Artykuły,Publicystyka,Relacje z podróży

R. Tekiela: Relacja z podróży po Indonezji – dzień 2, 3, 4 i 5

Dzień 2

Gdy miałem już kasę w ręku – czyli byłem dość zabezpieczony przed ryzykiem utknięcia – zdecydowałem się odwiedzić Kota Tua, czyli po naszemu „Stare Miasto”.

Mówimy tutaj o małym – bo zajmującym nieco ponad 1 km kwadratowy – placyku (z przyległościami), który był centrum rządów kolonialnych w holenderskich Indiach Wschodnich. Zachowały się tam ładne budynki z architekturą kolonialną, natomiast niedaleko znajduje się szereg różnorakich muzeów (jak również ileś knajp, a także np. dofinansowana przez UNESCO wystawa dotycząca historycznego jedzenia indonezyjskiego).

Tu należy się wstawka: Dżakarta nie jest miejscem turystycznym. Mają tu siedziby główne instytucje rządowe, finansowe, itd., itp., więc kupa ludzi przyjeżdża tu za pracą. Również, by obsłużyć taką masę VIP-ów (rządowych, finansowych, dyplomatycznych…), stolica podobno wykształciła dekadenckie, nocne życie, więc jeśli którakolwiek czytająca osoba zechciała zostać seks-turystą, to myślę, że jest to doskonałe miejsce. Natomiast – co mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem – raczej nie jest to miasto, do którego jedzie się oglądać ładne widoki.

Już jakieś pół kilometra na północ od reprezentacyjnego placu – wymienianego przez przewodnik na samym początku – w drodze do Chicken Market Bridge (czyli starego, żelaznego mostu, gdzie najpierw gromadzili się sprzedawcy drobiu, a potem np. prostytutki) natrafiłem na okolice uwiecznione na zdjęciu.

Zrzut ekranu 2016-07-08 o 11.49.28

Chodnika było brak, więc szło się po ulicy, natomiast najwięcej zabawy i tak było z przechodzeniem przez ulicę. Odnośnie do pieszych. W Polsce przed reformą, która przyznawała pieszym czekającym na przejściach pierwszeństwo wobec samochodów, widziałem zdanie, że pieszy na przejściu najczęściej czeka aż któryś z samochodów zatrzyma się i odda pierwszeństwo. Powiedziałbym, że sytuacja w Indonezji jest dość podobna: z tym wyjątkiem, że w Indonezji nikt się nie zatrzymuje.

Na mniejszych ulicach częstokroć wystarczy poczekać, aż ulica będzie pusta. Niestety na większych praktycznie zawsze ulica jest pełna skuterów i samochodów. Wówczas próbowałem przechodzić metodą „na drugiego”: idąc tuż obok człowieka z Dżakarty. Zdarzyło się jednak, że musiałem przechodzić sam. Muszę przyznać, że ta sytuacja wywołuje we mnie lekki popłoch – wychodzi się bowiem na jezdnię, by będąc już na niej, badać, które pojazdy skłonne są człowieka przepuścić (jeśli nie chcą, to czeka się na środku jezdni). Taka metoda „na czuja” zazwyczaj działa, ale nie poprawia ona jednak dość mizernych statystyk dotyczących śmiertelności w wypadkach drogowych w Indonezji.

No tyle się o tym naprodukowałem i nazrzędziłem, że można byłoby pomyśleć, że miasto mi się wyjątkowo nie podoba. To natomiast całkowita nieprawda. Dżakarta jako miasto ma niesamowity nastrój. Trochę tak jakby to był obdrapany, egzotyczny bazar. jeśli ktoś lubi np. pokłócić się z autorykszarzem o cenę, albo witać się z całą okolicą jak najlepszy przyjaciel, to jest to wspaniałe miejsce do życia (nie mówiąc o tym, że jest to jakieś nowe doświadczenie).

Poza tym Indonezyjczycy są ujmujący. Podczas kilku godzin wędrówki zaczepiono mnie przynajmniej kilkanaście razy. Najbardziej ujął mnie chłopiec, na oko taki dziesięcio-dwunastoletni, z matką, który powiedział mniej więcej, że na Kota Tua specjalnie poszedł, by mieć fotkę z Amerykaninem, czy innym cudzoziemcem. Gdybym to przewidział, pewnie nawet bym się zawczasu ogolił… (oprócz tego zaczepiono mnie np. przy wejściu do muzeum, gdzie panowie kustosze okazali się podążać za patriotyzmem odwróconej flagi, więc musieli coś powiedzieć o „Lełandowski”. Przy wejściu do jednej restauracji, gdzie oprócz generalnej miłej pogawędki, dostałem garść całkiem niezłych porad oraz informacji o dzielnicy… etc., etc.). Można nawet odnieść wrażenie, że jest się wizytującym celebrytą.

Natomiast ogółem ludzie są strasznie uprzejmi, strasznie pomocni (oraz strasznie ciekawscy – nie dziwi, że jak terrorysta zostaje wykryty w Indonezji, to najczęściej dzieje się to dlatego, że sąsiedzi podglądali ;) ).

20160703_152310

Na szczęście jedynie raz udało mi się usłyszeć „Bule!” (czyli, powiedzmy, ‚Białas’). Materiały do nauki języka zwracają uwagę, że to określenie nie jest nijak obraźliwe, a neutralne. Tyle że te materiały są robione przez Indonezyjczyków. Natomiast w momencie, gdy słyszy się po drugiej stronie „Bule!”, za którym idzie „ha, ha, ha!” (bo to przecież takie śmieszne, że idzie! popatrzcie na tę fikuśną kozę z pięcioma nogami!), człowiek może odnieść zgoła inne wrażenie.

Powiedziałbym coś o samych zabytkach, ale o tym chyba lepiej opowie każdy przewodnik. Godzi się chyba tylko wspomnieć, że Muzeum Banku Indonezyjskiego jest strasznie fajne i zaskoczyło mnie, że tyle rzeczy można było do niego upchnąć. Poza tym (i dlatego o nim wspominam) za komunizujących rządów prezydenta Sukarno, wykształciła się doktryna Banków Rewolucji. Wiązała ona „struggle” mas z „struggle” wspomnianych banków i traktowała owe jako wehikuł Rewolucji. Sądzę, że taki banksterski komunizm może być unikalny na skalę światową.

Po muzeach, po obejrzeniu mostu i błąkaniu się, nadszedł czas na powrót (no, przyczyniła się do tego pora Ramadanu, bo z jakiegoś powodu np. Muzeum of Ceramic & Fine Arts uznało za halal zamykać się o czternastej. Ogółem chyba sporo miejsc zamyka się wcześniej w Ramadan).

Ponieważ znów jechałem taksówką to rzecz o tym, jak sprawa wygląda z taksówkami. Są chyba wyznaczone miejsca, w których zatrzymuje się taksówki. Ponieważ jednak zatrzymywanie taksówki mieści się w obcym kodzie kulturowym, to najczęściej do łapania taksówek w praktyce służą mili panowie milicjanci z policji metropolitarnej Dżakarty (oczywiście, teoretycznie kierują ruchem: ale np. przypadkowe [?] wyznaczenie posterunku straży zaraz przed moim hotelem sugeruj, że funkcja łapacza taksówek tak naprawdę może być przeważająca).

Dzień 3, 4, 5

Miejsce, do którego się przeniosłem z Tangerangu znajdowało się bardzo blisko Placu Niepodległości (Medan Merdeka), który wyznacza samo centrum Dżakarty. „Bardzo blisko” oznacza tutaj około dziesięciu minut jazdy albo kilka razy więcej drogi na piechotę.

Okolica zmienia się nie tyle z ulicy na ulicę, co z budynku na budynek. Niewielki domek gościnny, w którym spałem, mieścił się przy krótkiej, dwuczęściowej ulicy. Był to ładny, kameralny budynek. Jednak już dwa budynki dalej za zakrętem, gdzie zaczynała się druga część ulicy. Ulica przechodziła w wąski przesmyk pomiędzy ścianą a płotem i śmietniskiem za nim, gdzie miejsce nie było na nic, poza pustym wózkiem sprzedawcy jedzenia oraz kilkoma śpiącymi mężczyznami.

Miejsca, które sprawiałyby wrażenie zadbanych w całości, widuje się z rzadka, głównie przy większych ulicach, które z jakiegoś powodu są bardziej reprezentatywne. Oczywiście, takim chlubnym wyjątkiem są ulice przy Placu Niepodległości, na którym znajduje się Monument Narodowy (Monument Nasional, Monas).

Zrzut ekranu 2016-07-08 o 11.54.44

Wejście na Monas zapewnia doskonałą panoramę Dżakarty. Tyle że aby na niego wejść, trzeba najpierw odczekać swoje w wypełnionej Indonezyjczykami kolejce. Ja podobno musiałbym czekać ok. dwóch godzin, ale czas na rozgrzanych Słońcem kamieniach Monasu, które z gorąca zaczynały przypominać mi piekarnik, wyleczył mnie z tej ambicji.

Natomiast, jeśli mowa o Monasie, trudno pominąć muzeum, przez które się do niego wchodzi. Składa się ono z gablot, za którymi widać sceny z historii archipelagu. By turyści nie byli zdani na własną wyobraźnię, zawartość każdej gabloty objaśnia dwujęzyczny komentarz.

W muzeum Monasu dominują sceny dotyczące walki Indonezji o niepodległość oraz czasów najnowszych. Nie potrzeba szczególnie wielkiej wiedzy, aby zauważyć w tym narzędzie polityki historycznej. Miejscami, jest ona szyta bardzo grubymi nićmi: integrację Timoru do Republiki Indonezji przedstawiono jako wymuszoną przez wolę tamtejszej ludności; wielkie masakry komunistów w ’66 roku zgrabnie pominięto, opisując, jak patriotyczni studenci zażądali delegalizacji PKI. Mimo że brak mi wiedzy, żeby ocenić całość wystawy, po jej podniosłym tonie sądzę, że dużo bardziej służy budowaniu jedności narodowej aniżeli świadomości historycznej.

Dla człowieka z Zachodu pewnym novum są natomiast luźniejsze reguły rządzące wnętrzem muzeum. Starczy powiedzieć, że w każdym rogu przy kolumnie widziałem rozłożoną na podłodze grupkę indonezyjskich turystów, która ucięła sobie tam popołudniową drzemkę.

Po pożegnaniu Parku Niepodległości oraz dokonania iluś wypadów w dżakartańskie uliczki, zacząłem nową część całej epopei zorientowaną na porzucenie Dżakarty. Sądzę, że pora na wnioski.

Komuś takiemu jak ja, kto nie zna Dżakarty, prawie nie sposób zgadnąć, że trwa jeszcze Ramadan. Sam post zauważyłem tylko o tyle, że w Tangerangu widziałem kilka warungów o zamkniętych powojach, a w Dżakarcie dosyć często natykałem się na puste budki ulicznych sprzedawców jedzenia.

Większe kawiarnie, czy restauracje, działają już całkiem normalnie. Od znajomych z innych miast Jawy słyszałem, że restauracje zazwyczaj zasłaniają szyby, aby okazać szacunek poszczącym muzułmanom, jednak podczas pobytu ani razu tego nie zobaczyłem.

Wydaje mi się, że poza Ramadanem Dżakarta może być dużo głośniejsza i bardziej krzykliwa, ale dla przybysza z Zachodu Ramadan żadnych utrudnień nie rodzi, o ile nie przybył do Dżakarty dla jej nocnego życia.

20160702_135439

Poza tym jedzenie w Indonezji jest tanie. I to nie tylko takie od sprzedawcy ulicznego. Dotychczas jadłem raczej w dosyć porządnych miejscach. Dopóki ktoś nie zamawia najdroższych potraw, posiłek w dobrej, komfortowej – zarówno jak na standard indonezyjski, jak polski – restauracji powinien się zamknąć w kwocie dwudziestu złotych. Posiłek w przyzwoitym warungu (czyli mniejszej, rodzinnej restauracji) powinien dać się zamknąć w dziesięciu złotych.

Nie wiem natomiast ile musiałbym wydać u sprzedawcy ulicznego: ale podejrzewam, że cena mogłaby być mocno różna. Zwłaszcza, że zdarzyło mi się słyszeć, że owi sprzedawcy potrafią dyskryminować np. na podstawie czyjejś przynależności etnicznej. Choćby Indonezyjczycy chińskiego pochodzenia mają od większości sprzedawców notorycznie dostawać mniej jadła za więcej rupii. Nie wiem, jak ten preceder ma się do gości z Zachodu, ale ludzie aż nazbyt często zawyżają ceny, jeśli sądzą, że ktoś jest gotów taką kwotę zapłacić. Dlatego podejrzewam, że jeśli ktoś bałby się ryzyka przepłacenia – albo utknięcia na kilka dni w toalecie z biegunką podróżnych – to znacznie lepiej uczyniłby, trzymając się lokali z cenami ustalonymi w menu (dodać do tego należy, że owe budki dość często postawione są w miejscach, które mogą być dla człowieka z Zachodu odstręczające z higienicznego punktu widzenia).

Wracając do opuszczania Dżakarty.

Właściwie chciałem przenieść się do innego już wcześniej, ale w tym okresie zaczął się „mudik”, czyli ruch, w którym migranci wracają do swoich rodzinnych domów, aby w rodzinnym gronie świętować koniec Ramadanu. Dla podróżnego przejawia się to tym, że środki transportu są przepełnione, a zarezerwowanie miejsca jest możliwe jedynie z dużym wyprzedzeniem. Wyjątkiem są jedynie środki transportu najdroższe, czyli np. miejsca w przedziałach klasy Eksekutif. W tym drugim przypadku, wedle moich doświadczeń, rezerwacja jest możliwa z kilkudniowym wyprzedzeniem.

W Indonezji najczęściej oznacza to podróż busem (który jest opcją najbardziej ryzykowną, skoro brak jest uprzedniej rezerwacji miejsc), pociągiem, albo samolotem (który jest opcją najdroższą). Osobiście wybrałem podróż linią kolejową.

Opcje płatności na indonezyjskich portalach ograniczone są do płatności kartą (np. MasterCardową), bądź też do płatności usługami zapewnianymi przez banki indonezyjskie. Samodzielna próba zakupu biletu przez internet się nie powiodła (z żadnej ze stron), więc musiałem kupić bilet za pośrednictwem znajomej. (Nie wiem, czy odpowiedzialna jest za to niekompatybilność karty, ale odmowa jej przyjęcia przez automat sprzedający bilety na miejscu potwierdzałaby taką tezę.)

Pewnym utrudnieniem jest format biletu. Kupując bilet,czy to przez internet, czy osobiście, dostaje się jedynie kod rezerwacji. Za jego pośrednictwem można jedynie przejrzeć dane rezerwacji, bo za bilet już nie służy. Natomiast, by wydrukować bilet trzeba już osobiście przejść się ze swoim numerem rezerwacji w okolice stacji.

20160704_083632

Nie można tego zrobić zbyt wcześnie: do wydrukowania biletu musi zostać minimalnie dwanaście godzin. Myślę, że powodem jest jakość papieru. Gdy miałem już bilet w ręku, okazało się, że jest wydrukowany gorszym papierze niż byłbym skłonny przypuszczać. Numer siedzenia zdążył praktycznie „zniknąć”  jeszcze nim wszedłem na peron, mimo że nie obchodziłem się z nim „ostro”. Na szczęście nie miałem z tego powodu przykrości – choć pracownik kolei dwoił się i troił, aby odczytać mizerny ślad po literze C  – ale ktoś, kto odrobinę wolniej spostrzegłby właściwości papieru, mógłby mieć mniej szczęścia.

Opisuję to m.in. dlatego, żeby dać pojęcie o bolączkach związanych z rezerwacją. Oczywiście w praktyce, najłatwiejszym rozwiązaniem okazuje się skorzystanie z pomocy miejscowych. Mnie strasznie pomogło małżeństwo, które zatrzymało skuter, by później przez około dwadzieścia minut asystowało w dotarciu do stacji i kupnie biletu.

Dlatego trudności, które opisuję, są w pewnym wymiarze iluzoryczne. Bardzo często wystarczyło, abym tylko się zatrzymał, ktoś zagajał z indonezyjskim „mau ke mana?”, albo angielskim ‚Where are you going, sir?’, by później wskazać drogę.

(Myślę, że czytającym należy się tu wyjaśnienie, skoro pytanie to swoją nachalnością drażni wielu ludzi z Zachodu. Indonezyjskie „mau kemana?”, które dosłownie tłumaczy się jako „dokąd chcesz [pójść]?” oraz „darimana?”, które znaczy „skąd [idziesz]?”, są dla Indonezyjczyków pytaniami w rodzaju np. angielskiego „how are you?”. Odpowiedź może być jakakolwiek, włącznie z użyciem niedookreślonych „tam” i „stamtąd”. Natomiast wedle moich doświadczeń, jeśli się wskaże konkretne miejsce, to często otrzyma się wskazówki, jak dojść do celu wędrówki).

Same czynności po otrzymaniu biletu są natomiast mniej skomplikowane. Sprawę ułatwia tutaj przypisanie torów do linii pociągów długodystansowych. Przykładowo, na „moim” torze powinny zatrzymywać się tylko pociągi relacji Dżakarta-Bandung, choć pociągom lokalnym również zdarza się nim przejeżdżać. Utrudnieniem jest natomiast, że wszelkie informacje o zmianach (np. toru) są podawane jedynie przez głośniki (i bodajże, choć tu mogę się przez kiepski słuch mylić, po indonezyjsku). Dlatego, w razie wątpliwości, warto się pytać ludzi na peronie.

Uderza też znacznie większy nacisk na bezpieczeństwo niż w Polsce. By zakupić bilet, trzeba podać numer dokumentu tożsamości, a żeby wsiąść do pociągu, trzeba się wylegitymować. Pomimo takich zabezpieczeniach w pociągu obecni są również uzbrojeni funkcjonariusze, choć akurat ich w swoim przedziale widziałem jedynie kilka minut.

Indonezja widziana z pociągu wygląda zupełnie inaczej niż indonezyjskie metropolie. Ogólnie mówiąc teren jest niesłychanie nierówny – co chwila pociąg albo prawie ociera się o jakieś zbocze, albo jedzie na krawędzi przepaści. Przez okna często widać przepiękne krajobrazy, a kolory również są znacznie żywsze.

Radosław Tekiela

Udostępnij:
  • 26
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    26
    Udostępnienia
R. Tekiela: Relacja z podróży po Indonezji – dzień 2, 3, 4 i 5 Reviewed by on 8 lipca 2016 .

Dzień 2 Gdy miałem już kasę w ręku – czyli byłem dość zabezpieczony przed ryzykiem utknięcia – zdecydowałem się odwiedzić Kota Tua, czyli po naszemu „Stare Miasto”. Mówimy tutaj o małym – bo zajmującym nieco ponad 1 km kwadratowy – placyku (z przyległościami), który był centrum rządów kolonialnych w holenderskich Indiach Wschodnich. Zachowały się tam

Udostępnij:
  • 26
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    26
    Udostępnienia

O AUTORZE /

Pozostaw odpowiedź