Komentarze,Relacje z podróży

Sylwia Malon-Schulze: Tybet, jakiego się nie spodziewałam

fot: Rainer Haessner

fot: Rainer Haessner

Po przybyciu do Lhasy, granicznej strefy ludzkiej cywilizacji na wysokiej Wyżynie Tybetańskiej, doznałam elektryzującego szoku kulturowego. Nie dlatego, że jest to miejsce tak różne od tego, do czego jestem przyzwyczajona, ale dlatego, że jest tak podobne.

Miało to być legendarne miasto przez wieki odizolowane od reszty świata, spoczywające na Dachu Świata, tragiczne i cierpiące. W ogóle Tybet jawił mi się jako owiana tajemnicą, górzysta kraina, którą zamieszkują mistyczni ludzie. Spodziewałam się paranormalnych doświadczeń, mnichów w butach śniegowych, a nawet jednego lub dwóch yeti. Niestety, nic takiego nie znalazłam.

Już na początku zaskoczył mnie tybetański przewodnik, który odebrał mnie z lotniska i zawiózł do hotelu. Miał na sobie stylową kurtkę Nike i słuchał muzyki z iPoda. „No nie – pomyślałam – gdzie są ci Tybetańczycy, o których tyle się naczytałam?” Później, gdy zwiedzałam miasto, pomyślałam, że tę kurtkę kupił w centrum Lhasy, obok restauracji Steak House i kasyna gier, bo  z tego co zauważyłam, tam właśnie młodzi Tybetańczycy w skórzanych kurtkach i włosach postawionych na cukier albo lakier szukają szczęścia, wrzucając pieniądze do automatów do gry.

Na ulicach Lhasy szukałam buddystów obdarzonych nadludzkim spokojem, skupionych na rozwoju duchowym. A cóż znalazłam? Oprócz buddyjskich mnichów spotkałam mężczyzn noszących dżinsy i bluzy Kappa, dziewczęta w różowych T-shirtach oraz chaotycznie przemieszczające się pojazdy, które zupełnie nie zważały na pasy ruchu czy jakiekolwiek przepisy. Drobne stłuczki w stolicy Tybetu, tak jak i na całym świecie, są na porządku dziennym, ale dźwięk klaksonów, pisk opon motocyklowych czy głośne śmiechy młodych mężczyzn i kobiet sprawiły, że moja wizja Tybetu legła w gruzach. Gdzie umiłowanie medytacji i modlitwy? „No tak – pomyślałam o buddyjskich mnichach – jak można się skupić w takim hałasie?”

Lhasa żyje przede wszystkim z turystów z Australii, Europy, Ameryki i Japonii, którzy przyjeżdżają do legendarnego miasta na Dachu Świata. Pogodziłam się z tym, że w wyniku awansu gospodarki Chin mamy 1,3 miliarda potencjalnych chińskich turystów, którzy też mogą być zainteresowani odwiedzeniem Tybetu. A kiedy ponad miliard osób zwiedza jedno miejsce, trzeba być przygotowanym na to, że może być ono zniszczone.

Jest jasne, że chińscy władcy Tybetu raczą nas propagandą, ale odnosi się ona raczej do inwazji na Tybet w latach 50., kiedy to Chiny zdławiły powstanie Tybetańczyków, a nie do współczesności. Ja  w swojej naiwności też padłam ofiarą tej propagandy. Spodziewałam się spotkać ludzi zdławionych przez chińską armię, obecną w Tybecie od ponad 50 lat (żołnierze ci zbezcześcili świątynię, zastrzelili wielu mnichów, stłumili zamieszki w 2008 roku), tymczasem Tybetańczycy okazali się bardzo mili. Wcale nie sprawiali wrażenia zdruzgotanych.

Podobną propagandę co chińska szerzą pseudomiłośnicy Tybetu, z Richardem Gere’em i Sharon Stone na czele. W ogóle odnoszę wrażenie, że Tybet w dużej mierze jest ulubieńcem snobów, którzy rozkoszują się wszystkim, co tajemnicze i tybetańskie. Ja, patrząc na Lhasę, widziałam rozrastające się chińskie miasto.

Oczywiście Tybet ma też wielowiekową, godną podziwu, imponującą tradycję i nie można tego deprecjonować. Lhasa to w końcu miasto pielgrzymów – Tybetańczycy z odległych dolin, aby tu dotrzeć, podróżują po bezdrożach przez wiele tygodni. Jednego razu widziałam takiego samotnie pielgrzymującego mnicha. Kładł się na ziemię, dotykając czołem ulicy, wstawał, kłaniał się, robił krok do przodu, po czym znów kładł się na ziemię, wstawał, kłaniał się i robił krok do przodu. Powtarzał ten rytuał bez końca. Nie był to chyba najlepszy sposób podróżowania, ale może o to właśnie mu chodziło? Przewodnik wyjaśnił mi, że jest to tybetański buddysta w drodze do świątyni Jokhang, katedry lamaizmu, jednego z największych miejsc kultu w Tybecie.

Jednakże mimo tradycji tybetańskiej, tak widocznej w Lhasie, protekcjonizm nie tylko Chin, ale i Zachodu jest bardzo zauważalny. Chińczycy wybudowali rozległą infrastrukturę kolejową, która łączy stolice Tybetu z resztą Chin. Dzięki temu stworzono tysiące miejsc pracy w turystyce i handlu. I choć ja wołałabym widzieć Tybetańczyków siedzących w pozycji lotosu przez 16 godzin dziennie, to jednak oni widzieć tak siebie nie chcą. Tybetańczycy są wściekli, że sugerujemy im żyć skromnie na rzecz zachodnich turystów, którzy szukają duchowej ścieżki i raz na kilka lat chcą oglądać pierwotną naturę i mityczną krainę Shangri-La.

„Czy oczekujcie od nas, że będziemy przemieszczać się na osiołkach i jakach, podczas gdy wy jeździcie samochodami i latacie samolotami?” – odpowiedział mi dość ostro, gdy wykupywałam wycieczkę, przedstawiciel biura turystycznego w Szanghaju, współpracujący z Tybetańskim Regionem Autonomicznym. Podobne zdanie miał mój przewodnik w Lhasie – Tybetańczyk, który kilka lat mieszkał w Indiach i mówił po angielsku (z tego też względu pewnie wrócił: aby obsługiwać zachodnich turystów). „Czego ty chcesz! Żyjesz komfortowo, podróżujesz, a od nas wymagasz, byśmy tkwili w średniowieczu? Tybet nie jest zabytkiem muzealnym, który można przechowywać w formaldehydzie. My, Tybetańczycy, też chcemy podróżować i zwiedzać świat” – powiedział przewodnik.

Ale nie wszędzie jest tak jak w Lhasie. Za miastem jest znacznie biedniej. Ludzie żyją w ubóstwie, większość z nich pracuje w rolnictwie i zajmuje się hodowlą zwierząt. Wyglądają na bardzo zmęczonych i przepracowanych. Raz zresztą spotkałam na drodze ubogiego pasterza. Wyglądał na 60 lat, a miał niewiele ponad 40. Pracował po kilkanaście godzin w polu, a gdy z nim rozmawiałam, pompował wodę ze studni. Był ze swoim kilkunastoletnim synem. O czym marzy? O tym, aby jego syn znalazł pracę w Lhasie.

Sylwia Malon-Schulze ukończyła Politechnikę Wrocławską oraz Technical University of Changzhou  w Chinach. W wolnych chwilach intensywnie podróżuje po Chinach. Mieszka w Shanghaju w  prowincji Jiangsu  od 4 lat.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Sylwia Malon-Schulze: Tybet, jakiego się nie spodziewałam Reviewed by on 27 września 2010 .

Po przybyciu do Lhasy, granicznej strefy ludzkiej cywilizacji na wysokiej Wyżynie Tybetańskiej, doznałam elektryzującego szoku kulturowego. Nie dlatego, że jest to miejsce tak różne od tego, do czego jestem przyzwyczajona, ale dlatego, że jest tak podobne. Miało to być legendarne miasto przez wieki odizolowane od reszty świata, spoczywające na Dachu Świata, tragiczne i cierpiące. W

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

komentarzy 13

  • Ha, uśmiałam się. Czyżby autorka jadąc do Zakopanego myślała, że wszyscy chodzą w kierpcach? A podziwiając rozbudowę infrastruktury Tybetu może też podziękuje Prusakom za budowanie dróg w Polsce w czasie rozbiorów.

    Jak sama wspomniała, wycieczkę wykupiła w Szanghaju i wszędzie chodziła z przewodnikiem. Zatem pokazał jej to, co władze chinskie chcą pokazać wszystkim obcokrajowcom, którzy wydają duże pieniadze właśnie na takie zorganizowane wyjazdy, którzy nie chcą bądź boją się zejsć ze szlaku. Cztery lata w Chinach a jakoś bardzo mało wie o tym kraju.

    • Z tą chińską infrastrukturą w Tybecie to trochę tak jak z demokracją w Iraku. USA i UK chcą, by Irakijczycy byli im za nią wdzięczni, mimo że o nią wcale nie prosili…

    • Avatar Sylwia Malon-Schulze

      Szanowna Pani,
      Wszystkie wjazdy do Lhasy I Tybetu dla turystow odbywaja sie w towarzystwie przewodnika (pilota) turystycznego, ktory musi byc wynajety przed przyjazdem.

      To czy przewodnik towarzyszy turystom przez caly okres podrozy po Tybecie jest kwestia do uzgodnienia miedzy przewodnikiem a turysta.
      Obowiazek obecnosci przewodnika prawdopodobnie podyktowany jest tym, ze nie jest to bezpieczny region, rowniez dla turystow.

      Nie pisalam ze brak checi badz starch zejscia ze szlaku powodowal iz wszedzie byl obecny przy mnie przewodnik ( to jest Pani interpretacja)
      Ja bedac w Tybecie mialam duzo wolnego czasu I mozliwosc dostepu do praktycznie wszystkich niemilitarnych miejsc.

      • Avatar Kotka

        Pani Sylwio, tak, na pewno obecność chińskiego przewodnika wynika z dbałości o bezpieczeństwo turystów, a broń boże nie z tego powodu, żeby zobaczyli czegoś, czego nie powinni ;-). Rozumiem Panią, że mieszkając w Chinach nie chce Pani się stać presona non grata i stracić stypendium czy tam coś. A jednak świadczy to o braku spostrzegawczości i wrażliwości na problemy Tybetanczyków, Przy okazji też lekceważąco wyraża się Pani o ludziach, którzy dla Tybetu coś robią.

  • Bardzo interesujący artykuł! Weryfikuje pogląd mediów na sprawy Tybetu i relacje chiny-tybet-świat. Z tego co autorka opisuje, a pisze z własnych doświadczeń (mam nadzieje!) światło w którym tybet jest pokazywany światu, jest jednak lekko przyciemnione. Jesteśmy bombardowani informacjami o opresji, cierpieniach, konfliktach, i generalnie ludzkiej udręce, ponieważ to one wywołują u nas emocje, co też jest celem serwisów informacyjnych – wywołanie pozytywnych lub negatywnych emocji u odbiorcy. Czy ktokolwiek przejąłby się informacjami o kapitalizacji i komercjalizacji Lhasy ? Wątpliwa sprawa, jedna gdy tybetański mnich zostaje wzięty do niewoli, cała maszyna medialna Dalajlamy daje o sobie znać.

    Jest to obraz pokazywany końcowemu odbiorcy, w tym wypadku turystce z Polski.

  • a juz Technical University of Changzhou czy Changzhou Institute of Technology , a jak brzmi nazwa po chinsku? wszystko zalezy pewnie od tlumaczenia; to wyglada na jakies sfrustrowane czepianie sie

    • Droga niesfrustrowana Jolu, niektorzy sa sfrustrowani i maja wowczas chec poczepiania sie troche, tak jak niesfrustrowani do sfrustrowanych…:) I wiesz co, to dziala odfrustrowujaco…!
      Po chinsku masz w linku w moim komentarzu. Swego czasu Institute 学院 i University 大学 to byly dwie rozne kategorie placowek naukowo-dydaktycznych, i kazdy mial nadzieje byc studentem w tym drugim raczej, a nie pierwszym. No ale czasy sie zmieniaja, stad pewnie frustracje…:)

  • kazdy ma prawo do swoich obserwacji i swojego zdania /to w odpowiedzi na krytyki/
    ja uwazam ze to bardzo fajny atrykul proponujacy zupelnie inne spojrzenie na temat Tybetu

  • Słyszałem o Niemcach którzy, gdy po raz pierwszy w życiu znaleźli się w Polsce, byli głęboko zdziwieni faktem iż po ulicach miast nie jeżdżą furmanki, a mężczyźni chodzą trzeźwi po ulicach. Byc może również później swoimi „zdumiewającymi” odkryciami podzielili się z czytelnikami sieci lub prasy.
    Zapewne wiec również w całym Tybecie mieszkańcy tej ziemi zamiast słuchać muzyki z przenośnych odtwarzaczy powinni sami grac na tradycyjnych instrumentach wykonanych z ludzkich kości i oczywiście nosić wyłącznie tradycyjne mnisie habity.
    Tybetańczycy okazali się miłymi ludźmi, co zadało kłam anty-chińskiej propagandzie? To się kupy nie trzyma. Jak również to, iż pisząc już na początku ze „Tybet jawił mi się jako owiana tajemnicą, górzysta kraina, którą zamieszkują mistyczni ludzie. Spodziewałam się paranormalnych doświadczeń, mnichów w butach śniegowych, a nawet jednego lub dwóch yeti”, chwile później miłośników Tybetu określa Pani mianem snobów którzy rozkoszują się we wszystkim co tajemnicze i tybetańskie. Pani widziała zaś „rozrastające się chińskie miasto.” Czyli do Lhasy przyjechała rozkoszująca się tajemniczym Tybetem snobka, a po kilku dniach wyjechała już oświecona zwolenniczka chińskiej modernizacji Tybetu?
    Nazwala Pani Richarda Gere pseudomilosnikiem Tybetu. Moze Pani przedstawic jakieś przesłanki na poparcie swojej tezy?
    Na podstawie zaledwie dwóch przykładów doszła Pani również do wniosku iż Tybetańczycy są „wściekli że sugerujemy im żyć skromnie na rzecz zachodnich turystów”? Oczywiście, to może być prawda, iż duża cześć Tybetańczyków chce również skosztować współczesnego stylu życia, lecz nie można dojść do takiego wniosku na podstawie rozmowy z dwoma tubylcami.

  • No, no, świat się zmienia, a wraz z nim ta strona. Zauważam przesuwanie się akcentów. Zaczynają się pojawiać artykuły, których jeszcze rok temu nikt by nie zaakceptował. Kilka dni temu artkuł o tym że może wizyta Dlalejlamy we Wrocławiu nie jest najmądrzejszym posunięciem, teraz Tybet bez martyrologii antychińskiej…Chyba sposnsorzy tej strony a zarazem Centrum zmieniają wolniutko swoje nastawienie do ChRL.

    • Panie Wiesławie! Premier Tusk już prawie 2 lata temu w Pekinie niemalże wznosił peany pochwalne na cześć osiągnięć gospodarzy. To w zestawieniu z tym, o czym Pan pisze: zmianą retoryki wobec ChRL, nasuwa wniosek, że polskie kręgi decyzyjne (zwane górnolotnie „elitami”) najwyraźniej zdają sobie sprawę, że dni USA jako gracza nr 1 na świecie są policzone i że zawczasu trzeba się przygotowywać do zmiany „patrona”. Chodzi o to, że zmiana frontu dokonana w ostatniej chwili wyglądałaby podejrzanie w oczach włodarzy Kraju Środka (czyli ludzi niegłupich), a wówczas nawet beczki wazeliny mogłyby nie pomóc i Warszawka ostałaby się jak pies bez pana… :-)

  • bardzo ciekawy artykul

  • Kilka uwag.
    Zaczne od konca – Szanghaj nie lezy w prowincji Jiangsu, to miasto wydzielone (podobnie jak Pekin, Tianjin i Chongqing) na statusie prowincji. Krotka nota biograficzna o autorce zawiera blad.
    Swoja droga pierwszy raz slysze o Technical University of Changzhou. W Changzhou znajduje sie Changzhou Institute of Technology (http://www.czu.cn/) – czyzby wlasnie te uczelnie konczyla autorka?
    Tybet – kazdy widzi w nim to, co chce, a niekoniecznie to, co rzeczywiscie tam jest. Jesli obserwuje sie powierzchownie otaczajacy swiat, to Lhasa moze wydac sie chinskim miastem jak kazde inne, z pokazem fontan przed Potala, glosna muzyka w barach KTV, glosnymi taksowkami, itp. Jesli jednak potrafi sie zajrzec glebiej, wowczas odkrywa inny swiat. Autorka widziala jednego mnicha w pielgrzymce do Jokhang, ktory szedl wykonujac tradycyjne „dlugie” poklony. Byla w/przy Steak House, a wiec byla przy placu przed Jokhang, i jestem mocno zaskoczony, ze nie widziala wielkich tlumow pielgrzymow krazacych uliczkami w tybetanskiej dzielnicy wokol swiatyni, modlacych sie w niej, padajacych na twarz. Jesli spedza sie czas w chinskiej dzielnicy tylko, wowczas trudno oczekiwac znalezienia sie w centrum duchowego zycia miasta. Szkoda, ze autorka nie wspomina o tych przystojnych chlopakach w zielonych helmach, to przeciez taki typowy obrazek tybetanski…

    Mysle, ze zamiast atakowac ta czy inna osobe za tworzony przez nich obraz Tybetu, i pokazywac swoj jedyny sluszny, nalezaloby przedtem troche wiecej zobaczyc i poczytac. Chocby dlatego, by uswiadomic sobie, ze Tybet to nie tylko Tybetanski Rejon Autonomiczny ChRL.

    Swoja droga ten pracujacy po kilkanascie godzin w polu pasterz tez sie udal. Bylem przekonany, ze pasterze zajmuja sie wypasem bydla a nie praca na roli, ale byc moze ten – jak chlopo-robotnik – robil jedno i drugie… Pewnie sie czepiam.

Pozostaw odpowiedź