BLOGOSFERA

„The New York Times”: W imię ojca

609px-Flag-map_of_North_Korea.svgKiedy był dzieckiem, jego ojciec został uprowadzony przez agentów Korei Północnej

Dorosły dziś Choi Sung-yong walczy o to, żeby odnaleźć porwanych obywateli Korei Południowej i sprowadzić ich do domu.

Choi Sung-yong pamięta, że jego ojciec był bohaterem wojennym, sprawnym kapitanem łodzi rybackiej i oszczędnym w słowach człowiekiem, który wspierał sierocińce. Kiedyś zdobył dla swojego zakochanego w muzyce nastoletniego syna magnetofon kasetowy – prawdziwy luksus w tamtych czasach.

Wszystkie te wspomnienia są zabarwione poczuciem straty. Gdy Choi miał 15 lat, łódź jego ojca nie wróciła z morza. Rodzina pogrążyła się w żałobie, zakładając, że kuter zatonął. Trzy miesiące później okazało się, że Choi Won-mo żyje, ale nie może wrócić do swojej rodziny. Jego łódź została zatrzymana przez żołnierzy Korei Północnej. Załogę wypuszczono, ale bez kapitana.

Prawie czterdzieści lat później 57-letni Choi postanowił poświęcić się poszukiwaniom swojego ojca i setek innych obywateli Korei Południowej, którzy najprawdopodobniej zostali porwani przez agentów z Północy. Pracuje w maleńkim biurze, którego ściany pokryte są fotografiami zaginionych. – Jak dotąd prowadzę samotną walkę – mówi.

W przeciwieństwie do Japonii, gdzie sprawa kilkunastu uprowadzonych obywateli stała się czymś na kształt narodowej obsesji, w Korei Południowej temat ten cały czas jest bardzo drażliwy. Po bratobójczej wojnie w latach 50., która podzieliła półwysep, władzę w Południowej Korei objęli zadeklarowani antykomuniści.  Do rodzin takich jak Choia odnosili się z podejrzliwością. Obawiali się, że zaginieni dali się omamić tej samej ideologii, która doprowadziła do rozpadu państwa. Kolejni, wybierani w demokratycznych wyborach w latach 90. liberalni prezydenci ignorowali problem porwanych obywateli, dążąc do porozumienia z Północą.

Być może z tego powodu społeczeństwo w Korei Południowej jest dużo mniej zainteresowane tematem niż w Japonii. Tam presja opinii publicznej zmusiła przywódców do zerwania kontaktów handlowych z Koreą Północną, a rząd zaczął naciskać na Stany Zjednoczone, by przy okazji rozmów o północnokoreańskiej broni atomowej poruszyć również kwestię zaginionych obywateli.

Kilka lat temu zmęczony czekaniem Choi postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Pod koniec lat 90. zaczął jeździć do północnej części Chin, z nadzieją, że uda mu się natrafić choćby na drobny ślad informacji o losie swojego ojca. Tam nawiązał kontakty z kilkoma osobami z Korei Północnej. Z czasem udało mu sie zbudować  całą siatkę znajomości. Poprzez pośredników przekazywał pieniądze rodzinom z Korei Północnej, które zgadzały się pomóc w poszukiwaniach. Powoli zaczął robić to, co rządowi z Seulu dotychczas się nie udawało.

Od 2000 roku założony przez niego Związek Rodzin Porwanych zdołał przemycić do kraju siedmiu uprowadzonych obywateli Korei Południowej. Południowokoreańskie Ministerstwo Jedności, które zajmuje się kształtowaniem relacji między obiema częściami Korei przyznaje, iż Choiowi udało się sprowadzić zaginionych. Nie potwierdza jednak ich liczby.

Związek Rodzin Porwanych skupia rodziny 505 osób, które rząd Korei Południowej uważa za porwane. Działalność stowarzyszenia ściągnęła na Choia uwagę mediów. On sam mówi, że ze strony Korei Północnej grożono mu śmiercią. Od tego czasu boi się podróżować do Chin, ale jak podkreśla, nie zamierza się poddać, dopóki nie wyjaśni, co stało się z jego ojcem. Jeśli żyje,

Choi Won-mo ma dziś 99 lat. Istnieje jednak obawa, że został stracony. Zgodnie z zeznaniami załogi porwanego kutra, został bowiem zatrzymany ze względu na wojskową przeszłość, a na takie osoby często w Korei Północnej czekał wyrok śmierci.

Moja działalność to dla rządu Korei Południowej tylko kłopot – mówi Choi. – Ale wreszcie czuję, że spełniam swój obowiązek względem ojca.

Większość porwanych w latach 60. i 70. stanowili rybacy. Opierając się na ustaleniach południowokoreańskiego wywiadu i zeznaniach osób, które uciekły z Północy, można stwierdzić, że porwania miały służyć kilku celom. Niektórzy z uprowadzonych trafiali do obozów pracy. Inni, podobnie jak część porwanych Japończyków, wykorzystywani byli do szkolenia północnokoreańskich szpiegów. W kraju, który praktycznie odcięty był od świata zewnętrznego, był to jedyny sposób, żeby przekazać agentom wiedzę o innych państwach. Porwani byli też wykorzystywani przez Północ w celach propagandowych. Władze w Phenianie do dziś twierdzą, że obywatele Korei Południowej, którzy przeszli na stronę Północy, zrobili to, aby prowadzić bardziej szczęśliwe życie.

Jedną z osób, które dzięki Choiowi wróciły do domu jest rybak Choi Wook-il. Jego kuter został zatrzymany przez północnokoreański okręt wojenny w 1975 roku. Trzy lata temu udało się zorganizować jego ucieczkę. Przez zamarzniętą rzekę mężczyzna przeszedł na drugą stronę granicy, do Chin i tu odzyskał wolność.

Dziś ma 69 lat i mieszka ze swoją żoną w otrzymanym od rządu mieszkaniu w mieście Ansan, na południe od Seulu. Jak sam przyznaje, gdyby nie pomoc Choi Sung-yonga, nigdy nie udałoby mu się wrócić: – On jeden o nas walczy.

Artykuł ukazał się na portalu onet.pl. Jego autorem jest Martin Fackler.


Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
„The New York Times”: W imię ojca Reviewed by on 8 stycznia 2010 .

Kiedy był dzieckiem, jego ojciec został uprowadzony przez agentów Korei Północnej Dorosły dziś Choi Sung-yong walczy o to, żeby odnaleźć porwanych obywateli Korei Południowej i sprowadzić ich do domu. Choi Sung-yong pamięta, że jego ojciec był bohaterem wojennym, sprawnym kapitanem łodzi rybackiej i oszczędnym w słowach człowiekiem, który wspierał sierocińce. Kiedyś zdobył dla swojego zakochanego

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź