BLOGOSFERA

„Rzeczpospolita”: Po co Ameryka wojuje z Chinami w Internecie

800px-China_USA_Locator-1Za amerykańskimi deklaracjami o obronie internetowych swobód przed reżimem w Pekinie wcale nie musi stać idealizm. To raczej chłodna kalkulacja

„Ameryka staje w obronie wolności słowa”. „Waszyngton wypowiada Pekinowi cyberwojnę”. Zachodnie media ogłosiły triumf wartości nad realpolitik. Chyba trochę za szybko.

Niedawno internetowy potentat Google wywołał poruszenie na całym świecie, zapowiadając, że wobec ataku chińskich hakerów na jego konta e-mailowe i serwery wielu innych firm nie będzie już współpracować z internetową cenzurą w ChRL.

W czwartek sekretarz stanu Hillary Clinton w ostrych słowach stwierdziła, że wobec chińskiej cyberagresji nadszedł czas, by bronić swobody słowa w światowej sieci. W piątek Chińczycy odpowiedzieli Amerykanom, by dali sobie spokój z ich „tak zwaną internetową wolnością”. Czyżby była to długo oczekiwana przez zachodnich obrońców praw człowieka wojna o wartości, w której przeciw autokratom z Pekinu stanął rząd USA i amerykański biznes? Niekoniecznie.

Podejrzane wydaje się już samo wiązanie ataku chińskich hakerów na firmy w USA z wolnością słowa w ChRL. Co właściwie ma jedno do drugiego? Co więcej, szefowie Google’a przez parę ostatnich lat godzili się na cenzurowanie swej wyszukiwarki w Państwie Środka mimo upomnień Kongresu i krytyki obrońców praw człowieka. Ponad wartościami stawiali pieniądze. Czemu tak nagle zmienili zdanie?

Google kiepsko sobie radzi w Chinach, wyraźnie przegrywając z lokalnym rywalem Baidu. Na Zachodzie koncern miał ostatnio problem z wizerunkiem: oskarża się go o monopolizowanie rynku, łamanie praw autorskich, naruszanie prywatności użytkowników. Niewykluczone, że firma skorzystała z pretekstu, by wyjść z twarzą z przegranego rynku i poprawić swój image tam, skąd czerpie większość wpływów.

Co się jednak stało szefowej amerykańskiej dyplomacji, która jeszcze nie tak dawno wolała nie drażnić Pekinu wspominaniem o prawach człowieka? Jej gwałtowna reakcja sprawia wrażenie dobrze przygotowanego kontrataku. Właśnie: kontrataku. Kluczem do zrozumienia tej zagadki wydaje się bowiem właśnie wspomniana wcześniej chińska cyberofensywa przeciw firmom, a zapewne także urzędom w USA.

Amerykanie już od paru lat wyrażali zaniepokojenie tym, że Chińczycy nie tylko kradną przez Internet amerykański know-how, ale też coraz poważniej testują słabe punkty internetowej infrastruktury w Ameryce. Można się domyślać, że chińska agresja przybrała tak niepokojące rozmiary, iż Waszyngton postanowił kontratakować. Google dostarczył pretekstu.

Internet stał się pasją milionów Chińczyków. Jest tą przestrzenią, w której przyzwyczaili się do większej swobody wyrażania opinii – zarówno w sprawach politycznych, jak i na przykład obyczajowych. Cenzura wywołuje tam szczególny opór i irytację. Dlatego w tej kwestii amerykańska krytyka może liczyć na wyjątkowy oddźwięk wśród Chińczyków. Jest więc w rękach Waszyngtonu niebezpieczną bronią.

To nie Ameryka wypowiada Chinom wojnę o cyberwolność. To Chiny jakiś czas temu rzuciły Ameryce cyberwyzwanie. Teraz Waszyngton próbuje odparować ciosy. Nie wiadomo jednak, czy jest gotów na pełną ich wymianę.

Artykuł ukazał się w „Rzeczpospolitej”. Jego autorem jest Piotr Gillert.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
„Rzeczpospolita”: Po co Ameryka wojuje z Chinami w Internecie Reviewed by on 24 stycznia 2010 .

Za amerykańskimi deklaracjami o obronie internetowych swobód przed reżimem w Pekinie wcale nie musi stać idealizm. To raczej chłodna kalkulacja „Ameryka staje w obronie wolności słowa”. „Waszyngton wypowiada Pekinowi cyberwojnę”. Zachodnie media ogłosiły triumf wartości nad realpolitik. Chyba trochę za szybko. Niedawno internetowy potentat Google wywołał poruszenie na całym świecie, zapowiadając, że wobec ataku chińskich

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź