BLOGOSFERA

„Süddeutsche Zeitung”: Co się gapisz?

800px-Tarsius_tarsierNa filipińską wyspę Bohol turyści przyjeżdżają w poszukiwaniu ciszy i spokoju oraz płochliwego zwierzątka zamieszkującego okoliczne lasy. Jego oczy są większe niż mózg. Cieniutkie, długie palce obejmują pień drzewa. Ma się wrażenie, jakby ta najmniejsza na świecie małpka bardzo się bała.

Mimo tropikalnych upałów i ataków moskitów setki turystów udają się każdego roku na jej poszukiwanie. Kiedy ją w końcu odnajdą, wznoszą głośny okrzyk zachwytu. Zwłaszcza wtedy, kiedy wyrak upiór, inaczej tarsier, spojrzy swym nieruchomym, świdrującym wzrokiem w obiektyw ich aparatu. Wabiąc turystów na filipińską wyspę Bohol, wyświadcza swojej ojczyźnie ogromną przysługę.

Kraj składa się z ponad 7 tysięcy wysp. Jak zachęcić turystę, żeby przyjechał na konkretną wyspę? Z góry wszystkie są do siebie podobne: pośrodku zielone, a na obrzeżach białe. Tylko na dwóch tysiącach wysp mieszkają ludzie, niewiele posiada wystarczająco dobrą infrastrukturę.


Tak jest na przykład na wyspie Bohol, jednej z największych, zamieszkałej przez milion mieszkańców. Lotnisko jest tak małe, że odcinek z pasa startowego do miejsca odbioru bagażu pokonuje się piechotą. Właśnie spadł deszcz. Kałuże parują. Z szerokim uśmiechem na twarzy i z naręczem girland z kwiatów lokalni mieszkańcy witają turystów. Turyści przyjeżdżają tutaj z trzech powodów: są tu idealne miejsca do nurkowania, dla tak zwanych Czekoladowych Wzgórz oraz oczywiście dla wyraków upiorów.


Bez Carlita Pizarrasa, którego tubylcy nazywają „człowiekiem upiorem”, fani małpiatki byliby bezradni. Ten spokojny, nieśmiały przewodnik, który niedawno skończył 50 lat, kilka razy dziennie prowadzi grupy turystów przez zamknięte rejony rezerwatu. W rezerwacie żyje dziesięć ze stu osobników wyraków zamieszkujących wyspę.

Dotykanie i głośne mówienie jest surowo wzbronione. Carlito sprawia wrażenie małego chłopca, kiedy prowadzi grupy turystów. Mówi, że wyczuwa zwierzęta po zapachu. Podchodzi do krzaka, przystawia palec wskazujący do ust, a drugą ręką rozgarnia liście. Tutaj! Ale gdzie? Potrzeba chwili, żeby zidentyfikować wyraka. Dlatego Carlito bezszelestnie wskazuje palcem, aż ostatni turysta rozpozna zwierzątko wielkości szczura, które sennie, ale z wytrzeszczonymi oczami wyleguje się między gałęziami.


Te małe stworzonka ufają Carlitowi. Pozwalają śledzić swoje zachowanie, dają się dotykać. Carlito pobierał nauki u swego ojca, który kiedyś na nie polował. Później je sprzedawał, wykorzystywał do pozowania do zdjęć dla turystów lub wypychał. Carlito postanowił zaangażować się w działania mające na celu ochronę małpiatek. – Nie zabijam niczego, prócz czasu – mówi.

Turyści nie mogą dotykać zwierzątek. Nie wolno też już ich zamykać w klatkach. Są tak wrażliwe, na jakie wyglądają. Carlito mówi, że w niewoli wyraki długo nie przeżyją. Najczęściej popełniają samobójstwo przestając jeść lub rozbijając sobie głowę. Dlatego tak trudno jest zaprezentować zwierzątko turystom. Kiedy książę Karol przybył pewnego dnia na wyspę, chciał również zobaczyć wyraka. Trudna misja.

Carlito musiał przetransportować przestraszone zwierzę pod swetrem, bicie jego serca uspokajało je, w końcu dostarczył je przed oblicze księcia. Nadał mu imię „Little Charles” a potem wypuścił na wolność do lasu. Dla turystów Carlito też znalazł odpowiednie wyjście. Mogą przebywać na obszarze zamieszkanym przez wyraki przez ograniczony czas, i tylko w towarzystwie przewodnika. Jest to korzystne zarówno dla zwierząt, jak i dla turystów.

Filipiny były najpierw kolonią hiszpańską, następnie amerykańską. Pozostałości łatwo rozpoznać. Hiszpańskie kościoły mają wartość historyczną, zjeżdżalnie na placach zabaw zdobią napisy Coca-Cola, wszyscy mówią płynnie po angielsku, suszarka w hotelu nosi nazwę American Heritage, a na spacer mieszkańcy udają się nie do parku, lecz do jednego z licznych centrów handlowych. Nazwę jednej z największych atrakcji Filipin, Chocolate Hills (Czekoladowe Wzgórza), wymyślił pewien Amerykanin podczas krótkiej wizyty w latach 60.

Żeby zobaczyć wzgórza w całej swojej okazałości, turyści muszą wspiąć się po 214 stopniach na zapierającą dech w piersiach platformę widokową. W nagrodę rozpościera się przed nimi jedyny w swoim rodzaju widok: 1268 owalnych wzgórz rozrzuconych po okolicy. W czasie pory suchej, między marcem i majem, trawa przybiera barwę czekoladowo-brązową, co skłoniło zapewne wspomnianego amerykańskiego turystę do wypowiedzenia następujących słów: „Wyglądają jak Hershey’ Chocolate Kisses”. Rzeczywiście wygląda to tak, jakby ktoś wysypał pudełko czekoladek wśród lasów i pól ryżowych. Tak naprawdę te formacje skalne składają się z wapienia i piaskowca. Ich powstanie nie jest do końca wyjaśnione.

Wyglądają po prostu zbyt nienaturalnie, żeby być naturalnymi, co stwarza pole do popisu fantazji. Jedna z historii mówi, że pagórki są łzami, które wylał pewien olbrzym po miłosnym niepowodzeniu. Inna legenda mówi, że lokalni mieszkańcy chcieli uśmiercić szalejącego olbrzymiego bawoła wodnego podając mu zatruty pokarm, jednak ten wydalił większość w postaci małych kupek. W każdym razie nazwa i rozliczne legendy pomogły wypromować to miejsce.

Na szczęście nie każdy skrawek ziemi na wyspie Bohol jest nazwany i wyposażony w sklep z pamiątkami. W odległości kilku kroków od hotelowej plaży grupa lokalnych mieszkańców urządziła piknik i obserwuje, jak ktoś jest chrzczony w morzu. Ksiądz chrzci chłopca ubranego w dżinsy i koszulkę. Zebrani stoją po kolana w wodzie i śpiewają. Ujrzawszy przybyszów przerywają ceremonię i pytają: „Skąd jesteście? Dokąd zdążacie?” Charakterystycznym wyrazem twarzy Filipińczyków jest ich słynny uśmiech.

W odległości trzech przejazdów autobusem, jednego przelotu samolotem i jednej przeprawy promowej znajduje się Boracay. Tutaj udało się dokonać tego, nad czym Borhol jeszcze pracuje. Ta miniaturowa wyspa ma reputację raju wakacyjnego na globalnym rynku turystycznym. Biała Plaża (White Beach) należy do najpiękniejszych na świecie.

Na przystani gości wita następujący szyld: „Bądź uczciwy – nawet jeśli inni nie są”. Kobiety w szpilkach lub osoby w butach trekingowych są często upominani: „Nosimy tutaj klapki”. Turyści są przewożeni do swych hoteli na motorach, główną ulicą wyspy. Obowiązkiem obywatela Boracay jest umieszczenie na swoim pojeździe religijnej sentencji. Na przykład: „Odmawiaj każdego dnia różaniec”. Wąska ulica ciągnie się siedem kilometrów, niemal wzdłuż całej wyspy. Tutaj przybysze mogą poznać życie wyspiarskie od kuchni: chaotyczne, małe sklepiki z tanimi produktami, warsztaty motocyklowe, sterczące kable z prądem i place budowy, na których robotnicy zawiązują chusty wokół głowy chroniąc się przed upałem i kurzem.

Nad brzegiem morza kurzy się tylko drobny jak cukier puder piasek. Sceneria wakacyjna jest idealna: promenada, palmy, biały piasek, przezroczysta, ciepła woda. Wprawdzie z urlopowego raju korzysta wielu turystów, jednak na ciągnącej się cztery kilometry Białej Plaży jest wystarczająco dużo możliwości. Można tutaj nie tylko pływać lub opalać się, lecz również kupić kawę w pobliskiej kawiarni Starbucks, nabyć obowiązkowe klapki-japonki lub koraliki albo zamówić wyprawę nurkową, w czasie której na pewno spotka się któregoś z kolegów rybki Nemo.

Przy łóżku hotelowym wisi tabliczka: „Kto pobrudzi pościel zmywalnymi tatuażami, będzie pociągnięty do odpowiedzialności finansowej”. Chociaż 13 tysięcy mieszkańców zrobiło z wyspy raj dla turystów, jest tu spokojnie. Słychać szum palm, mieszkańcy i turyści są na urlopie. Większość to Chińczycy, Japończycy lub Koreańczycy, którzy spędzają tutaj miesiąc miodowy, a wieczorami po kolacji od razu udają się do swoich pokojów. Inni spotykają się w ponad 200 restauracjach lub barach. Śpiewają karaoke do przebojów Lady Gagi i uprzyjemniają sobie czas drinkami.

Trudno sobie wyobrazić, że ta wyspa była kiedyś bezludna. Jednak jest ktoś, kto może to potwierdzić: stary hipis Dieter Schrottmann. W latach 70. miał marzenie, żeby żyć jak Robinson Crusoe. Ktoś zaproponował mu Boracay. Dzisiaj każdy na Filipinach zna tę wyspę, ale wtedy trudno było ją zlokalizować. Dieter dotarł na wyspę helikopterem, kazał się spuścić po linie i przy pomocy miejscowych rybaków wybudował drewnianą piramidę. Jednak po pewnym czasie odezwała się w nim żyłka biznesmena.

Dzisiaj, mając 55 lat, siedzi w wegetariańskiej restauracji swojego własnego kurortu Mandala Spa i sączy sok z mango. Jego biały, powiewny strój przypomina stare czasy, jego dawna ruda kędzierzawa czupryna zmieniła się w cienki siwy warkoczyk.

Założył cieszący się uznaniem kurort spa na Boracay i przyczynił się do tego, że wyspa stała się popularna. Kiedy odkrywał wyspę, napawało go przerażeniem, że Boracay mogłaby zostać kiedyś tak skolonizowana jak dziś. Jednak z biegiem czasu Dieter przestał marzyć o życiu rozbitka. – Mieszkańcy również korzystają z tego, że na wyspę przyjeżdża wielu turystów – mówi.

Dzisiaj na szczęście funkcjonuje już tutaj cała infrastruktura, gdyż nawet na pięknej wyspie po pewnym czasie zaczyna brakować prysznica lub smacznej kolacji. Na Boracay nie znajdzie się już wprawdzie samotnych zatoczek lub plaż, ale można poszukać nieco mniej znanych kąpielisk. Gdzie? Nieważne. Niech to pozostanie tajemnicą.

Artykuł ukazał się w „Süddeutsche Zeitung”. Jego autorem jest Christine Dohler.


Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
„Süddeutsche Zeitung”: Co się gapisz? Reviewed by on 25 stycznia 2010 .

Na filipińską wyspę Bohol turyści przyjeżdżają w poszukiwaniu ciszy i spokoju oraz płochliwego zwierzątka zamieszkującego okoliczne lasy. Jego oczy są większe niż mózg. Cieniutkie, długie palce obejmują pień drzewa. Ma się wrażenie, jakby ta najmniejsza na świecie małpka bardzo się bała. Mimo tropikalnych upałów i ataków moskitów setki turystów udają się każdego roku na jej

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź