BLOGOSFERA

„The Guardian”: Prawdziwe chińskie jedzenie

450px-Deep_Fried_Tofu_by_avlxyzStereotypowe wyobrażenia o tym, co jadają ludzie w Chinach (psy, owady, kurze stopy…) nie są zachęcające. Wiedziałam, że to nie tak, ale też nie miałam pojęcia o tym, co Chińczycynaprawdę jedzą.

Kiedy więc nasza koleżanka Alida, Amerykanka chińskiego pochodzenia, powiedziała, że organizuje z mężem wyprawę do ojczyzny przodków, zdarzyła się świetna okazja, by dowiedzieć się prawdy o chińskiej kuchni.

Pierwsze 10 dni spędziliśmy w Szanghaju, Pekinie i Xi’an – ale dla mnie podróż zaczęła się naprawdę dopiero wtedy, kiedy polecieliśmy na południowy zachód, do prowincji Junnan.

Jedną z przyczyn, które sprawiły, że junnańska kuchnia jest tak niezwykła, jest położenie tej prowincji: graniczy z Wietnamem i Laosem na południu i z Birmą na zachodzie, a sąsiadujące z nią inne chińskie prowincje to Tybetański Region Autonomiczny, Syczuan, Guizhou i Guangxi.

W całych Chinach 92 procent ludności stanowią Chińczycy Han – w Junnanie jest ich tylko 50 procent, a na resztę składa się 26 różnych mniejszości etnicznych.

Zanim dojechaliśmy do Junnanu, czuliśmy się, jakby brakowało nam świeżego powietrza. Po Pekinie oprowadzał nas przewodnik tak ściśle trzymający się linii Partii, że na placu Tiananmen tłumaczył nam, że w roku 1989 nikt tu nie zginął i zamiast wspominać o tamtych historiach powinniśmy raczej pamiętać o igrzyskach w Pekinie.

Xi’an okazało się jednym wielkim, zakurzonym placem budowy pełnym kurzu i smogu: właśnie budowano tu metro, ale – jak to w Chinach – zamiast realizować projekt po kawałku, ściągnięto setki tysięcy robotników z prowincji i rozkopano całe miasto naraz. Jasne, rozumiem: lepszy rok piekła niż tuzin lat czyśćca, ale w tym czasie zdecydowanie nie było to miasto do życia.

Po takich doświadczeniach Junnan wydał nam się niezwykle spokojnym miejscem, które w dodatku oferowało znakomite i naprawdę wyjątkowe jedzenie.

Ze stolicy prowincji, Kunming, polecieliśmy prosto do Lijiang, niewielkiego miasta, niegdyś stolicy królestwa Naxi. Dziś Lijiang znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Niedaleko głównego placu miejskiego znaleźliśmy restaurację Muwang Yanyu, w której zjedliśmy lunch niemal doskonały.

W Chinach, kiedy tylko siadasz przy stole, stawiają przed tobą od trzech do ośmiu zimnych dań na przekąskę – i muszę przyznać, że dla mnie były one często najciekawszą częścią posiłku. Tym razem dostaliśmy smażonego, startego bakłażana w ostrym olejku z chili; smażone kawałki czegoś, co przypominało ogórka, wymieszane z kwiatami lotosu, i rewelacyjny makaron ryżowy.

Później pojawił się przed nami cały zestaw gorących dań: cieniutkie wieprzowe eskalopki obtoczone w tartej bułce, wymieszane z dymką z dodatkiem kawałków omletu; małe kawałeczki kurczaka z kością, gotowane w lekkim bulionie z korzeniami kolokazji jadalnej i posiekanym pomidorem; wieprzowina z imbirem, chili i kolendrą; kalafior smażony z zieloną i czerwoną papryką; fasolka szparagowa smażona z grzybami shiitake i soją.

Było także kilka zup, między innymi kleik ryżowy congee i świetna zupa rybna, w której pływały głowy ryb i chrupiąca rzodkiew. Bardzo smakował mi ryż z kolendrą zawinięty w liście lotosu z małymi kawałeczkami wieprzowiny w stylu wschodnioazjatyckim: coś, co mogłabym jeść codziennie przez resztę życia i nigdy by mi się nie znudziło.

Po raz pierwszy także jadłam mięso jaka – coś w rodzaju kebabu grillowanego na węglu drzewnym i posypanego chili. A do tego wszystkiego podano nam miejscowe mocne piwo (9,5 procent!).

Miejscowy targ z żywnością okazał się być najciekawszym, jaki widziałam w Chinach (a widziałam niejedno). Mnóstwo jajek (kacze, przepiórcze, konserwowane…), wielki dział z mięsem (między innymi najdziwniejsze podroby), cała zielenina kojarzona zwykle z chińską kuchnią, worki różnokolorowego ryżu, obfitość suszonych grzybów i cała alejka straganów ze spiruliną, suplementem diety na bazie alg. W Junnanie był właśnie środek sezonu na orzechy włoskie, najlepsze, jakie kiedykolwiek jadłam.

Lijiang to naprawdę wspaniałe miejsce. Powietrze było czyste, ludzie przyjaźni, widoki zapierały dech w piersi. Oglądaliśmy fascynujące przedstawienie uliczne, do którego choreografię przygotował jeden z najsłynniejszych chińskich reżyserów, Zhang Yimou – ten sam, który współtworzył ceremonię otwarcia igrzysk olimpijskich w Pekinie.

Później złapaliśmy autobus na przedmieścia, gdzie znajduje się park ze świątyniami i ujęciem wody z czasów dynastii Ming. Powędrowaliśmy wzdłuż strumienia do najstarszej części miasta, po drodze mijając ulicznych sprzedawców kukurydzianych ciastek, owoców persymony i kebabów.

Część tutejszych zabytków uległa zniszczeniu w czasie trzęsienia ziemi w 1996 roku, ale później została starannie odbudowana. W jednej z księgarń znalazłam tu książkę Jung Chang „Dzikie Łabędzie. Trzy córy Chin” – widocznie byliśmy naprawdę daleko od Pekinu, bo książka oficjalnie nadal jest w Chinach zakazana.

Z Lijiang pojechaliśmy na północny wschód, w stronę Tybetu. Przekroczyliśmy dawną granicę, wjeżdżając na tereny, które do 1951 roku były częścią Tybetu. Później Mao Zedong podzielił je, przyłączając po części do prowincji Syczuan i Junnan.

Zatrzymaliśmy się na lunch w hotelu Dali w pobliżu Qiaotou. Większość dań stanowiły tu potrawy wegetariańskie. Jedliśmy pałeczki ziemniaczane smażone w głębokim tłuszczu, smażoną fasolę z chili, boczniaki z imbirem i soją, bakłażana w cieście z pomidorami, wieprzową wątróbkę na zimno i pieczoną rybę.

Żeby spalić te wszystkie kalorie, zeszliśmy w dół po tysiącu stopni, aby zobaczyć Przełom Skaczącego Tygrysa – najpiękniejszy chyba wąwóz, przez który płynie rzeka Jangcy.

Później pojechaliśmy do miasta, które jeszcze do niedawna nazywało się Zhongdian (a wcześniej – po tybetańsku – Gyalthang), ale od 2001 roku nosi nazwę Shangri-la. Władze stwierdziły, że to tybetańskie miasto u stóp Himalajów leży w miejscu, gdzie dawno temu znajdowała się mityczna kraina Shangri-la, opisana przez Jamesa Hiltona w książce „Zaginiony horyzont”. Nazwę zmieniono, aby przyciągnąć więcej turystów.

Metoda okazała się skuteczna: znajoma opowiadała mi, że kiedy była w Zhongdian w 1995 roku, był tu jeden hotel, a ciepłą wodę trzeba było zamawiać z tygodniowym wyprzedzeniem. Dziś w Shangri-la mieszka 50 tysięcy ludzi, jest kilka dobrych hoteli (w każdym jest bieżąca woda) i komórki nie gubią zasięgu.

Jeśli chodzi o kuchnię, Shangri-la to królestwo mięsa i przygotowań do ostrej zimy, która trwa tu niemal pół roku. Na polach rośnie tu jęczmień (dla ludzi) i trawa (dla zwierząt), i zbiory obu tych upraw traktowane są równie poważnie. Na dużych, drewnianych kratownicach suszy się rzepa, ale znakomita większość warzyw i owoców pochodzi z importu – tu po prostu prawie nic nie chce rosnąć.

Po raz pierwszy w Chinach trafiliśmy na przetwory mleczne (z mleka jaka, oczywiście): kilka gatunków serów, masło i mleko (którego dolewano nam do herbaty).

Nasz miejscowy przewodnik Quni z dumą opowiadał nam, że hodowane tu świnie mają włosy równie czarne jak ludzie, dzięki czemu lepiej korzystają z ciepła promieni słonecznych. Dowiedzieliśmy się także od niego, że to właśnie z tych okolic pochodzi rabarbar.

Tutejszym specjałem jest „tybetański gulasz”: duszone razem kawałki świńskich nóżek, wieprzowych żeberek, szynki, suszonych grzybów i – jak powiedział jeden z kucharzy – „miejscowe zioła lecznicze”, na które składają się między innymi jagody kolcowoju chińskiego. Do tego dostaje się talerze z dodatkami: mięsem (kurczak, wieprzowina, wszechobecny jak), owocami morza (małże, krewetki, rybne pulpeciki) i mnóstwem warzyw (kapusta, grzyby, sałata).

Wszystko to można „wedle uznania” wrzucać do kociołka z gulaszem. Sos także przyrządzamy „wedle uznania”, mieszając w dowolnych proporcjach posiekane chili, zgniecione ząbki czosnku i pokrojony w słupki imbir z sosem sojowym. A do tego wszystkiego – produkowane na miejscu wino jęczmienne.

Shangri-la znajduje się na takiej wysokości, że w hotelu można było (za darmo!) skorzystać także z butli tlenowych. Dodatkowa dawka tlenu sprawiała, że chętnie siedzieliśmy do późna w nocy, chichocząc z kolejnych surrealistycznych dowcipów o jakach.

„Jak nazywa się znany malarz-abstrakcjonista?”

„Jak-son Pollock!”

Zapewniam, że na wysokości 3,5 kilometra nad poziomem morza i po kilku kolejkach jęczmiennego wina, to naprawdę wydaje się śmieszne…

Zwiedzaliśmy także imponujący, największy w całej prowincji klasztor tybetański Ganden Sumtseling, założony w 1679 roku przez V Dalajlamę. Na ścianach wisiały portrety obecnego Dalajlamy, w całych Chinach uznawane za nielegalne – jeszcze jeden dowód na to, że w tym odległym zakątku nikt nie przejmuje się polityką.

Później polecieliśmy z powrotem do Kunming. „Miasto wiecznej wiosny” nie zrobiło na nas najlepszego wrażenia. Niestety trafiliśmy tu na dwa miesiące przed obchodami 60. rocznicy powstania Chińskiej Republiki Ludowej, więc wszystko było rozkopane, bo władze chciały zdążyć z ukończeniem nowej obwodnicy.

Za to właśnie w Kunming piliśmy wspaniałą chińską herbatę. Junnan słynie ze znakomitych herbat; na południowym zachodzie rosną tu między innymi odmiany, z których produkuje się słynną pu-erh, przez nas nazywaną „czerwoną”.

Mnie niespecjalnie smakowała (nie mówiąc o tym, że była bardzo droga), ale Chińczycy uważają ją za najlepszą w kraju. Piliśmy także znakomite czarne herbaty i herbatę jaśminową. Na mnie największe wrażenie zrobił ulung, zwany tez czasami „niebieską herbatą”.

Ostatni posiłek zjedliśmy w Shiping Huiguan, nad brzegiem jeziora w parku Cuihu. I było to naprawdę efektowne zakończenie. Jedliśmy znakomite dania ztofu (specjalność tej restauracji), kurczaka (drobne kawałeczki mięsa z orzeszkami ziemnymi), ryb (filety z papryką i kukurydzą) i wieprzowiny (a konkretnie boczek z fasolą bok choy). Co ciekawe, choć byliśmy już dalej na południu, zaproponowano nam smażony ser z mleka jaka z sosem z suszonych chili.

Spróbowaliśmy także lokalnej specjalności, potrawy o nazwie „Przechodząc przez makaronowy most”. Jak głosi legenda, pewna pracowita żona martwiła się tym, że zanim dowiozła mężowi obiad na wyspę pośrodku jeziora, zupa zawsze zdążyła już wystygnąć. Pewnego dnia odkryła, że jeśli na powierzchni zupy będzie się unosić warstewka kurzego tłuszczu, a kawałki mięsa przewożone będą nie w zupie, ale w oddzielnych miseczkach – danie zachowa właściwą temperaturę.

Kiedy szliśmy z powrotem do hotelu, na ulicach pachniało curry. Uświadomiłam sobie, że znajduję się niedaleko granic Birmy i Laosu – i naszła mnie ochota na kolejną smakowitą podróż…

Artykuł ukazał się na portalu onet.pl. Jego autorem jest Allegra McEvedy




Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
„The Guardian”: Prawdziwe chińskie jedzenie Reviewed by on 5 stycznia 2010 .

Stereotypowe wyobrażenia o tym, co jadają ludzie w Chinach (psy, owady, kurze stopy…) nie są zachęcające. Wiedziałam, że to nie tak, ale też nie miałam pojęcia o tym, co Chińczycynaprawdę jedzą. Kiedy więc nasza koleżanka Alida, Amerykanka chińskiego pochodzenia, powiedziała, że organizuje z mężem wyprawę do ojczyzny przodków, zdarzyła się świetna okazja, by dowiedzieć się

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź