BLOGOSFERA

„The Guardian”: Tygrysy w opałach

754px-Tiger_CubTygrysy są w bardzo poważnych tarapatach. Jeszcze 100 lat temu w Indiach żyło około 40 tysięcy tych drapieżników. Obecnie ich liczba spadła do 1200, a cztery podgatunki tych wielkich kotów już całkowicie wymarły.

W parku narodowym Sariska grupa studentów z indyjskiego Wildlife Institute przeprowadziła badania… i nie znalazła ani jednego tygrysa. W styczniu 2005 roku władze parku musiały publicznie przyznać, że cała populacja tygrysów – 35 osobników – została doszczętnie wybita. Ujawniono również, że przez lata urzędnicy podawali mocno przesadzone dane o liczebności wielkich kotów.

Psychologiczne skutki takiej katastrofy na działania na rzecz ochrony dzikiej przyrody są trudne do określenia. Projekt Tiger in India jest jedną z najbardziej dynamicznych i najlepiej dofinansowanych kampanii na świecie. Fiasko tak sztandarowego programu może przyczynić się do defetyzmu i alarmistycznych nastrojów.

W czerwcu 2005 roku przyszłość tygrysów zaczęła się malować w bardziej różowych barwach. Do więzienia trafił Sansar Chand, znany kłusownik i handlarz produktami pochodzącymi od dzikich zwierząt, który zabił ponad 1000 tygrysów, w tym populację drapieżników z parku Sariska.

Niestety, w tym roku znowu pojawiły się ciemne chmury. Władze rezerwatu Panna (także w stanie Madhja Pradeś) wydały oświadczenie, że zniknęła cała trzydziestka wielkich kotów.

Niektórzy eksperci, tacy jak Julian Matthews z organizacji charytatywnej Tour Operators for Tigers, twierdzą, że jedynym wyjściem z sytuacji jest ekoturystyka w dobrze zarządzanych parkach narodowych. Jeśli takie przedsięwzięcia zostaną właściwe przygotowane, to w parkach pojawi się większa liczba turystów, a ci z kolei (tak nakazuje logika) mogliby odstraszyć kłusowników.

Wróciliśmy na ścieżkę prowadzącą wzdłuż strumienia, kiedy Prasad nagle się zatrzymał. Polowania na tygrysa nie można było nazwać udanym. Nad nami, w koronie wysokiego owocowego drzewa hałasowało stado dzioborożców. Od czasu do czasu spośród drzew wyłaniało się pasmo gór, wśród których leży park narodowy Satpura, połać dżungli o powierzchni 1400 kilometrów kwadratowych w stanie Madhja Pradeś w środkowych Indiach.

Z daleka dochodził inny dźwięk, przypominający usilne, powtarzające się szczekanie. Prasad kijkiem narysował dwa kółka wokół śladów na zakurzonej ścieżce. Neem przetłumaczył jego szepty. – Ślady lamparta – są około 15 minut przed nami. Matka i młode. Szczekanie to ostrzeżenia przekazywane przez langury.

Dżungla była sucha jak wiór. Posuwaliśmy się ostrożnie, ale co krok łamaliśmy gałązki ukryte pod szeleszczącymi, suchymi liśćmi. Było nas czterech: ja, dwóch przewodników z parku i Neem, przyrodnik i tłumacz.

Tego ranka Neem zdradził mi, że jestem jedynym turystą w tym dzikim regionie. Oczami wyobraźni zobaczyłem, jak zarośla rozstępują się i wypada z nich ogromny pomarańczowo-czarny zabójca. Dorosły tygrys bengalski może ważyć 220 kilo. Rozwija prędkość 80 km/godz.

To oczywiście bzdura. Tygrys, który wyczułby naszą obecność, skierowałby się w odwrotnym kierunku. W takich chwilach trudno jednak kierować się zdrowym rozsądkiem.

Neem uśmiechnął się, jakby czytał w moich myślach: – To stare ślady. Sprzed kilku tygodni.

Przed nami Prasad i jego towarzysz Ashish prowadzili szeptem rozmowę. Ostrzegawcze poszczekiwanie langurów zamilkło. Zniknęły również ślady lamparta. Przewodnicy próbowali zgadnąć w którą stronę mogły zapuścić się wielkie drapieżniki. Ruszyliśmy na skróty przez las mijając po drodze kupę białych kości. – To gaur, zwany również indyjskim bizonem.

Tydzień wcześniej byłem w narodowym rezerwacie tygrysów Kanha, również w Madhja Pradeś. Rezerwat oferuje turystom tradycyjne spotkania z dziką indyjską przyrodą. Taką wycieczkę można zamówić w licznych biurach podróży, a spotkanie z tygrysem jest prawie gwarantowane.

O szóstej rano staliśmy w kolejce około 50 dżipów przed bramą parku. Pierwszym celem naszej wycieczki było dotarcie do tzw. „centrum”. To główna siedziba parku w samym środku rezerwatu, do której istoty ludzkie, z wyjątkiem strażników, nie mają dostępu.

Tam każdy z nas dostał żeton z numerkiem, który upoważniał nas do przejażdżki na słoniu pod warunkiem, że uda się namierzyć tygrysa. Z numerkiem w ręku rozpoczęliśmy zwiedzanie Kanha, uroczo pofałdowanego terenu z pełnymi cienia lasami i rozległymi trawiastymi łąkami ze stadami jeleni.

Podczas takiej wycieczki nie ma tropiciela. Turystom nie wolno wysiadać z dżipów, a kierowcom nie wolno zboczyć z gruntowej drogi. W takiej sytuacji przyrodnik zatrudniony przez właścicieli pensjonatów ekoturystycznych mógłby służyć pomocą dzieląc się informacjami z turystami.

W końcu słonie i kornacy wytropili tygrysa. Nagle zaczęliśmy jechać w kierunku centrum rezerwatu. Po godzinnym oczekiwaniu na swoją kolejkę wraz z innym turystą wdrapaliśmy się na słonia i ruszyliśmy przez busz.

Tygrys leżał rozwalony nad brzegiem wody leniwie obserwując przechodzące słonie z turystami na grzbiecie. Nie wstał i nawet się nie poruszył. Wyglądał na przyzwyczajonego do tego porannego rytuału. Kornacy i słonie spacerowali wokół tygrysa przez godzinę, aby wszyscy turyści mogli zrobić zdjęcia. W końcu za ten dreszczyk emocji każdy turysta zapłacił 600 rupii, czyli około 45 złotych.

Opuściłem park nieco przygnębiony. Czułem się tam jak w zoo. Podzieliłem się swoimi spostrzeżeniami z dr H. S. Pablą, urzędnikiem stanu Madhja Pradeś odpowiedzialnym za ochronę przyrody.

– Ależ mógł pan pójść na pieszą wycieczkę po parku. Nikomu tego nie mówią w hotelach, ale po niedawnej zmianie przepisów można chodzić po terenie parku, oczywiście z przewodnikiem – wyjaśnił Pabla.

Przyznał, że w parku narodowym Pench w pobliżu Nagpuru wytyczono szlak z czterema wieżami obserwacyjnymi. Jednak zwiedzający nigdy z niego nie skorzystali. Parku o powierzchni 100 kilometrów kwadratowych, gdzie miały być organizowane piesze safari nie odwiedził jeszcze ani jeden turysta!

Ale to właśnie w Pench miałem dostąpić zaszczytu spotkania z tygrysem, jedynego podczas mojej podróży. Tyle tylko, że jego okoliczności skłoniły mnie do zadania sobie wielu pytań na temat relacji turystów i wielkich kotów.

Pench, położony w pobliżu wielkiego miasta Nagpur, jest jednym z nowych, ale bardzo już popularnych parków: zamieszkujące go tygrysy stały się bohaterami dokumentalnego filmu BBC Spy in the Jungle (Tygrysy w ukrytej kamerze).

Była szósta rano. Ledwo wjechaliśmy do centralnej strefy parku, kiedy nasz przewodnik zatrzymał samochód. Wysiadł, aby przyjrzeć się śladom zostawionym przez tygrysy. – W pobliżu jest tygrysica z małymi, która często poluje po tej stronie.

Skręciliśmy w boczną drogę i jechaliśmy powoli do momentu, kiedy usłyszeliśmy ostrzegawcze nawoływania lemurów. Chwilę później nasz przewodnik Dhanya, nie ukrywając emocji, ostrzegł nas ściszonym głosem: – Uwaga, tygrysica idzie przez puszczę w kierunku drogi.

Rzeczywiście, wkrótce ją zobaczyliśmy, jak przechodziła przez drogę. Nagle coś spostrzegła i zastygła w bezruchu. W pobliżu przechadzało się nieświadome niebezpieczeństwa stado saren. Jakieś sześć metrów przed tygrysicą sarny wyszły na drogę – ostatni w szeregu szedł jelonek, na którego wyraźnie czaiła się tygrysica. Chciała uderzyć z tyłu, powalić jelonka na ziemię.

A tu nagle niespodzianka! Na drodze wyrosła kolumna dżipów – wypełnionych po brzegi hałaśliwymi turystami, którzy mieli wrażenie, że my widzimy coś, czego i im nie wolno przegapić. Mimo nerwowych gestów naszego przewodnika dżipy podjeżdżały coraz bliżej nas, tygrysa i saren, które spłoszyły się i uciekły. Wkrótce zniknęła także tygrysica.

Pomimo takich doświadczeń z parków Pench, Kanha i Satpura wróciłem z poczuciem ostrożnego optymizmu co do przyszłości gatunku. Tygrysy powinny przetrwać – w Madhja Pradeś nie brak dużych połaci dżungli nietkniętych przez człowieka, realizowane są plany specjalnych korytarzy dla dzikich zwierząt łączących poszczególne parki narodowe.

Jest nadzieja, że nowa ekologiczna turystyka wypłoszy kłusowników i przyciągnie turystów żądnych choćby kilku sekund widoku wielkich kotów na wolności.

Artykuł ukazał się na portalu onet.pl. Jego autorem jest Kevin Rushby
Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
„The Guardian”: Tygrysy w opałach Reviewed by on 1 grudnia 2009 .

Tygrysy są w bardzo poważnych tarapatach. Jeszcze 100 lat temu w Indiach żyło około 40 tysięcy tych drapieżników. Obecnie ich liczba spadła do 1200, a cztery podgatunki tych wielkich kotów już całkowicie wymarły. W parku narodowym Sariska grupa studentów z indyjskiego Wildlife Institute przeprowadziła badania… i nie znalazła ani jednego tygrysa. W styczniu 2005 roku

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź