Indie,Polecane

Rola promotora UE w Indiach szansą dla Polski – wywiad z Marią Krzysztofem Byrskim

źródło: www.e-teatr.pl

Prezentujemy Państwu rozmowę poświęconą stosunkom polsko – indyjskim w kontekście planowanej wizyty prezydenta Bronisława Komorowskiego w Indiach.

Wywiad z profesorem Marią Krzysztofem Byrskim*,indologiem, byłym ambasadorem Polski w Indiach, przeprowadziła Agnieszka Budyńska, redaktorka działu Indie News.

„Polsce – służyć, Europę – tworzyć, Świat – rozumieć” – takie motto widnieje na stronie internetowej polskiego MSZ-u. Czy działania naszego resortu odzwierciedlają to motto?

Moim zdaniem to bardzo dobre motto. Jest to program, który należy realizować. Czy MSZ to realizuje? Pewnie tak, ale ja stawiam bardzo wysoko poprzeczkę. Uważam, że można byłoby więcej robić. Od dawna miałem poczucie, że Azji poświęca się za mało miejsca, że dużo bardziej powinniśmy nasze „anteny” nastawić na Wschód, na Południe i odbierać sygnały, które stamtąd przychodzą.

Myślę, że, przede wszystkim dzięki Chinom, zaczynamy być coraz bardziej wrażliwi na to, co się dzieje. Wkraczają dużo mocniej w naszą rzeczywistość niż Indie. Chociaż Mittal [Lakshmi Mittal, indyjski biznesmen, jeden z najbogatszych ludzi na świecie, znany u nas  z przejęcia Polskich Hut Stali S.A. – przyp. AB] już nam przypomina o tym, że Indie są nie tylko tajemniczą dziedziną, w której można „lewitować uprawiając jogę”, tylko, że jest to gospodarczo bardzo interesujące miejsce. Także wyzwanie – żeby nie tylko ograniczać się do turystycznych wypadów, lecz także by myśleć w kategoriach rynku i możliwościach wchodzenia nań.

Czy wykorzystaliśmy naszą prezydencję w  UE  i wizytę ministra Radosława Sikorskiego w Indiach do budowania pozycji Polski jako silnego reprezentanta Europy w Azji?

To ma znacznie szersze tło. To jest kwestia postrzegania UE przez Hindusów. Uważam, że Unia nie robi wystarczająco dużo, by być postrzegana jako ważny podmiot polityki międzynarodowej w Indiach. Ciągle Indie, podobnie zresztą jak Rosja i Chiny, „grają” z poszczególnymi częściami składowymi Unii, to są relacje dwustronne. Niemcy, Anglia, Francja, Włochy – to główni partnerzy. My jesteśmy w drugim szeregu. Pewnie jest i trzeci i czwarty szereg. My jesteśmy na pewno w drugim szeregu i raczej z tyłu, niż z przodu. Dosyć mało zaznaczamy się na rynku politycznym indyjskim jako kraj, z którym warto intensywniej współpracować.

Żałuję, że podczas polskiej prezydencji nie uzyskano przyspieszenia, bo to można było zrobić. Stać się orędownikiem UE w Indiach i nie zrezygnować z tego nawet teraz. Robić rzeczy, które by promowały Polskę, ale właśnie Polskę jako zwolennika myślenia o Unii. Moją tezą zasadniczą, którą próbuję MSZ „sprzedać”, jest, że naprawdę partnerami równymi nie tylko w sensie gospodarczym, ale i cywilizacyjnym, jest cała Europa. Powiedzieć o relacjach Polska – Indie, Niemcy – Indie, to tak, jakby powiedzieć Bihar – Europa, Maharasztra – Europa. To powinno być głównym akcentem.

Kiedy jeszcze sprawowałem tę zaszczytną funkcję ambasadora, to myślałem o tym, żeby jeśli chodzi o promocję kultury zawsze starać się promować coś, co moglibyśmy robić razem z innym krajem europejskim, np. promować Konrada Korzeniowskiego [prawdziwe nazwisko Josepha Conrada – przyp. AB] z Anglikami, Wita Stwosza czy Kopernika z Niemcami, Apollinaire’a i Chopina z Francuzami. Miłosz czy Mickiewicz mogliby być promowani wspólnie z Litwinami. Oni się przyznawali do swojej litewskości. Jednym słowem zawsze szukać czegoś, co moglibyśmy jako Polacy robić wspólnie z innymi Europejczykami.

Oczywiście mam wielki niedosyt, że nasza obecność w Indiach nie realizuje całą parą tego typu polityki. Może powolutku takie myślenie pojawi się w MSZ. To jednak wymaga przebudowy świadomości, żeby tak nagle się zeuropeizować. Uważam jednak, że mielibyśmy „lepszą prasę” w Indiach, gdybyśmy troszkę samozwańczo uznali się za sponsorów europejskości tam. Widzę tu zarówno korzyści natury promocyjnej, jak i ekonomicznej. Należałoby eksploatować także takie możliwości, kiedy na rynek indyjski moglibyśmy wchodzić wspólnie z innym krajem. Realizacja tego nie byłaby jednak łatwa.

Zarówno w niedawnym expose ministra Sikorskiego, jak i w opublikowanej na stronie MSZ prezentacji „Priorytetów polskiej polityki zagranicznej w latach 2012-2016 roku” zwraca uwagę dość oszczędne potraktowanie Azji. Priorytetem jest polityka europejska.

To całkowicie zrozumiałe, „bliższa koszula ciału”. Musimy przede wszystkim brać pod uwagę relacje Polski tu, na miejscu. Tym bardziej, że uczestniczymy w procesie bez precedensu – w procesie integracji Europy. W jakiej formie, jak daleko, jak głęboko – to już inna sprawa. Musimy być obecni w tym procesie, jak to się mówi –  lock, stock and barrel – całkowicie.

Ja bym nie oczekiwał, że raptem zmieni się orientacja polskiej polityki zagranicznej i raptem Azja będzie dużo ważniejsza od Europy. Chodzi tylko o to, by w ramach tych możliwości, jakie mamy, troszeczkę więcej uwagi poświęcać Azji. I nawet nie chodzi mi o czas, pieniądze, raczej o świadomość tego, że to, co się dzieje w Azji wcześniej, czy później będzie miało kolosalny wpływ nie tylko na Europę w ogóle, lecz także na poszczególne kraje. Trzeba się przygotowywać do sytuacji, w której potęgi azjatyckie będą się coraz bardziej w polityce międzynarodowej zaznaczać, będą miały w polityce europejskiej interesy.

Kiedy ja byłem ambasadorem, byliśmy kandydatami do UE. Zawsze mówiłem, że wszystko, co się uda załatwić z Indiami, będzie naszym posagiem wnoszonym do Unii. To się wcale nie skończyło. Wszystko to, co uda się załatwić w tej chwili w Azji Południowej może nam służyć w taki sam sposób i w gruncie rzeczy tak powinniśmy to robić. Zawsze promować nasze interesy, cały czas uzmysławiając naszemu partnerowi, że jesteśmy w UE. Eksponować to, co pozwala nas traktować jako członka UE, który ma dobre relacje wewnątrz-unijne, a dzięki dobrym relacjom z nami można mieć dobre relacje z Unią. To powinna być nasza główna linia polityki w Azji Południowej, co do tego nie mam wątpliwości.

Wizyta premiera Tuska w Indiach nie do końca spełniła tę rolę. Ta podróż niczym szczególnym się nie odznaczyła. W Polsce była praktycznie cisza na ten temat. To jest najbardziej deprymujące. Kiedy Polskę odwiedzała pani prezydent Patil [w 2009 roku – przyp. AB], też była cisza. Nic nas to nie obchodzi. Nas obchodzi, co pan poseł Niesiołowski powie niedobrego o panu pośle Kaczyńskim. To jest od razu w mediach. A jak przyjeżdża prezydent Indii, to media tego nie zauważają.

Media i politycy wydają się działać według zasady – nie ma zainteresowania w kraju, to nas nie obchodzi. Tymczasem to zainteresowanie trzeba generować. Jest pewna skłonność do spoglądania w kierunku Azji, czego wynikiem była wizyta premiera Tuska w Indiach i wizyta prezydenta Komorowskiego w Chinach. Ciągle jednak jest to za mało serio traktowane.

Jak Polska powinna być promowana w Indiach?

Jak często mówię studentom, moją idee fixe jest, że Europa i Indie są „bliźniaczo – różnymi cywilizacjami”. Właściwy dialog krajów europejskich z Indiami może być tylko europejski.

Mamy ambicję być liderem krajów Europy Środkowo – Wschodniej. Zróbmy to w Indiach. Spróbujmy zaprosić Litwę, Estonię, Łotwę, może nawet i Ukrainę, do wspólnego zrobienia czegoś w Indiach. Dalibyśmy na to budynek, bo mamy, na terenie ambasady, osobny budynek z salą kinową. Spróbujmy stworzyć tam ośrodek, którego głównym sponsorem jest Polska, ale korzystają z tego także zaproszone kraje. I tak to zorganizować, żeby polskie interesy były promowane w kontekście europejskim.

Przy ambasadzie Polski w Nowym Delhi miał powstać Instytut Polski. Na jakim etapie jest ten projekt?

O ile wiem, jest w trakcie realizacji. Instytut powstanie. Ale takich instytutów jest w Delhi wiele. A ponieważ nie będziemy mieli takich środków, ani takiej tradycji jak Niemcy, Francuzi, Włosi, nawet Węgrzy, którzy mają od dawna swój instytut, będziemy po prostu jeszcze jednym instytutem…  Uważam, że szansa na to, żebyśmy nawet przewyższyli w odbiorze społecznym na terenie Indii Niemców, Francuzów, Anglików, byłaby w tym, że mielibyśmy placówkę, która przekonywałaby    Hindusów do myśli – Słuchajcie, waszym partnerem jest Unia Europejska. Dlaczego Bihar, czy Maharasztra nie mają przedstawicielstwa w Brukseli? Ja wiem, że z perspektywy prawa międzynarodowego to są stany, a nie suwerenne byty. Zarazem – obywateli choćby stanu Tamilnadu jest ponad 60 milionów. A nas raptem 38 milionów.

W czasie, kiedy pełniłem misję ambasadora, próbowałem to jakoś robić, ale było troszkę za wcześnie, bo byliśmy dopiero kandydatem do UE. Kiedyś zrobiłem nawet spotkanie ambasadorów, pokazałem im lokal, gdzie by można było to robić… Ale ani nasz MSZ nie był do tego przekonany, ani przedstawiciele innych krajów europejskich.

Ale dziś, po dobrze ocenianej polskiej prezydencji w Unii i wobec dobrej sytuacji gospodarczej, moim zdaniem są szanse. Z tego, co usłyszałem w MSZ, może uda się coś z tego zrealizować.

 

Miał Pan  okazje wielokrotnie odwiedzić Indie. Jako ambasador bezpośrednio uczestniczył Pan w polityce Polski wobec tego kraju. Jakie Pan zauważa zmiany w tej polityce z perspektywy lat?

Trudno mi wypowiadać się bardzo autorytatywnie, ponieważ nie śledzę tak pilnie informacji, szczególnie w zakresie gospodarki, by ocenić, na ile polska obecność w Indiach różni się od okresu, kiedy ja tam byłem. Tamten czas to był okres zupełnego przekierowywania naszych relacji, szczególnie gospodarczych, ponieważ gospodarka przestała być państwowa i w konsekwencji przestała być realizowana w ramach misji dyplomatycznej, jak to było w czasach komunistycznych. Jedyny „asortyment”, który ewentualnie może się cieszyć parasolem ambasady, to zbrojeniówka.

Nie słyszałem, żeby były podpisywane zapierające dech w piersiach kontrakty. Choć ostatnio podobno BUMAR [1] podpisał jakiś kontrakt. Miejmy nadzieję, że ta jaskółka uczyni wiosnę. Trzymajmy więc kciuki, żeby wszystko było, jak trzeba, bo to bardzo chłonny rynek – około trzech milionów ludzi stale pod bronią, choć ta dziedzina gospodarki ma trochę dwuznaczny charakter.

Ogólnie mam wrażenie, że nie było zasadniczej zmiany jakościowej w charakterze obecności Polski na scenie politycznej Indii, jako kraju, który ma coś szczególnego do zaoferowania.

 

W tym samym czasie Indie wykonały ogromny skok rozwojowy. Czy nie oznacza to, że nasza polityka nie nadąża za tym procesem?

Tak, ale na naszą obronę trzeba powiedzieć, że my mamy olbrzymie wyzwania tu, lokalnie. Integracja z Europą i sprawy gospodarcze, przekierowanie całej machiny gospodarczej, reforma Balcerowicza itd… To kosztowało strasznie dużo energii. Mimo, że ja bym bardzo chciał, żeby relacje z Indiami były priorytetem, bo to by nie zaszkodziło Polsce.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że z punktu widzenia gospodarki zawsze będziemy mieli więcej  interesów w Chinach. Ale kto wie, to się może w jakimś momencie odwrócić. Szczególnie, jeśli się okaże, że outsourcing będzie dla nas bardzo atrakcyjną propozycją. Zobaczymy jak te stosunki będą się kształtować. Niemniej jestem realistą i rozumiem, że nie może być tak, że pan minister o niczym innym nie będzie mówił, tylko o Indiach.

Jak wiemy, Polska przygotowuje się do tego, żeby podpisać z Indiami podobne porozumienie, jak podpisała niedawno z Chinami. Dojdzie to tego pewnie pod koniec tego roku lub na początku przyszłego, podczas wizyty Bronisława Komorowskiego. Będzie to trzecia wizyta polskiego prezydenta w Indiach [w 1994 roku Indie odwiedził Lech Wałęsa, w 1998 roku Aleksander Kwaśniewski – przyp. AB].

 

Mam nadzieję, że te relacje się troszkę zrównoważą, to znaczy, że po podpisaniu umowy ustanawiającej takie szczególne stosunki z Indiami zarówno prywatny biznes, jak i różne państwowe pomysły na wzmożenie współpracy, dostaną przyspieszenia. Myślę, że ten rok będzie ważny. To co się będzie działo w tym roku, to swego rodzaju „uwertura” do tej wizyty na najwyższym szczeblu.

Biorąc pod uwagę rywalizację azjatyckich gigantów, czy byłoby nam trudniej podpisać partnerstwo strategiczne z Chinami, gdybyśmy wcześniej podpisali je z Indiami?

Tego nie wiem, na ile Chińczycy są pod tym względem czuli. Myślę, że tak, ze względu na nasze i Europy relacje.. Proszę pamiętać, że gest w stronę Chin musi być rozpatrywany w kontekście UE. Wszystkie ważniejsze kraje mają podpisane partnerstwo z Chinami. Stąd nasze ambicje, by być w tej czołówce. Skoro Niemcy, skoro Anglia, skoro Francja – to my też. Chiny są bardziej eksponowane niż Indie i jest to naturalne.

Nasze kraje od wielu lat łączą serdeczne stosunki na poziomie społeczno – kulturowym. Jak Pan ocenia  akcję „Uhonorujmy Maharadżę”, której pomysłodawcą jest pan Krzysztof Iwanek z Centrum Studiów Polska – Azja i ożywiania pamięci o czynie maharadży Jam Saheba Digvijayasinhaji, który podczas wojny przygarnął setki polskich sierot?

Przede wszystkim jestem bardzo dumny, że inicjatywa wychodzi z naszego środowiska, związanego z uniwersytetem, bo przecież pan Iwanek jest absolwentem warszawskiej indologii. Na jesień planowane jest wręczenie potomkowi maharadży odznaczenia, zapewne zrobi to ambasador. Moim zdaniem warto poczekać na wizytę prezydenta. Gdyby prezydent Komorowski wręczał to odznaczenie, miałoby to większy pogłos.

Ja jestem bardzo rad z tego, że sprawa maharadży i historia tych dzieci jest nagłośniona. Ja i moja żona zostaliśmy zaproszeni i jesteśmy członkami Koła Polaków z Indii 1942-1948.

Muszę powiedzieć, że sam działałem w tym kierunku. Poddałem pani dyrektor Krystynie Starczewskiej pomysł wybrania Jam Saheba Digvijayasinhaji na patrona Zespołu Szkół przy Bednarskiej. Po spotkaniach z panem Chendyńskim i panem Stypułą [2] odbyło się referendum, w którym nauczyciele, uczniowie i rodzice wybrali maharadżę.

Maharadża, zapytany, jak można mu podziękować, poprosił o nazwanie jego imieniem jakiejś ulicy. Ja o tym wiedziałem, ale doszedłem do wniosku, że dużo lepsze jest nadanie jego imienia szkole. Przecież młodzież będzie chciała wiedzieć, dlaczego wybrano takiego egzotycznego patrona. Co roku pokolenie absolwentów szkoły będzie wychodziło z wiedzą, co się stało i wiedzą o dobrej woli, jaką okazali nam wtedy Hindusi.

Odznaczenie i nazwanie skweru imieniem Dobrego Maharadży to wspaniała konsekwencja Akcji Maharadża. Coś takiego stanowi taki „miąższ” relacji. Nie wizyty polityków, nie deklaracje.

W styczniu miał Pan okazję uczestniczyć w festiwalu teatralnym w Indiach Bharat Rang Mahotsaw. Brały w nim udział także trzy grupy z Polski. Jak zostały  odebrane?

Głównym bohaterem i pretekstem był Rabindranath Tagore i 150. rocznica  jego urodzin. Gościem zewnętrznym była Polska. Przedtem przyjechała tu pani Amal Allana, prezydent Rady Nadzorczej  National School of Drama, i wybrała widowiska, które zostały zaproszone [3]. Widziałem dwa z polskich spektakli. Myślę, że to się dobrze zapisało, reakcja widowni była pozytywna.

Związki teatralne między Polską  a Indiami sięgają głębiej. Do dziś pamiętana tam jest postać Grotowskiego.

Sztuka polska ma dobrą prasę w Indiach. Zaczęło się od filmu. Wajda, Kieślowski – to nazwiska znane, oczywiście w kręgach, które się tym zajmują. Potem wszedł Grotowski, który, ze względów dla mnie nie zrozumiałych, stał się kimś wyjątkowym w Indiach. Sfery poszukujące młodego teatru bardzo się tym fascynowały. Także Mrożek jest znany w Indiach.

W Indiach także poezja polska jest bardzo ceniona. Niedawno odwiedził Indie poeta Adam Zagajewski[4]. Wydano tam po polsku i w hindi tomik jego wierszy, w którym umieszczono jeden z moich przekładów [5].

Ambasada Republiki Indii w Polsce aktywnie promuje indyjską kulturę. Między innymi finansuje odbywające się w kilku miastach Polski kursy, których uczestnicy bezpłatnie uczą się języka hindi, tańca bharatanatjam oraz jogi. Jakie jest znaczenie tych działań?

Bardzo wiele zależy od energii ambasadora. Obecna pani ambasador [JE Monika Kapil Mohta  przyp. AB) jest bardzo aktywna. Jej brat był związany z Polską i ona po nim odziedziczyła sympatię dla naszego kraju. Poznaliśmy się jeszcze, kiedy ja byłem ambasadorem. To bardzo energiczna i otwarta osoba, bardzo wiele sobie obiecuję po jej misji.

* Prof. dr hab. Maria Krzysztof Byrski – indolog, tłumacz, badacz indyjskiej kultury i literatury. W latach 1993-1996 ambasador Rzeczypospolitej Polskiej w Indiach. Autor ponad stu różnych publikacji w językach  polskim, angielskim i hindi. Przez dwie kadencje sprawował funkcję dyrektora Instytutu Orientalistycznego (dzisiejszy Wydział Orientalistyczny) Uniwersytetu Warszawskiego. Obecnie profesor emeritus,  prowadzi zajęcia w Katedrze Azji Południowej WO,  oraz kieruje Centrum Badań nad Eurazją w Collegium Civitas. Jest  członkiem Towarzystwa Naukowego Warszawskiego, Polskiego Towarzystwa Orientalistycznego, International Association of Sanskrit Studies, Societe Asiatique oraz Parliament of Cultures z siedzibą w Ankarze oraz PEN-Klubu.

Za pomoc redakcyjną autorka dziękuje Krzysztofowi Iwankowi

[1] http://www.polska-azja.pl/2012/01/18/bumar-zaopatrzy-indyjska-armie/

[2] Andrzej Chendyński: prezes Koła Polaków z Indii z lat 1942-1948,

Wiesław Stypuła: autor książek „We wszystkie strony świata… tułacze losy polskich dzieci”, „W gościnie u ‚polskiego’ maharadży: (wspomnienia z pobytu w Osiedlu Dzieci Polskich w Indiach w latach 1942 -1946)”.

[3]Teatr Chorea ze sztuką „Grotowski – próba odwrotu”

Teatr Dramatyczny z Warszawy ze spektaklem „W imię Jakuba S”.

Instytut Teatralny z projektem „Chór kobiet”.

Jak napisał portal www.e-teatr.pl: Polskim występom teatralnym FOCUS ON POLAND towarzyszyły przygotowane przez Ambasadę RP w Delhi we współpracy z NSD w Delhi oraz Instytutem Grotowskiego z Wrocławia wystawy: „50 lat Teatru Laboratorium (1959 – 2009), Geniusz Jerzego Grotowskiego” oraz kameralna ekspozycja polskiego plakatu „Polish School of Poster” przygotowana przez Ambasadę, która była już pokazywana z sukcesem w innych miastach Indii oraz w Bangladeszu.

[4]http://www.culture.pl/kalendarz-pelna-tresc/-/eo_event_asset_publisher/L6vx/content/indie-poznaja-polska-poezje-adam-zagajewski-na-festiwalu-dsc-jaipur-literature-festival

[5]Tomik „W cudzym pięknie” przygotowały indolożki Maria Skakuj Puri i Monika Browarczyk.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Rola promotora UE w Indiach szansą dla Polski – wywiad z Marią Krzysztofem Byrskim Reviewed by on 20 kwietnia 2012 .

Prezentujemy Państwu rozmowę poświęconą stosunkom polsko – indyjskim w kontekście planowanej wizyty prezydenta Bronisława Komorowskiego w Indiach. Wywiad z profesorem Marią Krzysztofem Byrskim*,indologiem, byłym ambasadorem Polski w Indiach, przeprowadziła Agnieszka Budyńska, redaktorka działu Indie News. „Polsce – służyć, Europę – tworzyć, Świat – rozumieć” – takie motto widnieje na stronie internetowej polskiego MSZ-u. Czy działania

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

KOMENTARZE: 1

  • W czasie swojej pracy w ambasadzie od pracownikow indyjskich wiele slyszalem o ambasadorze Byrskim i to w bardzo pozytywnym tonie. Trudno tez nie przyznac racji jego tezom, ale sporo tez sie zmienilo.

    Przede wszystkim budynek ambasady i sala kinowa. Zaostrzone przepisy bezpieczenstwa uczyniky ja zupelnie niefunkcjonalna, choc technicznie daloby sie to rozwiazac. Niestety nasza ambasada jest tak zbudowana, ze nie mozna tam oddzielic jakiejsc czesci na dzialalnosc kulturalna.

    Co do dzialan kulturalnych i celowosci powstania instytutu polskiego to mam bardzo powane watpliwosci. Taki instytut to ogromnie kosztowna impreza, a jak celnie zauwaza P. Byrski bylibysmy jedna z wielu instytucji, za to dysponujaca mniejszymi srodkami. Zreszta popyt na obca kulture w Indiach jest ograniczony. Nawet oskarowe produkcje wyswietlane sa stosunkowo krotko. Nie ma co dyskutowac, czy to dobrze, czy zle, tak po prostu jest.

    Nie spotkalem w indyjskich sklepach ani jednej ksiazki polskiego autora, ani jednej plyty DVD z polskim filmem, nic. W Times of India, gdzie podawane sa imprezy (oczywiscie nie wszystkie), ktore maja sie odbyc tylko raz widzialem cos polskiego i to w zwiazku z jakas impreza unijna. Ta sama gazeta opisuje wydarzenia pt „Delhi is talking about”, nigdy nie napisano niczego o jakiejkolwiek polskiej imprezie.

    Dobrym pomyslem bylo wyswietlanie polskich filmow przy okazji roznych pokazow europejskich. Nie wiem, czy ta polityka jest kontynuowana.

    Inny problem do gospodarka. Powiedzmy sobie szczerze – w Indiach nas nie ma. Zbieram sie do napisania artykulu dlaczego ale to wymaga sporego czasu. Ale dam tylko 2 uwagi. Na rynek indyjski nie wejdzie sie za darmo. I druga smutniejsza, gdyz na moja propozycje pomocy rzadowej dla polskich przedsiebiorcow w Indiach uslyszalem, ze przedsiebiorcy powinni radzic sobie sami. Po co w takim razie ow urzednik do Indii przyjechal?

Pozostaw odpowiedź