Komentarz eksperta

Radosław Pyffel: Klucz do światowej dominacji Chin leży w Chinach

radek2Od kilku tygodni informujemy na naszej stronie o niekończącej się chińskiej ekspansji inwestycyjnej na świecie. Ostatnio China Investment Corporation (czyli de facto chiński rząd) przymierza się nawet do kupna klubu piłkarskiego Liverpool FC. Tymczasem w południowych Chinach na ulicach Kantonu doszło do zażartych demonstracji w obronie obecności dialektu (języka?) kantońskiego w przestrzeni publicznej regionu.

Co wydarzyło się 25 lipca w niedzielę o godzinie 17.30 na kantońskiej stacji metra Jiananagxi? Za pomocą Twittera i QQ zebrało się około trzech tysięcy demonstrantów, którym towarzyszyło tysiąc policjantów i aż tysiąc dziennikarzy w tym wielu zagranicznych.

Zebrani, których zdecydowaną większość stanowili miejscowi dwudziestolatkowie śpiewali znane z radia i azjatyckiego MTV piosenki (po kantońsku), wygwizdali przedstawiciela służb porządkowych, który w języku mandaryńskim nawoływał do rozejścia się. Przez dwie godziny w okolicy stacji metra, ale i na głównym pasażu miasta – ulicy Pekińskiej, wznosili banery z komiksowymi rysunkami i skandowali: „kantoński, kantoński”, a nawet bardziej radykalne, czy niecenzuralne okrzyki nawołujące Chińczyków, dla których głównym językiem jest mandaryński do oględnie mówiąc oddalenia się z Kantonu i pozostawienia jego mieszkańców w spokoju. W dodatku tego samego dnia hakerzy włamali się do systemu kantońskiego metra i na umieszczonych w wagonach i na peronach ekranach nie ukazały się jak zazwyczaj newsy i reklamy, ale trzy chińskie znaki na czarnym tle: Guangzhou Ren czyli Kantończycy*.

Protestująca młodzież w zakrywających twarze maskach chętnie udzielała wywiadów licznym przedstawicielom mediów podkreślając, że kantoński jest bardziej użyteczny niż mandaryński, bo bardziej  międzynarodowy (posługuję się nim w większości diaspora chińska na świecie), jest także językiem show biznesu, a więc jest modny i wielu młodych Chińczyków z innych regionów Chin próbuję się go uczyć z tekstów piosenek czy oglądając filmy.

Przyczyną publicznych wystąpień stała się zapowiedź zastępowania w lokalnej telewizji miejscowego dialektu programami po mandaryńsku. Wszystko ze względu na Igrzyska Azjatyckie, które odbędą się w listopadzie. Jak argumentował rząd, przybysze z innych części Chin nie rozumieją kantońskiego i będą czuli się wyobcowani.

Co wynika z całego tego zajścia?

Chiny to imperium, państwo-cywilizacja, w którym żyje ze sobą kilkadziesiąt narodowości i grup etnicznych. Dotychczas do wystąpień o charakterze etnicznym, narodowościowym czy językowym dochodziło na zachodnich rubieżach w Tybecie i Xinjiangu. Tym razem sytuacja jest zaskakująca, gdyż swoje niezadowolenie wyrazili Kantończycy, zaliczający się do dominującej grupy Han (92 procent ludności Chin).

Tożsamość tej grupy wytworzyła się dość wcześnie, bo w czasach panowania dynastii Han (206 p.n.e. do 220 n.e. Stąd właśnie wzięła się jej nazwa – Han oznacza tyle co ludność uznającą zwierzchność cesarza Han). Jest więc to grupa bardzo zróżnicowana, a jej członkowie podzielając chińskie wartości i kulturę i uznając się za członków cywilizacji chińskiej, bardzo się od siebie różnią wyglądem i stylem życia (Północ- Południe), lokalnymi zwyczajami, upodobaniami kulinarnymi i właśnie dialektami. Przez tysiąclecia Chiny z różnym skutkiem egzystowały według formuły „jedności w różnorodności” nazywając zamieszkujące je grupy członkami jednej wielkiej rodziny. Przed nastaniem społeczeństwa informacyjnego, spoiwem był cesarz, a jeśli go nie było (kraj pogrążony był w chaosie, lub podzielony) rolę taką odgrywało chińskie pismo, które każdy rozumiał. Wystarczyło tylko w powietrzu nakreślić chiński znak, by stawał się on zrozumiały dla przybysza z innej części Chin nawet jeśli mówił on zupełnie niezrozumiałym dialektem.

Dialekt kantoński najbardziej ze wszystkich różni się od mandaryńskiego – dialektu Północy, a osoby z Północy, które przyjeżdżają na Południe w wieku kilkunastu lat, nie są już w stanie nauczyć się poprawnej wymowy i z reguły kaleczą kantoński tak, iż nawet jeśli go rozumieją, nie decydują się w nim mówić.

Kantończycy (zwłaszcza ci gorzej wykształceni) także niechętnie używają mandaryńskiego – być może z tych samych powodów co ludzie z Północy ich dialektu – czyli kiepskiej wymowy i wielu błędów. Dobrze ilustruje to znane w Chinach ironiczne powiedzenie „niczego się nie boję poza Kantończykiem, który mówi po mandaryńsku”. Język ten jest dla nich de facto drugim językiem, którym zaczynają mówić dopiero w wieku 7 lat kiedy idą do szkoły. A i to nie sprawia, że wychodzą z kantońskojęzycznego środowiska. Po kantońsku mówią w domu, słuchają radia, oglądają telewizje (w tym często nadawaną z Hongkongu) i nawet do emigrantów z innych prowincji pracujących w usługach często także ostentacyjnie zwracają się w lokalnym dialekcie.

W chińskiej rodzinie Kantończycy uważani są za urodzonych przedsiębiorców, ludzi odważnych, zaradnych, z wielkim talentem do biznesu (większość rozsianych po całym świecie chińskich emigrantów wywodzi się z tej prowincji).

Guangdong będący od 1978 roku laboratorium chińskich zmian to przykład success story- bogatej prowincji przypominającej bardziej Hongkong (też kantońskojęzyczny) niż zachodnie prowincje Chin.

Kantończycy są z tego dumni i starają się podkreślać swoją odrębność, o co nie jest trudno: ich dość luźny i radosny styl życia bardzo ich odróżnia od ludzi mroźnej północy Chin. Uważając się za bardziej cywilizowanych, Południowcy nie znoszą ani prześmiewczego stosunku do siebie, ani wszelkich dyrektyw płynących z Północy, często w formie podatków, które później są przeznaczane na rozwój biedniejszych prowincji (w tym np. integrację Tybetu z resztą kraju). To utwierdza ich w przekonaniu, jakoby prowincja Guangdong była krępowana przez centralę i dokładała do reszty Chin. Wystarczyła mała iskierka w postaci deklaracji o ograniczaniu języka kantońskiego, by zapalił się lont i wybuchły demonstracje.

Zapowiedzią olbrzymich dylematów, przed którymi stanie chiński rząd, jest fakt, iż większość osób, które wzięły udział w proteście to dwudziestolatkowie. W dodatku za Guangdongiem natychmiast ujął się pozostający do 2047 roku poza granicami ChRL, ale również mówiący po kantońsku Hongkong, gdzie również doszło do wystąpień. Szczęśliwie nie podnoszono kwestii podatków i większej autonomii Guangdongu – to byłaby sprawa śmiertelnie poważna i niezwykle groźna.

Chińskie władze, wyczuwając opór zrezygnowały z bardziej zdecydowanych działań. Według krajowych i lokalnych mediów sugestia Chińskiej Rady Konsultacyjnej, by w lokalnych programach telewizyjnych kantoński zastępować mandaryńskim, została zignorowana przez kierownictwo stacji, a w tej sytuacji gubernator prowincji Huang Huahua ogłosił, iż władze centralne nie zamierzają marginalizować języka kantońskiego.

Co wydarzy się teraz? Gdy podobne do Tybetańczyków i Ujgurów postulaty zaczynają zgłaszać Hanowie, rząd ma niezwykle twardy orzech do zgryzienia i wydaje się, że cokolwiek nie zrobi, będzie źle. Czy akcentować poczucie wspólnoty i dumy narodowej (to już się dzieje, ale jak się okazuje, nie zapobiegło wystąpieniom kantońskojęzycznej młodzieży), czy może poszukiwać jakiejś formy federalizmu ze zwiększonymi uprawnieniami poszczególnych prowincji? Ale czy poluzowanie nie zakończy się dezintegracją i rozpadem imperium? To może próba mocniejszej centralizacji, ale czy jest ona jeszcze po 30 latach reform w ogóle możliwa i nie skończy się jeszcze większym oporem, a śladem Kantończyków pójdą inne regiony i prowincje na przykład Szanghaj? Liczne frakcje w rządzącej KPCh z pewnością poszukują już odpowiedzi na te pytania.

Pytania którym towarzyszą liczne i charakterystyczne dla Chin paradoksy, choćby takie jak fakt, iż Sun Yat Sen, twórca nowoczesnych i zjednoczonych Chin, nazywany Ojcem Narodu, czczony zarówno na kontynencie jak i na Tajwanie, był… Kantończykiem, oraz co ważniejsze i godne podkreślenia, wydarzenia te rozgrywają się w obliczu zapierającej dech w piersiach ekspansji Chin na świat, przypominając tym samym, iż o ich ewentualnym statusie przyszłego globalnego mocarstwa zdecydują raczej sprawy wewnętrzne, a nie globalna polityka. Klucz do dominacji Chin w XXI wiek, znajduje się w samych Chinach.

* Słowo „Kantończycy” użyte w komentarzu odnosi się do mieszkańców prowincji Guangdong, a nie samych tylko mieszkańców Kantonu, dlatego też napisane jest z dużej litery.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Radosław Pyffel: Klucz do światowej dominacji Chin leży w Chinach Reviewed by on 11 sierpnia 2010 .

Od kilku tygodni informujemy na naszej stronie o niekończącej się chińskiej ekspansji inwestycyjnej na świecie. Ostatnio China Investment Corporation (czyli de facto chiński rząd) przymierza się nawet do kupna klubu piłkarskiego Liverpool FC. Tymczasem w południowych Chinach na ulicach Kantonu doszło do zażartych demonstracji w obronie obecności dialektu (języka?) kantońskiego w przestrzeni publicznej regionu. Co

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

komentarze 2

  • Zgadzam się z przedmówcą. Pozdrawiam Jarek również jestem Pasjonatem Japonii i z powodzeniem uczę się Japońskiego.

  • Panie Radosławie świetny artykuł ! Zgadzam się w 100% z Pana spostrzeżeniami, dodatkowo dziękuję za sporą porcję informacji na temat różnicy pomiędzy językiem mandaryńskim a kantońskim.

    Sam jako pasjonat kultury Japonii również uważam, że sukces Kraju Kwitnącej Wiśni jest w dużym stopniu spowodowany wewnętrzną harmonią w kraju – wewnętrzną spójnością i jednością narodu. Pana uwagi odnośnie sytuacji w Chinach są bardzo ciekawe i myślę, że dalszy rozwój Chin jest nieunikniony pod warunkiem, że wewnątrz państwa będzie consensus.

    Kończąc, pragnę pogratulować serwisu internetowego Centrum Studiów Polska-Azja. Uważam, że jest to jedyny w Polsce profesjonalny serwis z którego można dowiedzieć się rzeczowych i interesujących faktów na temat gospodarki i kultury krajów Dalekiego Wschodu. Pozdrawiam !

Pozostaw odpowiedź