Artykuły

Ryszard Zalski: Czy Chiny prowokują USA?

China-USA

W ostatnich dniach marca na Morzu Żółtym zatopiona została korweta południowokoreańskiej marynarki wojennej. Nikt wówczas nie przypuszczał, że incydent ten będzie początkiem sporu o nowy porządek na Pacyfiku i skonfrontuje dwa odległe mocarstwa.

Nawet kilka miesięcy po tragedii i przygotowaniu przez międzynarodową komisję raportu (nie udostępnionego jednak publicznie), nie ma jednoznacznego werdyktu ws. przyczyny zatonięcia. Jak twierdzi prof Bruce Cummings na tragedię należy patrzeć w kontekście trwającego od dawna konfliktu koreańskiego i wcześniejszych zatonięć  łodzi północnokoreańskich, których sprawcą mogło być wojsko południowego sąsiada. Ważniejsze są jednak międzynarodowe implikacje wynikające z odmiennej oceny przez obie Koree, a także ich sąsiadów i USA. Prowadzi nas to do kolejnej odsłony dramatu, z międzynarodową obsadą i głównymi rolami granymi przez rządy w Waszyngtonie i w Pekinie.

W obliczu powstałego na półwyspie kryzysu, zdecydowanego wsparcia Republice Korei udzieliła sekretarz stanu Clinton. Jej uwagi skierowane były jednak do szerszego grona, niż tylko koreańskie. Podczas majowej wizyty w Seulu namawiała Chiny do potępienia oskarżanej przez nią o zatopienie Cheonan KRLD. Jak dotychczas wieloletnie próby kolejnych amerykańskich administracji dążących do skłonienia Państwa Środka do współpracy odnośnie Korei Północnej spełzały na niczym. W maju amerykańscy urzędnicy zwracali jednak uwagę na obserwowany od pewnego czasu rozłam między cywilnym a wojskowym kierownictwem chińskim. Twierdzili mianowicie, że o ile przedstawiciele partii są skłonni do potępienia północnych Koreańczyków, o tyle armia wręcz popiera ich postawę. Miało to wynikać nie tylko z dawnej współpracy obu armii, ale popierania antyamerykańskiej postawy mniejszego sąsiada.

Spory terytorialne

Z rozpoczętym w USA w 2008 r. globalnym kryzysem nadal pogrążającym amerykańską gospodarkę, chińska gospodarka jak dotychczas radzi sobie znacznie lepiej. Razem z wykańczającymi supermocarstwo obydwoma wojnami, stanowi on dla władz w Pekinie dowód porażki Stanów Zjednoczonych i proponowanego przez nie modelu kapitalizmu. Jest to jeden w powodów coraz częściej omawianej w międzynarodowej prasie asertywności chińskiej polityki zarówno wobec sąsiadów, jak i Stanów Zjednoczonych. Jednym z jej przejawów jest zaliczenie przez wysokich rangą urzędników władz chińskich w marcu 2010 ok. 80% powierzchni Morza Południowochińskiego do strefy swoich rdzennych interesów (core interest). Przyczynami tej decyzji są m.in. spory dotyczące leżących na południu akwenu wysp Spratly (w konflikt zaangażowany jest Wietnam, Filipiny i Malezja, Tajwan), wysp Paracel (Wietnam) i Diaoyutai/Senkaku (Japonia), a także odcięcie dostępu amerykańskiej marynarki od tych wód. Tereny te są bogate zarówno w ropę oraz gaz, jak i stanowią atrakcyjne tereny połowowe. Przejęcie przez Chiny kontroli nad Morzem Południowochińskim oraz Cieśniną Tajwańską mogłoby zakończyć rozwój trzech powojennych osiągnięć amerykańskiej polityki wobec Azji – Japonii, Korei Południowej oraz Tajwanu.

Kwartał wcześniej, w grudniu 2009 r. parlament ChRL przyjął ustawę o ochronie wysp uzurpując sobie prawo do ok. 17 tys. wysp na Morzu Południowochińskim. Chińska armia często aresztuje na tym terenie wietnamskich rybaków. Broniąc się, Wietnam przyjął strategię umiędzynarodowienia problemu, angażując w niego więcej państw. Chiny przeciwnie – dążą do rozmów z każdym krajem oddzielnie, starając się wykorzystać swoją pozycję i potencjał. Zajęcie przez sekretarz Clinton w trakcie udziału w Regionalnym Forum AEAN w Hanoi pod koniec lipca br. stanowiska, iż USA popierają wolność żeglugi i wolny dostęp do morza, a także opowiadają się za poszanowaniem w tym względzie prawa międzynarodowego i są skłonne wziąć udział w rozmowach ws. wysp, to wyraźny sygnał dla władz w Pekinie, że Amerykanie starają się odzyskać zaniedbaną ostatnimi laty pozycję w Azji. Policzek tym większy, iż problem dotyczy terenów stanowiących od niedawna rdzenne interesy Chin. Ponadto, odwołując się do głoszonej przez Chiny tezie o niewtrącanie się w politykę wewnętrzną innych krajów, zachowanie USA odebrano prawdopodobnie jako nieuzasadnioną ingerencję Waszyngtonu w azjatyckie sprawy. Oświadczenie sekretarz Clinton stanowiło także ogromny sukces dyplomacji wietnamskiej. Amerykańska i wietnamska marynarka wojenna nawiązały niedawno bliską współpracę, ponadto Wietnam, a także Japonia nawiązały współpracę wojskową z gospodarczym i wojskowym konkurentem Chin, czyli Indiami.

Tak więc podupadająca wg. chińskich władz amerykańska potęga jest jednak nadal liczącym się w regionie graczem, mimo iż nie należy do niego geograficznie. Nie tylko graczem, lecz w znacznej mierze filarem pokoju i stabilizacji. Tak przynajmniej uważa większość (40%) respondentów badania przeprowadzonego przez Center for Strategic and International Studies w Waszyngtonie na początku 2009 r. wśród azjatyckich elit. Chiny natomiast wymieniono jako największe zagrożenie dla regionu w ciągu najbliższej dekady (prawie 40% odpowiedzi, wyprzedziły w zestawieniu tym nawet Koreę Północną).

Obecność USA w Azji

Chińsko-amerykańska współpraca wojskowa pogarszała się od początku bieżącego roku. Styczniowa sprzedaż Tajwanowi amerykańskiej broni spowodowała wściekłość i groźby władz chińskich zarówno dotyczące rozwoju handlu, jak i stosunków dyplomatycznych. W ciągu następnych miesięcy okazało się jednak, że w zakresie wymiany handlowej skończyło się na groźbach. Podczas majowej wizyty w Pekinie w ramach Strategic and Economic Dialogue ciśnienie amerykańskiej delegacji podniosło wystąpienie admirała Guen Youfeia oskarżającego gości o hegemoniczne zapędy względem gospodarzy. W amerykańskiej prasie rozgorzała wówczas dyskusja na ile wystąpienie to jest reprezentatywne dla kierownictwa Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej. Jak twierdzi amerykański publicysta John Pomfret z rozmów z chińskim establiszmentem wojskowym i cywilnym wynika, iż admirał mógł reprezentować większość i to rządowe gołębie mogą stanowić wśród chińskich władz mniejszość.

Kolejne oskarżenia chińskich wojskowych pod tym samym adresem nastąpiły kilka tygodni później na forum Shangri-La Dialogue w Singapurze. Dyskusja dotyczyła m.in. reakcji na zatopienie koreańskiego statku, wysp Spratly i chińskich roszczeń odnośnie basenu Morza Południowochińskiego. Sytuację zaostrzyła odmowa zaplanowanych spotkań i współpracy ChAL i armii amerykańskiej, w szeczególności odwołanie wizyty sekretarza obrony Gatesa w Pekinie.

Chińska armia rozwija program zapobieżenia dostępu (anti-access), czyli uniemożliwiający amerykańskim lotniskowcom zbliżenie się do wód otaczających Chiny. Dotyczy to zarówno rozbudowy lotnictwa, marynarki, zasięgu torped, jak i łodzi podwodnych (klasy Song i Kilo). Te ostatnie wyciszono tak dalece, iż pod koniec 2006 r. jedna z nich niespodziewanie wynurzyła się w okolicach prefektury Okinawa w odległości 8km od lotniskowca Kitty Hawk. Powszechnie przyjmuje się, że celem rozbudowy potencjału wojskowego nie jest w tej chwili agresja wobec Stanów Zjednoczonych. Ma jedynie zapewnić przewagę wobec amerykańskich oraz japońskich sił w wypadku chińskiej inwazji na Tajwan.

W ciągu ostatniej dekady liczba kolizji, a także prowokacji cywilnych, wojskowych i badawczych samolotów i statków amerykańskich i chińskich znacznie wzrosła. Strona chińska jednak stale podnosi poprzeczkę. Na początku kwietnia helikopter Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej przeleciał nad terytorium wód międzynarodowych na południe od Okinawy niecałe 100 m od od japońskiego statku eskortującego konwój marynarki. Niecałe dwa tygodnie później 10 chińskich statków wojennych i 2 łodzie podwodne przepłynęły między Okinawą a japońskimi wyspami. Także i tym razem chiński helikopter prowokował siły japońskie. W obu przypadkach chińskie władze odrzuciły oficjalne protesty władz japońskich. Jeden z chińskich analityków wojskowych oznajmił, iż powinny się one przyzwyczaić do obecności chińskich sił na swoim terytorium. W kontekście przyjaznego Chinom rządu ówczesnego premiera Hatoyamy, działania chińskie stanowiły strzał we własną stopę.

Coraz bardziej napięte stosunki mają Chińczycy także z władzami Indii, nie tylko ze względu na Tybet, ale trzykrotnie większy od Tajwanu region nadgraniczny Arunachal Pradesh, traktowany przez Państwo Środka jako przynależny do Autonomicznego Regionu Tybetu. Tybet i Arunachal Pradesh, tak jak Tajwan, zaliczane są przez Chiny do obszaru Wielkich Chin, który ma być ponownie połączony z macierzą. Jego mieszkańcom ubiegającym się o chińską wizę jest ona stemplowana w paszporcie oddzielnie.

Jedną z konsekwencji wspomnianego zatopienia Cheonan są przeprowadzone na szeroką skalę manewry amerykańsko-koreańskie, w których udział wzięły wojska 14 państw. Operacja ma m.in. wykazać wspólną postawę i sprzeciw wobec zarzucanej Korei Północnej agresji. Ponieważ planowana była na Morzu Południowochińskim, spowodowała  protesty z najwyższych szczebli rządu ChRL, a także mediów. Amerykę oskarża się o powstrzymywanie Chin, nawrót do zimnej wojny itd., lista zarzutów jest długa. Tak więc by nie obrażać ryczałtem 1,3 mld osób, przeniesiono je na Morze Japońskie. Nadal jednak wywołuje to obrazę chińsko-północnokoreańskiego sojuszu, w szczególności użycie USS George Washington z napędem atomowym, o czym na łamach “China Daily” powiadomił admirał Yang Yi. Z kolei Global Times donosi, iż dla władz chińskich użycie lotniskowca to próba agresji na Morze Żółte pod pretekstem sprzeciwu wobec zatopienia Cheonan. Manewry przeprowadziła także flota rosyjska. Takiego tłoku operujących praktycznie równocześnie marynarek nie było na Pacyfiku od bardzo dawna.  Chińska ekspansja morska to jednak nie tylko Morze Południowochińskie. Odbywa się także w kierunku Oceanu Indyjskiego. Chińskie firmy budują i remontują porty na Sri Lance, w Bangladeszu, Pakistanie, co powoduje, iż hinduskie władze czują się okrążane przez swojego sąsiada. Boją się mianowicie, iż instalacje cywilne mogą zmienić przeznaczenie na wojskowe. Jak twierdził komandor amerykańskiej floty na Pacyfiku, admirał Patrick Walsh, w wywiadzie udzielonym japońskiemu “Asahi Shimbun” w połowie czerwca, nadmorskie państwa, jak m.in. Singapur i Wietnam a także Australia, Malezja i Indonezja, powodowane obawami przed zachowaniem Chin, kupują łodzie podwodne, celem zapewnienia  bezpieczeństwa. Ponadto wiele krajów regionu zabiega o bliższą współpracę z marynarką USA.

Kto prowokuje kogo?

Przedstawione powyżej sytuacja świadczy m.in. o tym, iż problemów między USA i ChRL zamiast ubywać przybywa. Bierze się to po części z niezbyt udanej amerykańskiej polityki wobec Chin. I to od ponad półwiecza. Popierani po II wojnie światowej przez USA nacjonaliści przegrali wojnę domową. Po  odsunięciu się od Czang Kaj-szeka, Amerykanie natychmiast poparli go jednak wraz z rozpoczęciem konfliktu koreańskiego. Po dwóch dekadach zmienili fronty normalizując stosunki z ChRL, jednak na zasadach, które ani nie satysfakcjonują władz Pekinie, ani nie dają wystarczającego poparcia władzom tajwańskim. Mając wówczas przewagę nad ubogimi i niedorozwiniętymi Chinami Ludowymi, nie wykorzystali jej. Obecnie kapitalistyczne i totalitarne Chiny bez skrupułów korzystają ze swojej rosnącej przewagi. Co ważniejsze, uzależniony finansowo od Chin, z zabiegającym o ich względy dla celów czysto merkantylnych establiszmentem amerykańskim, Waszyngton jest skonfrontowany z coraz silniejszym gospodarczo i militarnie partnerem, na którego nie ma praktycznie żadnego wpływu. Rozbieżność celów i założeń polityki zagranicznej Chin i USA widoczna jest chociażby po chińskich sojusznikach. Do tego grona należy znaczna część rządów potępianych przez władze amerykańskie – Somalia, Iran, KRLD, Birma, Pakistan. Nie wystawia to najlepszego dowodu ostatnim dekadom amerykańskiej perswazji wobec Chin. W kwestii prób nakłonienia Chin do współpracy w związku z KRLD i Iranem, wystarczy przejrzeć oświadczenia amerykańskich władz z kilku ostatnich lat. Zmieniają się jedynie daty, treść jest praktycznie bez zmian. Nie sprawdza się ani mantra amerykańskiego wielkiego biznesu i polityków o logicznym i konsekwentnym wg. nich nastąpieniu po wolnej gospodarce kolejnego etapu rozwoju w postaci wolności i demokracji. Także kolejna mantra o zmianie reżimu w oświecony i biorący na siebie odpowiedzialność za losy świata i planety okazuje się utopią.

Problem stanowi już nie tylko Tybet i Tajwan, ale w coraz większej mierze wspomniane wyspy na Morzu Południowochińskim, hinduski Arunachal Pradesh i konflikty z siłami japońskimi. Tyle że Chiny są nie tylko silne własnym rozwojem, ale w dużej mierze słabością Zachodu – zarówno UE jak i USA. Problemem jest nie tylko owczy pęd zachodnich polityków i przedsiębiorców do Pekinu po interesy z chińskimi władzami. Co ważne dla czytelników artykułów jak ten – znaczenie ma także brak wiarygodnych informacji o polityce chińskich władz. Podejmowane przez nie działania nie są ani transparentne, ani decydenci nie są wobec nikogo odpowiedzialni. Tak więc całe zastępy zagranicznych fachowców, rzadko znających do tego język chiński, tak naprawdę zgadują co i dlaczego się dzieje i widzą jedynie zasłonę dymną. Jako przykład można podać doniesienia większości światowych mediów o poprawionych i spokojniejszych stosunkach przez cieśninę. Zmieniło się jedynie podejście obecnego rządu Tajwanu – na uległe i bezwolne. Osoby chwalące nowy stan współpracy obu chińskich rządów należałoby poprosić o wskazanie dziedzin, w których władze ChRL zmieniły podejście. Tak jak w przypadku USA, władze w Pekinie w całej rozciągłości wykorzystują usłużny rząd tajwański, podejmujący niedemokratyczne decyzje wbrew szerokim protestom społeczeństwa (vide cały proces negocjacji i przyjęcia ECFA).

W amerykańskiej prasie pojawiają się pogłoski o niezadowoleniu obecnego prezydenta z dokonań swoich poprzedników wobec Chin. Przypuszczalnie pamięta on komentowany zarówno w Stanach jak i na świecie sposób, w jaki Chińczycy potraktowali jego samego i amerykańską delegację podczas rokowań w Kopenhadze. Może więc administracja Obamy dokona zmiany w uległej dotychczas polityce wobec Chin? Mogłoby o tym świadczyć m.in. rozmieszczenie w Azji czterech łodzi podwodnych, z tego 3 tego samego dnia (koło Filipin,  Pusanu, oraz Diego Garcia na Oceanie Indyjskim). Każda wyposażona w ponad 150 rakiet typu Tomahawk. Do praktyki tej wrócono po raz pierwszy od zakończenia zimnej wojny.

Co jeszcze mogą zrobić Stany Zjednoczone? Z pewnością pomocne byłoby zaangażowanie się Stanów Zjednoczonych w rozmowy poszczególnych krajów z Chinami odnośnie spornych wysp, wsparcie Tajwanu (za sprawą odwiedzin wyższych rangą urzędników, wznowienia negocjacji ws. Trade and Investment Framework Agreement, wsparcie kraju na różnych forach i w organizacjach międzynarodowych). Wskazane byłoby zaakceptowanie faktu, że chińskie władze regularnie podnoszą argument obrażania ponad miliarda ich obywateli i to się nie zmieni. Nie należy się tym przejmować. Nie widzę większego sensu naciskania na władze chińskie ws. praw człowieka, rozszerzenia swobód obywatelskich i demokratyzacji kraju. Ponieważ zagadnienia te zagrażają bezpośrednio istnieniu władz, więc nie ma co liczyć na zmianę w tym względzie. Zamiast na nie naciskać, można starać się pomagać lokalnym i zagranicznym organizacjom pozarządowym, działać w zakresie neutralnym, jak ochrona środowiska.

Za przedwczesne także uważam stałe podkreślanie nadchodzącej supremacji Chin nad USA. Trywializując sprawę można by powiedzieć, że tak długo jak uprzywilejowane i posiadające wszystko na wyciągnięcie ręki dzieci chińskich elit jednak zabiegają o wykształcenie na amerykańskich uczelniach, obywatelstwo i znajomość języka, nie zaś na odwrót, dominująca pozycja USA na świecie potrwa jeszcze trochę.

Nie ulega wątpliwości, że jesteśmy świadkami walki dwóch mocarstw o rząd dusz w Azji. USA nie chcą dać się usunąć ze sceny, na której przywykły do grania głównej roli. W sztuce tej jednak nie wszystkie role są rozdane, nie wszystkie kwestie wygłoszone. Nastąpi wiele zwrotów akcji. Pod koniec dramatu może się okazać, że fabuła jest bardziej skomplikowana niż obserwowany obecnie dobry i zły glina.

Ryszard Zalski z Tajpei

Ryszard Zalski Na Tajwan przyjechał 6 lat temu na stypendium, a po jego zakończeniu zdecydował się ożenić z mieszkanką „pięknej wyspy” i osiąść na stale. Pracuje w branży IT w dziale sprzedaży. Podróżował po Tajlandii, KRLD, ChRL. Pisze doktorat z zakresu stosunków między Tajwanem a USA. Przeprowadził wywiady z kilkudziesięcioma politykami, dziennikarzami, pisarzami i naukowcami, w tym z byłym prezydentem, członkami rządu (KMT i DPP) i parlamentu. Bierze czynny udział w miejscowych spotkaniach i seminariach cudzoziemców (naukowców, byłych dyplomatów, dziennikarzy) i Tajwańczyków zainteresowanych polityką.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Ryszard Zalski: Czy Chiny prowokują USA? Reviewed by on 30 sierpnia 2010 .

W ostatnich dniach marca na Morzu Żółtym zatopiona została korweta południowokoreańskiej marynarki wojennej. Nikt wówczas nie przypuszczał, że incydent ten będzie początkiem sporu o nowy porządek na Pacyfiku i skonfrontuje dwa odległe mocarstwa. Nawet kilka miesięcy po tragedii i przygotowaniu przez międzynarodową komisję raportu (nie udostępnionego jednak publicznie), nie ma jednoznacznego werdyktu ws. przyczyny zatonięcia.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

komentarzy 31

  • Nie bylo mnie przez jakis czas. Jestem bardzo mile zaskoczona rozwojem dyskusji. O ile sie dobrze orientuje, jest to debiut pana Ryszarda na tym forum. Gratulacje!!! Mam nadzieje, ze niedlugo podyskutujemy na temat nastepnego Panskiego artykulu. Zycze dalszych osiagniec i rownie ciekawej dyskusji.

  • Panie Wiesławie, nasi włodarze faktycznie nieraz zachowywali się tak, jakby polski interes narodowy im wadził. Jednakże premierowi Tuskowi daleko do jawnej służalczości wobec USA, jaką uprawiano za rządów SLD oraz PiS, jakkolwiek pewne jej elementy pozostały.
    Pomału jednak w niektórych polskich mediach mainstreamowych zaczynam dostrzegać lżejszy ton wobec Chin a zarazem (jak na razie lekko) nieprzychylny wobec USA, NATO, UE.
    Zaczyna się (jak na razie nieśmiało, ale jednak) mówić się o tematach, które dawniej były tabu. Np. o zarysowującej się klęsce USA i ich sojuszników w Afganistanie, o kontrowersjach wokół zamachów z 11 września 2001 r., o sukcesach Chin, podaje się w wątpliwość zasadność wprowadzania euro w miejsce złotego. Może to wynikać to z kilku powodów. 1) Są to sprawy, o których coraz więcej ludzi wie i powtarzanie w kółko tych samych komunałów, o jedności europejskiej, o prawach człowieka, terroryzmie itd. zaczyna opinię publiczną pomału wyprowadzać z równowagi. 2) Nagonka medialna w czasie Olimpiady w Pekinie anno 2008 również okazała się niewypałem. 3) Kryzys finansowy dotknął Chiny w stopniu minimalnym, jeszcze bardziej zwiększając rozziew między dynamiką rozwoju tego kraju, a stagnacją w jakiej tkwi Zachód. 4) Bogate w ropę i gaz kraje Azji Centralnej coraz ściślej współpracują z Chinami, Indiami i Rosją, pokazując plecy Zachodowi. 5) Kraje Zatoki Perskiej, co prawda ostrożniej, ale także coraz wyraźniej wiążą swoje nadzieje z Azją.
    6) Opcja euroatlantycka zwyczajnie nie ma przyszłości. Zatrzymajmy się przez chwilę na tym, co tu napisałem. USA mimo swej wciąż imponującej innowacyjności (w dużej mierze dzięki Chińczykom i Hindusom), ujmując w chłodnym rachunku ekonomicznym, są bankrutem i żaden Apple, Intel czy Google tego nie zmieni – już raczej przeniesie się do Parku Technologicznego Hsinchu na Tajwanie, do SSE Shenzhen w Chinach albo innego azjatyckiego odpowiednika Krzemowej Doliny. W dodatku USA są kolonizowane przez Latynosów, którzy zbytnią miłością do Gringos nie pałają. Z kolei Eurosojuz grzęźnie w socjalizmie i jest kolonizowany przez muzułmanów. Nawiasem mówiąc, jestem pewny, że ci muzułmanie nie będą mieli najmniejszej ochoty podtrzymywać systemu emerytalnego i harować na starych Europejczyków, już prędzej poddadzą ich eutanazji…
    Los Zachodu wydaje się być przesądzony. On tonie jak Titanic! A jako że z tonącego statku szczury i wszelakie inne stwory instynktownie uciekają, także i nasze kręgi decyzyjne (zwane eufemistycznie „elitami politycznymi”) najpewniej zechciałyby w bliżej nieokreślonej przyszłości przesiąść się z tonącego „statku euroatlantyckiego” na „statek chiński”. Tak samo, jak kiedyś dały nogę ze „statku radzieckiego”…
    W tym kontekście wizyta premiera Tuska w Chinach w październiku 2008 i jego gromkie peany pochwalne na cześć chińskich gospodarzy stają się bardziej zrozumiałe. :-)

    • Tak! Zgadzam się w 100%!!!!!

      • Avatar Zyggi

        Omawiając kryzys Zachodu, jakoś pominąłem jeszcze jeden bardzo istotny czynnik, któremu poświęcę dłuższą dygresję. I mimo, że jest to portal Polska-Azja a nie Polska-Zachód, to tym razem czuję się w obowiązku po kolei wyjaśnić, o co tu „biega”.
        Chodzi o kryzys przywództwa, boleśnie rzucający się w oczy po obu stronach Atlantyku.
        O ile bowiem Putin, Hu Jintao itp. liderzy nie budzą specjalnej sympatii, to przy całym swoim autokratyzmie dowiedli skuteczności większości podejmowanych działań. Poza tym mogą liczyć na posłuch i respekt większości obywateli dla których idee wolności i demokracji są dość egzotyczne, a wielu wręcz kojarzą się z chaosem, jaki panował przed 1949 r. w Chinach czy w latach 90-tych w Rosji.
        Kierownicy polityczni po obu stronach Atlantyku też specjalnej sympatii nie budzą, ale co gorsza gros z nich okazała się żałośnie nieskuteczni, a i autorytet ma niewielki lub żaden. Wynika to z ich niezdolności nie tylko do skutecznego stawienia czoła palącym problemom, ale nawet do ich odważnego sformułowania i przedstawienia społeczeństwu. Dziś nie widać ludzi formatu Churchilla, który odważnie przeciwstawił się III Rzeszy, czy de Gaulle’a, który ryzykując życie rzucił wyzwanie ekstremistom z OAS. Pojawiają się za to na arenie wydarzeń różne nieuki (Bush jr), cyniczne łobuzy i kłamczuchy (Cheney, Rumsfeld, Powell, Blair, Kohl, Genscher), bawidamki (Clinton, Sarkozy), wideokraci (Berlusconi), spece od opowiadania dyrdymałów (Obama, Brown), zdeklarowani lewacy (Barroso, Zapatero). Ręce opadają…
        Ostatnio rozbawił mnie rząd V Republiki, który naprężył żabie muskuły wydalając z Francji bałkańskich Romów. Sarkozy udaje silnego, ale niechby spróbował tak zagrać z Algierczykami! Ale on tego nie zrobi, bo wie, że zobaczyłby na paryskich bulwarach sceny rodem z Bagdadu! Dlatego w czasie muzułmańskich modłów dziesiątki paryskich ulic są zablokowane przez Arabów modlących się na dywanikach, a policja i żandarmeria mogą tylko bezradnie się przyglądać tej demonstracji siły i arogancji islamu…
        Nic dziwnego, że w obliczu tak marnego „przywództwa” oraz socjalizmu przyjęta w 2000 r. Strategia Lizbońska okazała się niewypałem. UE nie tylko nie jest najbardziej innowacyjnym obszarem świata. Jest jego najwolniej rozwijającą się częścią, obszarem, gdzie przejadany jest wypracowany wcześniej dobrobyt. Obecne problemy Grecji i kilku innych państw to, jak mawiał Stefan Kisielewski, „nie kryzys a rezultat”.
        Jaśniejszym punktem na mapie UE są może Niemcy, jeden z ostatnich krajów Europy, którego kierownictwo jeszcze wie czego chce i jest dość skuteczne w działaniu. Było to widoczne w działaniach prowadzących do rozpadu Jugosławii (Kohl i Genscher okazali się tu draniami, ale przynajmniej skutecznymi). Dziś widać to w promowaniu niemieckiego eksportu, wspieraniu niemieckich firm działających za granicą i forsowaniu niemieckich interesów w UE. Ale nie zapominajmy, że nawet taki gospodarczy siłacz jak Niemcy w końcu zaczął się uginać pod brzemionami socjalizmu.
        A co za Oceanem? Ano i śmieszno i straszno. W USA widzieliśmy niesmaczne gmeranie wokół rozporka Clintona (Amerykanie, zwł. ci ze Środkowego Zachodu, u których podobnie jak u Arabów, seks wciąż budzi niezdrowe emocje, z wypiekami na twarzy śledzili newsy i główkowali: „bzyknął ją czy nie”…). Wygodny temat zastępczy, jak u nas moherowi pod krzyżem. :-) Potem były matactwa przedwyborcze w 2000 r. na Florydzie. Następnie, w przerwach między popisami erudycji Busha jr były kontrowersje wokół 11 września, jawne kłamstwa (do spółki z W. Brytanią) w sprawie broni masowego rażenia w Iraku, popis skrajnej niekompetencji w czasie huraganu Katrina (tu „dał ciała” nie tylko rząd federalny ale i władze Luizjany). Wreszcie „ukoronowaniem” tej amatorszczyzny była akcja ratowania źle zarządzanych banków, tudzież ich nacjonalizacja. Przy okazji wsiąkły setki mld USD z kieszeni podatników!
        Jasno widać, że USA idą tropem schyłkowego ZSRR, gdzie wielu wyznawało zasadę „kradnij kto może”. Potwierdza to tezę Zbigniewa Brzezińskiego, że USA w czasie Zimnej Wojny znacząco upodobniły się do swojego komunistycznego rywala.
        Tak to wygląda. I nie bójmy się, nasi liderzy też to widzą. I jakkolwiek są w większości zbyt mali by być samodzielni na arenie międzynarodowej, to jednak nie są tak tępi, by przynajmniej nie pomyśleć o możliwości zmiany „statku euroatlantyckiego” na bardziej perspektywiczny.
        I tym w sumie optymistycznym akcentem kończę mój cokolwiek posępny, a i przydługaśny elaborat.

  • Panie Zyggi i znowu chętnie się z Panem zgadzam w kwesti sinofobii. Od dawna (co najmniej od roku) mam pewność: mamy do czynienia z wojną informacyjną jaką „pax americana” wydało Chinom. I to na całym obszarze naszego globu sądząc z przedruków które czytam z gazet świata.
    Amerykańska propaganda antychińska podchwytywana na każdym kroku przez wiernych ‚żołnierzy” czyli dziennikarzy zewsząd- w tym polskich- stara się z sukcesem zrobić społeczeństwom wodę z mózgu, wpierając w owe społeczeństwa przeróżne „prawdy objawione a oczywiste”.
    Niestety mój przedmówca p. Leszek Serek w dużym stopniu wpisuje się w ten antychiński nurt amerykańskiej propagandy. „Modernizacją armii chińskiej i rosnącą siła ofensywną, jak również agresywnym językiem chińskiej dyplomacji i wzrostem chińskich wpływów są zaniepokojone nie tylko Stany Zjednoczone”- przepraszam bardzo, ale jak sądzę, wszyscy powinni być zaniepokojeni raczej tym co wyczynia dyplomacja USA wraz z Izraelem w kontekście Iranu. Tutaj mamy krok od prawdziwej gorącej wojny, do której najeźdźcy przygotowują się od długiego czasu i w końcu do niej dojdzie. Armii chińskiej tak daleko do US Army i do armii Izraela, że wynurzenia p. Serka można traktować jako zasłonę dymną przed działaniami na innym froncie. Poza tym, kłania się tu- jak Pan zresztą wspomniał- filozofia Kalego.
    Chyba jednak brak proporcji w oglądzie świata jaki prezentuje m.in. p. Serek. Bo to oznacza aprobatę dla np. ambicji atomowych Izraela verso ambicje atomowe Iranu, ambicji hegemona USA ale już w żadnym wypadku przyszłych Chin. A dlaczego? Czy my Polacy nie powinniśmy kierować się w swoim rozumowaniu i postępowaniu dobrem i interesem Polski? TAK! A jeśli tak, to czy naszym interesem jest ślepe jak do tej pory posłuszeństwo hegemonowi USA. NIE! A więc skąd wizyty p. Tuska w Indiach i Wietnamie, skoro nasze interesy są również w Chinach. Moim zdaniem, strzelamy sobie w stopę. Tak jak w przypadku kontraktu z F-16, rakietami ziemia- ziemia z Izraela, awanturą Iracką i Afgańską, tarczą antyrakietową…Oj sporo tego. Postawiono na cyklopa któremu wydłubano nie tylko oko ale i mózg. Marnie to widzę.

    • Avatar Adam Izydorczyk

      Panie Wiesławie święte słowa !! info ze świata ” Indie przeznaczają coraz większą część PKB na zbrojenia ( wzrosły z 2,4 % na 2,6 % PKB)
      dramat wojna Kaszmir i pieprzą w telewizorni jeszcze przez dwa tygodnie co to się będzie działo …

      info z Kurnika .. Kurnik przeznacza już 7 % swojego PKB na wojsko no, ale jak wiadomo CAŁY ŚWIAT ARABSKI tylko czyha na okazję, aby podbić tropikalnych żydów :+)

      takie newsy zawsze idą z telewizorni ( podstawa to dobrze wyprany mózg) :+)

  • Bardzo ciekawy i rzeczowy artykuł. Oby więcej. Gratulacje dla Autora.

    Przez ostatnie kilkadziesiąt lat Chiny nie podjęły otwartej wojny ze swoimi sąsiadami. Nie oznacza wcale, że Chińczycy są narodem miłującym pokój i nie skłonnym do podjęcia agresywnych działań militarnych. Na nowoczesną armię trzeba zarobić. Chiny przez ostatnie trzy dekady zajęte były budowaniem swojej gospodarki i modelowaniem społeczeństwa. Rząd centralny dysponuje ogromnymi rezerwami finansowymi również w walutach obcych, które mogą być przeznaczone na dowolny cel. Obecnie część tych rezerw idzie na zasilenie budżetu na cele wojskowe. W miejsce zdezaktualizowanej ideologii maoistowskiej technokraci w Pekinie skutecznie budują nową ideologię opartą na mieszance konfucjanizmu i nacjonalizmu. Duża część młodych Chińczyków jest nastawiona szowinistycznie. Książka „Zhongguo bu gaoxing” (中国不高兴) zawojowała półki w księgarniach. Wypowiedzi Chińczyków na forach internetowych dotyczące aktualnej sytuacji politycznej są coraz ostrzejsze i antyzachodnie. O tym jak pod wpływem propagandy i sukcesu gospodarczego kształtuje się sposób myślenia Chińczyków którym zaczynają być zaniepokojone władze pisze Asia Times http://www.atimes.com/atimes/China/LH18Ad01.html (komentarz i wybrane tłumaczenia pełnego tekstu opublikowanego w „International Herald Leader” (国际先驱导报).Propaganda nacjonalistyczna okazała się tak skuteczna, że przerosła oczekiwania władz, które teraz próbują trochę stonować nastroje.

    W braku otwartych wojen z sąsiadami Chińczycy prowadzą swoistą, choć trzeba przyznać dużo subtelniejszą, odmianę amerykańskich „proxy wars” W Nepalu wspierali partyzantów maoistowskich. W Birmie uzbrajali i dawali schronienie w prowincji Yunnan rebeliantom z Myanmar National Democratic Alliance Army (MNDAA), ze specjalnego regionu Kokang, zamieszkiwanego przez ludność pochodzenia chińskiego. 13 lipca tego roku pojawiły się np. informacje, że 300 bojowników MNDAA przekroczyło granicę Birmy. Mimo zacieśnienia stosunków z rządem birmańskim Pekinowi jest na rękę wspieranie rebeliantów, bowiem poprawia to ich pozycję przetargową w walce o tamtejsze złoża naturalne.

    Modernizacją armii chińskiej i rosnącą siła ofensywną, jak również agresywnym językiem chińskiej dyplomacji i wzrostem chińskich wpływów są zaniepokojone nie tylko Stany Zjednoczone, ale również sąsiedzi Chin, głównie Wietnam i Mongolia. W Mongolii rośnie w siłę ruch neofaszystowski skierowany głównie przeciw Chińczykom. W Wietnamie na temat chińskiego zagrożenia wypowiedział się ostro jeden z generałów, weteran wojny chińsko – wietnamskiej, Vo Nguyen Giap, a przyjaźni Chinom twardogłowi z wietnamskiego rządu pacyfikują silne społeczne nastroje antychińskie. Chiny wchodzą na kurs konfrontacyjny nie tylko wobec USA, ale także wobec swoich sąsiadów. To o czym pisze autor artykułu – Pekin w ostatnich miesiącach zdecydowanie usztywnił swoje stanowisko w trwających do dziś sporach o wysepki na Morzu Południowochińskim, prowokując państwa wchodzące w skład ASEAN. Ciekawy artykuł na ten temat pojawił się również między innymi w Asia Sentinel http://www.asiasentinel.com/index.php?option=com_content&task=view&id=2626&Itemid=164 .

    Liczne ataki cybernetyczne przeprowadzane przez hackerów z Chin przeciwko firmom i administracji w Stanach Zjednoczonych i w Europie (szczególnie w Niemczech) są zlecane lub inspirowane przez chiński rząd. Hackerzy są albo opłacani przez służby specjalne, a policja przymyka oko na ich działalność komercyjną, albo są grupami „hackerów patriotów” działających z pobudek nacjonalistycznych za cichym przyzwoleniem władz. Mimo ostrych protestów szczególnie ze strony USA, rząd chiński nie czyni nic by zapobiec tej pladze, ponieważ dzięki działalności hackerów warte miliardy dolarów technologie są wykradane z zachodnich firm.
    Chiny prowokują również nasiloną w ostatnich latach nasileniem zjawiska szpiegostwa przemysłowego, za którym bardzo często stoją chińskie służby specjalne i chińskie firmy państwowe.

    Ostatnio mieliśmy do czynienia z kuriozum nawet jak na chińską dyplomację. Kolejną, tym razem osobistą, prowokacyjną wypowiedzią pod adresem między innymi USA popisał się najwyższy rangą chiński pracownik w ONZ Sha Zukang, który wcześniej wielokrotnie otwarcie wypowiadał się wrogo i bardzo ostro na temat Stanów Zjednoczonych. Ostatni jego wyczyn miał miejsce 9 września na bankiecie najwyższych urzędników ONZ: http://www.telegraph.co.uk/news/worldnews/asia/china/7991414/Chinas-UN-diplomat-in-drunken-rant-against-Americans.html

    Chiny prowokują. Elity polityczne Chin już dysponują, przynajmniej na dzień dzisiejszy, dwoma atutami: środkami finansowymi i poparciem społecznym. Jeśli uzyskają dodatkowo przewagę militarną nie cofną się przed bezpośrednim użyciem siły dla obrony czy rozszerzenia swoich interesów jeśli tylko będą miały pewność, że Chiny sa na tyle silne, żeby nie obawiać się następstw reakcji USA i EU i solidarnego stanowiska członków ASEAN. I to już będzie profesjonalna, dobrze uzbrojona armia, a nie „ochotnicy” z czasów wojny koreańskiej.

    • dziekuje za bardzo ciekawy komentarz

      # „Propaganda nacjonalistyczna okazała się tak skuteczna, że przerosła oczekiwania władz, które teraz próbują trochę stonować nastroje.”
      Jak dokumentuje w swojej książce „China A Fragile Superpower, How China’s internal politics could derail its peaceful rise”, zastępca sekretarza stanu za administracji Clintona, która odwiedza Chiny od lat 70., Susan Shirk, przyczyna konfliktu między Chinami, USA i Tajwanem nie wynika z ewentualnej przynależności Tajwanu w przeszłości do Chin lub też nie. Jest natomiast związana z naturą chińskiego reżimu, który m.in. zapełnia pustkę po komunizmie nacjonalizmem i dąży do dominacji w regionie. Tak więc zaostrzenie pozycji władz ChRL to także wynik utraty kontroli nad rozpędzoną machiną nacjonalizmu i uzależnienie ich od popieranego przez opinię społeczną zdecydowanego stanowiska w sprawie Tajwanu. Jest to pułapka, którą KPCh sama na siebie zastawiła. Według autorki, autorytet Mao i Denga zezwalał obydwu przywódcom na większą niezależność i swobodę w kreowaniu polityki zagranicznej, nie zmuszał do ulegania presji zarówno czasu, jak i ocen otoczenia. Ich następcy nie mieli tego komfortu, ponadto rozbudzili oczekiwania społeczeństwa wobec rozwiązania kwestii Tajwanu. W wyniku czego, zmuszeni są do ostrych i jednoznacznych reakcji w polityce wobec wyspy. Stali się zakładnikami własnej polityki.

      # odnosnie atakow cybernetycznych, to tutaj chyba nie ma ostatecznego dowodu na zainicjowanie ich przez chinskie wladze. jest to tajemnica publiczna, ale za reke chyba ich nikt nie zlapal.

      # kuriozum na bankiecie ONZ to rzyczywiscie niemala ciekawostka. w polaczeniu z opisywanymi przeze mnie wystapieniami wojskowych, wspisuje sie sie on chyba w niepokojacy nurt

      # w moim mniemaniu najwiekszym i najgrozniejszym wrogiem KPCh jest wlasne spoleczenstwo. tylko ono moze cos zmienic i dlatego sie go wladze tak bardzo obawiaja. jest to zarazem najwieksza niewiadoma, a nie zadna armia USA itd.

      • Avatar Zyggi

        Pokrętne meandry polityki Pekinu to jedno, natomiast sinofobia, na którą chorują co niektórzy na Zachodzie to drugie. W ogóle na świecie panuje taka dziwaczna (lewacka?) moda na szkalowanie nie tyle rządzących w Pekinie, ile samych Chińczyków. Czasami owa sinofobia ociera się o groteskę. Np. gdy firma, która produkuje Iphone dla Apple’a, gdy wypuszcza podobne urządzenia pod własnym logo, ktoś sugeruje, że to „kopiowanie”. Otwartego oskarżenia nie napiszą, bo można w sądzie dostać po uszach. :-) Rozumiem, że może to wynikać z niewiedzy. Może też ktoś próbuje podlizać się Apple. Istnieje też możliwość, że co niektórzy sprzedajni dziennikarze biorą „dolę” za wypisywanie podobnych bredni.
        Tymczasem ten i ów nieuk, który nie wie, w której części Chin leży Kanton, w Chinach nie był i może nawet z Chińczykiem słowa nie zamienił, udając eksperta, gdzieniegdzie mazgnie artykulik, w którym próbuje insynuować, że Chińczycy „Tybetańczyków bijo, buble produkujo, prawa człowieka łamio, psy jedzo i wyższych uczuć nie majo”. Oczywiście takie zjawiska mają miejsce, ale rzecz w tym, iż niektóre artykuły są tak napisane, że czytelnik ma wrażenie, że Chińczycy nie mają nic innego do roboty jak bić Tybetańczyków i kopiować zachodnią myśl techniczną.
        Wydaje się, że problem sinofobii ma szersze podłoże, jakim jest moralny relatywizm torujący drogę swoistej „moralności Kalego”. Dwa przykłady: 1) Niektórzy amerykańscy politycy, stojąc na grobach pomordowanych Indian, Wietnamczyków, Afgańczyków, Irakijczyków, stroją się w szaty obrońców „uciśnionych Tybetańczyków”. Głupio i mało wiarygodnie to wygląda, ale pamiętajmy, że sporą część opinii publicznej stanowią nieuki, które łatwo „łykają” takie obłudne dyrdymały na temat praw człowieka. I do nich, a nie do ludzi myślących powyższa propaganda jest adresowana.
        2) W czasie gdy izraelskie żołdactwo strzela na oślep do palestyńskich cywilów, jakiś izraelski klub „zielonych” rozczula się nad kantońskimi psami, maltretowanymi przed zjedzeniem. Rozumiałbym, gdyby to było stowarzyszenie obrońców zwierząt z np. Danii czy Irlandii, pewnie nawet kliknąłbym lub przesłał coś z mojej karty kredytowej. Ale klub z kraju, który jawnie drwiąc z całego świata depcze kolejne rezolucje ONZ i uprawia apartheid przy aprobacie większości własnych obywateli? Niesmaczne – to chyba dość łagodne określenie. Nic nie mam do Żydów, zwłaszcza, że Żyd i Izraelczyk to pojęcia, które wcale nie są jednoznaczne. Ale w sytuacji, gdy izraelska polityka jest dziś taka jaka jest, izraelscy aktywiści mogliby przynajmniej nie „chwalić się”, skąd są…
        Smutny to świat, w którym psy bywają ważniejsze od ludzi. A swoją drogą, trudno dziwić się, że wielu Chińczyków nie lubi ludzi Zachodu. Kto z nas lubiłby sąsiada, który nas obgaduje, a przy tym poucza jak mamy żyć, zwłaszcza gdy sam ma „za uszami”?

      • Rozwijając kilka wątków jakie Pan poruszył

        “Tak więc zaostrzenie pozycji władz ChRL to także wynik utraty kontroli nad rozpędzoną machiną nacjonalizmu i uzależnienie ich od popieranego przez opinię społeczną zdecydowanego stanowiska w sprawie Tajwanu. „
        Teza mająca moim zdaniem pełne pokrycie w rzeczywistości, ale kwestia Tajwanu to tylko wycinek szowinistycznego nurtu w chińskim społeczeństwie. Szerzej jest to rosnąca pycha, ksenofobia i szowinizm w stosunku do świata zewnętrznego szczególnie zachodniego, połączona z chęcią rewanżu za dawne prawdziwe lub urojone krzywdy narodu chińskiego i głębokim przekonaniem o własnej wyższości. Częściowy opis tego zjawiska dają sami Chińczycy. W poprzednim komentarzu wspomniałem o artykule ( w zasadzie zbiorze krótkich esejów chińskich socjologów) w „International Herald Leader” (国际先驱导报). Link do oryginalnego pełnego tekstu w języku chińskim : http://news.xinhuanet.com/herald/2010-08/11/c_13440076.htm Proszę zwrócić uwagę, w aspekcie starań rządu do stonowania nacjonalistycznych nastrojów w kraju, że artykuł został opublikowany w serwisie Xinhua.

        Niestety ze względu na liczbę linków do artykułów jakie chciałem podać mój komentarz został zakwalifikowany jako Spam, co jest dla nie niezrozumiale, skoro i tak redakcja portalu moderuje komentarze więc niestety muszę się ograniczyć do podawania daty i miejsca publikacji.

        Ataki cybernetyczne. Tak, z tego co wiem nie udowodniono że ataki miały miejsce na zlecenie władz. Niemal niemożliwe jest złapanie za rękę władze państwa autokratycznego prowadzącego ataki cybernetyczne z serwerów umieszczonych na terytorium własnego kraju :) i udowodnienie że dany atak miał miejsce na wyraźne zlecenie danego konkretnego urzędnika aparatu państwowego.
        Tym bardziej że jak pisałem często ataków dokonują na zlecenie służb specjalnych profesjonalni hackerzy którzy na co dzień zarabiają hackerstwem komercyjnym, o tym wzmianka np. w artykule David Bardoza w New York Times z 1 lutego b.r. (końcówka) W kwietniu b.r. mieliśmy serię ataków na biuro Dalaj Lamy oraz na Ministerstwo Obrony Indii ( Reuters, Lucy Hornby, 7 kwiecień b.r. oraz Digital Journal 6 kwietnia b.r.) , w ubiegłym roku mieliśmy podobną aferę określoną jako Ghost Net – ciekawy artykuł Danny Bradbury w „The Guardian” z 16 kwietnia. Niestety nie mam pod ręką tego artykułu ale specjaliści od bezpieczeństwa namierzyli jako jedno ze źródeł ataków cybernetycznych jedną z państwowych uczelni bodajże w Shandong, jeśli dobrze pamiętam.
        Więcej n/t aktualności o atakach cybernetycznych z terytorium Chin można znaleźć na stronie Information Warfare Monitor.

        Co do szpiegostwa przemysłowego i nie tylko to owszem udało się złapać w ostatnich latach sporo chińskich szpiegów,
        np. z lipca ubiegłego roku sprawa inżyniera Boeinga Dongfang „Greg” Chung (zgodnie z pinyin powinno być Zhong Dongfan, znaki 钟东藩) chiny rozwijają technologie kosmiczne, obiektem szpiegostwa były informacje techniczne dotyczące m. in. promów kosmicznych, inne przypadki: Jeff Stein, blog Spy Talk, 20 lipca b.r.
        Lista przypadków szpiegostwa na rzecz Chin z lat 2007 – marzec 2008 (Washington Post, 3 kwiecień 2008,)
        co Hindusi sądza na temat chińskich ataków cybernetycznych: strona Chennai Center for China Studies, 26 kwiecień b.r.
        A to już historia o jakiej Rosjanie powiedzieliby „i smieszno i straszno”historia Ian Clement który wpadł w pułapke chińskiej kobiety szpieg (np. w Mirror, Kate Mansey 29 listopad 2009).

        „w moim mniemaniu najwiekszym i najgrozniejszym wrogiem KPCh jest wlasne spoleczenstwo.”
        nie ujmowałbym tego w kategoriach wojny władzy ze społeczeństwem jak mieliśmy to u nas w stanie wojennym. Większości chińskiego społeczeństwa wystarczy zapewnienie dobrobytu materialnego. Problem w tym że jest obecnie nierówny dostęp do dóbr materialnych a przestrzeń między bogatymi a biednymi powiększa się. Widać to dokładnie na przykładzie rosnącej szarej strefy i rozdźwięku między faktycznymi dochodami różnych warstw społeczeństwa chińskiego (raport chińskich ekspertów, wyciąg z niego na blogu który współprowadzę – skosnym okiem, wpis z datą 16 sierpnia). Większość społeczeństwa chińskiego nie chce demokracji. W przeważającej mierze Chińczycy nie chcą wolności równości braterstwa – te piękne hasła rewolucji francuskiej nie mają oddźwięku w Chinach. Chińczyk chce się wzbogacić i zająć jak najwyższe miejsce w drabinie społecznej. Chińskie społeczeństwo jest mimo okresu komunizmu i rewolucji kulturalnej społeczeństwem elitarnym nie egalitarnym. Patrząc uważnie na historię Chin widzi się ten sam powtarzający się schemat zmiany władzy który nie zmienia samego systemu sprawowania władzy i stosunku na linii władza – społeczeństwo.
        Co jest ważne dla przeciętnych mieszkańców Chin to poszanowanie przez władze ustanowionych praw i respektowanie potrzeb społeczeństwa. Lud chce mieć pewność że to co zarobi zdobędzie nie będzie mu odebrane. Do tego Chińczykom nie jest konieczna demokracja tylko umiarkowanie autokratyczne rządy technokratów. Ciekawie opisał to Chen Guanzhong w książce „Shengshi: Zhongguo 2013” ( 陈冠中《盛世:中国,2013》)
        Zmian politycznych i większego wpływu na to co się dzieje w kraju chcą elity nie większość Chińczyków którym idee demokracji z wielu powodów (system edukacyjny, brak wolności mediów itp.) są po prostu nieznane i obce.

        A teraz komentarz nie do Pana komentarza czy artykułu tylko do części mocno pro chińskich postów zamieszczanych pod Pana artykułem. Każdy ma swoje preferencje poglądy. Jednak żeby dyskusja była rzeczowa i miała na celu wszechstronna analizę jakiegoś zjawiska lub sytuacji wypadałoby przedstawić rzeczowe argumenty oparte na faktach a nie wyłącznie na emocjach i fascynacjach.
        Proponuje szanownym komentatorom i komentatorkom rozważenie dlaczego mimo wzrostu gospodarczego Chin fala emigracji chińskich elit (nie mówię o elitach politycznych chociaż wielu skorumpowanych urzędników państwowych ucieka na zachód a mniej zamożni do pobliskich krajów Tajlandii, Kambodży) rośnie zamiast spadać i niektóre kraje jak Kanada podnoszą minimalne kwoty dla tzw. „investment immigration” (New York Times, Didi Kirtsen Tatlow, 6 sierpień b.r.) Może jednak amerykański, kanadyjski czy europejski model społeczny i polityczny stworzył lepsze i atrakcyjniejsze społeczeństwo i nie należy go odrzucać ze wzgardą. Chiński rozwój gospodarczy jest bezprecedensowy, podobnie jak bezprecedensowe są koszta tego rozwoju jakie ponosi w perspektywie długookresowej społeczeństwo i środowisko naturalne.

    • Szanowny Panie, jestem pełen szacunku dla Pana wiedzy. Jednak wydaje mi się, że Pański komentarz możnaby streścić tytułem „Bójta się chińskiego luda!” Kurs konfrontacyjny towarzyszy z Pekinu, Pan interpretuje tak, jak on wygląda w oczach sąsiadów: jako KURS KONFRONTACYJNY. Ja z kolei interpretuję jako schlebianie raczej własnej opinii publicznej. A jak odbiera to zagranica, to akurat też ma dla Pekinu znaczenie, tyle że drugorzędne.
      Przypuszczam, że taki np. Władywostok i cały Kraj Nadmorski pod chińską okupacją, czy jak kto woli, po powrocie do Chin, wypiękniałby i stał się bardziej bezpieczny niż obecnie pod rządami skorumpowanych i przepitych, ale co najważniejsze posłusznych Putinowi gienierałów. :-) Jednakowoż włodarze Federacji Rosyjskiej są gotowi bronić swojego „prawa” do dalszego okupowania i dewastowania terenów odebranych sąsiadom (Chinom – Kraju Nadmorskiego, Japonii – Kuryli, Finlandii – Karelii i Niemcom – Kaliningradu). Po coś w końcu mają ten swój gigantyczny arsenał atomowy i konwencjonalny, zbudowany kosztem krwawicy zwykłych Rosjan…

    • Avatar Adam Izydorczyk

      1)”Wypowiedzi Chińczyków na forach internetowych dotyczące aktualnej sytuacji politycznej są coraz ostrzejsze i antyzachodnie.”

      Fakt wystarczy poczytać troszeczkę forum China Daily który i tak jest ostro moderowany, aby odnaleźć wpisy anty-Amerykańskie anty-Europejskie lub anty-Japońskie !! ale warto też dodać, że wewnątrz Chin pomiędzy różnymi społecznościami dochodzi do walki … shanghainese han nie lubią ogólnie (硬盘) czyli wszystkich przyjezdnych !! Ci z BJ najbardziej nienawidzą tych z SH i SZ … rejony San Ya to już wszystkich mają w dupie ( czyli widać trwa walka wewnętrzna WSZYSCY na WSZYSTKICH). Chińczycy są przedstawiani jako monolit, ale tak nie jest !! tutaj cały czas trwa walka i ja jestem pewien, że problemy wewnętrzne przeważą …
      szczególnie wtedy kiedy jest CNY i do miast na wschodzie przyjeżdżają Ujgury w większości kraść ( wtedy robi się ostro) i czasami dochodzi do linczu lub zabójstwa pod ATM za 100 rmb O_o

      2) „Modernizacją armii chińskiej i rosnącą siła ofensywną”

      Tutaj wystarczy przejrzeć oficjalne statystyki w wydatkach na uzbrojenie i widać USA 690 mld $ Chiny 98 mld $ a tuż za Chinami mamy UK i Francję, które wydają po 70 mld $ każdego roku na zbrojenia . Warto też wspomnieć o Indiach, które rocznie wydają 40 mld $ :+) Więc Chińczycy wydają dużo ale tak samo czynią większe kraje europejskie :+) o USA nie wspominając bo ci zbroją się chyba już zapowiadają zawieruchę USA vs Chiny :+)

      3) „Liczne ataki cybernetyczne przeprowadzane przez hackerów z Chin”
      Ameryka szpieguje jest dobrze Chińczycy szpiegują jest źle :+)
      USA i zresztą każdy liczący się kraj na arenie międzynarodowej dokładnie robi to samo co Chińczycy !! z tą różnicą, że jak złapią kogoś tam to cicho sza jak złapią tutaj to już mamy niusa na 5 stron :)
      warto też przypomnieć o studentach chińskich w USA a jest ich wielu, którzy co roku przyjeżdżają do USA mówi się, że ponad 20 % z nich to agenci chińskiego wywiadu ( ZSSR dokładnie robiło to samo w latach ’60 a szczególnie ’70 ) widać uczyli się od towarzysza Andropowa :+)

      • Ad 1) Chinczycy jak najbardziej nie sa monolitem, sa wewnetrzne podzialy glownie na osiach polnoc – poludnie, i mieszkancy duzych miast – przyjezdni, ostatnio demosntracje w obronie jezyka kantonskiego w Kantonie, jednak nacjonalizm i poczucie przynaleznosci do wspolnej kultury jest silniejsze, reginalne blakna przy chinskim nacjonalizmie. Tylko tutaj uwaga na wieloznacznosc slow Chinczyk. W Chinach mamy do czynienia z 56 oficjalnymi narodowosciami. Ujgurzy o ktorych Pan wspomina sa narodowoscia zupelnie innego pochodzenia, o odmiennej kulturze i religii niz Han, dominujaca narodowosc. A co do Ujgurow – powtarza Pan ulubiona obiegowa opinie Hanow ze Ujgurzy to zlodzieje i oszusci.

        Ad2. Tak ale dynamika wzrostu wydatkow na cele wojskowe w Chinach jest wyzsza niz w innych krajach. Podaje Pan w zestawieniu oficjalny budzet do jakiego przyznaje sie rzad w Pekinie. W rzeczywistosci wydatki sa znacznie wieksze. Podobnie jak dlugi rzadow lokalnych sa w rzeczywistosci znacznie wieksze niz wg oficjalnych danych. Poelganie na danych podawanych przez rzad w Pekinie moze byc mocno zwodnicze.
        Wzrost wydatkow na cele wojskowe w Chinach spowodowal ze niektore kraje Aseanu jak Indonezja rowniez zaczynaja sie dozbrajac.

        Ad3. Chinskie szpiegostwo jest ukierunkowane w duzej czesci na kradziez nowoczesnych technologii, ktorych Chinczycy nie sa w stanie sami uzyskac. Zamiast zmienic fatalny system edukacyjny i podniec wydatki na nauke, to i rzad chinski i firmy chinskie po prostu kradna technologie na ktore firmy i instytucje rzadowe na zachodzie wydaja setki milionow dolarow i prowadza latami badania.

      • Avatar Adam Izydorczyk

        Szanowny Panie Łukaszu

        1) co do punktu pierwszego… wiem, że to jest taka obiegowa opinia, która krąży tu i tam ( tak samo jak ta, która mówi, że wszystkie dziewczyny z SH są wredne :+) ) ale to coś zawsze ma ziarnko prawdy :P i faktycznie czasami przeglądam sobie shliba i zawsze wpadam na jakieś wpisy historii różnych problemów relacji han-ujgurzy
        Ta niechęć nie wzięła się z niczego !!

        2) Czy jest pan pewien, że info podawane przez inne kraje w tym USA są prawdziwe ? Chińczycy kłamią a USA podają faktyczne dane ?? tutaj nigdy nie można mieć pewności kto ile wydał ?? czy widział Pan kiedyś zapis w budżecie państwa ” NA AGENTÓW I SŁUŻBY SPECJALNE” ??

        3) To samo czyni każdy wywiad nie tylko Chiński !!!

  • Duzo zostalo powiedziane o Chinach i USA – za malo o Japonii, ktora tez jest powaznm graczem, dysponujacym najlepszym sprzetem wojskowym zaraz po USA. A Japonczycy nie pozwola sobie dmuchac w kasze – juz padly decyzje o utworzeniu nowej jednostki wojskowej na wyspach Yaeyama pomiedzy Okiwawa a Tajwanem z ponad 4,000 zolnierzami pod bronia.

    Poza tym, Chinski sprzet wojskowy nie zostal jeszcze wyprobowany na polu walki – co jest wart dopiero nadchodzaca wojna pokarze…

    • Japonia jest powaznym graczem, ale jak na razie sa bardzo defensywni. moze sie troche poukladaja z Indiami, lub nawet z Korea, co obu stronom nie przyjdzie latwo.
      jesli chodzi o sprzet Chin, to ten nowszy jest w duzej mierze rosyjski, ktory stale jest gdzies sprawdzany.
      wiele sie jednak ostatnio pisze o tym, ze chinczycy w zawrotnym tempie nadrabiaja know-how i wyglada na to, ze jesli chodzi o hardware nie beda sie mieli czego wstydzic.

      • Avatar Zyggi

        Przykładem tego, że chińska zbrojeniówka idzie do przodu jest śmigłowiec szturmowy Changhe WZ-10, następca Harbin WZ-9.

      • Avatar Paweł

        Nie da się ukryć, że SDF to najnowocześniejsze siły zbrojne w Azji, jednak nie przeceniajmy ich potencjału. Jak sama nazwa wskazuje :Japońskie Siły Samoobrony” są w pierwszym rzędzie przeznaczone do obrony wysp macierzystych i od lat cierpią na poważne braki w uzbrojeniu ofensywnym. Ta sytuacja powoli się zmienia, ale miną jeszcze lata zanim ten stan się zmieni. Do tego dochodzą jeszcze problemy prawne, pomijam tutaj pacyfistyczną konstytucje, wg japońskiego prawa członkowie Sił Samoobrony nie są żołnierzami lecz urzędnikami! Żołnierzami stają się dopiero w chwili oficjalnego rozpoczęcia działań wojennych (dlatego też japoński kontyngent w Iraku potrzebował ochrony).

        Co do wzmocnienia garnizonów w prefekturze Okinawa to mają to być przede wszystkim jednostki obrony wybrzeża oraz obsługi radarów itp.

        Chińska zbrojeniówka powoli idzie do przodu, co z tego będzie zobaczymy za jakieś 10 lat, ale już zaczynają się wdzierać na międzynarodowe rynki. Na razie gównie w krajach 3 świata, przełom nadejdzie jak zaczną u nich kupować naftowi szejkowie

  • dziekuje za tak przemile i budujace komentarze. to uczynilo moj debiut tutaj bardzo milym doswiadczeniem.

    odnosnie sprzedazy broni Tajwanowi: kilka lat temu bylem na spotkaniu z bardzo obeznanym w kwestiach zbrojeniowych redaktorem najbardziej renomowanego periodyku o wojskowosci. przeciekawy czlowiek, mowil mnostwo rzeczy, ktorych sie oficjalnie nie slyszy (spotkanie bylo dla ograniczonego grona). wowczas to KMT byl jeszcze w opozycji. otoz redaktor mowil, ze jednym z glownych powodow, dla ktorych blokowali oni wowczas sprzedaz broni amerykanskiej, byla lapowka, ktora zasili konto partii, ktora przeprowadzi zakup broni. poniewaz nie chcieli wspomagac finansowo DPP przed wyborami, wiec odwlekali klepniecie decyzji i kase zgarna sami po wyborach.
    mowil takze, ze wiekszosc prostytutek wokol tajwanskich koszarow wojskowych jest z Chin, o czym wiedza i sluzby wojskowe i cywilne i nikt temu nie przeciwdziala. udaja, ze tematu nie ma.
    zaprosil mnie potem do siebie na przyjecie. jego znajomy wojskowy mowil (ilosc chinskich rakiet za ciesnina skierowanych na tajwan wynosila wowczas grubo ponizej tysiaca sztuk), ze tyle to ich spadlo podczas inwazji USA na Irak w ciagu kilkudziesieciu minut rozpoczecia operacji i twierdzil, ze nie maja wiekszego znaczenia dla przebiegu ewentualnego ataku.

  • Panie Ryszardzie naprawdę świetny artykuł, mam tylko jedno zastrzeżenie, efekt „skrzywienia zawodowego”: nie ma czegoś takiego jak „statek wojenny”, jest okręt, ew. okręt wojenny.

    Teraz do meritum.
    1. Jak słusznie zauważył p. Adam generał nie pomyśli, palnie coś głupiego, a politycy muszą świecić oczami i zamiatać pod dywan. Zresztą nie tylko generałowie; neokonserwatywni analitycy związani z Pentagonem wieszczą wojnę z ChRL na rok 2014. Tymczasem jak zwykle enigmatyczne kręgi związane z chińskim MON stwierdzają, że Chiny nie planują wojny z USA, ale nie wykluczają takiej możliwości (zgodnie z zasadą : si vis pacem parabellum”).

    2. ChRL jak każde nowe mocarstwo rozpycha się na scenie, demoluje dotychczasowy układ sił i sprawdza na ile może sobie pozwolić (jak np. Niemcy po zjednoczeniu w 1871). Chińskie elity nie uległy mirażowi postmodernizmu i nie zdziwiłbym się gdyby przykładały większą wagę do Machiavellego i autorów antycznych niż ludzie zachodu. Bardzo dobrze, że w komentarzach pojawił się już Sun Tzu, Chińczycy ciągle bardzo go szanują, a kto z europejskich czy amerykańskich polityków powołuje się w ostatnich kilkudziesięciu latach na Cezara, Ksenofonta czy Tukidydesa?

    3. Co do sprzedaży amerykańskiej broni dla Tajwanu – Republiki Chińskiej, USA posługuje się tutaj zasadą „Panu Bogu świeczkę, diabłu ogarek”. Tajwańczycy dostają tylko starszy sprzęt, np niszczyciele zamówione jeszcze przez szacha Iranu, a wszystko w ograniczonych ilościach. Tym sposobem Amerykanie mają czyste sumienie, że jakoś jednak pomogli Tajwanowi, ale jednocześnie znacząco nie wzmocnili jego potencjału co by na pewno bardzo rozzłościło Pekin. Wydaje mi się, że uległość Tajpej jest efektem czystej kalkulacji; KMT zdaje sobie sprawę, że nie ma szans na obronę niezależności więc stara się wynegocjować jak najlepsze warunki kapitulacji.

    4. Chińczycy już mają instalacje wojskowe w Birmie: radary dalekiego zasięgu i baza okrętów podwodnych. Zapomniał Pan jeszcze o otaczaniu Indii od zachodu – zacieśnianie relacji z Pakistanem. Cały ten „trójkąt obecności” na Oceanie Indyjskim jest częścią większego planu skrócenia tras do Zatoki Perskiej (import ropy!).

    To by było na tyle, chwile po przeczytaniu.

    PS: p. Zyggi czy każda dyskusja pod artykułem musi zejść na gospodarkę? Jak zwykle się z Panem zgadzam w tej sprawie, już padliśmy od tego całego socjalizmu.

    • W PRLu to sie mowilo „A CO, SOCJALIZM SIE PANU NIE PODOBA?” i sie konczylo wszelka dyskusje!

  • Zgadzam sie z pogladem Zyggi.Moja watpliwosc bardziej dotyczy stosunku Chinczykow do pracy. Czy wytrzymamy ich tempo? Chociaz amerykanskie i miedzynarodowe /zachodnie/ korporacje eksploatuja pracownikow tez do maksimum i to w sposob powodujacy znacznie wiecej zaburzen psychicznych niz chinski wyzysk.

    • Jak mniemam w twoim świecie istnieje przymus pracy w korporacji ??
      Po 2 ta rzesza studentów, która się biję o tą pracę to robi tylko dlatego, że chce być wyzyskiwana a nie opłacana powyżej płacy rynkowej ? bo jakimś takim dziwnym cudem firmy te zgarniają najlepszych absolwentów :+)
      elwuka spokojnie efekt skali ma też negatywne strony i tak na przykład wiele korporacji jak Chrysler musiało być ratowanych z pieniędzy podatników inaczej już by dawno padły :+)
      kolejny raz polecam zaznajomić się z terminem krańcowej produktywności pracy :+)
      „wyzysk” „spekulacja” i tym podobne słowa :+) ja widzę, że niektórzy tutaj chyba dalej żyją mentalnie w PRLu bo takiej też retoryki używają :+)
      Faktyczni wyzysk jak cholera w fabrykach FORDA w USA robotnicy dostają 28 $ za 1 godzinę pracy !! a gdy byli zwalniani odprawy wynosiły po 200 k $ !!! Firma ta oczywiście oszczędza na jakości samochodów !! ( w tej firmie działają silne związki zawodowe)
      a firma ma notoryczne problemy :+)

      bo kto będzie chciał kupić tak drogie auto jeśli w Indianie jest fabryka Mazdy gdzie robotnicy zarabiają po 17 $ za godzinę , auto jest zbudowane z lepszej jakości komponentów i co najważniejsze w tej samej klasie auta są tańsze nawet o 25 % :+)

      • Avatar elwuka

        Gwoli wyjasnienia – ani ja ani nikt w mojej rodzinie w korporacji nie pracowal i nie pracuje.

      • Avatar Zyggi

        Przecież gospodarka USA i UE to czysty socjalizm. Tylko w socjalizmie jest możliwe, by producentów bubli jak GM wspierać pieniędzmi podatników, a jednocześnie każdemu kto chce założyć firmę samochodową, blokować to mechanizmami biurokratycznymi. Jakie tego skutki? No, takie że taki np. upaństwowiony GM (od 2009) przegrywa ze wszystkimi dookoła, a przy tym ciągnie na dno wszystkich, z którymi współpracuje.
        Cyt. z Wikipedii: „W kwietniu 2009 zwolniono 600 osób z załogi fabryki, a w maju 2009 zatrzymano linie produkcyjne w FSO i 1500 pracowników zostało wysłane na przymusowy urlop do 22 czerwca. W zakładzie pozostało 200 osób. Następna miesięczna przerwa w produkcji planowana była od połowy lipca do połowy sierpnia. Powodem zwolnień i zatrzymania produkcji były problemy ze zbytem samochodów, bowiem o ile fabryka oddłużona przez ukraińskiego właściciela koncern UkrAVTO jest w dobrej kondycji finansowej, to zbyt samochodów odbywał się przez amerykański koncern General Motors, który zbankrutował na początku czerwca 2009.”

  • Świetny artykuł. Aczkolwiek kto wie, czy to raczej nie USA prowokują Chiny. :-) Elwuka pyta, czy pod kontrola Chin swiat bedzie mial lepiej. Cóż, ani lepiej ani gorzej. Na pewno będzie stabilniejszy, jako że Chiny w odróżnieniu od USA, nie mają obsesji zbrojnego „demokratyzowania” świata. Od 30 lat żaden chiński przywódca nie wykazywał chęci włażenia z butami na cudze podwórko, podczas gdy USA robiły to niemal non stop, z wyczuciem słonia w składzie porcelany (Nikaragua, Grenada, Panama, Serbia, Irak, Afganistan). Myślę, że za rządów głupkowatego zbrodniarza G.W. Busha i jego cynicznych pomagierów „amerykańskie idee” skompromitowały się do cna. Szkoda tylko, że kosztowały amerykańskich podatników biliony dolarów…

    • Zyggi po 1 co mówi sztuka wojny nie daj poznać światu, że jesteś silny pokazuj cały czas swoje słabości ” która tak naprawdę nie istnieją” tak właśnie działa władza w ChRL
      po 2 co jakiś czas jakiś generał palnie coś co potem władze ChRL muszą skrzętnie schować pod dywan :) Oj było już takich przypadków pełno
      po 3 Chiny co jakiś czas grają ostro tak było w przypadku spotkania Thatcherowej i Denga w 1984 roku .. jak Thatcherowa po spotkaniu prawie zemdlałą ( po tym co usłyszała) to następnego dnia ludzie w Hongkongu wykupywali wszystko co było w sklepach bojąc się inwazji :+)
      Po 4 chcesz mi wmówić, że w 1979 roku 200 k chińczyków nie pojechało sobie postrzelać na granicę z Wietnamem ?? :+)

      • Avatar Zyggi

        No właśnie napisałem, że od 30 lat żaden chiński lider nie właził na cudze podwórko. Czytaj uważnie: „Od 30 lat żaden chiński przywódca nie wykazywał chęci włażenia z butami na cudze podwórko, podczas gdy USA robiły to niemal non stop”. Dziś mamy rok 2010, więc dokładnie to nawet 31 lat temu a nie 30. ;-)
        A to, że się w 1984 Hongkongu bali inwazji… No, cóż, w przeddzień zjednoczenia HK z ChRL w 1997 też kreślono różne dantejskie scenariusze. W większości prawie tak głupie jak artykuły z lat 80. o inwazji afrykańskich pszczół na Amerykę. Wielu Chińczyków wyjechało wtedy z HK do UK. Podejrzewam, że niejeden z nich dziś pluje sobie w brodę, no, ale to już inna historia.
        A że nieraz grają ostro, no cóż, nawet Lech Kaczyński czasem pogrywał ostro, vide: Gruzja. :-)

      • Avatar TANG

        @ Zyggi:
        30 lat to za krotki okres by oceniac, czy panstwo jest nastawione pokojowo czy nie.
        Jesli wezmiemy pod uwage 60-lat ChRLu to prowadzili oni dzialania wojenne na mniejsza czy wieksza skale z prawie wszystkimi sasiadami. Biorac pod uwage wyprane mozgi mlodej kadry oficerskiej – bym sie nie zdziwil jakby jakis helikopter wlecial na amerykanski statek. Prosze pamietac, ze tam tak jak w Rosjii „gierojow” nie brakuje!

  • Bardzo ciekawy artykul, napisany ladnym, prostym jezykiem.
    Chiny zdaja sobie sprawe ze swej potegi, maja od wiekow ustalone i sprawdzone wzorce postepowania /np. shun dzy/ i nie przejmuja sie opiniami innych panstw.
    Nie ma zadnego powodu aby to USA kontrolowala caly swiat i sila wymuszla swoje interesy.
    Tylko czy pod ew. kontrola Chin swiat bedzie mial lepiej?

  • Doskonala analiza i wiecej takich artykulow ! To bedzie naprawde ciekawe. Byc moze Amerykanie straca Japonie, Koree i Tajwan, ale zyksaja nowych sojusznikow np Wietnam.
    Faktycznie trudno nie zgodzic sie z teza ze amerykanmska polityka wobec Chin jest od kilkudziesieciu lat nieudana. mieli przewage- nie wykorzystali jej.

Pozostaw odpowiedź