BLOGOSFERA

„Rzeczpospolita”: Ganges, ghaty i gra miejska

401px-Benares_1Powiedzieć, że Varanasi jest dla Hindusów jak Częstochowa dla Polaków, to za mało. Różnica jest co najmniej tak duża, jak między Gangesem a Wisłą.

Hindusi wierzą, że miasto powstało z woli boga Sziwy ponad pięć tysięcy lat temu. Źródła historyczne mówią o trzech tysiącach. Tak czy inaczej, Varanasi – dawniej Benares – to jedna z najstarszych osad ludzkich na ziemi. To jednak nie jedyne „naj”, którym ta ponadtrzymilionowa metropolia może się pochwalić. Jest przede wszystkim najświętszym miastem dla wyznawców hinduizmu, a więc prawie miliarda ludzi. Wyjątkowość Varanasi płynie ze spokojnych, mętnych wód środkowego Gangesu. Rzeka daje życie i je zabiera, równocześnie towarzysząc mieszkańcom w szarej, brudnej codzienności. Ale po kolei.

Wysiadamy z pociągu po całonocnej podróży z Delhi. Smród, który uderza w nozdrza przy pierwszym kontakcie z tutejszym powietrzem, już nie szokuje. Przynajmniej tego, kto przeszedł swoistą aklimatyzację w stolicy Indii. Z tutejszym brudem da się – a nawet trzeba –po prostu oswoić. Okolice dworca też nie są już niczym nowym. Zachodni turysta rzuca się w oczy na kilometr, szybko zostaje więc otoczony wianuszkiem taksówkarzy, rikszarzy, tragarzy i dziesiątkami innych ludzi, gotowych do wszelakiej pomocy. Oczywiście za odpowiednio wysokim wynagrodzeniem. Stare miasto, w którym mieści się większość tanich hoteli, znajduje się kilka kilometrów dalej. Po odpowiednio długich negocjacjach trzeba więc dobić z kimś targu i dać się zawieźć.

200 kg na ciało

Gdy w końcu udaje nam się uciec od zgiełku ulicy w wąskie zakamarki starej części miasta, przenosimy się w czasie. Nie o pięć, dziesięć lat, a o całe setki. W „Podróżach z Herodotem” Ryszard Kapuściński pisał o „gąszczu wąskich, dusznych i brudnych uliczek, szczelnie zapełnionych żebrakami”. Reporter był w Indiach kilkadziesiąt lat temu, a jednak jego słowa wciąż wiernie oddają klimat miasta. I tak jak on, wraz z pielgrzymami, kalekami, starcami i trędowatymi idziemy w kierunku Gangesu. Miasto nagle się kończy. Chodnik wychyla się zza odrapanych i oplutych ścian budynków. Ostatnie metry drogi to duże, kamienne schody, znikające pod taflą brudnej wody. Wchodzimy na ghaty.

Pierwsze, co rzuca się w oczy, to tłum półnagich, często bosych chudzielców. Krzątają się między gapiami, a na wątłych barkach dźwigają kłody drewna. Manikarnika Ghat to wielkie krematorium pod gołym niebem. Jedno obok drugiego, płoną tu wielkie ogniska, a w powietrzu unosi się pył. Osmoleni mężczyźni rozgrzebują ogień długimi kijami, raz po raz dorzucając opał. Przysiadamy na schodach.

– No pictures! No pictures! – przyglądający się nam od dłuższego czasu Hindus nie jest specjalnie sympatyczny. Zapewnienia, że nie mamy zamiaru nawet wyciągać aparatów, nie wystarczają. Przez cały czas towarzyszą nam nieufne spojrzenia, jakby tylko czekające na moment, gdy złamiemy dane słowo. Przewodnikiostrzegają jednak przed takim ruchem. Chwila nieuwagi, a aparat lub karta pamięci wyląduje w wodzie, a i my nie wyjdziemy stąd bez szwanku. Nie ma się jednak czemu dziwić – jesteśmy w końcu świadkami pogrzebu. A raczej dziesiątek pogrzebów na raz.

– Na jedno ciało potrzeba od trzech do czterech godzin i 200 kg drewna. Jeśli zmarły pochodził z wysokiej kasty, rodzina kupuje drewno sandałowe. Biedniejsi płoną na zwykłym – beznamiętnie mówi człowiek, który przed chwilą przycupnął na sąsiednim schodku. – Życie każdego wyznawcy hinduizmu kończy się na stosie. Nie palimy tylko ciał noworodków, kobiet w ciąży, ukąszonych przez kobrę i sadhu – świętych, którzy przez życie przeszli w ascezie – wyjaśnia, a nam coraz bardziej cierpnie skóra. Stoicki spokój, w jakim odbywa się rytuał, poraża. Cierpienie rodziny zmarłego jest publiczne, śmierć nie stanowi tabu, a zwłoki nie są nietykalne. Nasz samozwańczy nauczyciel chętnie opowiada o zwyczajach hinduizmu. Na końcu wykładu prosi o dobrowolny datek na pobliskie hospicjum, który sam zaniesie. Pozostajemy nieufni – i słusznie. Następnego dnia okazuje się, że w okolicy nie ma takiej placówki. Ot, hinduskie cwaniactwo.

Obmyci w brudzie

O ile wieczór spędzony w ghacie kremacyjnym zmroził krew żyłach, o tyle poranny rejs wzdłuż brzegu daje coś w rodzaju wytchnienia. Jest przed szóstą, gdy wsiadamy na starą, skrzypiącą łódź wiosłową. Nasz kapitan to kilkunastoletni chłopak, któremu okazja do zarobku pozwoliła uniknąć dziś szkoły. Nad wodą unosi się mgła, a dookoła coraz więcej łódek pełnych takich, jak my – turystów ciekawych tego, co dla nich nowe. Płyniemy wzdłuż brzegu, mijamy kolejne ghaty. W całkowitej ciszy obserwujemy, jak przepasani tylko na biodrach mężczyźni powoli, jakby w transie zanurzają się w wodzie. Dla nas Ganges jest odpychający i zanieczyszczony, im pozwala na rytuał oczyszczenia, rodzaj codziennego chrztu. Śmieją się, machają. Tym razem chętnie pozują do zdjęć, szczególnie, gdy podpływamy bliżej.

Kawałek dalej widzimy kobiety rytmicznie uderzające czymś o ułożone przy brzegu kamienie. To praczki, które tak jak ich matki, babki i prababki przed laty, ręcznie szorują w Gangesie brudne ubrania. Wśród nich są pewnie i nasze ciuchy oddane w hotelu do przepierki za kilkadziesiąt rupii.

Prohibicja na pół gwizdka

Siedzimy teraz na dachu Puja Guest House, jednego z dziesiątek hotelików dla plecakowiczów. Wystawiony na słońce taras jest równocześnie restauracją. Pijemy chai, czyli słodką herbatę z mlekiem. – Piwa w karcie nie mamy, ale jeśli chcecie, przyniosę – mówi szeptem kelner. Varanasi to święte miasto, zakazany jest więc w nim handel alkoholem. Czego się jednak nie robi dla turystów: w razie potrzeby chłopak na posyłki pobiegnie do dzielnicy muzułmańskiej, gdzie o napoje procentowe dużo łatwiej. Piwo będzie nam podane spod stołu, z dzbanków. To na wypadek niezapowiedzianej kontroli.

Towarzystwo jest międzynarodowe. Grupa Japończyków pali coś, co wprawia ich w podejrzanie dobry nastrój. Pochodzący z Tahiti Francuz zwraca na siebie uwagę tatuażami, które pokrywają całą jego twarz. Wygląda jak wojownik z plemienia zamieszkałego gdzieś głęboko w buszu. Na europejskiej ulicy budziłby sensację, tu jest jak każdy inny biały turysta. Może tylko trochę bardziej sarkastyczny – lubuje się w opowieściach rodem z pitawalu.

Kilka dni później w podobnym gronie znajduje się Łukasz Kopeć, 26-letni nauczyciel angielskiego z Warszawy. W swojej podróży po północnych Indiach trafia właśnie do Varanasi, a tam do małej knajpki Buffalo’s, prowadzonej przez pewnego Niemca dla obieżyświatów takich jak on. I zamiast zwiedzać miasto z biblią wszystkich niskobudżetowych turystów – przewodnikiem „Lonely Planet”, postanawia samemu rozdać karty.

– Trudno nazwać Buffalo’s knajpą. To raczej przestrzeń, w której Klaus – właściciel pozwala na różne działania kulturalno-oświatowe. Udostępnia miejsce np. Meksykanom, którzy demonstrują taniec ognia. Sam trafiłem na wieczór robótek ręcznych w… orzechu kokosowym – opowiada Łukasz po powrocie do Polski kilkanaście tygodni później.

Wprawiony w grach miejskich, w których wielokrotnie brał udział w Warszawie, proponuje spotkanym w Buffalo’s turystom zabawę na podobnych zasadach. Odzew jest pozytywny, więc razem z zaprzyjaźnionym Amerykaninem Jerrym bierze się za zamianę świętego miasta w planszę.

– Wszystko działo się bardzo szybko, bo czasu było niewiele. Jednego dnia burza mózgów, drugiego spacer po okolicy i rozklejanie plakatów reklamowych, rozdawanie ulotek, trzeciego dopracowywanie instrukcji dla graczy i rekrutacja miejscowych do pomocy – wspomina Łukasz.

Raz my ich, raz oni nas

Aby uświadomić sobie, jak szalony jest to pomysł, trzeba zrozumieć, że zorganizowanie w Indiach choćby biletu na pociąg to duże osiągnięcie. Wytłumaczenie Hindusom tak abstrakcyjnej rzeczy, jak to, że pewna grupa ludzi będzie biegać po mieście w bliżej nieokreślonym celu, graniczy już z cudem.

– Nie było aż tak źle – śmieje się Łukasz. – Owszem, na początku każdy zaczepiony mieszkaniec słuchał uważnie, raz po raz przytakując, po czym zadawał sakramentalne pytanie: „A co ja z tego będę miał?”. Udało się jednak namówić do zabawy kilka osób. Chai babie, czyli staruszkowi sprzedającemu herbatę wyjaśniliśmy, że gracze na pewno chętnie się u niego posilą. Przewodnikowi po ghacie kremacyjnym wmówiliśmy, że za opowieści o zwyczajach hinduizmu może dostać trochę pieniędzy. Równocześnie jednak uczestnikom zapowiedzieliśmy, żeby spróbowali przejść przez grę jak najmniejszym nakładem finansowym – wspomina.

Ostatecznie w grze bierze udział 15 osób podzielonych na pięć grup. Każdy z punktów, do którego uczestnicy mają dotrzeć, związany jest z jakimś charakterystycznym elementem świętego miasta. Pomocą są wskazówki pokroju: „Jest wiele sklepów z jedwabiem w Benares, ale tylko jeden jest prowadzony przez imponującego młodego człowieka imieniem Rakesh. Znajdź go i poproś o czerwone sari”.

– Co to był za chłopak! – ożywia się Łukasz. – Miał może 13 lat, a zachowywał się jak biznesmen z wieloletnim stażem. Przyjął nas w swoim sklepie, wysłuchał ze śmiertelnie poważną miną, zaproponował herbatę. Wygadany, pewny siebie, niezwykle obrotny. Sprzedałby pewnie worek piasku po cenie złota – opowiada.

Gra trwa kilka godzin. W tym czasie uczestnicy tułają się m.in. po okolicach Złotej Świątyni. W tym strzeżonym jak Pentagon miejscu raz na kilka lat dochodzi do zamachów terrorystycznych (– W pobliżu znajduje się stary meczet, więc raz wybucha on, a raz nasza świątynia – mawiają Hindusi, zupełnie jakby słup dymu nad dzielnicą był stałym elementem tutejszego krajobrazu).

Trafiają też do owianego legendą hoteliku Muna. Budynek nie ma szyldu, nigdzie się nie reklamuje, a i tak nigdy nie świeci pustkami. Wszystko za sprawą poczty pantoflowej. Aby go znaleźć, trzeba po prostu zdać się na pomoc bardziej doświadczonych podróżników. A kto raz tu zanocuje, zostaje na dłużej.

Uczestnicy zwiedzają też stare obserwatorium astronomiczne z 1710 roku, jedno z kilku podobnych w całym kraju. – Czekając na graczy, zaprzyjaźniłem się z zarządcą muzeum, który po grze za darmo oprowadził mnie po pałacu – opowiada Łukasz.

Zgubić się w Indiach

– Wynik gry był do przewidzenia. Grupy, które były w Varanasi przynajmniej od kilku tygodni, bardzo szybko dotarły do mety. Nowicjusze natomiast błądzili – podsumowuje Łukasz. I opowiada o grupie z Izraela. – Jej członkowie byli na tyle nieobeznani z okolicą, że pomylili nazwę ghatu i zamiast do punktu kontrolnego, dotarli na północny skraj miasta. Zupełnie niepotrzebnie przeprawili się przez rzekę. Na miejsce zbiórki wrócili dopiero późnym wieczorem. Przegrani, ale szeroko uśmiechnięci. Dzięki swojej pomyłce zwiedzili takie części Varanasi, do których w normalnych okolicznościach nigdy by nie trafili – mówi Łukasz.

Mając za sobą podobną tułaczkę po Indiach, doskonale rozumiemy wspomnianych Izraelczyków. Święte miasto Hindusów wcale nie wygląda urokliwie na pocztówkach. Nie przywieziemy też stąd do Europy wora pamiątek. A jednak samo wspomnienie wizyty nad Gangesem budzi uśmiech. Bo nigdy nie spodziewaliśmy się, że trafimy w tak ciekawe miejsce.

Artykuł ukazał się  na portalu rp.pl. Jego autorem jest Adam Robiński.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
„Rzeczpospolita”: Ganges, ghaty i gra miejska Reviewed by on 5 listopada 2009 .

Powiedzieć, że Varanasi jest dla Hindusów jak Częstochowa dla Polaków, to za mało. Różnica jest co najmniej tak duża, jak między Gangesem a Wisłą. Hindusi wierzą, że miasto powstało z woli boga Sziwy ponad pięć tysięcy lat temu. Źródła historyczne mówią o trzech tysiącach. Tak czy inaczej, Varanasi – dawniej Benares – to jedna z

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź