BLOGOSFERA

„Rzeczpospolita”: U sułtana i jego 40 żon

800px-Kraton_Yogyakarta_PagelaranBatik, teatr cieni, sułtańskie zabytki oraz świątynie buddyjskie i hinduistyczne – środkowa Jawa, choć gorąca i przeludniona, ma czym przyciągnąć turystów.

Yogyakarta, potocznie nazywana „Dżogdżą” nie pachnie kiszonką – to pierwszy szok po wylądowaniu na lotnisku. Gorące i wilgotne powietrze w azjatyckich miastach ma specyficzny zapach, kojarzący się z nadpsutym sianem i właśnie kiszonką. Kolejne zdziwienie – taksówka z lotniska do centrum jedzie przez stosunkowo czyste dzielnice pełne jednopiętrowych i parterowych domów. Wprawdzie ruch samochodów i motorów na ulicach przywodzi na myśl mrowisko, ale i tak Yogyakarta ma sobie pewien spokój i klasę.

Pierwsze kroki – chcąc nie chcąc – kieruję na wiodącą do centrum miasta ulicę handlową – Malioboro. Tłum jest tak gęsty, że trudno się przemieszczać, na straganach dominują artykuły miejscowe, ale reklamy i witryny sklepów pokazują, ze żyjemy w dobie globalizacji: KFC, buty Bata i farby Dulux zawędrowały do Indonezji. Biorę rikszę, która zawozi mnie do pałacu sułtana – Kratonu. Ten sposób transportu wywołuje u mnie pewien dyskomfort sumienia. Jak tu siedzieć wygodnie pod daszkiem, gdy wychudzony nieszczęśnik pedałuje w upale? Ale nie biorąc rikszy, pozbawiam tego człowieka zarobku.

Sułtańskie rezydencje

Po pałacu sułtana oprowadza apatyczna przewodniczka, recytująca nudną lekcją: na tym zdjęciu jest sułtan nr 7, to jest żona nr 3 sułtana nr 8, sułtan nr 1 miał 40 żon i 210 dzieci. To wszystko bogato zilustrowane drzewami genealogicznymi i zdjęciami, do tego dochodzą wywieszone w gablotach ordery i ubrania. Widać, że sułtana się tu czci.

Sam pałac jest piękny: niski, przestronny z zielonymi dziedzińcami. Przewodniczka każe podziwiać wystrój wnętrz: to waza z Holandii, tu dzban z Portugalii, kredens z Anglii. Fakt, dla Jawajczyków pochodzenie tych przedmiotów jest egzotyczne…

na tym zdjęciu jest sułtan nr 7, to jest żona nr 3 sułtana nr 8

Dla mnie z kolei egzotyczny jest zamek wodny, w którym nie ma wody. Nazwa wzięła się od basenów sułtana, która tam się znajdowały w czasach, gdy dla władców dostępna była poligamia. Na zamkowym dziedzińcu były trzy baseny: jeden dla córek, drugi dla żon, a trzeci dla sułtana oraz tej małżonki, którą aktualnie wybrał sobie z drugiego basenu celem wspólnego miłego spędzenia wieczoru. W tym celu obok basenu wybudowano elegancką sypialnię, wyposażona w kominek do podgrzewania olejków.

Obecny sułtan Yogyakarty takiego wyboru jest już pozbawiony, nie tylko dlatego, że zamek nosi ślady zniszczenia, a w basenach po wodzie zostało tylko wspomnienie. Jest to pierwszy sułtan, który ma tylko jedną żonę. I nie ma widoku na zmianę tego stanu, gdyż małżonka sułtana jest działaczką feministyczną, walczącą z popularną ciągle na Jawie poligamią.

Miejski zwierzyniec

Z zamku wodnego idę do dzielnicy rzemieślników, produkujących batik. Niskie domki toną w zieleni, a ich mieszkańcy wychwalają dobroć sułtana, który podarował im ten teren – to niegdyś były tereny należące do władcy.

Spokojna i zielona dzielnica kończy się przy ruinach, za którymi rozlega się głośne gdakanie i ćwierkanie. To ptasi targ. Na ogromnym terenie w klatkach niemalże gotują się żywcem tysiące ptaków różnych gatunków. Jest tu chyba wszystko, co lata, od szarych gołębi po wielobarwne papugi, trudno jednak podziwiać bogactwo awifauny, kiedy się ma świadomość, jak udręczone są te zwierzęta – w cieniu jest 40 stopni Celsjusza. Do tego trzeba uważać, żeby dla własnego bezpieczeństwa, a właściwie higieny, nie przechodzić pod klatkami; nie jest takie proste, gdyż wiszą one nad wąskimi alejkami.

Targ opuszczam z ulgą i marzę tylko o tym, żeby odpocząć od gorąca oraz nadmiaru dźwięków i zapachów. Najlepsze miejsca do odpoczynku w tym klimacie to… muzea. I rzeczywiście, w muzeum Sono Bodoyo panuje cisza i spokój, do tego jestem jedynym zwiedzającym bogatą ekspozycję. A podziwiać można tu największe skarby środkowej Jawy. Jest kolekcja prehistorycznych przedmiotów i postaci z brązu, są figury z teatru cieni, kostiumy tancerzy, tradycyjna broń, kamienne rzeźby.

Lalkowy teatr cieni to kulturalna specjalność Yogyakarty. Cienkie lalki z bawolej skóry wytwarzane są w otwartych dla turystów warsztatach w dzielnicy rzemieślników, a wieczorne i nocne przedstawienia przyciągają miłośników tej sztuki i oddziałują na wyobraźnię. A jest ona bardzo potrzebna – nie znającemu tutejszej kultury Europejczykowi trudno jest zrozumieć symbolikę lalek oraz sceny powolnie odgrywane przez cienie rzucane na ściany.

W krainie batiku

– Chodź ze mną, pokaże ci galerię młodych twórców – łapie mnie młody człowiek, gdy tylko opuszczam hotel – Prawdziwy batik, nie musisz kupować, możesz tylko zrobić zdjęcia – chociaż przewodniki ostrzegają przez nieuczciwymi sprzedawcami batiku, daję się omamić i idę do galerii. Obrazy rzeczywiście są ciekawe, można przy tym popatrzeć, jak wytwarzany jest batik, ale opuszczenie galerii bez zakupów nie jest proste. I ledwo mi się to udaje, wpadam na kolejnego naganiacza, oferującego zaprowadzenie do „niepowtarzalnej” galerii batiku. Ten jest bardziej kreatywny. – Polska? Wałęsa to idol całej mojej rodziny. Nie jest mi po drodze, ale ze względu na Wałęsę zaprowadzę cię do najlepszej galerii w mieście – oferuje. I jak mu nie ulec?

Polska? Wałęsa to idol całej mojej rodziny

Kolejna galeria to właściwie wielki sklep obwieszony obrazami z batiku. W rogu jednej z sal trwa mozolne barwienie tkanin. Jeden mężczyzna cierpliwie pędzelkiem nakłada wosk na tkaninę an narysowany wzór. Drugi kąpie inną tkaninę w barwniku. Miejsca pokryte woskiem pozostają nie zabarwione. Po wysuszeniu kolejny wzór z wosku nakłada się na tkaninę i ponownie barwi. Czynność tę powtarza się wielokrotnie, aż do uzyskania zamierzonego efektu. Zdumiewające, że w ten sposób można wytworzyć wielobarwne ptaki, sceny z życia Jawajczyków czy skomplikowane postacie mitologiczne – a takie wzory dominują na batikowych obrazach. Krzykliwe obrazy sąsiadują z delikatnymi wzorami, kicz miesza się z pięknem.

Bogatsza o rajskiego ptaka na jedwabiu i uboższa o kilkanaście dolarów wracam wąziutką uliczką do hotelu, mijając restauracje oferujące kobrę w sosie curry na ostro. Przyjaźnie zaczepiają mnie mieszkańcy, a dzieci wołają „hallo madame”. Przed zadbanym domkiem spacerują koty. Schylam się, żeby je pogłaskać i w ostatniej chwili cofam rękę , gdyż futrzaki okazują się… szczurami.

Borobodur – 500 postaci Buddy

W nocy jadę do Borobodur – jednej z najwspanialszych świątyń buddyjskich i równocześnie jednego z ważniejszych zabytków na półkuli południowej.

O świcie z porannej mgły wyłania się gigantyczna budowla, za którą widać wulkan ze smużką dymu. Im bliżej, tym bardziej widoczny jest majestat świątyni. Budowla jest osobliwa. Przypomina górę albo pomnik, oglądana z góry ma kształt mandali. W gruncie rzeczy jest to skała, której nadano kształt piramidy i obłożono kamieniami.

Budowla ma kształt piramidy o wysokości 35 m, składającej się z kolejnych tarasów. Na sam szczyt prowadzą schody, ale pielgrzymi buddyjscy obchodzą kolejne tarasy zgodnie z kierunkiem wskazówek zegara – droga odwrotnym kierunku oznacza zwrócenie się ku złu. Pięć dolnych tarasów symbolizuje pokusy ziemskie, nad nimi są trzy tarasy oznaczające świat ducha, a na samej górze jest kilkumetrowa stupa – symbol nirwany. Nieduże, ażurowe stupy w kształcie dzwonów są też na tarasach symbolizujących świat ducha. Na wszystkich poziomach, a także w stupach, są posągi Buddy – jest ich tu w sumie ponad 500. Do tego dochodzi 1460 reliefów ze scenami z życia Buddy oraz prawie drugie tyle innych płaskorzeźb.

Kiedyś prawdopodobnie budowla była kolorowa i mieniąca się złotem, dziś wskazują na to tylko resztki farb. Budowa świątyni trwała 100 lat i zakończyła się ok. 850 r. n.e. Kilkadziesiąt tysięcy robotników mozolnie wznosiło wzgórze, na którym postawiono świątynię z kamienia, bez użycia zapraw murarskich. Tylko przez 200 lat miejsce traktowano jako święte. Później na Jawie zapanował islam i Borobodur popadł w zapomnienie. Reszty dopełnił wybuch wulkanu Merapi, który pokrył popiołami dawną świątynię. Dla świata odkryto ją dopiero w XIX wieku.

Prambanan – ku czci Śiwy, Wisznu i Brahmy

Kilkanaście kilometrów na wschód od Yogyakarty usytuowana jest kolejna świątynia – a właściwie kompleks świątyń – hinduistyczny Prambanan. Kompleks ten jest zaledwie o kilka lat młodszy od świątyni Borobodur. Dedykowany jest Śiwie, Wisznu i Brahmie. Jednak o ile pełne prostoty postacie Buddy tchną spokojem, rzeźby w świątyniach Prambaban są ekspresyjne i dynamiczne, a nawet straszliwe. Świątynie te, podobnie jak Borobodur, przez kilkaset lat pozostawały w ruinie, odnowa zaczęła się dopiero w XX w. Niestety, renowacja nie zdążyła się zakończyć, gdy trzęsienie ziemi w 2006 r. poważnie uszkodziło świątynie. Obecnie trwa odbudowa, a kolejno restaurowane budynki są udostępniane dla zwiedzających.

Artykuł ukazał się w „Rzeczpospolitej„. Jego autorem jest Regina Skibińska.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
„Rzeczpospolita”: U sułtana i jego 40 żon Reviewed by on 11 lutego 2010 .

Batik, teatr cieni, sułtańskie zabytki oraz świątynie buddyjskie i hinduistyczne – środkowa Jawa, choć gorąca i przeludniona, ma czym przyciągnąć turystów. Yogyakarta, potocznie nazywana „Dżogdżą” nie pachnie kiszonką – to pierwszy szok po wylądowaniu na lotnisku. Gorące i wilgotne powietrze w azjatyckich miastach ma specyficzny zapach, kojarzący się z nadpsutym sianem i właśnie kiszonką. Kolejne

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź