Chiny,Polecane

Sergiusz Prokurat w „Gazecie Finansowej”: Przedsiębiorczości moglibyśmy się uczyć od Chin

W 20 lat po przemianach gospodarczych niemal zapomnieliśmy, skąd bierze się zjawisko przedsiębiorczości. W centrum Warszawy setki urzędników różnych instytucji, zarządzających dotacjami i subwencjami dla przedsiębiorców, jada lunch w okolicznych chińskich i wietnamskich knajpkach, które jak grzyby po deszczu pojawiają się tam, gdzie jest na nie zapotrzebowanie. Obecnie to Azjaci są bardziej przedsiębiorczy niż my, Polacy, bo wiedzą, że w życiu sukces osiąga się ciężką pracą a nie wnioskiem do jakiejkolwiek instytucji pośredniczącej.

O ile USA i Unia Europejska pogrążyły się w zapaści gospodarczej, państwa rozwijającej się Azji utrzymały, nawet w kryzysowym roku 2009, dosyć wysokie tempo wzrostu. W Azji, w przeciwieństwie do Europy i USA, główną przyczyną spowolnienia gospodarczego jest malejący popyt Zachodu na eksportowane produkty. Mimo to Azjaci wciąż chcą produkować i pragną, aby ich ciężka praca, umiejętności adaptacyjne czy „przedsiębiorczy duch”, sprawiający, że połowa produktów codziennego użytku pochodzi z tego kontynentu, były wydajnie i efektywnie wykorzystywane.

Mitologizacja ustawy Wilczka

W 1989 roku, po upadku komunizmu, przez bardzo krótki okres, byliśmy równie przedsiębiorczy co Azjaci i gotowi byliśmy ciężko pracować na sukces. Rząd Tadeusza Mazowieckego właśnie w przedsiębiorczości szukał szansy na szybkie dorównanie Zachodowi, ale doświadczyło tego tylko jedno pokolenie, na przedstawicieli którego teraz zazdrośnie spoglądają pokolenia następne. Wielkim powodzeniem cieszyły się wtedy targi na otwartym powietrzu, a Polacy ochoczo rozpoczynali swoją pierwszą po długim czasie lekcję z dziedziny przedsiębiorczości. I to od razu z sukcesem. W tym czasie rząd zniósł wszelkie koncesje, bariery, zezwolenia dla osób prowadzących własną działalność. Koncesje obowiązywały tylko na broń, wódkę, narkotyki i leki. Do dziś istnieje silna mitologizacja ustawy Wilczka, jako niedościgniony wzór regulacji, dającej najwięcej wolności gospodarczej polskim przedsiębiorcom. Jest to co najmniej paradoks, że dwadzieścia lat demokratycznej gospodarki rynkowej i wiele programów kolejnych rządów sprawiło, że w chwili obecnej najważniejszym zadaniem przedsiębiorcy jest poprawnie napisać wniosek i odstać swoje w kolejce po dotacje do którejkolwiek instytucji pośredniczącej. Prowadzi to do licznych absurdów. Normą są dotacje dla studentów dziennych wyższych uczelni, mimo iż zgodnie z prawem nie mogą oni się o nie starać, albowiem Wojewódzkie Urzędy Pracy nie mają z wyższymi szkołami żadnego kontaktu. Często w najróżniejszych instytucjach decyduje kolejność zgłoszeń a nie merytoryka pomysłu, a całość dopełnia zespół reguł promujący tych, którzy na te dotacje najmniej zasłużyli (np. długotrwale bezrobotni).

Ostatnie 60 lat historii Chin
Nie jesteśmy pierwszym krajem, który przechodził transformację ustrojową i też nie pierwszym, w którym przedsiębiorczość ludzka grała główne skrzypce w rozwoju gospodarczym. Ostatnie 60 lat historii Chin pokazuje, jak bardzo ważne jest, aby pozwolić społeczeństwu działać. Ten okres chińskiej historii można podzielić na dwa etapy. Pierwszy, raczej smutny i przygnębiający, pomiędzy 1949 a 1978 rokiem, gdy chińska biurokracja niemal zdemolowała nie tylko własną gospodarkę, ale też kulturę i prawo. Jeszcze na początku 1958 roku wierzono w „biurokratyczny cud”, którym miał być Wielki Skok Naprzód, a co skończyło się gigantyczną klęską głodu i śmiercią 60 milionów obywateli Chin. Drugi, podbudowujący, element historii Chin, pokazuje, że istnieje możliwość ucieczki z żelaznej klatki biurokratycznego myślenia. W 1978 roku głównymi aktorami przejścia z gospodarki centralnie planowanej do kapitalizmu (chińskiej wersji kapitalizmu) byli zwykli ludzie – przedsiębiorcy zakładający firmy, gdy pojawiły się dogodne warunki. Chiński cud gospodarczy rozwijał się skokowo, nie tak jak polski – nagle i bezceremonialnie. Naprawde dogodne okoliczności do prowadzenia działalności gospodarczej pojawiły się dopiero w 1990 roku i w latach 1990-1999 ilość przedsiębiorców w Chinach zwiększyła się kilkukrotnie. Mimo że szkielet reformy zaplanowany został przez „polityczną górę”, z Deng Xiaopingiem na czele, to sektor prywatny goniący za własnymi interesami wykonał gros pracy, tworząc dzisiejszą wschodzącą potęgę Chin.
O ile i w Polsce i w Chinach pojawiły się dość szybko duże inwestycje zagraniczne, charakteryzujące się wysoką wydajnością i jakością, co dawało im znaczącą przewagę wobec lokalnych przedsiębiorców, to nie z tego powodu polska przedsiębiorczość straciła impet, podczas gdy chińska trzyma się wciąż mocno. To szybko wzrastające koszta pracy, liczne ograniczenia w prowadzeniu działalności gospodarczej i społeczna demoralizacja najróżniejszymi dofinansowaniami skutecznie zabijają przedsiębiorczość.

Konkurencyjność chińskiej gospodarki

Pytanie o wartość pozapłacowych kosztów pracy jest zwykłym przedstawieniem dychotomii wolność – bezpieczeństwo. Konsekwencją większego bezpieczeństwa w Polsce jest obowiązkowe ubezpieczenie zdrowotne i społeczne, a więc obowiązkowe wysokie składki. W Chinach tymczasem nie więcej niż 15 proc. ogółu ludności posiada prawo do nieodpłatnej opieki społecznej a 20 proc. jest objętych ubezpieczeniem zdrowotnym, przy czym połowa ubezpieczonych Chińczyków leczy się prywatnie, nie płacąc dwukrotnie za niewydolny system i jednocześnie za prywatne ubezpieczenie zdrowotne, jak to ma miejsce w Polsce. W ten sposób Chiny utrzymują konkurencyjność własnej gospodarki, a ciężka praca tych obywateli, którzy pracują najciężej i najefektywniej, jest nagradzana przez rynek zarobkami, więc w konsekwencji często możliwością zakupu dobrowolnego ubezpieczenia zdrowotnego czy społecznego. W Polsce obciążenie wynagrodzeń wysokimi składkami jest barierą dla tworzenia nowych miejsc pracy oraz ma poważne konsekwencje dla rozwoju makroekonomicznego. Bezpośrednio wpływa na niski poziom zatrudnienia (zaledwie połowa osób w Polsce w wieku produkcyjnym pracuje), więc konstytuuje wzrost ogólnych obciążeń, z powodu obowiązku finansowania pozostałej części obywateli. Wysokie koszta pracy obniżają konkurencyjność polskiej gospodarki i tworzą przyczynek do powstania szarej strefy, która konkurując z zalegalizowanymi przedsiębiorstwami, wypycha je poza obszar opłacalności. Firmy wolą zatrudniać pracowników „na czarno”, bo tak jest taniej. Koło się zamyka. Tego wszystkiego w prosty sposób unikają Chiny, stawiając na dobrowolność płacenia składek.
Zjawisku przedsiębiorczości wadzi też gigantyczna demoralizacja, jaka ma miejsce w obszarze mentalności społecznej. Większość działań przedsiębiorcy obecni i przyszli kreują nie ze względu na zapotrzebowanie rynkowe, lecz z powodu możliwości, jakie za sobą niosą programy unijne czy różnego rodzaju dotacje. Przyjemny i bezproblemowy profit polega jedynie na właściwie wypełnionym formularzu i generowaniu często niepotrzebnych produktów, usług, szkoleń, które bez pieniężnej motywacji urzędników nigdy nie pojawiłyby się na rynku. Prowadzi to wytworzenia specyficzej mentalności, w ramach której obowiązkiem przedsiębiorcy jest znać źródła dotacji i umiejętnie je pozyskiwać. Mentalność ta zasadza się na fałszywej na koncepcji, że najważniejszym problemem młodych przedsiębiorców jest kapitał początkowy, którego najczęściej na początku brakuje. Zamiast promować zdobycie go pracą, stwarza się złudne przekonanie, że można go łatwo „pozyskać”. De facto pochodzi on z wysokich podatków i jest zabierany najefektywniej działającym na rynku firmom. Dla kontrastu, obecnie niemal 37 proc. Chińczyków uważa, że na sukces firmy na starcie składają się doświadczenie i umiejętności, a jedynie 11 proc. twierdzi, że są to fundusze. W Europie jest odwrotnie. Gdy w Azji w cenie jest ciężka praca, w Europie najważniejsza jest informacja – gdzie, za co i ile pieniędzy można dostać z różnorakich instytucji. Tymczasem wystanie w kolejce po fundusze kategorycznie nie jest przedsiębiorczością i nie prowadzi do innowacji, w takim rozumieniu, jakim je opisywał ich twórca Joseph Schumpeter. Polityka unijna nastawiona na idealny egalitaryzm, w ramach której, przy pomocy wysokich podatków i redystrybucji, próbuje się stawiać człowieka w centrum procesów ekonomicznych, sprowadza się do rawlsowskiej maksymy: od każdego według jego możliwości, za to każdemu według jego potrzeb. W żadnym wypadku nie sprzyja to ani przedsiębiorczości, ani wzrostowi gospodarczemu. Peter Drucker, twórca współczesnego zarządzania firmą, twierdził, iż nie ma zdrowych przedsiębiorstw w chorym społeczeństwie.

Trzymanie przedsiębiorców pod kloszem

Warto zadać sobie pytanie, co jest przyczyną takiego stanu rzeczy. Dzisiejsi urzędnicy podobnie jak pisarze utopijni wyobrażają sobie człowieka, jako istotę podatną na zepsucie, która ukształtowana poprzez prawo i odpowiedni proces edukacyjny może stać się cnotliwa i przedsiębiorcza. Jednakże, musi ciągle ćwiczyć, aby osiągnąć doskonałość. Jeżeli przyjemiemy taki sposób widzenia świata, to efektem tego musi być trzymanie przedsiębiorców pod kloszem, inkubowanie ich, ciągła kontrola i ocena projektów czy biznesplanów.
Chińczycy dla odmiany stawiają na naukę na błędach, eksperymentowanie, ale już bezpośrednio na rynku. Na rynku bowiem wygrywają ci, którzy prowadzą biznes najefektywniej, a nie Ci, którzy pozyskają najwięcej funduszy, napiszą najlepszy biznesplan bądź zdobędą sympatię urzędników. To co Deng Xiaoping określił jako „przechodzenie przez rzekę, mimo kamieni, które mogą ranić” odnośnie prowadzenia działalności gospodarczej jest archetypem prawdziwej idei przedsiębiorczości, która musi w sobie zawierać elementy ryzyka, którego nie da się przewidzieć i zaplanować, oraz oryginalność, której nie można nauczyć w szkołach czy wykazać we wnioskach. Większość biznesów jest bowiem zaskakująco nieoryginalna, a tym, co decyduje o ich powodzeniu, jest zaangażowanie i obrotność właściciela, jednakże, tego wszystkiego urzednik czytający i zatwierdzajacy projekt nie jest w stanie oszacować.
Azjatów nie należy się bać czy bronić im dostępu do polskiego rynku, lepiej ich zaakceptować, pozwolić wygrywać w Polsce kontrakty, pozwolić na konkurencję i obserwować azjatycką przedsiębiorość, a potem wyciągać wnioski. Choć chińskie inwestycje w Polsce to na razie margines, to tam, gdzie Chińczycy widzą wielką szansę, Polacy zwykle dostrzegają zagrożenia. Jeśli środek ciężkości świata ma się przesunąć znad Atlantyku nad Pacyfik, to czy warto się przeciwstawiać temu procesowi, czy nie lepiej przypadkiem zrozumieć dlaczego tak bardzo różnimy się od Azjatów?

Zródło:

http://www.gf24.pl/index.php/wydarzenia/swiat/3822-przedsibiorczoci-moglibymy-si-uczy-od-chin.html

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Sergiusz Prokurat w „Gazecie Finansowej”: Przedsiębiorczości moglibyśmy się uczyć od Chin Reviewed by on 1 czerwca 2010 .

W 20 lat po przemianach gospodarczych niemal zapomnieliśmy, skąd bierze się zjawisko przedsiębiorczości. W centrum Warszawy setki urzędników różnych instytucji, zarządzających dotacjami i subwencjami dla przedsiębiorców, jada lunch w okolicznych chińskich i wietnamskich knajpkach, które jak grzyby po deszczu pojawiają się tam, gdzie jest na nie zapotrzebowanie. Obecnie to Azjaci są bardziej przedsiębiorczy niż my,

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

komentarze 2

  • P.S. Oczywiście moglibyśmy uczyć się od Chin, ale lewactwo uważa, że po co, skoro można okraść pracujących i dać różnym leniom i urzędnikom. Oczywiście po kilku pokoleniach takiej „gospodraki” zabraknie nawet piasku na pustyni, ale od kiedy to lewacy myślą o przyszłych pokoleniach? Czy martwi ich, że przyszli polscy emeryci (jeśli dożyją emerytury) najpewniej będą jedli trawę jeśli nie swoich bliźnich, podobnie jak ofiary ich chorej ideologii na sowieckiej Ukrainie w latach 30, w Kambodży w latach 70 i w Korei Pn. w latach 90?! Czy przejmują się, że katastrofalna sytuacja tzw. służby zdrowia zmusza tysiące chorych do czekania wiele miesięcy nawet na NIECIERPIĄCE ZWŁOKI operacje?!
    Był czas, że polscy lewacy służyli Rosji, teraz służą UE i Ameryce. I przyjdzie czas, że będą służyć Chińczykom. Tyle tylko, że Chińczyk to bardziej wymagający pan, jego nie interesują gadki o wzniosłych ideałach tylko wymierne korzyści. A czy może być wymierna korzyść ze sprzedawczyków i konformistów? Owszem, gdy zasuwają w kamieniołomach! :-D

  • Świetny artykuł. Jeśli mam być szczery, to nie znam obszaru świata, gdzie mieszkańcy byliby dziś bardziej rozleniwieni i zdemoralizowani niż Unia Europejska (może jedynie komunistyczna Kuba). Tylko w eurokołchozowym RWPG-bis możliwe są idiotyczne przepisy w rodzaju „dozwolonej krzywizny banana” lub „dopuszczalnej długości ogórka”, chyba tylko (no, może jeszcze w Korei Pn.) może mieć miejsce karanie ulicznych handlarzy za to, że „psują wizerunek ulic”, wreszcie tylko tu mamy do czynienia z absurdalnie wygórowanymi, graniczącymi z paranoją wymogami sanitarnymi…
    W tej sytuacji nie dziwi wniosek rosyjskiego dysydenta Władimira Bukowskiego, który stwierdził kiedyś: „Związek Socjalistycznych Republik Europejskich prędzej czy później upadnie. Ale tylko Bóg jeden wie, jakich jeszcze zniszczeń dokona”…

Pozostaw odpowiedź