Komentarz eksperta,Malezja news

S. Prokurat: Wybory w Malezji – komentarz powyborczy

Sergiusz ProkuratLepiej wybrać diabła, którego już znamy” – te słowa promujące rządzącą partię, wypowiedziane przez wieloletniego premiera Malezji Mahathira Mohamada, obserwującego wybory z pozycji komentatora politycznego, choć wstrząsnęły obywatelami tego kraju, to nie zmieniły ich preferencji politycznych. W nierównej walce politycznej po raz trzynasty z rzędu wygrał Front Narodowy.

Śledzenie malezyjskiej polityki przypomina squasha, grę, którą do perfekcji opanowała pochodząca z tego kraju Nicol David, numer 1 i największa gwiazda tego sportu wśród kobiet. W trakcie meczu należy trzymać się środka, szybko reagować na ruch przeciwnika i posyłać piłkę tam, gdzie wiadomo, że przyniesie to pozytywny rezultat. Nie inaczej było w trakcie wyborów, gdy obie partie – mainstreamowy, rządzący od 1957 roku Front Narodowy (Barisan National) i opozycyjny Sojusz Ludowy (Pakatan Rakyat) – oczerniały się wzajemnie przez cały okres wyborów. Ponieważ w Malezji nie ma zwyczaju ciszy przedwyborczej, jak zwykle oskarżano opozycję, w tym jej lidera, Anwara Ibrahima o homoseksualizm (za co grozi w Malezji surowa kara więzienia). Rząd również obrywał – obecnego premiera Najib Razaka nieliczni odważyli się nazywać mordercą, ponieważ rzekomo był widziany z młodą kobietą, modelką pochodzenia mongolskiego, która została zamordowana. Różnica jest taka, że lider opozycji spędził kilka lat w więzieniu zanim go uniewinniono, premier natomiast brylował w mainstreamowej polityce i prawdopodobnie nic mu nie grozi.

Wybory przebiegły według planu, bo demokracja to jednak diabelski wynalazek. Opozycja nie mogła liczyć na media, pieniądze podatnika, aparat urzędniczy, a jej działania krępowała cenzura. Jak wyjaśnić fakt, że koalicja opozycyjna, choć otrzymała 51% głosów, to dało jej to zaledwie 87 miejsc w 222 osobowym parlamencie, podczas gdy rządząca koalicja, Front Narodowy, z 46% głosów uzyskała 133 miejsca i po raz trzynasty będzie rządzić Malezją? Aby zrozumieć fenomen malezyjskiej plastycznej demokracji należy cofnąć się w czasie o ponad pół wieku.

1

Źródło: thomsonreuters.com

Leżąca w Azji Południowo-Wschodniej Malezja jest relatywnie zamożnym krajem, w którym zarabia się nieznacznie mniej niż w Polsce. To dość niezwykłe osiągniecie, w szczególności, że jeszcze w 1957 roku, w momencie uzyskania niepodległości, Malezja była jednym z najbiedniejszych krajów na świecie. Jeszcze do połowy lat 70. gospodarka miała charakter typowo surowcowo- rolniczy. Głównie eksportowano kauczuk, olej palmowy, gaz ziemny oraz cynę. PKB Malezji był porównywany z krajami takimi jak Ghana, Haiti czy Honduras. Obecnie średnie malezyjskie dochody są 7,8 razy większe od tych w Ghanie, ponad 5 razy większe niż w Hondurasie, a kraj ten jest jednym tchem wymawiany wraz z Tajwanem czy Koreą Południową jako azjatycki tygrys gospodarczy. Wszystko to dzięki liberalnym receptom gospodarczym wdrażanym przez rządzącą władzę, której symbolem stał się Dr Mahathir Mohamad, który utrzymał się na stanowisku premiera 22 lata.

Sukces zawdzięczał nie tylko zbawiennemu wzrostowi gospodarczemu, ale także reformom społecznym, które opisał w swojej książce Malay Dillema wydanej w 1970 roku. Określała ona politykę Frontu Narodowego, rządzącej nieprzerwanie od 1957 roku koalicji partii, w kwestiach etnicznych i społecznych. W Malezji rodowici Malajowie, zwani Bumiputera (synowie ziemi), są spadkobiercami tradycji przodków – to ok. 60% ludności. W społeczeństwie funkcjonują również chińscy Malezyjczycy – to jednostki zamożne, przedsiębiorcze i posiadający kapitał – ok. 24%, a hinduscy Malezyjczycy stanowią zaledwie 7-8% i żyją w enklawach na uboczu. Polityka uprzywielejowania rodowitych Malajów miała pomóc w zrównoważeniu stosunków społecznych w tym kraju. Malajowie otrzymali m.in. zagwarantowane 70% miejsc na uniwersytetach, punkty za pochodzenie przy rekrutacji na uczelnie wyższe, preferencyjne sposoby traktowania dużych firm, które muszą posiadać przedstawicieli Bumiputera w zarządach oraz niemal wyłączność na rekrutację do służb publicznych (obecnie ok. 85% urzędników to Malajowie). To, co miało być mocną stroną systemu, przerodziło się w walkę preferowanych obywateli z obywatelami drugiej kategorii. I doprowadziło do poróżnienia społeczeństwa.

Obywatele Malezji, w tym także Malajowie, nie mogą już ścierpieć korupcji wśród rządzącej od wielu lat koalicji, która od lat kisi się we własnym sosie, bez kontroli. Powszechne jest więc w społeczeństwie domaganie się zmian. Jeżeli dodamy do tego gigantyczne nadużycia urzędników, korupcję na szeroką skalę (czego przykładem jest kontrakt na dwie nowoczesne łodzie podwodne Scorpene, które rząd zakupił z Francji – tajemnicą poliszynela jest to, że na konto bliskiego przyjaciela premiera Malezji Najiba Razaka wpłynęła kwota o równowartości 500 milionów złotych), to mamy pełen obraz władzy, która w pełni korzysta z dostępnych przywilejów.

Front Narodowy stał się zakładnikiem swojej polityki. Nie może wycofać się ze swoich obietnic – swoją szansę na utrzymanie władzy w kraju widzi jedynie poprzez zwycięstwo głosami etnicznych Malajów. Przed wyborami zintensyfikowano więc działania. Rząd uchwalił program Bantuan Rakyat 1Malaysia (BR1M) znany jako„1Malaysia”, który podkreśla, że wszyscy, niezależnie od pochodzenia etnicznego, są obywatelami tego kraju (przy tym jednak preferuje Malajów – nawet nazwę można odczytać jako „jedna Malezja” lub „po pierwsze Malezja”, czyli Malajowie). Szczegóły programu to skrajny populizm. Aby kupić sobie poparcie Front Narodowy, kiedyś gospodarczo liberalny, obecnie zrobi wszystko, aby przypodobać się swoim wyborcom, wydając pieniądze na aburdalne programy socjalne, takie jak dofinansowanie do 300 ringgitów (ok. 300 złotych) smartfonów dla młodych obywateli do 29. roku życia, darmowe bilety samolotowe, darmowe książki, darmowe laptopy dla każdego ucznia, zapomogi dla ubogich Malajów, kupony na darmowe zakupy, a nawet darmowe bilety narodowego przewoźnika AirAsia, które dziwnym trafem miały być dostępne tylko w okresie wyborów i w tych miejscach, do które mogą decydować o losach głosowania – są to ubogie obszary zamieszkane przez niewykształconych Malajów na północnym Borneo – stany Sarawak i Sabah. W tych stanach głosy liczą się w szczególności, bo przekładają się na duża liczbę przedstawicieli w parlamencie. To wszystko ustawia grupy etniczne, niebędące Malajami, przeciw obecnej koalicji i nie ma w tym nic dziwnego, że niemal wszyscy chińscy Malezyjczycy głosowali na opozycję.

Dla Europejczyków wybory w Azji Południowo-Wschodniej to unikalne doświadczenie. Kampania wyborcza Frontu Narodowego koalicji była prowadzona pod oficjalnymi hasłem: “Pomóż mi, to ja pomogę Tobie” i “Zróbmy deal”. Premier Najib obiecał jeszcze większe środki, jeżeli tylko uda mu się wybrać wybory. Jeśli nasza partia otrzyma od narodu mandat do stworzenia silnego rządu, Malezję czeka wspaniała przyszłość – podkreślał premier.

Tuż przed wyborami lider opozycji Anwar Ibrahim twierdził, że rząd będzie próbować zmanipulować wyniki wyborów. Ponieważ Malezja jest podzielona nie tylko etnicznie, ale również infrastrukturalnie – w bogatych stanach rejestrowana jest tożsamość wyborców, podczas gdy w stanach, w których mieszkają ubodzy obywatele Malezji – Malajowie, w większości klienci Frontu Narodowego, głosowanie odbywa się poprzez zamalowanie całego palca wskazującego tuszem. Przed wyborami okazało się, że oficjalny tusz może zostać zamieniony na taki, który łatwo zmyć. W takiej sytuacji znajdą się tacy, co będą głosować dwa razy. Bersih, malezyjska niezależna instytucja obserwująca wybory oraz jeden z niewielu niezależnych portal Malaysiakini donosiły, że przed wyborami pojawili się fałszywi wyborcy, często z zagranicy, którzy zostali dowiezieni podstawionymi przez Front Narodowy samolotami rządowymi. Sąd odrzucił jednak oficjalne protesty opozycji, tłumacząc, że nielegalne jest płacenie za głosy i nakłanianie innych do głosowania wbrew woli, a transport wyborców jest całkowicie legalny. Przekaz poszedł w świat – telewizja France24 dzień po wyborach w Malezji wyemitowała reportaż o nadużyciach wyborczych.

Pakatan Rakyat ma realne poparcie w społeczeństwie, które chciałoby zmiany władzy, więc osiągnięty w wyborach wynik jest porażką, a nie sukcesem, jak się przedstawia w polskich mediach, argumentując to „rosnącym znaczeniem opozycji”. Na pewno na wynik wyborów wpłynęły środki, jakimi dysponuje partia rządząca. W artykule zatytułowanym „Kupowanie poparcia – komercjalizacja 13. Wyborów w Malezji” BridgetWelsh, profesor nauk politycznych na Singapore Management University, szacuje, że premier Najib wydał w ciągu czterech lat (od kiedy objął stanowisko premiera) w sumie 57,7 miliardów ringgitów (równowartość 57 miliardów złotych) na przedwyborcze zachęty dla klientów Frontu Narodowego. Opozycja, odcięta od mediów, debat publicznych, również popełniła kilka błędów, np. kampania była prowadzona pod trzema szyldami zamiast pod jednym głównym (Pakatan Rakyat). Obecnie zdecydowanie większa część społeczeństwa w Malezji przeżywa gigantyczny zawód związany z porażką – w końcu nigdy wcześniej nie było tak blisko odsunięcia od władzy Frontu Narodowego. Tak blisko, a jednak dość daleko. W stosunku do 2008 roku opozycja ugrała zaledwie 7 foteli więcej w parlamencie.

2

Źródło: thomsonreuters.com

 

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
S. Prokurat: Wybory w Malezji – komentarz powyborczy Reviewed by on 11 maja 2013 .

„Lepiej wybrać diabła, którego już znamy” – te słowa promujące rządzącą partię, wypowiedziane przez wieloletniego premiera Malezji Mahathira Mohamada, obserwującego wybory z pozycji komentatora politycznego, choć wstrząsnęły obywatelami tego kraju, to nie zmieniły ich preferencji politycznych. W nierównej walce politycznej po raz trzynasty z rzędu wygrał Front Narodowy. Śledzenie malezyjskiej polityki przypomina squasha, grę, którą

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź