BLOGOSFERA

„Süddeutsche Zeitung”: Zdobywcy bożej łaski

Dziwne. Podejście pod górę trwa już dwie i pół godziny, a dwójka wędrowców nikogo jeszcze nie spotkała. Wpół do dziewiątej rano, najlepsza pora na wspinaczkę, nim upał stanie się nie do zniesienia.

ArunachalaNa górze nie ma żywej duszy, na dole w mieście Tiruvannamalai roi się od setek ludzi: turyści z Zachodu w poszukiwaniu oświecenia, hippisi i poszukiwacze sensu życia, przedstawiciele pokolenia ‘68. Mieszkają w aśramie u podnóża góry lub w jednym z tanich schronisk w okolicy, chodzą na kurs jogi lub słuchają pism Śri Ramany, mistrza duchowego, który założył aśramę przed 75 laty.

Przewodnik górski Jagan zna odpowiedź na wszystkie pytania. – Ludzie sami nie decydują, czy wejdą na górę. Śiwa decyduje, kto może wejść. I tego, kto może, przywołuje – mówi. Brzmi to zachęcająco.

Jeśli już Śiwa osobiście uważa kogoś za godnego wejścia na jego Górę Rudego Płomienia, świętą górę Arunachala, trzeba wejść aż na sam szczyt. Nawet jeśli tropikalne słońce już parzy, a przewiewna koszulka z indyjskiej bawełny klei się do ciała.

Pierwsze wzmianki o związku pomiędzy bogiem Śiwą i górą Arunachalą pochodzą ze świętych ksiąg Wed. Jest tam napisane, że Śiwa rozwiązał spór między bogami Brahmą i Wisznu, pojawiając się jako słup ognia, a potem przyjmując postać Arunachali.

Zaraz po rozpoczęciu wędrówki na górę okazało się, jak bardzo Śiwa jest czczony w Tiruvannamalai. Za zakrętem ukazała się panorama stutysięcznego miasta w samym sercu stanu Tamil Nadu na południu Indii.

Sercem Tiruvannamalai jest natomiast świątynia Arunaćaleshwarar. Teren ma około 10 hektarów i należy do największych kompleksów sakralnych w Indiach. Jest poświęcony Śiwie, który czczony jest w postaci słupa ognia. Kompleks odgradzają potężne, sięgające 66 metrów wieże świątynne (gopury) pokryte figurami bóstw – majstersztyk sztuki snycerskiej.

Nagle jakby znikąd pojawił się Jagan pytając, czy chcemy iść na górę. Miał na sobie kraciastą koszulę, owinięty wokół bioder kawałek tkaniny, który nosi tutaj prawie każdy mężczyzna, sandały i telefon komórkowy z zestawem głośnomówiącym.

Jagan idzie szybkim i pewnym krokiem. Jednak cierpliwie czeka na swoich podopiecznych. Jest zwinny, raczej niski, ma bujną czuprynę i wąsy. Oczy każą przypuszczać, że to ktoś więcej niż zwykły przewodnik. Przygoda z nim jest niemal karmicznym doświadczeniem. Również Arunachala jest czymś więcej niż zwykłym porośniętym trawą stożkiem wulkanicznym.

– Śiwa jest górą, a góra jest Śiwą – mówi Jagan. Jednak to tylko niepełne wyjaśnienie, jaką pozycję górą zajmuje w hinduizmie, przynajmniej w śiwaizmie, w którym Śiwa jest czczony jako najwyższe bóstwo.

Arunachala nie jest wysoka. Ma około 800 metrów – dane o jej wysokości różnią się wśród jej wyznawców nawet o kilkaset metrów. W pewnym sanskryckim tekście jest napisane, że „wśród świętych gór jest najświętsza”.

Kiedy pewien uczeń spytał mistrza Śri Ramany, dlaczego, ten miał w zwyczaju mówić, że Kailash w tybetańskich Himalajach uważana za najświętszą górę zarówno przez hinduistów, jak i buddystów, lub święte miasta, takie jak Waranasi i Chidambaram są tylko miejscami, gdzie Śiwa mieszkał, a Arunachala jest nim samym.

– Śiwa jest górą, góra jest Śiwą – powtarza Jagan podczas wspinaczki po zboczu. W kieszeni na piersi nosi zawsze portret Śri Ramany.

Śri Ramana doznał mistycznego przeżycia na górze, kiedy miał 16 lat. Po śmierci ojca rozmyślał na górze o przemijaniu. Wtedy doznał oświecenia, najwyższego celu, do którego dąży każdy Hindus. Postanowił wyrzec się świeckiego życia. Kolejne 23 lata spędził w dwóch małych grotach na górze.

Jagan pokazuje drogę do jaskiń, które raczej nie zasługują na to miano. Są bowiem tylko schronieniami pod uskokami skalnymi, gdzie zmieści się garstka ludzi klękająca przed miniaturowym ołtarzem. Trudno uwierzyć, że od wieków na tę górę wchodzili święci i mędrcy, żeby oddać się długotrwałej medytacji.

Fascynacja, która płynie z opowieści Jagana, zaczyna przynosić efekt. Sceptycyzm znika i pojawia się chęć uwierzenia. Uwierzenia w to, że przy pomocy ofiary z kwiatów, którą wrzuciło się do rozpalonego w jaskini ogniska, obdarowało się bliskich dobrą karmą. Chciałoby się uwierzyć, że woda na skale to prawdziwe święte źródełka, nawet jeśli wyglądają jak zwykłe kałuże.

Niektóre rzeczy, o których opowiada Jagan, pasują zbyt dobrze, żeby były prawdziwe, lub pasują tak dobrze, że muszą być prawdziwe. Jagan mówi, że usłyszał wołanie Śiwy dziesięć lat temu. Był wtedy sprzedawcą słodyczy. Miał malutki sklep w Tiruvannamalai. Kiepsko mu się wiodło, w końcu zbankrutował. Miał problemy rodzinne. Jakie? Nie chce zdradzić.

Pewnego dnia uznał, że musi wejść na Arunachalę i zrobił to. Od tego momentu robi to codziennie. Każdego ranka o godzinie trzeciej wnosi na górę 15 litrów wody i trzy litry mleka dla swojego mistrza duchowego, który mieszka w szałasie na zboczu.

Guru jest ascetą z ogoloną głową. Trudno oszacować, ile ma lat. Nie chce zdradzić swojego imienia. Bez słowa podaje gościom kokosową skorupę ze słodką herbatą z masalą. Zbyt wielu gości nie ma – oprócz nas do jego schronienia przybyli pewna starsza Austriaczka ze swoim indyjskim towarzyszem oraz uduchowiony Uzbek z siwą brodą. Guru stoi nieco z boku i rozmawia ze swoim uczniem Jaganem, na tle krajobrazu poprzecinanego przez pola ryżowe i łagodne wzgórza, pełnego świątyń i zbiorników wodnych.

Mały płaskowyż, który tworzy szczyt Arunachali, błyszczy od czarnego tłuszczu. Słońce stoi niemal pionowo nad horyzontem. W niektórych miejscach trzeba uważać, żeby się nie poślizgnąć. To pozostałości po Karthigai Deepam, tamilskim święcie światła, obchodzonym każdego roku w pierwszą noc po pełni księżyca w miesiącu karthigai.

Co roku w listopadzie i grudniu setki tysięcy wyznawców jedzie do Tiruvannamalai, żeby wziąć udział w pielgrzymce wokół Arunachali. Tysiące z nich tej jednej nocy wchodzi na górę – bez obuwia, tak każe bowiem tradycja. Na szczycie czeka na nich olbrzymie ognisko.

Trzydziestometrowy knot maczany jest w dwóch tysiącach litrów klarowanego masła (ghee) i zapalany jako symbol obietnicy Śiwy, że będzie odradzał się każdego roku i odpędzał ciemności aż do osiągnięcia absolutnego poznania. Ognisko, które pali się przez kilka dni i nocy, widać z odległości kilku kilometrów, a jego ślady przez kilka miesięcy.

Kiedy Śri Ramana po długoletniej medytacji w 1922 roku zszedł z Arunachali, pozyskał wielu uczniów, pochodzących zarówno z subkontynentu indyjskiego, jak również z Europy i Ameryki. U podnóża góry założył aśramę, w której pomagał ludziom odnaleźć drogę do oświecenia.

Wejście na Arunachalę jest tylko krótkim etapem na tej drodze, jednak po pożegnaniu z Jaganem pozostawiło uczucie przeżycia czegoś podniosłego. Chciałoby się odgonić wrażenie, że Jagan jest raczej profesjonalnym gawędziarzem niż prawdziwym wyznawcą Śiwy – tym bardziej, że mimochodem zostawił na pożegnanie swoją wizytówkę. Arunachala zostawiła swój ślad.

Nocleg? W Sri Ramanasramam Ashram. Zainteresowanych przeżyciami duchowymi gości, którzy są gotowi dostosować się do regulaminu panującego w aśramie, zapraszamy do darmowego noclegu w prostym, lecz schludnym schronisku (pokoje jedno- i dwuosobowe, zgłoszenia z trzymiesięcznym wyprzedzeniem, mile widziane dobrowolne datki).

Juliane Matthey

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
„Süddeutsche Zeitung”: Zdobywcy bożej łaski Reviewed by on 1 listopada 2009 .

Dziwne. Podejście pod górę trwa już dwie i pół godziny, a dwójka wędrowców nikogo jeszcze nie spotkała. Wpół do dziewiątej rano, najlepsza pora na wspinaczkę, nim upał stanie się nie do zniesienia. Na górze nie ma żywej duszy, na dole w mieście Tiruvannamalai roi się od setek ludzi: turyści z Zachodu w poszukiwaniu oświecenia, hippisi

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź