Chiny

Sztuka osaczania, czyli akwizycja w Szanghaju

 Aleksandra Kurcman i Grzegorz Wilczyński studiowali w Polsce resocjalizację i psychologię. Po skończeniu studiów wyjechali do Anglii ( dwa pobyty- dwuletni i półroczny). Aleksandra po studiach w Polsce uczyła języka angielskiego; Grzegorz pracował w schronisku dla bezdomnych. Nawiązali kontakt przez internet i zaplanowali wspólną podróż. Po kilku miesiącach przygotowań byli gotowi do wyprawy – wybór padł na Państwo Środka, gdzie dotarli koleją transsyberyjską – wyruszając w styczniu 2008 roku z Polski przez Ukrainę, Moskwę, Zabajkalsk. Granicę rosyjsko-chińską przekroczyli pieszo…Artykuły Na ryby oraz Sztuka osaczania to zapiski z ich przeżyć i opowieści osób poznanych w podróży po Chinach. Dziś zapraszamy na opowieść o szanghajskiej herbatce, za którą można słono zapłacić…

 

 

 

Dwie studentki z niezłym angielskim zaprzyjaźniają się – niby to przypadkiem – z upatrzonym przez siebie obcokrajowcem. Wybierają osoby otwarte, kontaktowe, ufne lub przeciwnie, znajdujące się w dołku psychicznym, zagubione, z jakimś osobistym problemem. Zawierają znajomość na ulicy, dworcu kolejowym; miejsce jest bez znaczenia. Przybliżają się z uśmiechem na ustach i nieodłączną frazą „Can I help you?”. Po zapoznaniu się, wspólnej przechadzce i zdobyciu zaufania, proponują spacer ulicami miasta, obiecując pokazanie ciekawych miejsc.

Tu zaczyna się drugi etap ich planu – delikwent prowadzony jest do… herbaciarni. Wówczas proponuje mu się wspólne wypicie: tradycyjnej chińskiej herbaty, podawanej zgodnie ze starożytnym ceremoniałem. Do tego urocze studentki przedstawiają herbaciarnię jako miejsce dla nich szczególne, ich ulubione, miejsce na specjalne okazje, w którym spotykają się ze znajomymi i przyjaciółmi. Gość czuje się wyjątkowo. W dodatku będzie mógł zakosztować chińskiej specjalności. Miał szczęście, że na nie trafił, czeka go egzotyczna przygoda. W końcu po to tu przyjechał!

Nie wie, że uprzejme studentki wprowadzają go, niczym zwierzynę, do herbaciarni, z którą ściśle współpracują. Po degustacji, cena – w zależności od psychologicznego oszacowania ofiary: jej narodowości, stanu majątkowego, asertywności itp. – może wynieść nawet 1500 yuanów (150 € !) za dzbanuszek.

Na tyle oszacowano pewną Amerykankę, Erykę. Poznaliśmy ją w Xi’an, na spotkaniu podróżników Hospitality Club w kompleksie hotelowo-hostelowym Backpax. Zebrało się tam około 10-ciu osób należących do tej organizacji globtroterskiej, głównie stałych mieszkańców miasta, by dzielić się doznaniami podróżniczymi i wymienić informacjami. Eryka zabrała głos, by opowiedzieć o swych przykrych przeżyciach związanych z utratą dokumentów. Dopiero wtedy, podczas spotkania w Backpax, po paru miesiącach od incydentu, inni podróżnicy, obecni na spotkaniu, wydobyli ją z iluzji. Uświadomiła sobie, co spotkało ją naprawdę… Nakazano jej zapłacić 1500 yuanów za herbatkę.

Kiedy przybyła do Szanghaju, znajdowała się w stanie głębokiej apatii i pewnie dlatego stała się łatwym łupem dla naganiaczy. Był to dla niej obcy kraj i nie potrafiła sprzeciwić się uprzejmym i uśmiechniętym oszustom. Przeliczyła kwotę na dolary (zarobki amerykańskie) i wmówiła sobie, że to przecież… nie jest drogo… Potem przez miesiące trwała w przekonaniu, że przypadkowa znajomość i przyjacielska relacja były zdarzeniem spontanicznym, a nie ukartowaną manipulacją. Trwałaby w nim nadal, gdyby nie to spotkanie podróżników. Kiedy ktoś inny opowiedział o bardzo podobnym zdarzeniu, które przytrafiło mu się także w Szanghaju, rozpłakała się jak dziecko.

Wcześniej, w innym mieście, w Tayiuan, poznaliśmy Polaka, który także padł ofiarą identycznego oszustwa i również „dał się naciąć” w Szanghaju na 250 yuanów za „specjalnie podaną herbatkę”. Skończyło się „tylko” na tej kwocie, ponieważ zorientował się w porę w swym położeniu i zdołał utargować z pięciuset… Kiedy po usłyszeniu ceny przejrzał całą intrygę i zaczął oponować, jego nowe przyjaciółki – urocze studentki – doskonale udawały zaskoczenie. Jak się dowiedzieliśmy od weteranów tej subtelnej gry, jeśli delikwent zdradza podejrzenia i zaczyna wyrażać sprzeciw, a sytuacja staje się kłopotliwa i konfliktowa – zawodowi naganiacze do końca zachowują zimną krew, a czasem nawet pozorują wsparcie i kłócą się z obsługą umówionej herbaciarni co do wysokości zapłaty.

Klasyczny numer wygląda jednak tak iż, z zasady bogatszy od przeciętnego Chińczyka, turysta – cudzoziemiec reguluje rachunek, nie chcąc odpłacać się nieuprzejmością za ofiarowany przez („ubogie  przecież”) studentki czas. W innym wariancie, łowczynie dla niepoznaki – w przypadku wspólnej degustacji – pozorują uczciwość wyłożeniem części, przygotowanej wcześniej, kwoty za siebie, którą po zniknięciu cudzoziemca zwraca im ( prawdopodobnie od razu z prowizją) obsługa lokalu.

Wyjście z pułapki jest możliwe, lecz ofiara najczęściej nie ma na tyle tupetu i często w ogóle nie orientuje się w swym położeniu. Nie wzywa policji, głupio jest jej nagle zwrócić się przeciw swym „przewodniczkom”, które poświęciły czas, „bezinteresownie” umilając jej swój pobyt w Szanghaju. A nawet, jeśli obcokrajowiec zdobędzie się na protest i przekroczy granicę dobrych manier, jest osaczony. Pozostaje sam wobec co najmniej trzech pewnych siebie osób, na ich własnym terytorium.

Poza tym cudzoziemiec, będąc na obcym terenie, nie ma pewności co do bezstronności miejscowej policji, która może się okazać po prostu …zaprzyjaźniona z lokalem. A cóż dopiero, kiedy laowai nie zna chińskiego. Czy wezwani policjanci będą znać angielski?

Często zdarza się, że turysta nie obeznany jeszcze z Państwem Środka, od przekroczenia granicy tkwi przez pewien czas w swego rodzaju fobii, stereotypie o Chinach. Wynika to często z dezinformacji dotyczącej tego państwa, w jakiej tkwił w swym kraju (na pewno do takich krajów należy Polska). Dopiero po jakimś okresie pobytu w Państwie Środka, perspektywa turysty, poprzez którą patrzy na wiele różnych spraw, zmienia się. Ale zanim tak się stanie, sam fakt pobytu na „Żółtym Terenie”, przyprawia go o dreszcz emocji. W tym czasie bezpośredni kontakt z aparatem policyjnym czy wojskiem pozostaje dla niego w sferze tabu (obcokrajowiec zwyczajnie się ich boi). Wszystko to sprawia, że wybiera najprostsze, bezpieczne rozwiązanie. Poddaje się i płaci.

Zachowania tego typu, strategia wyłudzania nie przystaje do mentalności i temperamentu Chińczyków. Owszem, naród ten posiadł sztukę prowadzenia handlu. Bezpardonowo, bez najmniejszego zmiłuj się, sprzedawca przy wstępnym targu wycenia swój towar cudzoziemcowi lekko, na dziesięć razy więcej, aniżeli jest on wart. Towar wart jest tyle, ile jesteś skłonny za niego zapłacić. Dla Chińczyka nie ma to nic wspólnego z brakiem etyki, oszustwem. To przecież esencja handlu. Od klienta oczekuje tego samego: targowania się. To taka gra, dodająca życiu emocjonalnego kolorytu.

Obok tej gry istnieją także inne, których celem jest wyłudzanie pieniędzy od naiwnych obcokrajowców. Każdy, kto jedzie do Chin i nie wie, że takie gry istnieją i bywają tam dość popularne, będzie przegrywał.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Sztuka osaczania, czyli akwizycja w Szanghaju Reviewed by on 1 grudnia 2008 .

 Aleksandra Kurcman i Grzegorz Wilczyński studiowali w Polsce resocjalizację i psychologię. Po skończeniu studiów wyjechali do Anglii ( dwa pobyty- dwuletni i półroczny). Aleksandra po studiach w Polsce uczyła języka angielskiego; Grzegorz pracował w schronisku dla bezdomnych. Nawiązali kontakt przez internet i zaplanowali wspólną podróż. Po kilku miesiącach przygotowań byli gotowi do wyprawy – wybór

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar