Komentarz eksperta

S. Prokurat: Ranking „Newsweeka” nie pokazuje, że Azjaci są szczęśliwsi niż Polacy

sergiusz2Łatwo nam, Polakom, przychodzi pouczanie innych, przykładowo Chińczyków m.in. o prawach człowieka czy np. Malezyjczyków o braku poszanowania wolności religii, lecz gdy przychodzi co do czego, to Chińczycy czy Malajowie deklarują większą akceptację swojego kraju, a więc także sposobu życia, niż Polacy. Zasadniczo więc Azjaci bardziej kochają swoje kraje niż Polacy Polskę.

Na stronie CSPA opublikowany został całkiem niedawno ranking pisma „Newsweek”, w którym  redaktorzy tegoż pisma daremnie próbują odpowiedzieć na pytanie, jaki kraj oferuje dzisiaj najlepsze warunki do życia. Ranking ten oferuje intelektualną szaradę w postaci odwiecznej idei porównania państw, co w globalizującym się świecie staje się coraz bardziej popularne. Bez wątpienia idea porównywania jest właściwa, bowiem skłania systemy „gorsze” i mniej konkurencyjne do poprawy i zmiany – w końcu nic tak nie zagrzewa do reform w kraju jak wizja znakomicie rozwijającego się kraju-sąsiada. Redaktorzy amerykańskiego „Newsweeka” prawdopodobnie jednak nie ruszyli się nigdy ze swojego open office’a np. do krajów azjatyckich, a całą moc zbawczą (bo na pewno nie sprawczą) powierzyli statystyce. To proste i głupie, bowiem kraj krajowi nierówny i bez fizycznej obecności w wybranym kraju, porównywanie go jest równoznaczne z lizaniem lodów przez szybę. Niby widać co się liże, lecz różnicy w smaku nie czuć. Nie twierdzę bynajmniej, że nie warto robić tego typu porównań. Są one cenne, ważne i potrzebne, lecz często wydaje się, że cele takich rankingów są stawiane przed faktycznym porównaniem systemów gospodarczo-społecznych.

Same kryteria, na podstawie których ranking ten powstał, wydają się dość ogólne. Kraje oceniano w pięciu kategoriach: System oświaty, Środowisko polityczne, Służba zdrowia, Rozwój gospodarczy, Jakość życia. Jeżeli chodzi o służbę zdrowia to ranking w tej kategorii został opracowany na podstawie badań Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) dotyczących średniej długości życia wśród osób nieobciążonych niepełnosprawnością lub ciężką chorobą przewlekłą.

Wiele czynników wzięto pod uwagę oceniając jakość życia. Były to m.in.: poziom równouprawnienia, odsetek ludności żyjący w ubóstwie, równość w dostępie do opieki zdrowotnej, odsetek ludności decydujący się na śmierć samobójczą, stan środowiska naturalnego oraz odsetek ludności aktywnej zawodowo. Dynamizm gospodarczy (Rozwój gospodarczy) oceniono na podstawie wzrostu PKB, proporcji zysków z usług i przemysłu w łącznym dochodzie narodowym, innowacyjności oraz łatwości, z jaką nowe przedsiębiorstwa mogą rozpocząć funkcjonowanie na rynku. Poziom życia politycznego oceniono poprzez porównanie funkcjonowania demokracji, ilości osób biorących udział w wyborach oraz stabilności sceny politycznej. W konsekwencji więc całkowicie zawierzono statystyce. To o tyle ważne, że kraje azjatyckie znalazły się w rankingu „Newsweeka” strasznie nisko, wręcz nawet za nisko.

Jak zmierzyć środowisko polityczne i jak porównać jakość życia, kiedy wiadomo iż w jednym kraju średni miesieczny zarobek to dziesięciokrotność innego? Dlaczego w kategorii rozwój gospodarczy Japonia ze swoją pełzająca stagnacją i gigantycznym długiem publicznym jest przed dynamicznie rozwijającymi się Indiami i Chinami? Dlaczego najlepsza jakość życia jest w Norwegii, a najlepszy do życia kraj w ogólnej klasyfikacji to Finlandia, kiedy na wakacje wszyscy ciągną do krajów, gdzie jest cieplej. Wreszcie dlaczego najlepsze środowisko polityczne ma m.in Polska, a najlepiej w Azji żyje się w Japonii? Nie twierdzę, że w Norwegii czy Finlandii żyje się źle, lecz jedną z pułapek racjonalizmu jest wiara, że rozum jest w stanie rozstrzygnąć każdy dylemat.

To nie do końca prawda, że najlepiej żyje się w Japonii, bowiem żaden obcokrajowiec nie zadeklaruje chęci mieszkania w Japonii przez dłuższy czas, bowiem jest niewiarygodnie ciężko przystosować się do japońskiego stylu pracy i życia. Nie zmieni  tego nawet fakt, że Japonia jest światowym liderem w TQM (Zarządzanie przez jakość). Mało tego, nawet Japończycy wiedzą, że życie w Tokio w mieszkaniach wielkości toalety z pralką, w cenie, za którą można kupić niemal podróż w kosmos, to nie życie. O ileż lepiej wygląda życie w Singapurze.

Na ekonomię dobrobytu lub ekonomię szczęścia trzeba patrzeć przez odpowiednio dostrojony noktowizor i pesymistyczne okulary, choć nie da się ukryć, że dziedziny te stają się coraz bardziej popularne, do tego stopnia, że naukowcy zajmujący się nimi otrzymywali nagrodę Nobla (Daniel Kahneman, Amartya Sen.). Wytrawny czytelnik będzie wiedział, że osoby akceptujące dużą rolę państwa w gospodarce będą chętniej typować kraje skandynawskie, a ludzie domagający się większej roli rynku będą forować państwa liberalne. Tymczasem rzeczywistość ma wiele barw, smaków, dźwięków, mówiąc po ludzku jest bardziej złożona, albowiem przy porównywaniu krajów umykają aspekty pozasystemowe takie jak kultura, klimat, sposób myślenia mieszkańców. Przyznam, że ja osobiście wybrałbym neutralną ideowo, choć w miarę socjalną, Hiszpanię i wcale nie dlatego, iż potrafię porozumieć się z obywatelami tego kraju w ich języku, lecz dlatego, iż nie wyobrażam sobie, że można przedłożyć jakość służby zdrowia czy edukacji nad kulturę i styl życia. W skrócie – wole żyć krócej a ciekawiej. Teraz pytanie czy to oznacza, że nie jestem racjonalny? A może właśnie jestem, tylko ekonomiści porównujący dobrobyt w różnych krajach wpadają w pułapkę badacza koni i zadają sobie pytanie: Co bym zrobił gdybym był koniem? Domyślam się jednak, że wiele osób podążyłoby za moim sposobem myślenia i wybrałoby słoneczną Hiszpanię kosztem szorstkiej i mroźnej Szwecji czy Finlandii. O tym jednak przeciwstawne rankingi dobrobytu nigdy nie wspominają.

Aby nie być gołosłownym pora zaproponować konstruktywną krytykę, czyli własne rozwiązanie. Nie jest ono idealne, również jest obciążone pewnymi niedociągnięciami, jednak będę się upierał, że jest znacznie bardziej obiektywne niż twierdzenia amerykańskiego „Newsweeka”. Otóż w latach 2007 – 2010 na sporej próbie (350,000 os.) w stu czterdziestu ośmiu krajach Instytut Gallupa sprawdzał przyszłe trendy emigracyjne. W ten oto sposób opublikowano indeks PNMI (Potential Net Migration Index), który poprzez proste działanie odejmowania tych, którzy chcą wyjechać od tych, którzy chcą przyjechać, mierzy wolę emigracji z danego kraju lub parcie na przyjazd do wybranego państwa. Otrzymany wynik następnie porównuje się z liczbą mieszkańców. Dlaczego jest to skuteczniejsze niż ranking „Newsweeka”? Bowiem w ten sposób otrzymujemy namacalny dowód, powstały poprzez głosowanie nogami respondentów, na to który kraj jest najbardziej przyjazny. Nie odwołujemy się do mglistej „ekonomii szczęścia”, nie definiujemy „szczęścia” oraz nie wartościujemy systemów. Czyli nie postępujemy jak Amerykanie zapełniający gazetę opiniotwórczymi rankingami własnej produkcji. W skrócie – wyższy wynik procentowy oznacza chęć przyjazdu do kraju, niższy chęć ucieczki. Ranking poniżej:

tabela_jakosc_zycia

Tak wygląda ocena państw, do których ludzie ciągną i z których krajów ludzie pragną jak najprędzej uciec. Zasadniczo zgadza się – nikt nie chce żyć w Somalii, Zimbwabwe, Sierra Leone i Haiti. W kwestii detali – poza krajami arabskimi, które Gallup opatrzył gwiazdkę, bowiem pytano jedynie Arabów (w dodatku nie wiadomo czy pytano kobiety!), co trzeba wziąć pod rozwagę, widać pewną zależność. Ludzie więc cenią porządek instytucjonalny (Singapur jest tego znakomitym dowodem) oraz wolność gospodarczą (ta istnieje zarówno w Szwecji jak i w USA). Jak pokazują dane, badania te są skorelowane indeksem wolności gospodarczej wykonywanej przez Heritage Foundation. Kto nie wierzy, niech sprawdzi.

Azjaci są szczęśliwsi od Polaków, chętniej i ciężej pracują oraz deklarują większe przywiązanie do własnego kraju, w postaci zdecydowanie bardziej pozytywnej oceny jego stanu rzeczy. Chińczykowi więc jest lepiej niż Polakowi lub odwracając to sformułowanie w przewrotną logikę – więcej Polaków deklaruje wolę ucieczki z Polski niż Chińczyków z Chin, co dla niektórych środowisk jest tezą nie do zaakceptowania. Oczywiście wpływa na to wiele czynników także kulturowych, jednakże badanie potwierdza tezę, że najlepiej żyje się w Singapurze. Poza Australią i Nową Zelandią w regionie Azji i Pacyfiku relatywnie dobrą jakość życia można osiągnąć kolejno w Malezji, Tajlandii, Japonii (pod warunkiem, że ma się za co żyć w tej ostatniej). Dobrym wyborem jest zapewne także południe Chin, jako miejsce obecnie najdynamiczniej rozwijające się na świecie.

Ranking Gallupa przekazuje też przerażającą wiadomość. 20% Polaków, czyli jak nie patrzeć 5 milionów ludzi, w swoim kraju, będącym członkiem Unii Europejskiej, deklaruje, że chciałoby natychmiast wyjechać. A to wszystko bez udziału tych, którzy już wyjechali przed zbudowaniem tegoż rankingu. Jeżeli więc Polacy uważają, że lepsza przyszłość czeka ich poza granicami własnego kraju, to daje do myślenia – ile osób straci Polska po 2011 roku, gdy otwarty zostanie niemiecki rynek pracy. Smutna rzeczywistość, którą warto brać pod rozwagę.

A gdzie Wy byście chcieli mieszkać?

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
S. Prokurat: Ranking „Newsweeka” nie pokazuje, że Azjaci są szczęśliwsi niż Polacy Reviewed by on 30 listopada 2010 .

Łatwo nam, Polakom, przychodzi pouczanie innych, przykładowo Chińczyków m.in. o prawach człowieka czy np. Malezyjczyków o braku poszanowania wolności religii, lecz gdy przychodzi co do czego, to Chińczycy czy Malajowie deklarują większą akceptację swojego kraju, a więc także sposobu życia, niż Polacy. Zasadniczo więc Azjaci bardziej kochają swoje kraje niż Polacy Polskę. Na stronie CSPA

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

komentarzy 18

  • Avatar Danuta Góralczyk

    Czy Ktos będzie uprzejmy mi wytłumaczyc co za siły rządzą i po jaka cholerę rządy Niemiec UK i.t.p. importuja ta cała chmarę biednych niewykształconych emigrantów „dzieciorobów” Jakie państwo musi miec rezerwy i dochody zeby to weszystko utrzymywac . miesiąc w miesiąc. To ciekawe społeczeństwo mówi „nie”, a polityka czy jakaś siła przeciwnie.

    Będe wdzięczna Danuta Góralczyk Katowice

  • Cyt. „Jeżeli więc Polacy uważają, że lepsza przyszłość czeka ich poza granicami własnego kraju, to daje do myślenia – ile osób straci Polska po 2011 roku, gdy otwarty zostanie niemiecki rynek pracy. Smutna rzeczywistość, którą warto brać pod rozwagę.”
    Ludzie głosują za lub przeciw rzeczywistości danego kraju nie tyle kartką wyborczą ile raczej nogami. Kraje takie jak Polska, Ukraina, Bułgaria, Albania, Filipiny czy Meksyk są tego przykładem. We wszystkich tych państwach emigracja to efekt uboczny oligarchizacji życia politycznego, korupcji, marazmu ekonomicznego oraz pogardy rządzącej sitwy i opanowanego przez nią aparatu państwowego wobec społeczeństwa, jego potrzeb i aspiracji.

    • Ogólnie się zgadzam .. ale co powiesz na to, że jest pewna ekipa, która emigruje do Europy tylko po to, aby załapać się na socjal ?? Czy Szwecja to takie faktyczne el dorado ?? 669 mld $ długu ( jeśli chodzi o zadłużenie w pierwszej 15 jest aż 10 krajów z Europy O_o ) a patrząc na PKB (PPP)Szwecji to bez rewelacji 335 mld $ :)
      Polska na ten przykład ma PKB (PPP) 688 mld $ a dług 239 mld $
      (patrząc na dzień 31 grudnia 2009 roku)
      tylko czekać, aż wszystko pier…….. więc same głosowanie nogami nie jest obiektywne !! krótkoterminowo tak, ale nie w perspektywie długoterminowej !! zresztą wielu Szwedów znam, którzy z el dorado już dawno spie…. do Chin :+)

      • Avatar Zyggi

        Emigranci dla socjalu zawsze się zdarzają, ale tylko dlatego, że taki czy inny kraj stworzył możliwosc drenowania budżetu przez różnych niebieskich ptaków.
        Co do Szwecji, stamtąd emigrują głównie ci, co dają zatrudnienie, a nie mają zamiaru płacic ponad 100% podatku od dochodów (światowe kuriozum!!). Za to zwala się biedota, głównie z krajów muzułmańskich, Afryki, z byłego ZSRR, Bałkanów (też głównie muzułmanie). Tyle, że Szwecja to nie Grecja czy Portugalia. Szwedzi na swój dobrobyt pracowali rzetelnie od XIX wieku aż po ok. 1970, zanim ostatecznie zwyciężyły tam – jak mawiał tow. Wiesław – „niesmiertelne ideje socjalizmu”. :-) Poza tym nie dali się wrobic w ojro, więc grecka czy irlandzka katastrofa gospodarcza dotyczy ich mniej niż np. Finów, Holendrów, Austriaków itd., w ramach „europejskiej solidarności” zmuszonych do łożenia na słabeuszy ze strefy euro.
        Myślę, że kto jak kto, ale Szwecja ze swoim wciąż dużym potencjałem naukowo-badawczym, innowacyjną gospodarką i dużym odsetkiem handlu zagranicznego poza UE, jeszcze może 2 dekady pociągnie zanim muzułmanie wykończą jej budżet i ostatecznie zdominują ten kraj religijnie i kulturowo… Co do Polski. Wydaje się, że do tego czasu nasz kraj może nie tyle zniknie z mapy, co zostanie po prostu spacyfikowany gospodarczo i byc może okrojony terytorialnie. Owszem, rząd federalny w Berlinie oficjalnie dystansuje się od Frau Steinbach. Ale naiwne byłoby liczyc, że Berlin w duchu uważa Śląsk, Pomorze i Prusy Wsch. za „na zawsze polskie”. Zwłaszcza, że w opinii wielu Niemców (także polityków) obszary te „niszczeją” w rękach Warszawy. Poza tym tegoroczna powódź w Polsce odsłoniła wieloletnie zaniedbania i dała im liczne argumenty (Bogatynia, Wrocław). Ale to już inny temat. Jedno jest pewne, skoro nawet tak bogaty niegdyś kraj jak Argentyna zszedł „na szmaty”, to jakim prawem mamy liczyc, że nas jakimś cudem to nie spotka przy tak beznadziejnym budżecie i 700-750 tys. urzędasów?

  • „Łatwo nam, Polakom, przychodzi pouczanie innych, przykładowo Chińczyków m.in. o prawach człowieka czy np. Malezyjczyków o braku poszanowania wolności religii, lecz gdy przychodzi co do czego, to Chińczycy czy Malajowie deklarują większą akceptację swojego kraju, a więc także sposobu życia, niż Polacy. Zasadniczo więc Azjaci bardziej kochają swoje kraje niż Polacy Polskę.”

    To przecież akurat dobrze o nas świadczy – krytykując innych, jesteśmy także samokrytyczni. Oczywiście, jeśli zacytowane twierdzenie Autora oparte jest na „twardych faktach” – statystycznych…

    Ten ranking emigracyjny – czy on bierze pod uwagę planowaną długość pobytu za granicą? I cele? Mnie by pewnie zaliczono do tych, którzy prą do wyjazdu z Polski (trzeci rok mieszkam w Chinach) ale powody mojego wyjazdu są złożone i nie była to decyzja na zasadzie złe warunki życia w Polsce vs świetne warunki życia w Chinach. Taka urawniłowka – ten, co jedzie na londyńską budowę bo w „przysłowiowym” Pcimiu nie ma co do garnka włożyć i np. ten, co jedzie za granicę bo chce poszerzyć horyzonty liczą się obaj tak samo – tłumaczy świat niewiele lepiej od statystycznych kalkulacji Newsweeka.

  • Mieszkam od kilku lat w Londynie, dotychczas mieszkałam w Polsce (najdłużej), Sydney, Berlinie (po roku w każdym) i Paryżu (sześć miesięcy). W przyszłym roku prawdopodobnie przeprowadzę się na dwa lata do Tokio. Muszę przyznać, że mnie osobiście najlepiej żyje się właśnie w Londynie, ale do Azji mnie ciągnie. Jeśli chodzi o kulturę i styl życia zdecydowanie najważniejsze jest dla mnie, by żyć w społeczeństwie wielokulturowym (czego w Japonii za bardzo mieć nie będę, ale to jedyny kraj, w którym moją potrzebę jestem w stanie poświęcić). W społeczeństwach homogenicznych kulturowo dosłownie się duszę. To jednak oczywiście czynnik, którego nijak nie da się zmierzyć i ocenić i zapewne niewiele osób zastanawia się nad multikulturowością danego kraju gdy rozważa przeprowadzkę.
    Co widzę wśród moich znajomych i przyjaciół różnych narodowości, to coraz wyraźniejszą tendencję przenosin na Wschód. Mało kogo pociągaja kraje zachodnie do mieszkania, większość – jeśli przeprowadza się (a kilka osób już to zrobiło) to myśli o Wschodzie: Singapur króluje, ale jest też Japonia, Korea Południowa, Chiny, Hongkong. Oczywiście w każdym przypadku powody przeprowadzki są inne, indywidualne, ale zainteresowanie Wschodem jest bardzo wyraźne.

  • Bardzon zdziwila mnie wysoka pozycja Bostwany. Ludzie ciesza sie z zycia tam i nie chca wyjezdzac. Okazuje sie ze ten afrykanski kraj jest takze wysoko w rankingu wolnosci gospodarczej Heritage. Zbieg okolicznosci?

    • Panie RP, słabo zaludniona Botswana to dzięki diamentom bodaj najbogatszy kraj Czarnej (subsaharyjskiej) Afryki, w dodatku dość rozsądnie zarządzany (ewenement w tej części świata). Na dokładkę „cezar” dał im wolność gospodarczą, a Pan Bóg – ciepły klimat, więc żyć nie umierać!

  • W sytuacji, gdy dla Polaków ich „owoc żywota je ZUS”, Azjaci nie mają nam czego zazdrościc. Znajoma Indonezyjka, osoba wykształcona, dobrze zarabiająca, biegle władająca angielskim i niemieckim, stwierdziła, że nie pojmuje europejskiej „idei” zniewalania ludzi przymusem ubezpieczeń. Przecież każdy dorosły, zdrowy na umyśle człowiek umie zadbac o swoją starosc!! Gdy się słyszy takie zdrowe, nieskomuszałe opinie, to jak w tej sytuacji nie lubic Azjatów?! :-)

    • Zyggi, w Twojej wypowiedzi jest kilka kluczowych slow „osoba wykształcona, dobrze zarabiająca”, ktore warunkuja ze takaz osoba jest w stanie o siebie zadbac. Natomiast w calej Azji tak rozowo nie jest i w przyszlosci moze byc to zrodlem problemow spolecznych jako ze obecnie (podam przyklad Malezji w ktorej czesto bywam biznesowo) pokolenie jest bardzo mlode (w relacji do tetrykow z Europy), zdolne i chetne do pracy. Jednakze brak wszelkich oslon socjalnych (vide ZUS) powoduje, ze sporo ludzi nie mysli o przyszlosci i wydaje duzo z tego co zarabia. Na tym etapie daje to Azjatom ogromna przewage cenowa, gdyz socjalu nie ma wiec nie pompuje cen produktow gotowych. Ale jednak kiedys sie zestarzeja i co wtedy jesli nie beda oszczedzac, a natura zwlaszcza mlodych ludzi jest taka zeby sobie poszalec (i nie mam nic przeciwko) jednak w jesieni zycia moze byc gorzej. Nie gloryfikuje tu ZUS’u ktory uwazam za system niewydolny, ale probuje miec wywazony poglad odnosnie minimum socjalu, ktory powinno zapewnic panstwo aby uniknac rzeszy glodujacych biednych na ulicach w przyszlosci. Rozne kraje roznie definuja minimum :)

  • Niezwykle interesująca analiza problematyczności „ekonomii szczęścia”. Ranking Newsweeka wskazuje raczej na stopień zorganizowania państwa, a nie poziom szczęścia jego mieszkańców. Również ranking Gallupa nie jest pozbawiony wad. Prezentuje on raczej nastawienie obywateli do własnego państwa (lub stopień ich identyfikacji z nim), a także ich atrakcyjność w oczach obcokrajowców. Przykładem niech będzie RPA. Ogromna przestępczość i bardzo wysoki odsetek zakażonych wirusem HIV, ale i tak jawi się jako raj dla mieszkańców sąsiednich państw. Polska choć nie jest tak biedna, to nadal ma złą reputację, ale przede wszystkim dla jej obywateli wzorcem jest Zachodnia Europa. W porównaniu do Zachodniej Europy Polska wypada bardzo blado pod każdym względem i dlatego też tak dużo ludzi nadal chce wyjechać. Główny powód to rachunek ekonomiczny, ale także zmęczenie ludzi ogólną sytuacją w kraju.

    „Azjaci są szczęśliwsi od Polaków, chętniej i ciężej pracują oraz deklarują większe przywiązanie do własnego kraju, w postaci zdecydowanie bardziej pozytywnej oceny jego stanu rzeczy.”

    Z tym zdaniem nie mogę się zgodzić. Po pierwsze jest to generalizacja, po drugie nieprawda, gdyż Polacy pracują więcej np. od Japończyków. Również nawiązując do tego tematu nieprawdziwy jest bardzo popularny ostatnio stereotyp Greków „nierobów”, gdyż jest to kolejny naród bardzo pracowity na tle innych narodów w OECD.
    Dane: http://stats.oecd.org/Index.aspx?DataSetCode=ANHRS

    Na ranking „szczęśliwości” ma wpływ też, choć niewiele się o tym mówi, dziedzictwo historyczne. Polacy uważają się za naród szczególnie poszkodowany przez los, co dodatkowo powiększa odziedziczony od romantyzmu mesjanizm. Co mają jednak powiedzieć Chińczycy ?
    Brakuje mi poważnej syntezy na temat wpływu krwawych rządów Mao na życie dzisiejszych Chińczyków i jakie stanowiska zajmują Chińczycy na temat własnej historii. U nas pojmowanie historii dzieli się na dwa sposoby, jeden pragmatyczny, a drugi mesjanistyczny (lub oblężonej twierdzy ?). Jak jest w przypadku Chińczyków ?

    • „Z tym zdaniem nie mogę się zgodzić. Po pierwsze jest to generalizacja, po drugie nieprawda, gdyż Polacy pracują więcej np. od Japończyków.”

      Ciekawy sorry, ale po raz kolejny nie mogę się z tobą zgodzić
      ( przepraszam) , którzy to Polacy pracują ciężko ?? chyba mówisz o prywaciarzach i ich pracownikach czyli MiSiach ( tych którzy wytwarzają 60 % naszego PKB) . Faktycznie ci zapier…… od rana do wieczora, ale reszta ?? szczególnie w sektorze publicznym ?
      Czy jak ktoś siedzi po 8 godz. w robocie to czy to oznacza, że ciężko pracuje ? Pracując swego czasu w firmach górniczych ( nie podaje nazwy :P ale chyba się sami domyślicie) wiem jak wyglądał ten ciężki dzień pracy wielu ludzi ? KAWA PAPIEROCH KAWA … GAZETA POPIERDOLIĆ SMUTY no i może od 11 popracujemy do 14 .. potem już tylko czekania na dzwonek a przy ul. Powstańców w Katowicach już wszyscy się o 14 50 zabijali przy bramkach, aby wyjść !!! TAK WYGLĄDA ciężki dzień pracy wielu ludzi w firmach górniczych O_o
      Ty myślisz po co w XX S.A istnieje ponad 100 związków zawodowych ?? i co się działo z pieniędzmi z dofinansowania z budżetu państwa ?? mole zjadły czy jak ??

      • Avatar Zyggi

        Sorry, ale jeżeli myślisz, że japoński urzędnik jest bardziej pracowity od polskiego, to muszę Cię rozczarować. To właśnie urzędasy (bo przecież nie japońscy turyści czy bezrobotni) robią taki tłok na Ginzie i to nie tylko w porze lunchu, ale od samego rana do późnego popołudnia. Do tego są mistrzami w czytaniu gazet, mangi, książek i w wyspecjalizowanym maskowaniu tego przed przełożonymi. :-)

      • Avatar Adam Izydorczyk

        Zyggi to jest jasne !! ale chodzi o współczynnik ilości urzędników do liczby obywateli … w JPN jest coś ponad 1,3 mln urzędników o ile dobrze pamiętam na prawie 130 mln ludzi a w Polsce ponad 700 tyś na 38 mln :+)

      • Avatar ciekawy

        Nigdzie nie pisałem peanów na cześć związków zawodowych, więc nie wiem skąd te pytania. Moja opinia nt. pracowitości Polaków na tle innych narodów została oparta na statystyce. Uwzględniając zjawisko opisane przez Ciebie i tak trzeba wziąć pod uwagę dwie sprawy.
        1. Nie tylko w Polsce działają wielkie państwowe spółki.
        2. Czas pracy we Francji czy Holandii jest rzeczywiście krótki i będąc w tych krajach, przyzwyczajony do polskich realiów, wielokrotnie natknąłem się na zamknięte sklepy we wczesnych godzinach.

      • Avatar Adam Izydorczyk

        ciekawy nie wiem czy wiesz dlaczego przegłosowano zapis 35 godz tygodnia pracy ?! są to lewackie pseudo brednie ekonomiczne, które mówią, że jeśli pracuje się po 7 godz dziennie to trzeba zatrudnić więcej osób do wykonania tej samej pracy przy 8 godzinnym dniu pracy … jednak jak statystyki pokazują bezrobocie w tych krajach nie spadło :+) więc kolejny mit lewicy został już obalony !!

        Wraz z akumulacją kapitału po wielu latach 14 godz dnia pracy doszliśmy do momentu kiedy to możemy pracować po 8 godzin, ale gdyby wprowadzić 8 godz dzień pracy pod koniec 19 wieku zabiło by to każdy kraj !!! i każdą gospodarkę gdzie kapitał był dobrem bardziej rzadkim niż dzisiaj

        Co do statystyk i tym podobnych kwestii znana jest historia całkiem nowa kiedy to przez prawie 2 dekady USA cieszyła się „podobno niską inflacją za rządów Alana G.” i faktycznie wszystkie statystyki CPI PPI oraz zmiany M0 M1 M2 pokazywała, że wszystko GRA .. nawet FED zastosował zamrożenie bazy monetarnej … taki postulat M.Friedmana z lat ’90 a mimo to wiadomo co się działo…. więc po 1 statystyki trzeba umieć zrozumieć … same popatrzenie na nie nic nie daje !! po 2 zdefiniowanie problemu po 3 zależności przyczynowo-skutkowe !!! etc.etc.

        Jeszcze co do tych statystyk gdzie jest możliwość zdobycia takich statystyk, które mówią kto ile pracuje i z jakim zaangażowaniem ?? jak dla 13 mln polaków coś takiego wyliczyć ?? JEST TO NIEMOŻLIWE !! więc proszę skończcie pieprzyć jak instytucjonaliści O_o

    • Jest bardzo wiele książek na temat syntezy wpływu rządów Mao na współczesne Chiny i samych Chińczyków. Kojarzę przynajmniej kilka pozycji w jęz. angielskim, po polsku jednak nic niestety. Ale to temat bardzo na czasie, w Wielkiej Brytanii niemal co miesiąc wychodzi nowa książka na temat Chin, wiele z nich ma znakomite recenzje.

  • Ranking Gallupa rowniez obciazony jest bledem. Ludzie podejmuja decyzje na podstawie nie wlasnych informacji, ale tych ktore otrzymuja za posrednictwem mediow. Chinczycy np moga nie wiedziec jak jest zagranica i moga nie chciec wyjezdzac. Wiele osob moze nie wiedziec ze w Polsce jest np bardzo dobrze, moze pamietac ten kraj z lat 80tych XX wieku i moze deklarowac ze nie chcialoby tutaj przyjechac.
    Nie jest tez dla mnie jasne jak brzmialo pytanie. Czy przyjechalbys? Czy moze raczej, czy zamieszkalbys?

Pozostaw odpowiedź