć się codziennemu życiu Wietnamczyków. Krzykliwie pomalowane betonowe baraki z bawołami przechadzającymi się po ogrodach sąsiadują ze sklepami, przed którymi stoją zapakowane w folie trumny. Pomiędzy plantacjami pitai, smoczych owoców, stoją stoiska oferujące mrożoną herbatę. A wszystko zanurzone w nieustannych  dźwiękach klaksonów.

Warto było pokonać tę trasę, by dotrzeć do lśniącego w słońcu Mui Ne. Jeszcze 14 lat temu to miasto, ciągnące się 10 kilometrów wzdłuż drogi, całkowicie porastała dżungla. Mui Ne znane jest nie tylko jako najbardziej słoneczne miejsce w Wietnamie. Dzięki sprzyjającym wiatrom i najniższym w całym kraju opadom panują tu także idealne warunki do uprawiania sportów wodnych. Nic dziwnego, że miejsce to stało się mekką kitesurferów i zaczęło przyciągać młodych, wyluzowanych ludzi.

Zwichnięte ramię (najpowszechniejsza – jak mi powiedziano – kontuzja, jakiej można się nabawić podczas surfowania na latawcu) nie zachęcało do dalszych wyczynów, więc z przyjemnością schroniłam się w Jibe’s, zacisznej plażowej knajpce, sącząc mango daiquiri i obserwując unoszące się nad falami kolorowe  żagle. Po zmierzchu latawce zastąpiły kutry rybackie, migoczące światłami gdzieś na horyzoncie w poszukiwaniu ośmiornic i krewetek. Do rana i one poznikały, a tafle wody przecinały jedynie pojedyncze łodzie z samotnymi, starymi rybakami.

W Mui Ne można znaleźć wiele luksusowych ośrodków wypoczynkowych, a także tańsze pokoje dla gości, doskonałe restauracje i supermodne bary,  z których najbardziej stylowy jest moim zdaniem Sangkara, nowo otwarty klub plażowy, mocno inspirowany chilloutowym klimatem Ibizy. Jibe’s to również dobre miejsce, by spędzić wieczór, a do tego lokal często organizuje sobotnie imprezy na plaży. Z kolei Klub Żeglarski to czterogwiazdkowy kurort oferujący dobre drinki i ciekawe zachodnie menu – kto by pomyślał, że marakuja pasuje do wołowiny?

Oczywiście grzechem byłoby trzymanie się zachodniej diety, gdy przejechało się taki kawał świata do Wietnamu. Lokalnych przysmaków można spróbować w Cay Bang, knajpce specjalizującej się w owocach morza. Miejsce jest tłumnie odwiedzane w weekendy, a największą popularnością cieszą się świeżo złowione ryby, raki, homary i inne owoce morza, jeszcze żywe pływające w specjalnych basenach. Kolacje wybiera się z wielkiego akwarium, by po dziesięciu minutach dostać ją – już usmażoną – na talerzu. My delektowaliśmy się ośmiornicą z rusztu, smażonym szpinakiem wodnym, makaronem, rakami i krabami za niecałe 15 dolarów (razem z piwem).

Gdy już miałam dość lenistwa i objadania się, ruszyłam trochę pozwiedzać. Każdemu poleca się pobliskie czerwone wydmy piaskowe. Są piękne, ale jeszcze większe wrażenie zrobiły na mnie dwie dziewczynki, które zaoferowały się by nas oprowadzić. Byłam zaskoczona ich płynnym angielskim, a moje zdumienie nie miało granic gdy sześcioletnia Ba sprezentowała nam bransoletkę odmawiając przyjęcia jakiejkolwiek zapłaty. Dziewczynka w końcu zatrzasnęła za nami drzwi taksówki, żeby uwolnić się od naszych nachalnych prób wciśnięcia jej pieniędzy.

Tego samego dnia popołudniu zanurzyliśmy się w rozgardiasz targowiska w Phan Thiet. Handlarze zaraz zasypali nas najnowszymi plotkami, nie zważając na barierę językową. Za chwilę znaliśmy już najdrobniejsze szczegóły ich historii miłosnych, a ręce urywały od toreb z zakupami. Minął tydzień, a ja byłam najedzona, wypoczęta i gotowa do podróży autostradą do Ho Ch Mihn, by spokojnie dotrzeć na lotnisko.

Artykuł ukazał się na portalu onet.pl. Jego autorem jest Jessica Jonzen.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
„The Sunday Times”: Nieznane wybrzeże Wietnamu Reviewed by on 23 listopada 2009 .

Droga na lotnisko nie jest zbyt przyjemna. Brodząc po uda w wodzie po zalanych ulicach Ho Chi Minh, w godzinach szczytu, z torbą przewieszoną przez ramię, modlę się by zdążyć na lot do domu. Z dala od utartych szlaków leży piękne piaszczyste wybrzeże, jeszcze nie odkryte przez turystów – zupełnie jak Bali dwadzieścia lat temu.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź