Komentarz eksperta

Radosław Pyffel: Chiny numerem 2? Nie ma się czym ekscytować

radek2W ostatnim tygodniu po ogłoszeniu przez Japonię wyników gospodarczych za drugi kwartał 2010 roku (wzrost PKB 0,1 % za kwartał i spodziewany roczny 0.4%), stało się jasne, że już w tym roku Chiny staną się drugą gospodarką świata (według nominalnej wielkości PKB). Wydarzenie te miałem okazje komentować w TVN CNBC BIZNES i skoro temat ten i sam mój występ wzbudził tyle kontrowersji na naszej stronie, zdecydowałem się pociągnąć wątek. W niniejszym komentarzu chciałbym krótko odnieść się do kilku spraw, do których nie mogłem odnieść się w studiu w rozmowie z Marcinem Kowalskim.

Po pierwsze uważam, iż faktem tym nie ma się co ekscytować. Chiny co chwila wysuwają się na czoło w jakiejś klasyfikacji, a to jako największy rynek motoryzacyjny, a to jako konsument energii czy stali. Media to kochają, widzowie także, jednak po pierwsze są to rzeczy, których już od wielu miesięcy można było się spodziewać, po drugie Chiny to kraj o ogromnym potencjale, (więc dziwić może tylko to, że kraj ponad miliarda ludzi wyprzedził ostatnio 80 milionów Niemców jako world’s exporter no 1), wreszcie po trzecie to tylko fragment szerszego obrazu, który jest bardziej skomplikowany.

Poza problemem „braku paliwa”, o którym wspominałem w programie (konieczność zapewnienia sobie bazy surowcowej na całym świecie, ograniczone zasoby wody w niektórych rejonach, przy jej nadmiarze w innych) i możliwości zajechania drogi chińskiej ciężarówce przez inne pojazdy (a więc zmiany dobrej dla Pekinu koniunktury w stosunkach międzynarodowych (pokojowy wzrost) i zdecydowana reakcja  państw zaniepokojonych wzrostem znaczenia Chin i ich prawdopodobną przyszłą hegemonią – nie tylko US, ale być może bliskich sąsiadów z regiony), chciałbym odnieść się do problemu systemu politycznego (silnika jak można by powiedzieć) i złudnej oceny dokonywanej wyłącznie na podstawie PKB.

Odnosząc się do systemu politycznego, w żaden sposób nie zamierzam dokonywać jego oceny z perspektywy moralności czy etyki (jak czyniono to z dużą moim zdaniem szkodą w Polsce w ostatnich latach), ale efektywności. Sposób podejmowania decyzji w Chinach jest nietransparetny i wbrew pozorom nie zawsze efektywny. To co jest jego największą siłą, czyli fakt iż nie musi ulegać opinii publicznej i decyzję podejmowane są szybko (a nie jak w Polsce, gdzie wydanie zgody na budowę może trwać latami) może być największą słabością, gdyż rząd czy podejmujące decyzję gremia nie zawsze wiedzą, czego oczekują Chińczycy i jak zareagują na konkretne posunięcia. Ten brak informacji, czy komunikacji może w efekcie wygenerować teoretycznie słuszne decyzje, które jednak nie będą efektywne, gdyż nie będą odpowiadać potrzebom ludzi. To może doprowadzić do „awantury w ciężarówce” i pasażerowie mogą zaatakować kierowcę, lub sami pokłócić się między sobą. A w Chinach powodów do kłótni nie zabraknie: mniejszości narodowe – Hanowie, biedni – bogaci, wieś i miasto, bogate i biedne regiony, a ostatnio nawet Kantończycy przeciw językowi mandaryńskiemu. Czy „oświecona merytokracja” zabezpieczona politycznym autorytaryzmem, jak można określić kształtujący się chiński model, poradzi sobie z tymi problemami?

Wreszcie sprawa  nominalnego PKB. Żyjemy w czasach kultu tego miernika, a przytaczane dane wzrostu PKB są z reguły dogmatem, z którym się nie dyskutuję („Wzrost 10 %? A więc wszystko jasne, bardzo dziękuję”). Abstrahuję tu już od innych mierników określających poziom życia (i zadowolenia) społeczeństw, ale nawet jeśli Chiny w 2030 roku rzeczywiście wyprzedzą USA to per capita i tak będzie to kraj biedniejszy, którego dochód na głowę będzie na poziomie dzisiejszej Malezji, a więc kraju dość bogatego, ale jednak nie światowej czołówki. Oczywiście fakt, że Chiny będą tylko cztery razy biedniejsze, będzie dużym sukcesem, gdyż obecnie zajmują per capita 124 miejsce i z wynikiem 3,600 USD są ponad 10-krotnie biedniejsze od Japonii (32 miejsce, 37,800USD) i prawie 12 razy biedniejsze od USA ( 17 miejsce, $42,240- wg parytetu siły nabywczej te różnice są znacznie mniejsze). A zatem wyprzedzenie USA dla kraju czterokrotnie liczniejszego nie powinno być trudne, ale zbudowanie społeczeństwa wysokiego dochodu to już zupełnie inna historia, która więcej niż ze wskaźnikami PKB, będzie miała wspólnego z efektywnymi procesami decyzyjnymi i wysokiej jakości governance zdolnym godzić chińskie sprzeczności.

I niniejszy komentarz chciałbym zakończyć sprzecznością z własnego, polskiego podwórka. Starając się zachować chłodną głowę, jednocześnie zdaję sobie sprawę jak trudno jest przekonać nasze elity opiniotwórcze czy decydentów o tym, iż XXI wieczny świat zmierza w stronę Pacyfiku, a Chiny mogą stać się przyszłym hegemonem (choćby tylko i wyłącznie ze względu na swój potencjał). Wiele osób, z którymi rozmawialiśmy jako CSPA ( i ja osobiście) ,bagatelizuję wzrost znaczenia Chin, odwołując się do sytuacji z lat 80-tych, „kiedy to samo mówiono o Japonii, a potem wszystko było po staremu i z Chinami też tak będzie”.

Tyle tylko że Chiny to kraj 10-krotnie liczniejszy i dużo większy niż Japonia. Osiągnięcie jej poziomu (nawet jeśli nastąpi później regres) już wystarczy. Można zatem nie ekscytować się tymi triumfalnie ogłaszanymi wskaźnikami, wiedząc iż wszystkie one mają swoje drugie dno, ale jak sądzę warto przy tym pamiętać, że wiele ważnych osób, a zwłaszcza opinia publiczna bacznie na nie zwraca uwagę i na jej podstawie kształtuje swoje opinie.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Radosław Pyffel: Chiny numerem 2? Nie ma się czym ekscytować Reviewed by on 20 sierpnia 2010 .

W ostatnim tygodniu po ogłoszeniu przez Japonię wyników gospodarczych za drugi kwartał 2010 roku (wzrost PKB 0,1 % za kwartał i spodziewany roczny 0.4%), stało się jasne, że już w tym roku Chiny staną się drugą gospodarką świata (według nominalnej wielkości PKB). Wydarzenie te miałem okazje komentować w TVN CNBC BIZNES i skoro temat ten

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

komentarzy 5

  • Dokladnie tak Panie Adamie,
    Chinczycy maja olbrzymi problem, a zarazem przed nimi ogromnie wazna decyzja ( zwlaszcza przed tymi bogatszymi ze wschodniego wybrzeza). Czy chca utworzyc bogate, ale male panstwa-regionu na wzor Tajwanu, HKG, Singapuru- zbyt slabe by cos znaczyc na arenie miedzynarodowej, ale w ktorych beda sie lepiej czuli, czy pozostac jednym panstwem ktory probuje godzic interesy ponad 30 prowincji i regionow?
    Drogi Panie Zyggi- napewno rzad (centralny) stara sie pokazywac korzysci jakie wynikaja z centralizacji ( olimpiada, kosmos, potega, mocasrtwowosc). Zaskakujaca jednak (zwlaszcza na Poludniu) ludzi ton jakby mniej bierze, kiedy musza zaplacic…
    Nie wiem Panie Adamie jak zapatruja sie na to Szanghajczycy, ale wydaje mi sie ze moze byc podobnie. Inaczej nie rozbito by z takim hukiem „ukladu szanghajskiego” z bylem mayorem na czele.
    Oczywiscie scenariusz dezintegracji jest b. na reke USA. Takie Chiny bylyby idealne- po prostu boaty, stabilny partner handlowy niezdolny by zagriozic politycznie.
    Co wybiora Chinczycy? Czy dogadaja sie i wypracuja jakas formule koegzystencji? Chyba tak, gdyz w globalizacji to sie po prostu wszystkim oplaca. Wiec mozliwa jest powolna ewolucja w strone jakiegos modelu federacyjnego.
    Ale tam w KPCh pewnie juz sie niezle o to kloca :)

  • no ja tylko czekam, aż powstanie wolne miasto Szanghaj :P
    To jest tak jak z Niemcami :+) ja ich tak lubię, że życzę im z 700 państw :P małe, które nikomu nigdy nie zagrażały a wolność jaka tam panowała była znana w całej Europie :+)
    Np. W wolnym mieście Hamburg panował kiedyś taki zwyczaj, że podatki były dobrowolne i każdy płacił tyle ile chciał zapłacić :+)
    małe jest piękne i wytwarza dużą konkurencję co przekłada się na to, że te państwa/miasta muszą być otwarte (wolny handel niskie podatki etc.etc. )

  • Panie Radku, również nie wykluczam jakiegoś stopnia dezintegracji Chin. Co prawda nie wiem do końca, co Pan rozumie przez dezintegrację, niemniej sądzę, że może do niej dojść tylko na zasadzie przyjęcia modelu federacyjnego a nie rozpadu na odrębne państwa. W to drugie jakoś nie wierzę, bo Chińczycy z Guangdong czy Fujian są takimi samymi chińskimi nacjonalistami jak mieszkańcy prowincji północnych lub np. Syczuanu. W końcu sam dr Sun Yat-Sen, który uważał nacjonalizm za istotny element republikańskich Chin, pochodził z Guangdong. Taki rozpad już chyba prędzej groziłby krajom federacyjnym: Indiom, Rosji i Brazylii, gdzie różnice w poziomie rozwoju poszczególnych regionów są też ogromne, a dotatkowo występują różnice etniczne i rasowe, a w przypadku Indii i Rosji także religijne.
    W Indiach mamy indoeuropejską północ i drawidyjskie południe, potencjalnie zapalny Assam i inne stany sąsiadujące z Birmą, muzułmański Kaszmir, sikhijski Pendżab, chrześcijańskie Goa. W przypadku Brazylii: biedne stany północno-wschodnie zamieszkane głównie przez potomków afrykańskich niewolników oraz zamożne południe, gdzie dominują potomkowie imigrantów z Europy. Co do Rosji, już w latach 90. władze rosyjskiego Dalekiego Wschodu głośno oświadczyły, że nie wykluczają secesji. Póki co, takie kroki podjął Dżochar Dudajew w Czeczenii i wiemy, co było dalej. Dzisiejsza Rosja trzyma się jako całość m.in. dzięki pomyślnej koniunkturze ekonomicznej.
    Na szczęście w Brazylii, Rosji i Indiach pewnym „wentylem bezpieczeństwa” jest demokratyczny system rządów, nawet jeśli – jak w Rosji – jest to fasadowa demokracja zabezpieczana czołgami i helikopterami Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (notabene rosyjskie wojska MSW to chyba światowy ewenement). W Chinach takim „wentylem” jest wspomniany nacjonalizm. Nie jest on tak ksenofobiczny jak to było np. kiedyś w Japonii, bo uwarunkowany historycznie i kulturowo, a nie jak w Japonii – rasowo.

  • Panie Zyggi,
    Ladnie Pan opisal te roznice Chiny- Japonia, trudno sie nie zgodzic.
    Chiny jednak ciezko porownac nie tylko do Japonii, ale jakiekolwiek innego kraju, gdyz …nie jest to kraj ale tak naprawde kilkanascie krajow chinskich w jednym.
    Szukajac insporacji, wzorow, czy punktow odniesienia dla modernizacji Chin slusznie wskazuje Pan na Tajwan ( przeciez tez Chinczycy), byc moze nawet lepszym przykladem bylby Singapur ( to nim zachwycil sie Deng Xiaoping i po wizycie w tym kraju postanowil zrobic kopie w Mainland), ale to wszystko i tak bedzie niepelne porownanie, a wszystko dlatego ze Chiny to kraj ogromny ktory musi godzic interesy kilkudziesieciu prowincji. Juz samo powiedzenie Denga „Musimy zbudowac 20 Hong Kongow” obrazuje skale ale tez i nature tego zjawiska, z ktorym ani Tajwan, ani Singapur, ani HKG nie musialy sie borykac.
    Czesto w swoich komentarzach chwali Pan Chinczykow, piszac iz z racji na swoja przedsiebiorczosc skazani sa na dobrobyt i sukces. W duzej mierze ma Pan racje, ale nie musi sie to przelozyc na panstwo chinskie :) ( w tym wypadku ChRL). Moze byc tak, ze Chiny sie zdezintegruja na kilka bogatych i kwitnacych gospodarczo obszarow, jak w np. czasach Walczacych Krolestw.
    Paradoksalnie dla chinskiej mysli, filozofii, sztuki ( i gospodarki, pod warunkiem ze nie bylo wojny) byl to b.dobry okres ( burza mozgow, rywalizacja, wymiana mysli, pogladow itd). Historia moze sie powtorzyc, ale czy wtedy Chiny jako supermocarstwo mialyby racje bytu? Spojrzmy na UE ( teoretycznie najwieksza gosp swiata) ale politycznie slaba. Rozdrobnione Chiny moglyby pojsc ta droga. Graja zatem o wiecej niz Singapur, HKG i Tajwan. I zmagaja sie z problemem z ktorym te miasta-panstwa sie nie zmagaly.
    serdecznie pozdrawiam
    RP

  • Ciekawa i inspirująca lektura. Zgadzam się, że Chiny to nie Japonia. Więcej: porównywanie Chin i Japonii nie ma większego sensu. Japonia to zupełnie inny kraj, inny świat biznesu i polityki, inne uwarunkowania społeczne. Japonia to jedno z najbardziej egalitarnych ekonomicznie społeczeństw, podczas gdy w Chinach kontrasty społeczne są uderzające. Chiny mimo restrykcyjnej kontroli urodzeń są społeczeństwem dużo młodszym niż Japonia – jeden z najstarszych narodów świata. Warto też pamiętać, że Japonia była krajem o silnym przemyśle i dość dobrze wykształconym społeczeństwie jeszcze przed II wojną światową. Wreszcie głównym motorem wzrostu gospodarczego była tam konsumpcja wewnętrzna i usługi, a nie eksport. Aby się o tym przekonać, wystarczy spojrzeć na relację japońskiego eksportu do PKB: zawsze była ona dużo niższa niż w innych krajach Dalekiego Wschodu czy w Europie Zachodniej. Poza tym ogromne Chiny długo jeszcze nie osiągną naturalnych barier rozwojowych, jakie napotyka się w Japonii. Wciąż będzie tam wiele do zrobienia, wybudowania itd.
    Myślę, że jeśli czujemy potrzebę porównań, to Chiny należałoby zestawiać raczej z Koreą Pd., bo to kraj bliższy Chinom cywilizacyjnie niż Japonia. Kraj, który jeszcze 30 lat temu należał do „Trzeciego Świata”. A jeszcze bardziej Tajwan. W końcu Tajwan to też Chiny, tyle że demokratyczne. I choć kraj mały i dość egalitarny, to podobna etyka biznesu, podobny duch robienia „czegoś z niczego”, podobna dominacja małych i średnich firm. Chiny tak jak Korea Pd. i Tajwan są silnie zależne od eksportu. I tak jak nie zanosi się na koniec ekspansji Korei Pd. i Tajwanu, tak samo będzie chyba z Chinami.
    Co do sąsiadów Chin, myślę, że militarnej awantury z Krajem Środka nikt kto nie jest samobójcą nie podejmie. Tak Rosja jak i Indie są zbyt słabe gospodarczo, nie mówiąc o innych krajach. A setki mld USD amerykańskich obligacji federalnych w rękach Chin raczej wykluczają nieodpowiedzialne akcje ze strony USA. Eurosojuz ma niewiele do gadania, zresztą Chiny perfekcyjnie wygrywają konkurencję między krajami Unii: Kogo chcą karzą, kogo chcą nagradzają lukratywnymi kontraktami.
    I jeszcze „trzy grosze” a propos eksportu. Absolutnie nie dziwi mnie, że małe Niemcy dotąd były nr 1 w świecie. Niemcom sprzyja tak geografia (środek Europy), jak i fakt, że odbywa się on głównie w ramach UE na warunkach preferencyjnych (brak ceł). Tak więc z całym szacunkiem dla niemieckiej jakości i organizacji, ale gdyby w UE jakimś cudem znalazłaby się Japonia, Korea Pd. czy Tajwan (nie mówiąc o Chinach), to Niemcy, jak i cała reszta Eurosojuza, ze swoim socjalnym garbem, wysokimi podatkami, dyrektywami, zakazami, nakazami, dotacjami i średnio 35-godzinnym miesiącem pracy na pewno nie wygrałyby konkurencji…

Pozostaw odpowiedź