Indie

Singh is King! Again…

16 maja 2009 r. ogłoszono wyniki trwających miesiąc wyborów do Lok Sabhy, niższej izby parlamentu związkowego republiki Indii. Zwycięstwo odniósł w nich sojusz partii o nazwie United Progressive Alliance. Dlaczego tak się stało i co to oznacza – zastanawia się Krzysztof Iwanek.

To nie jest walka dwóch partii

Wędrówkę po meandrach indyjskiej polityki należy zacząć od przedstawienia ogólnej struktury władzy legislacyjnej tego państwa. Indie to republika związkowa, a zatem poszczególne stany mają swoje parlamenty i rządy. Ponadto, kraj ma parlament związkowy, którego władza i kompetencje obejmują całą republikę. Wyższa izba parlamentu, Radźja Sabha (Izba Stanów, o roli porównywalnej do naszego Senatu), wybierana jest w wyborach niebezpośrednich, zaś niższa, Lok Sabha (Izba Ludowa), wybierana jest raz na pięć lat w wyborach bezpośrednich przez obywateli całego państwa. Lok Sabha stanowi zatem odpowiednik naszego Sejmu. Jest ona najważniejszym ciałem ustawodawczym na poziomie ogólnokrajowym i dopiero co zakończone w Indiach wybory były wyborami do tej właśnie izby.

W zachodniej (i polskiej) prasie spotyka się często głosy, iż system polityczny Indii sprowadza się do walki między dwoma partiami: Kongresem i BJP. BJP, czyli Indyjska Partia Ludowa (hindi: Bharatiya Janta Party, wym. Bhartija Dźanta Parti), to partia prawicowa, odwołująca się do ideologii nacjonalizmu i hinduskiej ortodoksji. Jej podstawowym elektoratem są hinduskie wyższe kasty i klasy średnie z Indii północnych i środkowych. Kongres zaś, czyli Indyjski Kongres Narodowy (ang. Indian National Congress), jest partią centrolewicową, sekularną i opierającą się po części na głosach niższych kast i mniejszości. Jednakże sprowadzanie indyjskiej polityki do rywalizacji tych dwóch ugrupowań jest błędem, a przynajmniej uproszczeniem.

Kongres to partia, która odegrała kluczową rolę w wymierzonym w brytyjską władzę ruchu niepodległościowym, a po zrzuceniu brzemienia kolonializmu sprawowała niemal niepodzielne rządy w Indiach przez dwie dekady (lata 50. i 60.). Z czasem jednak jej popularność osłabła, a na scenie politycznej pojawili się liczni rywale – pod koniec lat 80. największym z nich stała się właśnie BJP. W rzeczywistości jednak już od tego okresu obydwie partie miały coraz mniejsze szanse, by rządzić samodzielnie.

Z każdym rokiem postępowało bowiem rozdrabnianie indyjskiego systemu politycznego. W roku 1984 do Lok Sabhy kandydowały 33 partie, z czego sukces odniosło 20 ugrupowań, zaś w roku 2004 udział w wyborach wzięło aż 230 partii, z czego mandaty zdobyły 35.[i] Istnieje coraz więcej partii regionalnych, które działają np. tylko w obrębie jednego stanu, ale mogą w nim uzyskać większość, albo nawet komplet głosów. W większości indyjskich stanów partie regionalne od lat skutecznie podgryzały elektorat największych partii, stając się ostatecznie znaczącą siłą polityczną. Jest rzeczą zupełnie oczywistą, iż na owo rozrastanie się partii regionalnych znaczny wpływ miał istnienie głębokich podziałów w społeczeństwie indyjskim: różnic religijnych, etnicznych, językowych i kastowych. Według wielu analityków minie dużo czasu zanim jakiejkolwiek indyjskiej partii uda się zdobyć większość w parlamencie związkowym.

Odpowiedź jest tylko jedna: sojusze. Te zaczynają się już od poziomu lokalnego. Gdy któraś z największych indyjskich partii nie ma możliwości samodzielnego zwycięstwa w danym stanie, wchodzi w układy z partiami regionalnymi. Tak powstaje regionalny sojusz, złożony z np. z dwóch lub trzech partii. W niektórych stanach (takich jak np. Tamilnadu) BJP i Kongres bez trzymania się swoich regionalnych sojuszników praktycznie by nie istniały. Wybory do parlamentu związkowego zaś stanowią sumę tych wszystkich politycznych zależności. Ponieważ tu liczą się głosy mieszkańców całego kraju, największe partie starają się utworzyć jak najszerszy sojusz, zbierając pod swoimi skrzydłami regionalnych sojuszników z poszczególnych stanów. Na poziomie parlamentu związkowego powstają zatem ogromne sojusze, złożone z kilku lub kilkunastu partii – i tylko one mają obecnie szansę zdobywania większości.

I tak na przykład sojusz, któremu od lat przewodzi Kongres, nosi nazwę United Progressive Alliance (Zjednoczony Sojusz Progresywny, UPA). Grupa partii, w której pierwsze skrzypce gra BJP, nazywa się National Democratic Alliance (Narodowy Sojusz Demokratyczny, NDA). Te dwa sojusze mają obecnie najwięcej do powiedzenia i stąd też często myli się je z ich najważniejszymi partiami, stawiając znak równości między UPA a Kongresem i między NDA a BJP.

Obecne może się zdarzyć tak, iż sojusz nie wystarcza i do posiadania większości sojusz partii musi utworzyć koalicję z innymi partiami i sojuszami. Tak musiał uczynić sojusz UPA, gdy wygrał wybory 2004 r. Koalicja jak to koalicja – im szersza, tym mniej wyraźny jej ideologiczny profil. UPA przekonało się o tym bardzo boleśnie. W roku 2008 rząd indyjski podpisał z USA umowę pozwalającą na zakup od Waszyngtonu nuklearnego paliwa, technologii i reaktorów. Choć dla wielu członków rządu był to ogromny sukces, partie skrajnie lewicowe i komunistyczne umową tą oprotestowały. Nie w smak im było wchodzenie Indii w tak dalekie układy ze znienawidzonymi przez nich Amerykanami. Ugrupowania te z trzaśnięciem drzwi opuściły koalicję z UPA. Do wyborów 2009 r. utworzyły swój własny sojusz, nazywając go po prostu Trzecim Frontem (Third Front)[ii]. Jednak nawet i on nie jest spójny poglądowo, albowiem przed wyborami i do niego dołączyły partie regionalne o innej niż komunistyczna ideologii.

Kiedy zatem w 2009 ruszyła machina wyborcza w największej demokracji świata, rozgrywka toczyła się między trzema wielkimi sojuszami (UPA, NDA, Trzeci Front)… a jakby tego mało, w elekcjach wziął udział Czwarty Front (Fourth Front, sojusz partii regionalnych, dużo mniej znaczący od trzech poprzednich), a także rzesza innych partii, niepołączonych w sojusze, a do tego jeszcze nienależący do żadnej partii kandydaci niezależni. Ten galimatias przyprawiał o ból głowy nawet indyjskich politologów i wielu z nich przewidywało wyborczy impas, w którym żaden z sojuszy nie osiągnąłby przekonującej przewagi.

,,Jay Ho’’ vs ,,Bhay Ho’’

Skoro w latach 2004-2009 władza należała do UPA, oczywistym było, iż w kampanii wyborczej sojusz ten zastosuje propagandę sukcesu, podczas gdy opozycja będzie wytykać dotychczas rządzącym wszystkie ich błędy.

Chociaż najważniejszą osobą w Kongresie jest od dawna Sonia Gandhi[iii], sprawuje ona władzę z tylnego siedzenia, a tekę premiera na kadencję 2004-2009 powierzono członkowi Kongresu o imieniu Manmohan Singh. Ów siedemdziesięciosześcioletni wyznawca sikhizmu i absolwent Cambridge jest z wykształcenia ekonomistą. Na początku lat 90. był on ministrem gospodarki, i piastując tą funkcję zliberalizował indyjską ekonomię po dekadach gospodarki socjalistycznej. Kiedy jednak na lata 2004-2009 powierzono mu stanowisko premiera, jednym z głównych celów UPA w obszarze gospodarki okazało się socjalne rozdawnictwo: anulowano długi wielu rolników, obniżono ceny na ryż w sklepach rządowych, zatwierdzono program mający zwiększyć zagwarantowanie zatrudnienia na wsi[iv]. Nawet jeśli taka działalność wydaje się sprzeczna z reformami Singha z początku lat 90., UPA mogło ją skutecznie wykorzystać do mobilizowania wyborców podczas kampanii wyborczej 2009 r.

Ale i opozycja nie mogła narzekać na brak pretekstów do krytykowania rządu. Najwięcej okazji do tego dały wydarzenia roku 2008 r. Po pierwsze, na świecie zaczął się ekonomiczny kryzys, który z czasem musiał odcisnąć swoje piętno i na indyjskiej gospodarce. Chociaż jeszcze w pierwszych miesiącach recesja była w Indiach mało odczuwalna, z czasem, szczególnie w 2009 r. gospodarka kraju nagle zwolniła.  Utrzymujący się przez niemal całe rządy UPA wysokie tempo rozwoju spadło z poziomu 9% w skali roku (w 2007) do 7% w 2008.[v] Stało się to zatem w zasadzie tuż przed wyborami – rywale UPA nie mogliby oczekiwać lepszego prezentu.

Ponadto, w listopadzie 2008 r. doszło do dokonanych przez muzułmańskich fanatyków strasznych zamachów w Mumbaju. Kiedy zatem w ogniu przedwyborczej walki Kongres ogłosił, iż piosenką wyborczą partii będzie piosenka z filmu Slumdog. Milioner z ulicy pt. Jay ho (wym. Dźej ho, ,,Niech będzie zwycięstwo!’’ lub ,,Niech żyje!’’) BJP odpowiedziało, iż stworzy własną piosenkę o nazwie Bhay ho (wym. Bhej ho), czyli ,,Niech będzie strach’’.[vi] Było to doskonałe hasło wyborcze. Listopadowe zamachy skompromitowały rządzącą UPA i indyjskie służby bezpieczeństwa. Cios dla rządu był tym większy, iż po wcześniejszych zamachach w Delhi (dokonanych we wrześniu 2008 r.) BJP wzywało do radykalnej reformy tychże służb, poprzez stworzenie nowej super-instytucji do walki z terroryzmem. UPA jednak projekt taki odrzuciło, twierdząc, że wystarczy zwiększenie możliwości dotychczasowego aparatu bezpieczeństwa. Dokonana rok później rzeź w Mumbaju pokazała, iż był to najwyraźniej koszmarny błąd. BJP wyśmienicie przypomniało o tym wyborcom sugerując, iż jeśli UPA znów zdobędzie władzę, powrócą strach i terroryzm.

Kolejną ogólnoindyjską kwestią była wspomniana umowa nuklearna z USA. W swojej kampanii wyborczej nie omieszkali przypomnieć jej komuniści z Trzeciego Frontu Tu jednak głosy opozycji nie były tak jednolite. W przeciwieństwie do skrajnej lewicy, BJP jest w równym stopniu zwolennikiem współpracy z Amerykanami co Kongres i prawdopodobnie taka sama umowa zostałaby podpisana za rządów NDA. Niezależnie jednak od tego ostatniego czynnika, mogłoby się wydawać, iż z takimi wyborczymi atutami w ręku, jak początki recesji w Indiach i zamachy w Mumbaju (a także szereg poprzednich zamachów, na które rząd nie zareagował dość zdecydowanie) NDA miało realną szansę odebrania UPA władzy. Stało się jednak zupełnie inaczej.

Singh is King!… Again!

Szesnastego maja 2009 roku, czyli w dniu ogłoszeniu wyników, indyjski wyborca po raz kolejny zaskoczył analityków. UPA uzyskało łącznie aż 262 mandaty, ponadto sam Kongres jako partia osiągnął świetny wynik: do Lok Sabhy weszło 206 posłów tego ugrupowania. NDA nie zdobyło łącznie nawet 160 mandatów, a Trzeci Front został wręcz zdziesiątkowany[vii] Ponieważ potrzebna do rządzenia większość to 272[viii], UPA brakuje do uzyskania większości jedynie 10 mandatów.[ix] To oznacza, że sojusz ma dużo lepszą sytuację niż w 2004 r. – wtedy zdobył większość z pomocą partii skrajnie lewicowych, teraz zaś proszenie ich o ponowne wstąpienie do koalicji nie będzie konieczne. Dosztukowanie brakujących dziesięciu mandatów (a nawet ich dużo większej ilości) nie było wielkim problemem. Nic dziwnego, że wkrótce po ogłoszeniu wyników wyborów niektórzy zwolennicy Kongresu wylegli na ulice śpiewając ,,Singh is king’’ (Singh jest królem!). Było to nawiązanie do tytułu znanego indyjskiego filmu, a równocześnie do nazwiska dotychczasowego premiera[x]. I rzeczywiście: wkrótce Manmohan Singh po raz drugi założył koronę premiera.

Stała się zatem rzecz dość niezwykła. Właśnie teraz, gdy indyjska scena polityczna scena jest najbardziej podzielona a rola regionalnych partii największa, jedna partia (Kongres) zdobyła najwięcej mandatów od początku lat 90. Ponadto, po raz pierwszy od dawna Indie będą miały tych samych rządzących i tego samego premiera przez dwie pełne kadencje, czyli dziesięć lat. Od razu podniosły się głosy, iż świetny wynik Kongresu zapowiada odwrócenie się dotychczasowych tendencji: regionalne partie będą teraz tracić na znaczeniu a największe partie będą mogły znowu rządzić samodzielnie. Te oceny wydają się jednak nietrafne, a przynajmniej przedwczesne: chociaż 206 mandatów Kongresu jest wynikiem świetnym, jest to przecież nadal 56 za mało by rządzić samodzielnie. Kongres wygrał nie tylko dzięki własnej kampanii, ale dzięki zwycięstwu jego regionalnych sojuszników, a także dzięki klęsce regionalnych i ogólnoindyjskich rywali. I tak na przykład w Zachodnim Bengalu Trinamool Congress (członek UPA) uzyskał zdecydowaną przewagę nad Komunistyczną Partią Indii (Marksistowską) z Trzeciego Frontu.[xi] W Tamilnadu partia DMK (UPA), odniosła zaskakujący sukces nad najpoważniejszym rywalem: AIADMK (Trzeci Front).[xii] Przyklady te można mnożyć.

Jak widać, o jednowładztwie Kongresu na razie nie ma mowy: tak jak teraz wiele układów regionalnych pozwoliło UPA zwyciężyć, tak w przyszłości mogą one spowodować jego klęskę. Co jednak stało się z tymi ogólnoindyjskimi czynnikami, które wydawały się mocno pogrążać UPA?

Pokrótce: o wyniku indyjskich wyborów w dużo większym stopniu zadecydowała sytuacja indyjskich rolników i najniżej sytuowanych grup społecznych, niż polityka międzynarodowa[xiii], bezpieczeństwo wewnętrzne wielkich miast czy możliwości wielkich i średnich firm indyjskich. Nie jest to tak zaskakujące, jeśli pamiętamy, że w Indiach nadal ponad połowa ludności mieszka na wsi. I tak np. zamachy w Mumbaju były z pewnością szokiem wszędzie, ale trudno się spodziewać, by odegrały kluczową rolę w decyzjach wyborczych elektoratu ze stanów tak odległych jak Tamilnadu czy Asam. Ba, najpewniej nie odegrały one nawet kluczowej roli w decyzjach wyborczych np. chłopa z Maharasztry mieszkającego, dajmy na to, kilkadziesiąt kilometrów od miasta Mumbaj. Dla osoby takiej rządowy plan pomocy dla wsi ma większe znaczenie niż terrorystyczny atak na mumbajski hotel Oberoi. A wielu mieszkańców wsi bez wątpienia na rządach UPA skorzystało: ocenia się, że w ostatnich latach roczny współczynnik wzrostu indyjskiego rolnictwa wynosił 4.5%, co na warunki indyjskie jest rezultatem doskonałym.[xiv]

Kiedy jednak przegląda się powyborcze reakcje, nie sposób nie zauważyć, iż także indyjski świat biznesu z radością przyjął wiadomość o zdecydowanym sukcesie UPA.[xv] Oczekuje on, iż teraz Singh wróci do liberalizacji gospodarki. Ktoś może spytać: o co tu właściwie chodzi? Jak Kongres i całe UPA może równocześnie cieszyć się poparciem rolników i grup upośledzonych społecznie (korzystających z socjalnego rozdawnictwa) i firm (liczących na dalszą liberalizację gospodarki)?

Po pierwsze, UPA jest teraz w innej sytuacji. Będzie w stanie rządzić bez skrajnej lewicy, a pozostawanie z nią w koalicji za kadencji 2004-2009 w praktyce uniemożliwiało jakiekolwiek liberalne rozwiązania gospodarcze. Po drugie, ogromną rolę odegrał zapewne wybór Singha na premiera w 2004 r. Chociaż jego rząd zajmował się między innymi pomocą wsi i biednym, wielkie firmy najwyraźniej wciąż pamiętały, iż to właśnie Singh na początku lat 90. otworzył gospodarkę kraju, jego nazwisko jest zatem dla firm symbolem ich obecnego dobrobytu (nawet jeśli reformy tamtych czasów nigdy nie zostały ponownie w takiej skali rozwinięte). Biznesmeni obdarzają zatem Singha zaufaniem, mając nadzieję, że jeszcze wróci do liberalizowania gospodarki. Dla nich zatem Singh jest rzeczywiście królem – nawet jeśli królową i faktyczną władczynią jest Sonia Gandhi.

Jak długo jednak UPA pozostanie takim ekonomicznym Janusem? Czy zawsze będzie możliwe pogodzenie oczekiwań obydwu elektoratów? Na przykład za ostatniej kadencji UPA zatwierdziło utworzenie w Indiach 250 Specjalnych Stref Ekonomicznych (Special Economic Zone, SEZ) dla wielkich firm.[xvi] Ale każda taka strefa musi powstać na jakimś terenie; w sposób nieunikniony zapewne przynajmniej część powstałaby na ziemi uprawnej, na czyichś polach. Ponadto, stworzenie stref industrialnych wymaga znalezienia siły roboczej – ta jest przede wszystkim na wsi. Pytanie, jak rząd zamierzałby równocześnie wspierać rolnictwo i poszukiwać na wsi robotników do pracy w nowych obszarach industrialnych. Tak czy inaczej, ta dwoista strategia UPA sprawdziła się przynajmniej na czas tych wyborów: pozwoliła ona podebrać potencjalny elektorat zarówno prawicy, jak i skrajnej lewicy.

Swoją rolę, jak zawsze, odegrał też czynnik muzułmański. Muzułmanie stanowią 13.4% populacji Indii, a więc są znaczącą częścią elektoratu. Jak dotąd, indyjskich muzułmanów podczas wyborów łączyła tylko jedna rzecz: niegłosowanie na BJP i inne skrajnie hinduskie, antymuzułmańskie partie. Ponieważ nie ma jednej silnej partii, z którą mniejszość muzułmańska mogłaby się utożsamić, głosy wyznawców islamu rozkładają się zazwyczaj między różne podkreślające sekularyzm ugrupowania (jak np. Kongres czy Samajwadi Party). Tak najpewniej stało się i tym razem. Z kolei fakt, iż Manmohan Singh jest sikhem pozwolił zapewne mu uzyskać wiele głosów od członków swojej wspólnoty.

O zwycięstwie UPA zdecydowały nie tylko czynniki ogólnoindyjskie i regionalne, ale także wewnątrzpartyjne. Od lat mówi się, iż BJP jest osłabione brakiem młodych polityków na najwyższych szczeblach partii. Najważniejsza osoba w ugrupowaniu, L.K. Advani, ma 81  lat. W porównaniu z nim szara eminencja Kongresu, sześćdziesięciotrzyletnia Sonia Gandhi, to młoda krew! BJP musi wreszcie pozwolić młodszym pokoleniom działaczu dojść do głosu. Kongres tymczasem rozumie to doskonale. Jednym z najaktywniejszych polityków kampanii wyborczej był Rahul Gandhi, członek Kongresu i syn Sonii Gandhi. Ma on 38 lat, a zatem łatwo identyfikowali się z nim najmłodsi wyborcy. Ponieważ aż 24% uprawnionych do głosowania było w wieku poniżej 35 lat[xvii], czynnik ten z pewnością miał wielkie znaczenie (przynajmniej w stanie, w którym Rahul kandydował – Uttar Pradeś). Niektórzy twierdzili nawet, iż po wyborach Rahul dostanie posadę premiera, ale Sonia Gandhi temu zaprzeczyła. I nie to jest najważniejsze: młody polityk zdobył teraz ostrogi podczas licznych politycznych wieców, teraz zaś może nabrać dodatkowego doświadczenia otrzymawszy w rządzie jakąś inną posadę. W ten sposób Kongres wychowuje sobie kolejnego przywódcę i kolejnego kandydata na premiera (kto wie, czy nie już na następną kadencję). Mając to na uwadze, BJP potrzebuje jak najszybciej zatroszczyć się o swoich odpowiedników Rahula Gandhiego, o młode wilki, które byłyby twarzą partii dla najmłodszego elektoratu, ale także o odpowiedników Manmohana Singha, technokratów i ekonomistów, którzy byliby twarzą partii dla indyjskiego świata biznesu. Jak dotąd na kluczowych stanowiskach BJP brak i jednych i drugich.

Często też można spotkać się z konstatacją, iż BJP przegrało, gdyż partia ta oparta jest na ideologii religijnej i nacjonalistycznej. Podaje się tu przykłady niesławnej antymuzułmańskiej mowy wyborczej wygłoszonej przez kandydata BJP Varuna Gandhiego, a także podanie Narendra Modiego, oskarżanego o organizację pogromu muzułmanów w stanie Gudźarat, jako ewentualnego kandydata partii na stanowisko premiera. Jednak ta argumentacja wydaje się nietrafna. BJP zawsze sięgało po hasła religijne i nacjonalistyczne, a mimo to sojusz NDA był w stanie wygrywać wybory. Problem BJP w tej kampanii polegał raczej na tym, iż partia ta nie potrafiła wykorzystać atutów innych niż własna ideologia i krytyka dotychczasowego rządu.

Największa demokracja a losy świata

Zwycięstwo UPA niesie ze sobą szereg implikacji – nie tylko dla Indii, ale i dla świata, w tym i Polski. Pierwszym czynnikiem jest ekonomia. Jeśli sprawdzą się powyborcze prognozy, że teraz premier Singh będzie mógł powrócić do liberalizowania gospodarki, to skorzystać może na tym – choćby i w małym stopniu – także polska ekonomia. Wprowadzenie rozwiązań takich jak specjalne strefy ekonomiczne może być okazją dla niektórych firm polskich, ale przede wszystkim dalszy rozwój firm indyjskich będzie zapewne oznaczał, iż kolejne z nich mogą szukać możliwości działania w Europie Wschodniej. Nie zapominajmy również, iż w trakcie wyborów gościliśmy u nas prezydent Indii, Pratibhę Patil. W czasie swojego wyjazdu odwiedziła ona tylko dwa europejskie państwa: Hiszpanię i Polskę. Wizyta zaowocowała obietnicą rozwoju współpracy między Warszawą a New Delhi na różnych obszarach. Podkreślmy, iż Patil wywodzi się z Kongresu i została wybrana na swoją posadę głosami posłów UPA – a więc reprezentuje ona ludzi, którzy właśnie ponownie wygrali wybory i będą nadal decydować o polityce zagranicznej Indii.

Sprawiedliwie byłoby jednak dodać, że ten akurat czynnik nie musiałby ulec zmianie w razie zwycięstwa NDA. Także i kluczowa w tym sojuszu BJP, mimo swoich związków z hinduskimi ortodoksami, jest obecnie zwolenniczką liberalnej gospodarki. Dalszą liberalizację w największym stopniu wstrzymałyby partie komunistyczne z Trzeciego Frontu, których rządy nie wydają się jednak w najbliższym czasie prawdopodobne.

Polityka międzynarodowa rządu UPA ma też ogromne znaczenie dla stabilności Azji Południowej – chodzi tu o takie czynniki jak ciągły konflikt Indii z Pakistanem, wpływ obu państw na konflikt w Afganistanie, czy rywalizacja chińsko-indyjska. Te czynniki z kolei przekładają się na procesy globalne. Z tej perspektywy reakcja rządu UPA na zamachy w Mumbaju wydała się mieć znaczenie pozytywne. Ponieważ ataków dokonali terroryści z Pakistanu, obawiano się, iż New Delhi oskarży o ich organizację Islamabad, co groziło otwartym konfliktem (i tego właśnie mogli chcieć terroryści). Reakcja rządu UPA była w gruncie rzeczy bardzo stonowana: nie wywarto na rządzie Pakistanu zbyt dużej presji, powstrzymano się przed czynami zbrojnymi. Gdyby bowiem to uczyniono, rząd w Islamabadzie mógłby upaść, z czego najbardziej skorzystaliby właśnie pakistańscy fundamentaliści. Jeśli w przyszłości podobne zamachy się powtórzą (a jest to wielce prawdopodobne) to dotychczasowa polityka UPA wobec Pakistanu może zapobiegać prawdziwemu kryzysowi w Azji Południowej. Należy jednak dodać, iż wcale nie wiadomo, czy gdyby do zamachów doszło za rządów NDA, reakcja Indii rzeczywiście byłaby ostrzejsza. Chociaż BJP często ciska mocno antypakistańskimi hasłami, jest to jednak głównie retoryka.

Z drugiej strony, niepokojem może napełniać fakt, iż mimo licznych zamachów w 2007 r. rząd UPA nie zdecydował się na radykalną reformę służb bezpieczeństwa, co miało przełożenie na kolejne zamachy (Delhi, wrzesień 2008, Mumbaj, listopad 2008). Ostatecznie jednak po tych drugich UPA obiecało stworzenie nowych instytucji do walki z zagrożeniami wewnętrznymi: pozostaje mieć nadzieję, iż nie było to jedynie przedwyborcze hasło i że reforma taka doprowadzi do realnej poprawy funkcjonowania indyjskich służb specjalnych. Nie trzeba tłumaczyć, że reforma taka miałaby wpływ nie tylko na bezpieczeństwo wewnętrzne Indii i stabilność całej Azji Południowej, ale także na bezpieczeństwo polskich turystów przybywających do Indii.

Obecne wybory mogą się okazać ważnym momentem w historii republiki Indii. Po raz pierwszy od dawna rządzący zostali wybrani na drugą kadencję, mogą wiec kontynuować rozpoczęte przez siebie procesy. Przede wszystkim zaś sojusz UPA będzie teraz dużo mniej uzależniony od innych koalicyjnych partnerów, ma zatem okazje na przeprowadzenie bardzo gruntownych reform w państwie. UPA powinno sobie jednak zdawać sprawę, iż teraz oczekiwania elektoratu będą równie wielkie jak możliwości nowego rządu.


[i] P.S. Ghosh, Politics of Personal Law in India, [w:] South Asia Research, tom 29, nr. 1, ss. 1-17 (2009) i  Democracy with Indian Characterisics, The Globalist, 18 May 2009,

http://www.theglobalist.com/StoryId.aspx?StoryId=7755

[ii] W wyborach 2004 partie te występowały pod nazwą Left Front (Front Lewicowy).

[iii] Sonia Gandhi jest włoską wdową po Rajivie Gandhim (wym. Radźiw Gandhi), synu Indiry Gandhi.

[iv] Por. np. E. Wax, Voters Tell India’s Ruling Party to Persevere, Washington Post, 17 maja 2009,

http://www.washingtonpost.com/wp-dyn/content/article/2009/05/16/AR2009051600223_2.html?wprss=rss_world&sid=ST2009051601408

[v] Por. A. Chopra, Why India’s Ruling Party Triumphed, The Christian Science Monitor, 17 maj 2009,

http://www.csmonitor.com/2009/0517/p06s04-wosc.html

[vi] भाजपाभय हो

से करेगी चुनाव प्रचार, BBC Hindi, 29 Marca 2009,

http://www.bbc.co.uk/hindi/regionalnews/story/2009/03/090329_bjp_bhayho_arya.shtml.

[vii] Por. dane na: http://www.indian-elections.com i http://news.bbc.co.uk/2/hi/south_asia/8051633.stm.

[viii] Pełna liczba mandatów to 545, jednak dwóch posłów Lok Sabhy wybieranych jest przez nominacje prezydenckie, nie zas wybory. Ich mandaty nie są liczone przy określaniu koniecznej do rządzenia większości, dlatego wynosi ona połowę z 543, czyli 272 mandaty.

[ix] ÁæÎé§ü ¥æ¢·Ç¸ð ·ð çÜ° vØô´ ÕðçÈ·ý ãñ ØêÂè°!, Amar Ujala, 18 maja 2009,

http://www.amarujala.com/today/natnews.asp?nat=19nati2d.asp.

[x] Film ten nosi nazwę ,,Singh is Kinng’’. Można dodać, iż jedna z piosenek z tego filmu, wykonywana przez Snoop Doggy Doga, gościła swego czasu i na niektórych polskich listach przebojów.

,,Singh is Kinng’’ opowiada o perypetiach sikha. Ponieważ jednak każdy sikh nosi nazwisko Singh (,,Lew’’), nosi je również wyznający sikhizm premier Manmohan Singh.

[xi] http://www.indian-elections.com/westbengal/

[xii] http://www.indian-elections.com/tamilnadu/

[xiii] Obecność kwestii z sytuacji międzynarodowej nie sprowadza się oczywiście do zagadnień umowy atomowej z USA i zamachów w Mumbaju. Kiedy w Indiach przez miesiąc odbywały się wybory, niemal u każdego z ich sąsiadów wrzało. W Pakistanie upadł rozejm podpisany z talibami w dolinie Swat i w walce z rządowym wojskiem bojownicy znaleźli się bliżej niż kiedykolwiek. W Nepalu odwołano wysokiego rangą oficera (którego wspierać miały potajemnie Indie), a związane z tym przepychanki doprowadziły do kolejnego już kryzysu politycznego. Na Sri Lance trwała zbierająca straszne żniwo wojna sił rządowych z Tamilskimi Tygrysami. Teoretycznie każdy z tych czynników powinien pomagać rywalom UPA. BJP jest zwolennikiem, przynajmniej na poziomie deklaracji, ostrzejszego zaangażowanie Indii w sprawy Pakistanu i Nepal. Z kolei do walk na Sri Lance nawiązała przywódczyni partii tamilskiej partii AIADMK (zrzeszonej na czas tych wyborów z komunistami z Trzeciego Frontu), głosząc się zwolenniczką utworzenia osobnego państwa tamilskiego na tej sąsiadującej z Indiami wyspie. Takie podejście mogło zwiększyć liczbę jej zwolenników pośród radykalnych Tamili.

A jednak stało się inaczej – i BJP i AIADMK poniosły klęski.

[xiv] A. Chopra, op. cit.

[xv] यूपीए की वापसी से उद्योग जगत ख़ुश, BBC Hindi, 17 maja 2009,

http://www.bbc.co.uk/hindi/indiaelection/story/2009/05/090516_industry_reaction_awa.shtml.

[xvi] A. Chopra, op. cit.

[xvii] http://news.bbc.co.uk/2/hi/south_asia/7972675.stm

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Singh is King! Again… Reviewed by on 14 czerwca 2009 .

16 maja 2009 r. ogłoszono wyniki trwających miesiąc wyborów do Lok Sabhy, niższej izby parlamentu związkowego republiki Indii. Zwycięstwo odniósł w nich sojusz partii o nazwie United Progressive Alliance. Dlaczego tak się stało i co to oznacza – zastanawia się Krzysztof Iwanek. To nie jest walka dwóch partii Wędrówkę po meandrach indyjskiej polityki należy zacząć

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

komentarzy 9

  • Tez kiedyś ogarniałam podobne rzeczy. Niestety w tym momencie mam już dużo mniej czasu. Szkoda :9

  • ,,to czemu od razu nie zapisywać “Mombej”? ”

    Ale przecież tam jest krótkie ,,a” i długie ,,i” (मुंबई) a nie krótkie ,,a” i ,,y”. Dlaczego zatem mielibyśmy tutaj zapisywać przez ,,ej”?

    Co do Janata – ale przecież zaznaczyłem, że chodzi o wymowę – a faktyczna wymowa nie musi mieć wiele wspólnego z zapisem angielskim.
    Tak jak np. bywa w angielskich artykułach, gdy podają wymowę obcych nazw, np. pojawia się nazwisko Nowak, a w nawiasie piszą (pronounced: Noh-vack). Owa wymowa w nawiasie nie ma nic wspólnego z zapisem polskim, nie jest też przyjęta w angielskim jako standardowy zapis – to jedynie pomoc, która pozwala angielskiemu czytelnikowi wyobrazić sobie polską wymowę.

  • Jeżeli już mamy popadać w skrajności, to czemu od razu nie zapisywać „Mombej”? Bo – mimo że nie jest to dyftong – wymowa wypada gdzieś pomiędzy „a” a „e”, czasami wręcz jest to wyraźne „e”. Proszę mnie źle nie zrozumieć – jestem jak najbardziej za tym, żeby wprowadzić nazwę „Mombaj” jako tę właściwą… po prostu w tej chwili nie jest ona obowiązującą normą, a miasto to należy nazywać w języku polskim „Bombajem”.

    „Janaty” się przyczepię jeszcze raz – przecież ona nie jest zapisana po polsku, więc argument o niezapisywaniu w języku polskim „wypadającego” „a” nie jest do końca trafiony. Jeżeli uznajemy, że „po polsku” zapisujemy nazwę partii zgodnie z takimi zasadami, jakie obowiązują w stosunku do nazwisk indyjskich, to zapiszemy ją „po angielsku”, czyli „Janata”, jak partia zresztą sama się zapisuje; jeżeli chcemy ją zapisać tak „po polsku”, jak zapisujemy rzeczowniki pospolite, to nie zapiszemy nazwy przez „J”.

  • Co do ,,a” w Janata – to przecież przyjęło sie, że tego wypadającego a po polsku nie zapisujemy. W przeciwnym razie pisalibyśmy Śimala, Dehara Dun, Guragaon, zamiast Śimla, Dehra Dun, Gurgaon.

    Co do a bhay i jay -żeby nie być gołosłownym, powołam się na autorytet:
    Snell i Weigthman, Teach Yourself Hindi, str. 16

    ,,Inherent vowel + ya, as in समय samay ‚time’ and जय jay ‚victory’, is pronounced ai (indeed, the spellings समै samai and जै jai were once current)”

    Żeby było lepiej, tu nawet pojawił się
    dokładnie ten wyraz, o którym dyskutujemy.:)
    Jasne, że to ai na wschodzie pasa języka hindi nadal często jest wymawiane jako ai (może w wypadku bhay tak jest w tej piosence), ale na zachodzie już jako e/ej (tu z kolei kłania się podręcznik prof. Stasik, str. 10). I stąd to dźej/bhej.

    A co do nieuznawania zmiany z Bombaj na Mumbai: jak my byśmy się czuli, gdyby Rosjanie nadal używaliby nazwy Stalinogród, albo Anglicy nazwy People’s Republic of Poland na nasz kraj, gdyby nie dostowali swojej normy do naszych zmian nazewniczych?
    To skoro nie uznajemy zmian dokonywanych w Indiach, to może zamiast Republiki Indii używajmy dalej Indii Brytyjskich, a na obszar, gdzie znajduje się sporne miasto, mówmy dalej Prezydencja Bombajska?

    Zgaszam sie – ,,mówi się tak, jak się pisze”. I stąd powinniśmy indyjskie nazwy tak zapisywać, by wymowa była najbliższa indyjskiej.

  • Miło mi, że studiowaliśmy u tego samego indologa, który zresztą uważa mnie za wyjątkową marudę :) (jak pewnie i cały Zakład Azji Południowej), nadal się nie zgadzam, głównie jeżeli chodzi o „a” zarówno w „Janata”, jak i „bhay”/”jay” (myślę, że to „a” słychać wyraźnie w piosence, którą podlinkowałam, a w mojej głowie rodzi się po prostu pytanie po co komplikować ludziom odbiór i tak trudnych indyjskich terminów, skoro w sumie „mówi się tak, jak się pisze” ;)), bo Bombaj/Mumbai/Mumbaj jest kwestią sporną.

    Jeżeli chodzi o treść – cóż, z faktami trudno polemizować, a wszelkie domysły są na tyle ostrożne i logicznie wynikające z przesłanek, że ich podważanie również nie ma sensu. Ja zresztą zawsze wolałam język polski od polityki i dlatego właśnie o tych problemach napisałam.

  • Hasao, ależ my się nie kłócimy, tylko dyskutujemy:)
    A jeśli chodzi o temat naszych dyskusji – też wolałbym rozmawiać o podstawowej zawartości artykułu (tu również jestem otwarty na krytykę), nie o specjalistycznych kwestiach zapisu, ale cóż, odpowiadam na takie uwagi, jakie były:)

  • Ale klocicie sie! ciekaw jestem czy poza Wami i jeszcze kilkoma osobami w PL, ktos wie o co?

  • Ktoś musi się przyczepić, a znając mnie, to pewnie będę ja. ;) Jestem w 100% za szerzeniem wiedzy o Indiach pod warunkiem, że nie wprowadza się czytelników w błąd. Gdyby od artykułów o Indiach się roiło w polskich mediach, pewnie tak bardzo by mnie te błędy nie raziły, ale że okazje są rzadkie, to jednak warto zadbać o to, żeby wszystkie informacje były OK.

    Jest: Indyjska Partia Ludowa (hindi: Bharatiya Janta Party, wym. Bhartija Dźanta Parti)

    Powinno być: Indyjska Partia Ludowa (hindi: Bharatiya Janata Party, wym. Bhartija Dźanata Parti)

    Jest: doszło do dokonanych przez muzułmańskich fanatyków strasznych zamachów w Mumbaju

    Powinno być: doszło do dokonanych przez muzułmańskich fanatyków strasznych zamachów w Bombaju (nazwa Mumbai jest preferowana w języku angielskim, w polskim obowiązuje Bombaj, tak podaje chociażby Główny Urząd Geodezji i Kartografii w publikacji z 2005 r., w której nazwami indyjskimi zajął się porządny indolog)

    Jest: Jay ho (wym. Dźej ho, ,,Niech będzie zwycięstwo!’’ lub ,,Niech żyje!’’) BJP odpowiedziało, iż stworzy własną piosenkę o nazwie Bhay ho (wym. Bhej ho), czyli ,,Niech będzie strach’’.

    Powinno być: Jay ho (wym. Dźaj ho, ,,Niech będzie zwycięstwo!’’ lub ,,Niech żyje!’’) BJP odpowiedziało, iż stworzy własną piosenkę o nazwie Bhay ho (wym. Bhaj ho), czyli ,,Niech będzie strach’’. (możliwe, że regionalnie zdarza się „e”, ale w standardowym hindi to krótka samogłoska „a”, słychać to wyraźnie np. tu http://www.youtube.com/watch?v=E4Nodf1aetA )

    Jest: między Warszawą a New Delhi

    Powinno być: między Warszawą a Nowym Delhi (nazwa spolszczona już dawno się przyjęła, to trochę jak „między Warszawą a New Yorkiem”)

    Wiem, że to czepialstwo, ale sprawa szczególnie leży mi na sercu, bo właśnie kończę pracę magisterską o wyrazach pochodzących z języków indyjskich w polskiej prasie.

    • Dziękuję za uwagi. Ale pozwolę sobie w większośći kwestiach polemizować:

      ,,Powinno być: […] Bhartija Dźanata Parti)”

      Napisałem wszak ,,wym.” czyli jaka powinna być prawidłowa wymowa, a nie zapis.
      Zgodnie z zasadą w języku hindi, że w wyrazie minimum trójsylabowym krótkie a przed długą samogłoską wypada, wyraz Lud – Dźanata – wymawiany jest w hindi Dźanta.

      ,,Powinno być:[…] w Bombaju”

      Owszem, ta publikacja PANu jest mi znana (jak i owa osoba, która robiła indyjskie nazwy, którą zresztą bardzo cenię i która mnie uczyła), ale mam tutaj własne zdanie.
      Jeśli Indusi oficjalnie przemianowali np. Bombaj ma Mumbai czy Madras na Ćennai, to mi powinniśmy to uszanować. Czy też mamy uważać, że dokonane przez nich zmiany w nazewnictwie, poprzez co pozbywają sie w niektórych wypadkach kolonialnych naleciałości, nie mają dla nas żadnego znaczenia, bo my tu, w Polsce, wiemy lepiej?

      ,,Powinno być: […] (wym. Dźaj ho, […](wym. Bhaj ho) […] (możliwe, że regionalnie zdarza się “e”, ale w standardowym hindi to krótka samogłoska “a”,”

      W hindi, gdy mamy do czynienia z krótkim a przed j na końcu wyrazu to wymowa zazwyczaj jest właśnie ,,e”. Co można w Indiach powszechnie usłyszeć. Wystarczy usłyszeć jak wymawiają imię Jay (to samo słowo co jay z piosenki).
      Jak zaznaczyłem, podaję tutaj wymowę, nie zapis, a taka właśnie jest wymowa.

      ,,Powinno być: […] Nowym Delhi”

      Tu, i w zasadzie tylko tu:), przyznaję rację. Powinno być Nowe Delhi, bo tak się rzeczywiście przyjęło. Przyznaję się do błędu.

      Pozdrawiam
      KI

Odpowiedz na „super zabawkiAnuluj pisanie odpowiedzi