BLOGOSFERA

„The Guardian”: Trująca ryba i inne historie

800px-Sushi7Okazji ku temu jest wiele: od takoyaki, czyli kulek z ośmiornicy, które można kupić od ulicznych handlarzy, po japońską wersję kuchni francuskiej w restauracji „Les Saisons”, obowiązkowym przystanku każdego smakosza. – W Osace ludzie próbują wszystkiego – mówi nasza przewodniczka Yumiko. – Mieszkańcy Tokio są ostrożniejsi.

To właśnie Osaka była pierwszym miejscem, w którym zezwolono na przyrządzanie fugu – cieszących się złą sławą ryb, których spożycie może wywołać problemy z oddychaniem i śmierć konsumenta. – Wszyscy pytają o tę rybę – wzdycha Yumiko. – Jadłam ją cztery dni temu i żyję.

Nie mając aż tak wysokiej skłonności do ryzyka, wybieram się na obiad do Udonsuki, 200-letniej restauracji, w której wnętrzu znajdują się tradycyjne maty tatami i charakterystyczne, niskie stoliki. Już po chwili uroczyście wrzucam żywą krewetkę do naczynia z gotującą się zupą.

Spróbowaliśmy także sushi (w Osace jest ono bardziej zbite niż gdzie indziej) oraz wszystkich rodzajów makaronu – od soba przez udon po ramen. W jednej restauracji do zamówienia dołączono papierowe śliniaczki, co odebrałam jako znak, że nie warto zbytnio przejmować się etykietą.

Kilka lat temu na YouTube pojawił się filmik pod tytułem „Sushi: japońska tradycja”, zawierający instrukcję, jak właściwie spożywać ten przysmak. Zalecano w nim, żeby do miseczki nalać dokładnie 20 cm3 sosu sojowego, a następnie palcami środkowym i wskazującym podnieść kawałek sushi, pochylić głowę pod kątem 45 stopni i wsunąć sobie smakołyk do ust, koniecznie za jednym razem.

W filmie widać było rząd ludzi pochłaniających sushi jak roboty. Autorzy filmu przekonywali: „Niezależnie od tego, czy ci smakowało, musisz powiedzieć kucharzowi: To jest pyszne, Taisho!”.

Film, nakręcony przez dwóch japońskich komików, jest oczywiście żartem. Ale biorąc pod uwagę obawy, jakie ma większość turystów w związku z jedzeniem w Japonii, trudno nie potraktować go poważnie – przynajmniej do momentu, w którym autorzy mówią: „Ponieważ niektóre potrawy są nielegalne, zostaną przyrządzone wyłącznie na wasze specjalne życzenie”, a w tle pojawiają się zdjęcia misia pandy i innych chronionych gatunków.

Kuchnia japońska otoczona jest mitami i stereotypami. Wybierając się do Japonii też miałam pewne wyobrażenia. Część musiałam zweryfikować już na kursie sushi w Tokio.

– Nie robię sushi w domu, chyba że dzieciaki naprawdę nie dają mi spokoju – oświadczył nauczyciel, pan Kojima, przyrządzający sushi od 18 lat.

– I robię wtedy zwykłe rożki – dodaje, formując w dłoniach idealne nigri (owalny paluszek z ryżu, z kawałkiem ryby na górze). Gdy przychodzi moja kolej, z trudem sklecam niezgrabny wałek, który ląduje na talerzu tuż obok doskonałej kompozycji Kojimy.

Japońska kuchnia przechodzi poważne zmiany. Spada konsumpcja ryżu i owoców morza na korzyść pieczywa i mięs, co oznacza, że dieta mieszkańców Kraju Kwitnącej Wiśni traci swoje zdrowotne walory. Każdy podróżnik bez trudu znajdzie jednak miejsca serwujące fantastyczne, tradycyjne potrawy – od budek na stacji kolejowej, po drogie restauracje w Kioto i Osace.

Do turystycznego rytuału w Tokio należy wizyta wczesnym rankiem na ruchliwym targu rybnym Tsukiji, gdzie handluje się tuńczykiem. Lawirując między stosami krewetek i gigantycznych małży można obserwować, jak handlarze wymieniają wielkie ilości ryb na wielkie pieniądze.

Według Kojimy, najlepsze restauracje płacą za kawałek wysokogatunkowego tuńczyka około 54 dolarów, a tylko w ubiegłym miesiącu łączna wartość transakcji na samym tuńczyku wyniosła około 174 tysiące dolarów.

Z Osaki do Kioto, historycznej stolicy Japonii, dostaliśmy się szybkim jak pocisk pociągiem. Jest on dokładnie tak punktualny i nowoczesny, jak mówią reklamy (w zeszłym roku średnie opóźnienie na tej trasie wyniosło 6 sekund). Kioto, które ze względu na bliskość Morza Japońskiego ma dostęp do świeżych owoców morza, słynie ze wspaniałej kuchni.

W restauracji Kanamean Nishitomiya mieliśmy okazję zjeść tradycyjny, wielodaniowy posiłek. Potrawy proponowane przez ten klasyczny ryokanprzypominają dzieła sztuki. Artystycznie wycięte połówki pomarańczy na plastrach kaczki, rzodkiew japońska i owoce wyglądały tak pięknie, że zjedzenie ich wydawało się aktem barbarzyństwa.

W innej restauracji wszystkie dania podawała nam nieskończenie cierpliwamama-san, hostessa dokładnie omawiająca zawartość każdego talerza. Faszerowany homar, rozpływające się w ustach sashimi, rybny gulasz z ziemniakami – lista jest długa. Próbowaliśmy wszystkiego: trochę z ciekawości, a częściowo dlatego, żeby nikogo nie urazić.

Dwie godziny i dziesięć dań później, kiedy mama-san była już kompletnie wyczerpana, na stole pojawiły się dwie największe ostrygi, jakie w życiu widziałam. Serce mi się krajało, ale nie byłam w stanie ich zjeść. Musiałam przyznać się do porażki.

Artykuł ukazał się na portalu onet.pl. Jego autorem jest Merope Mills.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
„The Guardian”: Trująca ryba i inne historie Reviewed by on 7 lutego 2010 .

Okazji ku temu jest wiele: od takoyaki, czyli kulek z ośmiornicy, które można kupić od ulicznych handlarzy, po japońską wersję kuchni francuskiej w restauracji „Les Saisons”, obowiązkowym przystanku każdego smakosza. – W Osace ludzie próbują wszystkiego – mówi nasza przewodniczka Yumiko. – Mieszkańcy Tokio są ostrożniejsi. To właśnie Osaka była pierwszym miejscem, w którym zezwolono

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź